Konrad Świerczyński: Walka o duszę dziecka [1946]

swier

Był rok 1922. Upłynęło 5 lat od wybuchu rewolucji rosyjskiej i obalenia caratu. Byłem sterany czteroletnim więzieniem, w tym walką na frontach Rewolucji Październikowej w okresie od 1917 do 1919 r., po powrocie do kraju ciężko walczyłem o egzystencję, pracując jako szewc-chałupnik, wyzyskiwany przez rodzimych wyzyskiwaczy, gnębiony i prześladowany przez rodzimy rząd w nędznym bycie proletariusza. Choć jeszcze młody, bo zaledwie 34-letni, czułem się już starcem na schyłku życia. I oto w tym roku 1922 i w tych warunkach bytu, życie rzuciło mi na barki wielki obowiązek. 22 sierpnia narodził mi się syn. Obowiązek wychowania go na pożytecznego członka społeczeństwa i kontynuatora mej walki, był bardzo ciężkim zadaniem. Jakże go kształcić? Jak rozwijać jego myśli, jego światopogląd? W szkole, której atmosfera przeładowana była nacjonalizmem, religią i nienawiścią rasową. Postanowiłem walczyć o duszę dziecka. Nie dopuścić do tego, by faszyzm wychował go na swojego janczara. W przekonaniu, że niewiele zostało mi czasu, bardzo wcześnie zająłem się jego nauką. I tak już w siódmym roku życia, oprócz znajomości czytania i pisania syn mój był już nieźle zaawansowany w językach rosyjskim i niemieckim. Nadszedł okres obowiązkowego nauczania. Co robić? Nie mogłem go rzucić na żer ówczesnej pedagogiki, postanowiłem ocalić go od niej. W ustawie o obowiązkowym nauczaniu wyczytałem, że dziecko może być zwolnione od uczęszczania do szkoły, o ile rodzice udowodnią, że kształcą je poza szkołą. Był to punkt ustawy przystosowany specjalnie dla tych, którzy pogardzali szkołą powszechną, nie ze względów jej nauczania, lecz jej klasowego charakteru „szkoły pariasów”. I choć nauka tej szkoły nie była im wstrętną, patrycjusze burżuazyjni unikali stykania swych dzieci z dziećmi plebejuszy proletariatu. Zgłosiłem wniosek o zwolnienie mego dziecka od obowiązku uczęszczania do szkoły powszechnej, ale zażądano ode mnie świadectwa urodzenia dziecka, względnie wyciągu z ksiąg ludności. Zagnało mnie to w ślepy zaułek. Czytaj dalej

Saturnin Dąbrowski: Spółdzielcza Belgia (wrażenia z wycieczki) [1927]

11

Bez wahania trzeba przyznać, że w Belgii spółdzielczość spożywców wykazała olbrzymie zasługi na polu społecznym. Przede wszystkim tam zasługą spółdzielni jest to, że zorganizowały one rzesze ludu pracującego dla samoobrony gospodarczej. Pomyślny i względnie szybki rozwój przedsiębiorczości gospodarczej spółdzielni stworzył warunki dla emancypacji społecznej proletariatu, a przynajmniej spółdzielnie dążenia emancypacyjne podsycały i podtrzymywały. Szeroko rozwinięta przez spółdzielnie akcja ubezpieczeniowa, aczkolwiek niewielka co do rozmiaru świadczeń, dla mas ludności okazała się doskonałą szkołą solidarności. Spółdzielnie, podejmując tak wszechstronną działalność gospodarczą i społeczną, tym samym uprzytomniały ogółowi pracującemu jego własną siłę w stosunkach społecznych oraz uświadamiały go o zagadnieniach jego bytu, o jego zadaniach i interesach. Fakt, że w Belgii świadomość klasowa proletariatu (w sferach objętych ruchem socjalistycznym) jest może głębsza niż w innych krajach, w dużej mierze poczytywać należy za zasługę spółdzielczości. Wiadomo jest, że każdy ustrój gospodarczy wytwarza specjalną moralność, według której ludzie układają i osądzają zasady wzajemnego współżycia. Ustrój kapitalistyczny wytworzył moralność opartą na instynktach prywatnej własności, instynkt sobkostwa uświęcił i stara się go powszechnie propagować. Ustrój społeczny, w zaprowadzeniu którego współdziałają spółdzielnie, oprzeć się musi na moralności społecznej – moralności, podstawą której będzie poszanowanie społecznej własności i troska o tę własność, gdyż każde dobro osobiste osądzić trzeba ze stanowiska dobra społecznego. Moralność społeczna wyłącza instynkt sobkostwa. Czytaj dalej

