Marian Malinowski

Przed dziesięciu laty. Moje wspomnienia

[1928]

Poinformowawszy szereg osób stojących na czele organizacji niepodległościowych na terenie całej okupacji austriackiej oraz w Krakowie, o mającym nastąpić ogłoszeniu Niepodległości Polski oraz zorganizowaniu Rządu Ludowego, przyjechałem w dniu 4 listopada 1918 roku do Lublina. Tu najprzód spotkałem się z tow. Strugiem, który zawiadomił mnie o poczynionych przygotowaniach do proklamowania Niepodległej Polski Ludowej. Zwróciłem uwagę na to, że pułkownik Rydz-Śmigły, główny komendant POW, nie dał jeszcze ostatecznej zgody na udział w akcji, przez co nie można oznaczyć terminu ogłoszenia samego aktu.

Początkowo w Warszawie oznaczono ten termin na dzień 6 listopada.

Udałem się więc zaraz do pułkownika Śmigłego, aby mu przedstawić konieczność nieociągania się, gdyż warunki zarówno w Krakowie, jak i na całym obszarze okupacji austriackiej (byłej Kongresówki) dojrzały zupełnie. Kolej już jest w rękach polskich, w Radomiu Szczawiński, Wigura, Rżewski, Zieliński i komendant POW Kirtiklis, przejęli miasto z rąk Austriaków, na to samo zanosi się w każdej, choćby najmniejszej mieścinie. Więc jak najprędzej musi być ogłoszona Niepodległość i Rząd Polski, aby nie powstał szereg komicznych, autonomicznych „republik”.

Pułkownik Śmigły odpowiedział mi, że on to wszystko rozumie, ale jest tylko wykonawcą poleceń Komendanta Piłsudskiego, od którego w tej chwili nie ma żadnych wieści, oraz że nie posiada w Lublinie takich sił POW, aby Rząd Ludowy mógł się na czymś oprzeć. Poza tym zawiadomił mnie, że do Lublina zjechał batalion Wermachtu, dobrze uzbrojony, który zajął obóz południowy, a nie wiadomo, jakie są zamiary owego batalionu na wypadek ogłoszenia Rządu Ludowego.

Odpowiedziałem mu, że jestem przekonany, że nie zwlekając z ogłoszeniem Niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej Ludowej uczynimy tak, jak by to zrobił Piłsudski, gdyby był z nami razem.

Zwlekanie dłużej z ogłoszeniem tego aktu jest, moim zdaniem, niebezpieczne tak ze względu na rewolucję w Rosji, jak i na rozruchy w Niemczech i Austrii, a także są możliwości, że reakcja zechce ogłosić jakąś reakcyjną formę Niepodległości, a wtedy pod naciskiem warunków i mas PPS będzie zmuszoną, być może, do natychmiastowego rozpoczęcia wojny domowej, co uważam za nieszczęście dla naszej idei, dla Polski. Wreszcie pułkownik Śmigły prosił, aby mu dać 24 godziny do namysłu, to jest do wieczora dnia następnego.

Tymczasem w mieszkaniu tow. Władysława Kunickiego odbywały się narady delegatów stronnictw – PPS, Wyzwolenia, oraz grup inteligencji niepodległościowej wraz z przyszłymi ministrami, aby ustalić tekst manifestu i dekretów, jakie miały być w dniu proklamowania Niepodległości ogłoszone. Teksty w ogólnych zarysach przygotowywał ob. Hołówko.

Dnia 5 listopada w imieniu stronnictw odbyłem drugą konferencję z pułkownikiem Śmigłym, który mi oświadczył, iż w zasadzie zdecydował się na akcję, ale potrzebuje najmniej dwie doby na ściągnięcie ludzi do Lublina.

Zgodziłem się na tę zwłokę z prośbą, aby to była ostatnia, bo czas nagli.