Jan Libkind: Ostatnie sześć miesięcy pod rządami okupantów [1938]

goodgood

W Warszawie partia też już stała na całego. Na jeden z pierwszych dni listopada a może ostatnich października wyznaczono strajk, a na popołudnie demonstrację. Strajkowi sprzeciwiały się SDKPiL i lewica PPS, no i oczywiście partie mieszczańskie. W ostatniej chwili stronnictwa burżuazyjne zmieniły front i same wezwały do demonstracji, oczywiście we własnych szeregach. Strajk się udał, a po południu odbył się szereg manifestacji. Władze niemieckie odniosły się tolerancyjnie do wszystkich wystąpień z wyjątkiem demonstracji PPS, którą zaatakowano z dwóch stron i rozpędzono bagnetami na Placu Teatralnym. Jednak uczestnicy udali się grupami pod pomnik Mickiewicza, gdzie się uformował nowy pochód, który Marszałkowską dotarł aż do rogu Koszykowej. Tu się rozwiązał po krótkim przemówieniu wzniesionego na ramionach Hołówki. Partia nawołuje do ponownych, tym razem już zbrojnych w dniu 10 listopada wystąpień. Już nie idzie o zamanifestowanie nastrojów, ale o jawny bunt przeciw okupantom i Radzie Regencyjnej. Dowodzi tego wstępny artykuł w ostatnim numerze „Jedności Robotniczej” pióra Libkinda, zatytułowany „Dwie rocznice”, kończący się wezwaniem: „Robotnicy Warszawy! Nie przestraszyliście się bagnetów żołdaków Czertkowa, nie zlękniecie się trzech bezsilnych starców, którzy odziani w purpurę próbują ma Zamku władzę sprawować”. Zbrojna demonstracja nie obyła się bez rozlewu krwi, chociaż, skonsternowani wiadomością o przewrocie Niemcy, zachowywali się poprawnie. Do starcia doszło w Al. Jerozolimskich, żołnierz niemiecki jadący tramwajem mimo nawoływań nie odsłonił głowy przed czerwonym sztandarem. Ktoś z tłumu podskoczył i zrzucił mu czapkę, na co żołnierz odpowiedział wystrzałem. Wywiązała się kanonada, od której po stronie Niemców padł żołnierz i jakiś urzędnik, po stronie demonstrantów sekretarz Związku Zawodowego Fryzjerów. Pochód przez nikogo nie zatrzymywany przeszedł Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem na Królewską, gdzie z jakiegoś podwyższenia wygłosił krótkie przemówienie Feliks Perl i dalej przez Marszałkowską na Moniuszki pod dom, w którym zamieszkał Piłsudski. Wśród entuzjazmu tłumu udała się do Piłsudskiego delegacja z Feliksem Perlem na czele. Entuzjazm nie miał granic, gdy w oknie mieszkania Piłsudskiego ukazała się czerwona chorągiew, którą demonstranci uważali za odpowiedź. W rzeczywistości machał nią towarzyszący Perlowi Tadeusz Szturm de Sztrem. Tak zakończyła się ostatnia demonstracja PPS za panowania zaborców. Nazajutrz zaczęło się rozbrajanie Niemców Czytaj dalej

Leon Wasilewski: Bolesław Limanowski na zjeździe paryskim 1892 roku [1935]

Glos Kobiet 22 (18)

Skoro jednak padło hasło połączenia wszystkich polskich sił socjalistycznych, trzeba było zapomnieć o dawnych urazach i pretensjach. Udano się więc i do Limanowskiego w listopadzie 1892 roku, na czas krótki przed rozpoczęciem zjazdu, który miał to połączenie zrealizować. Dwaj delegaci, przybyli z kraju, zaprosili Limanowskiego na zjazd, wyjaśniając mu jego cele. Cele te powitał z sympatią, ale miał pewne zastrzeżenia. Przede wszystkim oświadczył, że nikogo, prócz samego siebie, nie może na zjeździe reprezentować. Złożyło się bowiem tak, że paryska Gmina Narodowo-Socjalistyczna, do której w ciągu trzyletniego pobytu w Paryżu należał, rozpadła się „raczej z osobistych, niż z zasadniczych powodów” na dwa nieprzyjazne obozy. Nie chcąc uczestniczyć w tej waśni, Limanowski odosobnił się i stał na uboczu, jak pisze w swoich wspomnieniach. Drugie zastrzeżenie było poważniejsze. „Wiecie, towarzysze” – mówił – „o naszych sporach i zatargach przekonaniowych, a, sądząc z pism, w większości krajowej mam przeważnie przeciwników. Zakłóciłbym więc tylko na waszym zjeździe tak potrzebną zgodność, ażebyście mogli wasz zamiar doprowadzić do skutku…”. W końcu stanęło na tym, że Limanowski w każdym razie na pierwsze posiedzenie zjazdu przyjdzie. I jakież było jego zdziwienie, kiedy zjazd, w którym uczestniczyli najwięksi jego przeciwnicy (do nich zaliczał przede wszystkim Stanisława Mendelsona), obrał go na swego przewodniczącego, później zaś uchwalił program, pod którym i on mógł się bez zastrzeżeń podpisać. W ten sposób najstarszy z socjalistów polskich stanął u kolebki Polskiej Partii Socjalistycznej, której odtąd pozostał do ostatniego tchnienia wiernym. Czytaj dalej

Rząd Ludowy – rząd Ignacego Daszyńskiego [1937]

Ignacy_Daszyński_w_mundurze_legionowymggg

Ale kierownictwo spoczywało w silnych rękach Ignacego Daszyńskiego. Doskonały polityk i zdecydowany mąż stanu rzucił na szalę swój autorytet, przełamał niezdecydowanie i oto 7 listopada rano ukazał się manifest dekretujący powstanie Republiki Ludowej i szereg praw zasadniczych dla robotników i chłopów, jednocześnie w specjalnej odezwie Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej – taką bowiem nazwę przyjął rząd Ignacego Daszyńskiego – mianował komendantem naczelnym wszystkich wojsk polskich pułkownika Edwarda Rydza-Śmigłego. Rozpoczęła się wielka praca budowania Republiki pod względem administracyjnym i wojskowym. Manifest Rządu Ludowego stał się zapowiedzią Polski nowej, Polski robotników i chłopów. Wszystkie knowania, zmierzające do zachowania jakiejś monarchii czy rządów szlachecko-fabrykanckich, zostały przekreślone. Powszechne prawo wyborcze stało się fundamentem odrodzonego państwa. 8-godzinny dzień pracy i ustawodawstwo socjalne przyniósł Manifest jako niezniszczalną zdobycz mas pracujących. I wszystko to, związało się raz na zawsze z imieniem Ignacego Daszyńskiego, wieńcząc tą chwilą triumfu niezmordowaną Jego pracę dla sprawy robotniczej, dla sprawy wolności. Czytaj dalej

Adam Ciołkosz: Tajemnice Oświęcimia [1964]

file.os10

Cyrankiewicza później przewieziono z Oświęcimia do obozu w Mauthausen. Po oswobodzeniu przez wojska amerykańskie, udał się natychmiast do Krakowa, a stamtąd do Warszawy gdzie odbył rozmowę z Bierutem i włączył się do prac fałszywej PPS, obejmując w niej stanowisko sekretarza generalnego. Tu zatem mamy nitkę, która nas doprowadzi do kłębka. Tu znajdziemy jedyną logiczną odpowiedź na zapytanie, jakie to bardzo ważne sprawy organizacyjne zatrzymały Cyrankiewicza 22 czerwca 1944 w obozie w Oświęcimiu, tak że nie mógł przybyć na umówiony punkt w Ryczowie, gdzie czekał na niego Rysiewicz. Te sprawy organizacyjne to powiązania z komunistami, w szczególności był Cyrankiewicz już wówczas ściśle związany z komunistą austriackim Ernestem Burgerem. Burgerowi i innym komunistom był Cyrankiewicz bardzo potrzebny. On bowiem, drogami podziemnej łączności WRN, zapewniał im kontakt ze światem zewnętrznym i pomoc z Krakowa. Oto więc przyczyna, dla której nie pozwolili mu opuścić Oświęcimia, z drugiej zaś strony wyjaśnienie, dlaczego Cyrankiewicz zaraz po oswobodzeniu skierował swe kroki w stronę Bieruta. Hipoteza ta nie zwalnia nas od postawienia zapytania, dlaczego wciąż zataja się te trzy litery WRN i stworzoną przez WRN organizację pomocy dla więźniów Oświęcimia PWOK? Dlaczego głuche milczenie otacza po dzień dzisiejszy wszystko co łączyło się z tą akcją i z ucieczkami organizowanymi przez WRN? Dlaczego nie ma o tej akcji ani słowa w albumie wydanym przed trzema laty przez Państwowe Muzeum w Oświęcimiu? Dlaczego nie ma żadnej książki, opisującej tę wielką, pełną bezgranicznego poświęcenia pracę, dlaczego nie ma zbioru relacji uczestników owych przejść i wydarzeń? Czy tylko dlatego, że byli oni związani z WRN i działali z ramienia WRN ma pójść w niepamięć poświęcenie w akcji pomocy dla więźniów Oświęcimia ludzi takich jak Nosal, zakatowany wraz z żoną na śmierć w obozie oświęcimskim, albo Emil Gołczyk, pseudonim Jantar, który po ucieczce Edwarda Hałonia odgrywał doniosłą rolę jako łącznik w Brzeszczach i którego całą rodzinę hitlerowcy wymordowali, albo jak Łapczyńska, która zginęła od niemieckiej bomby w Krakowie, albo jak Rysiewicz (Teodor), który był duchem-czynicielem całej akcji pomocy dla więźniów katowni oświęcimskiej i który swój udział w tej akcji przypłacił życiem? Czytaj dalej

Zygmunt Zaremba: Społeczne oblicze powstania [3 września 1944]