Dnia 6* listopada wieczorem o godzinie piątej odbyło się ostateczne posiedzenie delegatów stronnictw oraz osób wyznaczonych na ministrów Rządu Ludowego w mieszkaniu ob. Tomorowicza, geometry, z udziałem pułkownika Rydza-Śmigłego. Na zebraniu tym odczytano i zatwierdzono teksty odezwy proklamującej Niepodległą Rzeczpospolitą Polską Ludową, oraz dekrety, jakie Tymczasowy Rząd Ludowy miał zamiar ogłosić.

Sieroszewski i Strug zgłosili wniosek, aby Rząd Tymczasowy mianował pułkownika Śmigłego generałem dla następujących przyczyn: ponieważ Rząd Ludowy uznaje Józefa Piłsudskiego jako głównego naczelnika wszystkich sił zbrojnych na terenie całej Rzeczypospolitej Ludowej, ponieważ wskutek nieobecności Piłsudskiego zastępować go będzie Rydz-Śmigły, który ma szarżę pułkownika tylko, ze względu na wiadomości, że niektórzy generałowie Polacy z wojska austriackiego chcą wejść do wojska polskiego, a źle byłoby, gdyby pułkownik wydawał rozkazy generałom – przeto należy, aby Tymczasowy Rząd Ludowy podpisał nominację na generała pułkownikowi Rydzowi-Śmigłemu. Prawie bez dyskusji przygotowano i podpisano nominację, kładąc na niej pierwszy raz pieczęć Niepodległej Rzeczypospolitej Ludowej i Rząd Ludowego. Nominację podpisali wszyscy obecni członkowie Rządu.

Śmigły zabrał głos, wzywając, abyśmy wszyscy, aż do ostatniego tchnienia pracowali dla powstającej Rzeczypospolitej Polskiej. Uściskaliśmy go serdecznie po kolei.

Śmigły odszedł, a myśmy zaczęli się przygotowywać do wykonania planu. Na mnie włożono obowiązek przygotowania druków, rozlepienia i rozesłania ich na prowincję.

Miałem już opuścić zebranie, kiedy wszedł i zameldował się porucznik Puszczyński, odkomenderowany przez gen. Rydza-Śmigłego do przeprowadzenia akcji na terenie Lublina, to znaczy przygotowania obrony Lublina, gdyby Wermacht chciał nas zaatakować, albowiem nie wiadomo było, co oficerowie Wermachtu uczynią w razie ogłoszenia Rządu Ludowego. Istniała przecież w Warszawie Rada Regencyjna, której, jak nas wieści dochodziły, miał słuchać i wysłany do Lublina batalion tak zwanego Wermachtu. Dalej por. Puszczyński wraz z przybyłym z Radomia Kirtiklisem mieli rozpocząć w nocy zbrojenie nowych oddziałów ochotniczych, na wypadek akcji naszej na okupację niemiecką. Mieli organizować tak zwaną Milicję Ludową. Również tym oficerom podporządkowała się lubelska bojówka PPS i oddział Warszawskiego Pogotowia Bojowego.

Meldunek por. Puszczyńskiego przyjęto do wiadomości i każdy z członków Rządu ruszył na noc do pracy.

Sieroszewskiemu polecono wszcząć starania o doprowadzenie do porozumienia między Śmigłym a oficerami Wermachtu, aby uniknąć niepotrzebnego rozlewu krwi bratniej.

Pospieszyłem zaraz do drukarni Zygmunta Dreszera, gdzie zecer Szydłowski i maszynista Rubecki natychmiast przystąpili do składania i odbijania odezwy i dekretów.

Całą akcję, a więc i drukowanie, przygotowywano konspiracyjnie z obawy, aby jakieś inne czynniki nie wtrąciły się i nie popsuły akcji.

Z drukarni udałem się na zebranie Rady Delegatów Robotniczych, gdzie zawiadomiłem ich, aby na dzień 7* listopada byli gotowi do porzucenia pracy ze względu na wypadki, jakie się mogą wydarzyć.

Zażądano ode mnie wyjaśnień. Nie chcąc zawczasu akcji rozkonspirować, oświadczyłem zebranym, iż mam wiadomość, że w Warszawie w nocy dzisiejszej dojdzie do starcia między Niemcami a naszymi bojówkami, że należy być gotowymi, bo może nam wypadnie wziąć taki czy inny udział, że w nocy przyjedzie do Lublina kurier z instrukcjami.

Zaledwie dwóch wybitniejszych towarzyszy wtajemniczyłem w akcję, która już się zaczynała rozwijać. Towarzyszom tym poleciłem czuwać nad organizacją robotniczą PPS, aby w każdej chwili ludzi można było użyć.

Wyszedłem z Rady Delegatów. Na ulicy spotkałem Kirtiklisa, który mnie zawiadomił, że Puszczyński zarządził już obsadzenie wschodniego brzegu rzeki Bystrzycy peowiakami z maszynowymi karabinami zabranymi Austriakom, że rozpoczęto zajmowanie wojskowych magazynów austriackich z prowiantem, bronią i amunicją, że w hotelu „Victoria” bojowcy PPS internowali Olszewskiego, generała austriackiego, że generałowi Rozwadowskiemu, ze względu na jego przyzwoite zachowywanie się wobec ludności polskiej podczas okupacji, pozwolono wyjechać z Lublina samochodem (miał być też internowany), że rozpoczęto aresztowania niebezpiecznych osób służących Austriakom.

Było już około północy, kiedy udałem się z powrotem do drukarni. Wielkie afisze ogłaszające powstanie Polski Niepodległej już były gotowe. Drukarze przygotowali kubełek kleju, ale nie miał się kto zająć rozlepianiem, bo wszyscy byli zajęci zbrojeniem się. Wziąłem więc afisz i klej z zamiarem rozpoczęcia tej roboty samemu. Na ulicy spotkałem jegomościa w sztywniaku [meloniku] z karabinem na plecach, za pasem pełno ładownic wypchanych nabojami. Był to Gorgol, kelner z zawodu, nie bardzo chciał iść rozlepiać afisze, gdyż uważał, że z karabinem w ręku do innych wyższych celów jest przeznaczony. Ale pod silnym moim naciskiem, mrucząc pod nosem, wziął kubełek z klejem.

Biła godzina wpół do pierwszej, kiedy na murach sądu okręgowego w Lublinie został przyklejony pierwszy afisz, ogłaszający po tylu latach powstanie Polski naprawdę Wolnej.

Jak to los czasami człowiekowi sprzyja. Niegdyś w więzieniu na katordze, snując marzenia na przyszłość, myślałem o tym, aby doczekać tej chwili, kiedy zacznie się ogłaszanie Polski Niepodległej i oto wypadło mi samemu przykleić na murze pierwszy afisz ogłaszający Narodowi, iż jest Wolny w Wolnej Ojczyźnie. Widocznie i mój towarzysz przeżywał te same myśli, bo obaj sporo czasu staliśmy wśród ciszy nocnej, patrząc na naklejoną proklamację.

Ocknąłem się z zadumy. Tyle lat, tyle ofiar i nareszcie jest Ona – Ojczyzna Wolna. „Czemu stoicie? – wołam na Gorgola. – „Trzeba dalej lepić!”. „Właśnie chciałem się Was, towarzyszu Wojtku, zapytać, czego stoicie” – stanął przed afiszem na baczność, przyłożył dwa palce do sztywniaka, chrząknął i poszliśmy obaj dalej rozlepiać afisze.

Świtało już, kiedy ze swoją robotą chciałem się przenieść na drugą stronę miasta, za rzekę Bystrzycę. Ale koło mostu obskoczyli mnie zbrojni cywile z nałożonymi na karabiny bagnetami. Tłumaczę im, kim jestem i po co idę, niektórzy nawet mnie znali osobiście. Ale nic z tego. Rozkaz – nikogo nie puszczać! „Tam znajdują się »Beselerczycy« [podkomendni niemieckiego gen. Beselera], będzie bitwa”.