warsaw_uprising_bata

Znajdujemy tu zarys programu rzetelnej demokracji, zmierzającej ku gruntownej przebudowie ustroju społeczno-gospodarczego państwa. Dumny może być polski ruch socjalistyczny, jego to bowiem zasady programowe znalazły tu powszechną aprobatę! Rada Jedności Narodowej pod przewodnictwem Kazimierza Pużaka, sekretarza generalnego PPS, nie tylko przyjęła ten program społecznej demokracji, ale korzystając z możności zgromadzania się, przystąpiła natychmiast do obleczenia tych zasad w konkretne formy ustaw i rozporządzeń. Praca przygotowawcza do tego celu była wykonana w dużej mierze już dawniej, w komórkach fachowych delegatury rządu, gdzie wszystkie ważniejsze zagadnienia były dokładnie przepracowane w toku długich lat okupacji. Idea uspołecznienia produkcji wyraziła się w ustawie o radach zakładowych, mających realizować zasady demokracji w wewnętrznym życiu fabryk i kopalń. Ustalała ona zasady praktycznego wprowadzania robotników do kierownictwa przedsiębiorstw i do organów kontrolujących produkcję. Była ona pierwszym aktem opracowanego w konspiracji systemu reprezentacji robotniczej w nowym ustroju gospodarki rządzącej się planowością społeczną. Tendencje te zostały po tym brutalnie przekreślone lub niedołężnie przejęte przez politykę PKWN triumfującego przy pomocy obcych bagnetów nad społeczeństwem polskim. Mimo to jednak dorobek ideologiczny powstania, dający wyraz przemianom społecznym i nowym poglądom, jakie utrwaliły się w łonie społeczeństwa polskiego w toku walki z okupantem niemieckim, nic nie traci na swym znaczeniu. Stanowi ono nadal podstawę, na której społeczeństwo chce się rozwijać i do której wbrew swej woli musi się naginać nawet system rządów narzuconych. Stanowi on również wyraźny probierz do oceny każdego posunięcia mającego kształtować nasze życie społeczne i polityczne. Dzięki temu dorobkowi zmiany ustrojowe, przeprowadzane obecnie przez rząd tymczasowy, mogą znaleźć i znajdują słuszną ocenę z punktu widzenia postępu społecznego i ideologii demokratycznej, dojrzałej w naszym społeczeństwie. Przez to jedni nie mogą się przystrajać w piórka realizatorów wielkich idei wypracowanych przez masy ludowe, z drugiej zaś strony dorobek Powstania Warszawskiego kładzie potężną zaporę tendencji żywiołów reakcyjnych, które pragną powrotu czasów przedwrześniowych. Jednym i drugim Powstanie Sierpniowe, krystalizując ostatecznie oblicze nowej Polski, przeciwstawia jasny obraz organizacji i życia odrodzonego państwa polskiego bazującego na zasadach demokracji społecznej. Czytaj dalej

Edward Zawadzki: Stefan Okrzeja [1929]

Scan10016

Rzucił bomby do cyrkułu policyjnego, lecz rażony odłamkiem, dostaje się po dłuższej walce w ręce siepaczy. Od tej chwili, aż do stracenia, Stefan Okrzeja wykazuje niezłomną siłę swego charakteru, charakteru Wielkiego Bojownika, wspartego o hasła i idee Socjalizmu. Na całym przewodzie sądowym przejawia wobec prześladowców wielką dumę z wykonanego przezeń czynu. Stwierdza wyraźnie, iż jest żołnierzem PPS i przyszłej Polski Socjalistycznej. Walki się nie wyrzeknie. Jeśli nawet zginie, to na miejsce Jego staną miliony nowych bojowników, którzy, jak On, w walce nie ustąpią, aż do zwycięstwa. Ponoć swym bohaterskim zachowaniem zadziwił swych oprawców. Sąd skazał Go na śmierć przez powieszenie. Gdy mu proponowano, aby prosił o łaskę cara, odrzekł: „Rewolucjoniści rosyjscy cara nie proszą o łaskę, tym bardziej polski rewolucjonista prosić nie będzie, byłoby to poniżej godności robotnika”. Zawisł na szubienicy z uśmiechem, wierząc, iż spełnił swój obowiązek robotnika polskiego do końca. Czytaj dalej

Adam Ciołkosz: Zgon Teodora (o Adamie Rysiewiczu) [1964]

a9d0189e2eed61546046a250acb64ca0

W pracę organizacyjną wkładał całe swe serce. On był pierwszym komendantem Gwardii Ludowej WRN, których strzały w oprawców hitlerowskich budziły otuchę wśród mieszkańców Krakowa. Ukochanym jego dzieckiem były Socjalistyczne Bataliony Śmierci. Z jego inicjatywy powstały, z zadaniami dywersji i sabotażu. On je organizował i był ich komendantem do chwili śmierci. Drugi odcinek, którego był jednym z współtwórców i dużo mu poświęcił pracy, to akcja pomocy więźniom obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Sam dowodził poszczególnymi akcjami, związanymi z tą pomocą. Pracował nad planem, aby w odpowiednio ku temu wybranym momencie przez równoczesne uderzenie od zewnątrz i powstanie wewnątrz obozu uratować od zagłady więźniów Oświęcimia. Jego głównie wysiłkiem i pracą zorganizowano i prowadzano akcję pomocy dla więźniów obozów hitlerowskich. Już z końcem 1941 powstała sieć systematycznej, zorganizowanej łączności pomiędzy więźniami pepesowcami w Oświęcimiu a kierownictwem okręgowym WRN w Krakowie. Grypsy miały początkowo charakter informacyjny. Na jesieni 1942 do Brzeszcz, starej i twardej twierdzy PPS, przybył Teodor, by omówić z tamtejszymi górnikami sprawę utworzenia organizacji przerzutowej i pomocowej dla obozu w Oświęcimiu. Omówił również sprawę ucieczek z obozu.W chwili śmierci Teodor liczył lat 26. Jego zgon okrył ciężką żałobą podziemny ruch całej organizacji WRN, która zresztą w tym właśnie czasie powróciła do dawnej nazwy PPS. Płakał też nad tym grobem młodego bojowca cały Kraków. Czytaj dalej

Rudolf Gągola: Prasa robotnicza na Śląsku [1933]

sadr (13)

W programie, jaki ogłosiła „Równość”, między innymi zaznaczyła, iż obowiązkiem jej będzie zajmować się nie tylko sprawami zawodowymi robotników i chłopów, ale również „dołożyć wszelkich starań, aby nowo zaciężne szeregi bojowników za sprawę ludową należycie zorganizować, uświadomić i wykształcić”. „Pismo nasze będzie organizowało i prowadziło lud do ogólnej walki klasowej z wyzyskiem kapitalistycznym, a nadto, za pomocą ciągłej kontroli, za pomocą nieubłaganego karcenia każdej krzywdy i każdego nadużycia, będzie ono jedynym często środkiem do usunięcia codziennych krzywd, jakie proletariat musi znosić od swych chlebozdzierców”. To był program wytyczony przez pierwsze polskie pismo socjalistyczne na Śląsku. Spełniało ono doniosłą rolę w organizowaniu się polskiego ruchu robotniczego, a nie mniejszą rolę w czasach walk o powszechne, równe, tajne i bezpośrednie prawo głosowania do gminy i do sejmu, w czasach walk wyborczych i górniczych, kiedy wszelcy przeciwnicy ruchu robotniczego usiłowali nie dopuścić do organizowania się robotników, do walki klasowej z kapitałem. W walkach tych prasa okazała się niezbędną. Nic też dziwnego, że pismo, które początkowo wychodziło jako dwutygodnik, z czasem przekształciło się na dziennik. Czytaj dalej

Konrad Świerczyński: Wspomnienie o Boruchu Szulmanie [1920]

radical-politics

Znów przyszła jesień 1906 r. W ubogim mieszkaniu krawca chałupnika Szulmana, zgarbieni na robotą siedzi on wraz z synem. Siedzą zapatrzeni w robotę, a ręce uzbrojone w igły szybko automatycznie to dotykają igłą materiału, to odrzucane w bok wloką za igłą nitkę. Naraz chłopiec przerwał milczenie – Tate, ja muszę iść, ja mam ważny interes do załatwienia. Ojciec spojrzał na niego z troską w oczach – wiedział, że syn jego został wchłonięty w nurt rewolucji, wiedział że z nurtu tego nie wszyscy wychodzą żywi. Ojciec opuścił ręce na robotę i wodził oczami za synem ubierającym się w długi żydowski chałat i płytką czapeczkę z malutkim daszkiem, był to strój, który syn przywdziewał tylko w tym wypadku, kiedy wypadało zamaskować swą działalność rewolucyjną. Ubrany w powszednie noszącą odzież Żyd, a zwłaszcza młody, zdradzał postępowe przekonania i zwracał na siebie uwagę policji. – Boruch, wracaj prędko, bo sabas się zbliża i niedługo świeczki zapalimy – lecz właściwie nie o tradycję sabasu mu chodziło, lecz to, że chodzenie po ulicach miasta wieczorem jest niebezpieczne. Represje stanu wojennego wieczorem w nocy potęgują się. Wzmocnione patrole policyjne i wojskowe krążą gęsto po ulicach, masakrują i aresztują przechodniów. To wywołuje reakcję rewolucjonistów – często grzmią strzały, padają zabici i ranni. Ojciec nie chce o tym mówić Boruchowi, by „nie wywoływać wilka z lasu”, więc powtarza jeszcze raz: pamiętaj o sabasie. Boruch spojrzał czule na ojca, rozumiał jego obawę i już na progu krzyknął wesoło, by rozwiać ponurą troskę ojca: A gite sabes Tate – i znikł za drzwiami. Daremnie ojciec Szulman oczekiwał z „kuglem” syna Borucha Szulmana. Wyrokiem sądu wojennego ciężko ranny i torturowany przy śledztwie Boruch zostaje skazany na karę śmierci przez powieszenie i ginie na szubienicy na stokach cytadeli. Ten młody żydowski robotnik swym bohaterskim czynem i śmiercią męczeńską dowiódł jak silna więź łączy proletariat mimo różnicy rasy, nacji i wierzenia. Czytaj dalej

„Robotnik”: Pamięci bohatera [1906]

Szulman

Jako Żyd, jako robotnik, Szulman należał do tych, co od młodości przechodzą wielką szkołę niewoli i nędzy. Wokół siebie widział poczerniałe twarze, ginące od głodu i wilgoci suteren dzieci, widział jak powoli umierali od nadmiaru pracy wszyscy wokół niego. A gdy dorósł, gdy począł tęsknić i szukać odpowiedzi na dręczące go pytania, ujrzał jak każdy policyjny stupajka bezkarnie lży i znieważa ludzi… Nieraz widział, jak katowano ludzi za głębsze westchnienie do upragnionej wolności, słyszał ich jęki, słyszał smutną opowieść o ich mękach i torturach. I słysząc i widząc to, uczył się żyć, uczył się nienawidzić. Znienawidził okrutnych dręczycieli, znienawidził krzywdzący ustrój, znienawidził wszystkich, co biernie patrzyli na podłość i okrucieństwa. Lecz nienawiść młodego, szlachetnego serca to tylko wypływ miłości. Patrząc na tysiączne ofiary przemocy i wyzysku, pokochał te zastępy poniewieranych, wyzyskiwanych i ciemiężonych, i dla nich począł szukać prawdy i sprawiedliwości. A skoro poznał dobrą nowinę socjalistyczną, całą duszą, całym swym miłującym i nienawidzącym jestestwem przystąpił do pracy. Uwierzył, że ucisk i poniewierka muszą się skończyć, że proletariat łącznym natarciem zerwie okowy i przyśpieszy zwycięstwo prawdy i sprawiedliwości. Jako Żyd i jako robotnik wierzył on, że wszyscy ci, których łączy wspólna krzywda i wspólna praca muszą iść razem. Wstąpił do PPS i w jej szeregach w ciągu dwóch lat pracował. Czytaj dalej