Poszukałem komendanta i dopiero ten dał rozkaz przepuszczenia mnie poza linię wart i maszynowych karabinów.

Raniutko dnia siódmego Sieroszewski wraz z delegatem samorządu miejskiego, panem mecenasem Turczynowiczem, udali się do obozu południowego, aby skłonić batalion Wermachtu do połączenia się z nami.

O godzinie 10 rano, będąc w hotelu „Victoria”, w kwaterze Śmigłego, zastałem już oficerów batalionu Wermachtu (niestety nie pamiętam ich nazwisk), którzy ostatecznie porozumieli się ze Śmigłym.

Nie mogliśmy się wstrzymać, aby tak pomyślnie załatwionej sprawy nie oblać. Dowódca batalionu oświadczył, że jedzie do swojego oddziału w celu sprowadzenia go do Lublina pod katedrę, gdzie gotowi są złożyć przysięgę na wierność Niepodległej Rzeczypospolitej Polskiej.

Zrozumcie, czytelnicy, moją szaloną radość: „Przysięga na wierność Rzeczypospolitej Polskiej!”.

Wypadłem jak z procy od Śmigłego i ile mi sił starczyło pędziłem do dzielnicy robotniczej, aby wszystkich postawić na nogi.

Zarządziłem, aby zaraz porzucono pracę. „Brać czerwone sztandary i na ulicę, a żywo!” – wołałem.

W godzinę szedł już pochód do miasta. Robotnicy tłumnie wzięli udział w demonstracji wznosząc okrzyki: „Niech żyje Niepodległa Rzeczpospolita Ludowa!”. Peowiacy stojący na posterunkach salutowali czerwonym sztandarom. Akurat w tym czasie rozlepiano dekret podpisany przez Ministra Rządu Ludowego Arciszewskiego o wprowadzeniu ośmiogodzinnego dnia pracy w fabrykach i warsztatach.

Już od godziny czekały tłumy ze sztandarami pod katedrą na przybycie batalionu. Tymczasem ustawiły się na placu uzbrojone oddziały POW, kompania świeżo zorganizowanej Milicji Ludowej oraz kompania żołnierzy austriackich, którzy na wieść o powstaniu Niepodległej Polski zgłosili się do wojska polskiego.

Nareszcie słychać orkiestrę, a za chwilę wkracza na Plac Katedralny batalion Wermachtu z orkiestrą i maszynowymi karabinami. Sprawność w obrotach, dziarska postawa regularnego polskiego żołnierza wywołały szalony zapał wśród tłumów publiczności, zapychającej sobą nie tylko plac i okoliczne ulice, ale usadowionej w oknach, na balkonach i dachach wszystkich przylegających kamienic.

Entuzjazm niesłychany ogarnął tłumy. „Niech żyje Armia Polska! Wygonimy precz resztę okupantów! Wygonimy Niemców z Warszawy!” – to okrzyki, które raz po raz wznoszono z tłumu.

Batalion ustawił się na placu. Pod katedrą na stopniach stoją członkowie Tymczasowego Rządu Ludowego. Cokolwiek na przedzie w cywilnym ubraniu Rydz-Śmigły, obok ksiądz w komży z krzyżem w ręku. Czerwone sztandary PPS oraz biało-czerwone Wyzwolenia zajęły miejsce rzędem za członkami Rządu Ludowego.

Rydz-Śmigły mocnym głosem czyta rotę przysięgi na wierność Niepodległej Rzeczypospolitej Ludowej. Głośno odbijają się słowa: „Bronić Ojczyzny, bronić praw ludu!”. Przysięgają nie tylko oddziały zbrojne, ale przysięga tłum cały. Wielka godzina Nowej Polski zaczęła się!!!

W tym wielkim momencie na katafalku za drzwiami katedry leżał Opieliński, komendant POW, żołnierz Pierwszej Brygady, zmarły dzień wcześniej na tyfus [pomyłka Malinowskiego – Opieliński zmarł 3 dni wcześniej, 4 listopada].