Gustaw Daniłowski: Na stokach Cytadeli [1916]

Józef Mirecki - ilustracja z broszury

W ten sposób od chwili śmierci Traugutta na stokach Cytadeli poczyna się stwarzać jak gdyby drugi Wawel rewolucyjnej Polski, stos kości bohaterów mordowanych w noc głuchą, grzebanych tajemnie. A w dobie między 1905 i 1907 rokiem nowy męczeński Panteon narodowy chłonie życie walecznych tak gwałtownie, jak nigdy. Lista nazwisk powieszonych w tych latach zajęłaby kilka stronic tej książki. Jednym z ostatnich, co szli po szczeblach szafotu, jakby stąpali po stopniach tronu, jest Józef Mirecki, prawdziwy Książę Niezłomny Rewolucyjnej Polski. Niepodobna przedstawić w całej okazałości tej posągowej postaci… Wiele z chwały musi być przemilczane, powierzane tylko z ust do ust pamięci szeptem tajemnym. Sądzimy jednak, że z tej cząstki działalności Mireckiego, która da się ujawnić, naród odczuje, kogo mu wydarł nikczemny mord, jak drogocenny skarb ukradł, by zniszczyć, dziki najazd, co od wieku tępił i wytracał najszlachetniejszych w każdym pokoleniu. Dojrzewała w nim od początku rewolucyjnej działalności kiełkująca myśl, że cały ruch winien konsekwentnie zmierzać ku temu, by mógł się zmierzyć orężnie ze zbrojnym panowaniem przemocy i gwałtu. W kraju, gdzie tradycja bojowa przez filozofię niewoli została zabita, trup jej wyśmiany, widmo odepchnięte, trzeba było żywej i ofiarnej krwi, by wystygłą sprawę rozniecić, potężnego ramienia, by ją z grobu wydźwignąć, nieustraszonego męstwa, by wyklęty sztandar rozwinąć, i heroizmu, by kazać się w nim rozkochać współczesnym i dorastającym pokoleniom. Jednym z takich wskrzesicieli zadeptanego ognia, Prometeuszem buntu w zduszonym narodzie, postanowił się stać Mirecki. Czytaj dalej

Walentyna Najdus: List do Władysława Kontryma [1981]

prisoner

Część współoskarżonych torturowano, ja przez tortury nie przeszłam. Było tylko wielogodzinne bicie, kopanie buciorami, wleczenie po podłodze, przerzucanie sobie nawzajem jak piłkę, próby osobistej „rewizji” itp. „zabawy”. Tak było w defensywie, a w białostockim więzieniu na przemian: ciemny karcer, post o chlebie i wodzie, twarde łoże, zamknięcie okienka w celi na kilka dni, aż do omdlenia, znów karcer itp. w kółko. Nie wszędzie w Polsce tak było. W Warszawie kobiet nie bito, w Wilnie kobiet nie torturowano, zdaje się nie bito również. W Białymstoku porządki były odmienne. Minęły lata i dziesięciolecia. Poznaliśmy systemy represyjne, wobec których zbladła przedwojenna polska defensywa i jej chałupnicze metody znęcania się nad ludźmi i deptanie ich godności własnej. Cóż znaczą ciemne karcery więzienne wobec komór gazowych czy obóz w Berezie Kartuskiej wobec obozów zagłady. Zdaję sobie z tego sprawę, toteż do tego okresu nie wracam, a swoje badania naukowe zamykam wiekiem dziewiętnastym lub rokiem 1918. Wobec fałszerstw naszej podręcznikowej „historii”, powstała zrozumiana skądinąd tendencja do gloryfikowania przeszłości. Nie wątpię, że Pan ją podziela, zresztą podzielają ją również moi synowie. Usprawiedliwiona to reakcja na okupacyjną poniewierkę i powojenne nie najłatwiejsze doświadczenia i rozczarowania. Ale ja, proszę Pana, nie mogę zapomnieć ani salwy oddanej w zwarty tłum 1 maja na Placu Teatralnym w Warszawie, ani brutalnej pacyfikacji wsi kresowych, ani „obróbki” w defensywie warszawskiej. Nie wyczytałam tego ze sfałszowanych podręczników i nigdy o tym nie pisałam, ale byłam właśnie na placu w kolumnie studenckiej, gdy strzelano (1928 r.) i w defensywie, gdy bito. Ma Pan prawo oczywiście zapytać czy nie strzelano również w Poznaniu, Gdańsku itd., czy również nie bito w Radomiu. Niestety tak, i tego również zapomnieć nie mogę. Czytaj dalej

Józef Kaźmierczak: 1918 rok w Częstochowie (w dwudziestolecie wyzwolenia Polski) [1939]

renato-guttuso-12-stw2

Nie zapomnę nigdy tych radosnych chwil, gdy z bronią na plecach wkraczaliśmy do Rakowa, jako żołnierze rewolucji, niosąc wolność i niepodległość ojczyzny. Gdy wkraczaliśmy do Rakowa, do tej twierdzy rewolucyjnej, w której każdy dom był większą czy mniejszą pamiątką historyczną, gdzie czerwony sztandar promieniował na całą okolicę z kominów fabrycznych na każdego pierwszego maja, gdzie w biały dzień odbywały się nielegalne zebrania, liczące nieraz do 300 osób (konferencje partyjne), gdzie Polska Partia Socjalistyczna miała zawsze silne oparcie i zasięg bojowników, z bronią w ręku piątkami wykonujących niejeden śmiały i bohaterski czyn terrorystyczny, to zdawało mi się, że nie idę, lecz płynę, że wszystko, co jest na ziemi, jest takie piękne i wszystko się razem ze mną cieszy, śmieje i wiwatuje na cześć wielkiej zdobyczy, jaką jest niepodległość narodu. Lecz wszystkie te uczucia nie były snem i przeistoczyły się w prawdziwą rzeczywistość, gdyż w chwili, gdy wkroczyliśmy na teren kolonii domów fabrycznych, zamieszkałych przez robotników (a była to godzina 4 rano), otwierały się okna i kobiety, wyrywając kwiaty z doniczek, obrzucały maszerujący zbrojny oddział rewolucyjny. A myśmy dziarsko i nie odczuwając zmęczenia na całe gardło śpiewali pieśni rewolucyjne i żołnierskie. Czytaj dalej

„Wyzwolenie Społeczne”: Wspaniała manifestacja jedności robotniczo-chłopskiej [1928]

wdd

Naród polski stał wówczas na rozstaju między bolszewickim Wschodem a reakcją Zachodu, opierającą się na niedołężnej reakcji polskiej, czekającej, aż Komitet Narodowy w Paryżu wkroczy do Polski z jakimś »Wysokim Komisarzem« koalicji na czele. Wschód groził nowym zaborem i ostateczną ruiną kraju i tak zniszczonego. Zachód gotów był uważać Polskę za kolonię, za jakiś »kraj mandatowy«… Instynkt samozachowawczy i rozum polityczny wskazywały Republikę Demokratyczną jako jedyną drogę Polski w przyszłości. Drogę tę wybrał Tymczasowy Rząd Ludowy w Lublinie. Jest ona drogą życia i rozwoju. Nie wolno w Polsce zbaczać z tej drogi ani ku krwawym szaleństwom dyktatury moskiewskiej, ani na bagna reakcji. Kilkudniowe trwanie Tymczasowego Rządu lubelskiego było płodne w następstwa polityczne państwowej miary. Nie znam przykładu podobnego w dziejach naszych. Wywieszenie sztandaru demokracji w Lublinie stało się hasłem politycznym dla całego narodu, że Rzeczpospolita Polska na współudziale ludu pracującego w rządach oprzeć się musi. Nie opuszczajmy tego zbawczego sztandaru. Czytaj dalej

Tomasz Arciszewski: Pierwsze dni Polski Niepodległej [1928]

zrzut-ekranu-2016-10-15-02-40-56

Centralny Komitet Robotniczy PPS delegował mnie w 1918 roku wraz z towarzyszami Ziemięckim i Malinowskim do tworzenia Rządu Ludowego w Lublinie. Było to w dniu 5 listopada. Jednocześnie został o tym powiadomiony tow. Ignacy Daszyński który miał niebawem przybyć do Lublina z Krakowa. Z Pogotowia Bojowego PPS przybyło ze mną do Lublina kilku towarzyszy. Zadaniem naszym było przygotowanie Pogotowia i Milicji Ludowej w okręgu lubelskim do rozbrojenia okupantów i zapewnienia normalnego działania tworzącemu się Rządowi. W przeddzień utworzenia Rządu Ludowego mieliśmy już batalion uzbrojonych towarzyszy, zarówno robotników jak i chłopów, z okolic Lublina, którzy przed przewrotem złożyli przysięgę, w mojej obecności, na wierność Rządowi Ludowemu i Republice Polskiej. W tym czasie przybył do Lublina batalion piechoty „Wehrmachtu”, z karabinami maszynowymi i artylerią. Przemaszerowali oni demonstracyjnie przez miasto. Oddział ten jednak nie stanął w obronie rozbrajanych przez nas wojsk okupantów i przez czas cały zachował się biernie. Po odebraniu przysięgi od lubelskiego batalionu – przystąpiliśmy natychmiast do rozbrojenia miejscowej załogi austriackiej. Załoga ta poddała się bez oporu, ponieważ oficerowie austriaccy przerażeni byli jawną mobilizacją naszych oddziałów. Wieczorem z 6 na 7 listopada został utworzony pierwszy rząd polski – Rząd Ludowy w Lublinie, w którym objąłem tekę ministra pracy. Czytaj dalej