Może i on słyszał ten potężny okrzyk tłumu wzniesiony po przysiędze: „Niech żyje Niepodległa Rzeczpospolita Ludowa Polska!”.

Po złożeniu przysięgi członkowie Rządu udali się natychmiast na Krakowskie Przedmieście pod pomnik Unii z Litwą, gdzie przed nimi defilowały oddziały wojska oraz olbrzymie pochody PPS i Wyzwolenia ze sztandarami.

W dniu tym w pochodzie wzięła udział grupa wówczas antyniepodległościowa – Lubelskiego Stowarzyszenia Spożywców z czerwonym sztandarem na czele.

Dnia tego, 7* listopada, odbyło się wieczorem pierwsze posiedzenie członków nowego Rządu. Oczekiwałem w jednej z sal dawnego Pałacu Radziwiłłowskiego na otwarcie posiedzenia. Ze zmęczenia zasnąłem, a kiedy mnie zbudził tow. Ziemięcki, długo nie mogłem się zorientować, co się ze mną dzieje, gdzie jestem.

Na posiedzenie to przybył i Witos, który rozpoczął od tego, że nie widzi w składzie Rządu przedstawiciela stronnictwa endeckiego. Odpowiadał Prezes Rządu, tow. Daszyński. Wobec przeciągania się na ten temat dyskusji, poprosiłem o głos, a otrzymawszy go, odpowiedziałem panu Witosowi, że trudno myśleć o endekach, czyli reakcji polskiej, w Rządzie Ludowym, kiedy cała Europa jest podminowana rewolucją, a jeśli panu Witosowi się to nie podoba, to może wyjść, drzwi są otwarte. Na to pan Witos wstając od stołu powiedział: „Widzę, że się nie porozumiemy” – i wyszedł.

Dnia następnego zostałem wezwany do Prezesa Rządu, tow. Daszyńskiego, w sprawie pilnej. Zastałem tam już Sieroszewskiego, który mi szepnął: „Są wieści od Komendanta”. Za chwilę zaproszeni zostaliśmy do tow. Daszyńskiego, który nam oświadczył, iż ma wiadomości, że Józef Piłsudski wraca do kraju, że lada dzień będzie w Warszawie, że po porozumieniu z innymi członkami Rządu postanowił wysłać nas obydwóch jako delegatów Rządu Ludowego do Warszawy, aby poinformować Piłsudskiego co się stało i uzgodnić dalsze postępowanie co do usuwania okupantów.

Wyznaczono dla nas samochód, którym mieliśmy się udać przez Puławy, Radom i Białobrzegi.

Wzięliśmy ze sobą sporo afiszów i proklamacji, aby po drodze zwiastować ludności Dobrą Nowinę. O godzinie 4 po południu dnia 10* listopada wyruszyliśmy z Lublina.

Pędziliśmy samochodem, aby jak najwcześniej stanąć w Radomiu.

Ale po drodze w miasteczkach i większych wsiach zatrzymywano nas, pytając o nowiny.

Pantoflowa poczta zdążyła już bowiem poinformować najdalsze zakątki Polski o wypadkach w Lublinie. Pytano, czy to wszystko prawda, że powstał Prawdziwy Polski Rząd, że Polska jest Niepodległą Rzeczpospolitą.

Kiedyśmy to wszystko potwierdzili, rozdając proklamacje i Manifest, dziękowano nam serdecznie. Wznoszono okrzyki: „Niepodległa Polska niech żyje!”.

Ciemna noc była, kiedyśmy się zbliżyli do Radomia.

Na rogatce zatrzymano samochód. Oddział uzbrojonej Milicji Ludowej otoczył nas dla wylegitymowania.

Wśród milicjantów znajdowali się towarzysze znający mnie dobrze osobiście – „O nareszcie jest i towarzysz Wojtek!”.

Odpowiadam: „Nie tylko ja, ale jest i drugi członek Rządu Ludowego – Sieroszewski” – przedstawiam towarzysza podróży.

Ma się rozumieć zaczyna się od wiwatów i okrzyków.