Lidia Ciołkoszowa: Jan Józef Lipski [1991]

9e249e56-716b-458b-ab75-7cc2d1901b4d

Dla nas obojga robotnicze strajki i demonstracje w Ursusie, Płocku i Radomiu w czerwcu 1976 r. oraz powstanie KOR-u we wrześniu tegoż roku jako rezultat masowych represji reżimowych wobec robotników, były ogromnym przeżyciem. Wszak żyliśmy tu na emigracji w głębokim przeświadczeniu, że komuniści robotników polskich nie zdobędą, że to oni właśnie będą siłą, która narzucony i znienawidzony system obali. Staliśmy się entuzjastycznymi zwolennikami KOR-u i pamiętam dobrze naszą radość, gdy pod założycielskim apelem KOR-u na czternastu założycieli znaleźliśmy pięciu pepesowców, a wśród nich najbliższych przyjaciół. Pod apelem był też podpisany nasz gość, Jan Józef Lipski. Zdobył nas sobie gruntownie nie tylko inteligencją i zasobem wiadomości przywiezionych z Polski, ale przede wszystkim głębią uczucia, z jaką podchodził do robotników Ursusa czy Radomia, gdy o tych zajściach mówił. Czytaj dalej

Stefania Bojarska: O ruch ludowy w Królestwie [1912]

Scan10002

Ludowcy z Królestwa, jako ludzie, których idealizm ideowy doskonale się godzi ze zdrowym chłopskim rozumem, nie czekając na sprzyjające warunki do szerszej akcji społeczno-politycznej, podejmują wszędzie po wsiach zadania ekonomiczno-społeczne, kulturalne, oświatowe, które i w obecnych opłakanych warunkach, przy wytężonej a wytrwałej woli są możliwe nawet u nas do zrealizowania. I oto w chwili, gdy warstwy górne, inteligencja miejska i robotnik miejski przeżywają okres apatii, chłop polski, skupiony pod sztandarem sprawy ludowej, organizuje się, tworzy setki potrzebnych mu instytucji i dochodzi do wpływu tak znacznego przez te instytucje swoje, pisma i szkoły dla młodzieży dorosłej, że poczyna rzucać ważkie słowo swej opinii i czynu wszędzie tam, gdzie dotąd umiał tylko potulnie słuchać i pełnić słowa komendy narzuconej mu z góry przez tych, co jeno z interesu materialnego lub partyjnego na przewodników mu się narzucili. I wpływ tych światlejszych, świadomych dobrze swego celu chłopów, na zebraniach kółek, spółek, kooperatyw, na zebraniach gminnych, posiedzeniach zarządów parafialnych zaczyna być tak mocny, że bije w oczy oślepiającym światłem, nieraz brutalnie jaskrawym, tych odwiecznych oświecicieli ludu. Odwaga cywilna nowych ludzi spod strzech, ich krytycyzm prosto a dosadnie wyrażony, ich wytrwałe dążenie do raz postawionego celu, poczyna niepokoić tych, którzy dotąd żyli błogo i zacisznie wśród ludu i z ludu, nie licząc się ani z jego opinią, ani z nowymi jego potrzebami, kierując ciemnymi, bezkrytycznymi masami leniwą dłonią, jak sternicy łodzią po spokojnej wodzie płynący. Czytaj dalej

„Głos Zagłębia”: Krwawa masakra dokonana na robotnikach kopalni „Czeladź” na Piaskach [1924]

CopsFist

Z chwilą, kiedy delegaci robotników zakomunikowali zebranym odpowiedź dyrektora Markiewicza, że zaliczki nie będzie, a jej wypłata odbędzie się dopiero w poniedziałek dnia 7 kwietnia b.r., wówczas zebrani przyjęli tę odpowiedź okrzykami niezadowolenia i oburzenia, w odpowiedzi na okrzyki policja konna z uliczki rozpoczęła szarżę na bezbronny tłum, robotnicy nie mogąc się cofnąć, gdyż za nimi stał szpaler policji pieszej z najeżonymi bagnetami, usiłowali krzykiem powstrzymać szarżę konnej policji, konie zestraszone krzykiem, a być może, że padło pomiędzy nie i kilka kamieni, zaczęły się odwracać, wreszcie na śliskim bruku kostkowym padać, wywołując tym zgiełk i zamieszanie, policjanci potłuczeni przez konie w zdenerwowaniu rozpoczęli strzelaninę z karabinów, w odpowiedzi, zagrzmiały salwy policjantów pieszych stojących szpalerami i kule z jednej i drugiej strony przeszyły zebrany tłum robotników. Rezultat tej dzikiej strzelaniny był tragiczny, na placu zostało: l robotnik nazwiskiem Stelmaszczyk na miejscu zabity, 7 śmiertelnie rannych, przeważnie rany postrzałowe w piersi, dotąd 3 już z nich zmarło; 6 lżej rannych, oraz wycofało się z tłumu do domu 23 lżej rannych, ogółem 37 ofiar ze strony robotników, ze strony policji l ciężko ranny od pogniecenia klatki piersiowej przez konia i kilku lżej rannych, potłuczonych przy spadaniu z koni. Czytaj dalej