W asyście milicjantów zajechaliśmy do radomskiej Komendy Milicji, gdzie tow. Grzecznarowski zdał nam sprawozdanie ze stanu rzeczy w Radomiu. Postanowiliśmy się trochę przespać, aby raniutko ruszyć w dalszą drogę.

Sieroszewski udał się do znajomych, ja zaś do ojca, aby wspólnie pogawędzić na temat wypadków, jakie zaszły.

Rano ruszyliśmy autem do Białobrzegów. Pozostawiając auto pod miasteczkiem, poszliśmy do mostu pieszo, aby nie zwrócić uwagi Niemców pilnujących przejazdu przez most.

Obaj posiadaliśmy okupacyjne paszporty niemieckie.

Od strony Białobrzegów, zamiast do niedawna widzianych tu Austriaków, zastaliśmy warty złożone z peowiaków!

Po zameldowaniu nazwisk poszliśmy dalej.

Po drugiej stronie stały posterunki niemieckie, ale już widać było, że dyscyplina rozluźnia się. Stali bez pasków na mundurach i bez karabinów.

Jeden z nich, Ślązak, obejrzawszy nasze paszporty, mówił po polsku: „No niech idą, pewnie niedługo tu będziemy stali, w Berlinie coś niedobrze, a i tu coś źle”.

Wynajętą furmanką dojechaliśmy do Grójca, a stamtąd kolejką do Warszawy.

W pociągu wszędzie rozmowy na temat wypadków lubelskich. Jakaś jejmość mówi do obok siedzącego pasażera II klasy z brzuszkiem: „Słyszane te rzeczy? Jakiegoś Malinowskiego, podobno malarza, ministrem zrobili. Albo ten Daszyński – przecież to socjalista”.

Obrobili też i Sieroszewskiego, który słuchając, trącał mnie od czasu do czasu.

O trzeciej popołudniu przyjechaliśmy do Warszawy.

Na ulicach zastaliśmy rozlepiony Manifest Rządu Lubelskiego.

Naznaczyliśmy sobie wkrótce spotkanie.

W dwie godziny później spotkaliśmy się z Sieroszewskim, który mi wyjaśnił, że Piłsudski przyjechał do Warszawy tego dnia na kilka godzin przed nami, że zatrzymał się w pensjonacie na ul. Moniuszki przy dzisiejszym Placu Napoleona (dawniej Warecki) i że o godzinie siódmej wieczorem mamy być przez Piłsudskiego przyjęci.

Ustaliliśmy zejść się o siódmej w wyżej wymienionym pensjonacie.

Rozporządzając czasem, ja poszedłem do moich towarzyszy, kierowników Warszawskiego Pogotowia Bojowego – Jareckiego i Szturm de Sztrema „Małego”.

Obaj mi oświadczyli, że wybuch żywiołowy może nastąpić każdej chwili. Wieść o proklamowaniu Rządu Ludowego w Lublinie wywołała na warszawskich robociarzach i całej ludności wielkie wrażenie.

Powrót Józefa Piłsudskiego postawił na nogi całe POW.

Choć rozkazów jeszcze nie ma co do dalszej akcji, ale w duszy każdego robociarza jest przeświadczenie, że z Niemcami zaraz będzie koniec.

Wśród tłumu ulicznego, zbierającego się na ulicach w gromadki, szedł już pomruk. Trzeba tylko skinienia, aby się zaczęło to, co jeszcze przed miesiącem było nie do pomyślenia, to jest rozbrojenie tak silnie i dobrze zorganizowanych okupantów, jakimi byli Niemcy.

O godzinie 7 wieczorem dostałem się do owego pensjonatu. Sieroszewski był już na miejscu. W tej chwili drzwi się otworzyły i wszedł generał Rozwadowski.

Zwróciliśmy się do Sławka, aby nas obydwóch zameldował przed Rozwadowskim, albowiem chcemy udzielić Piłsudskiemu wiadomości tyczących się Rozwadowskiego.

Wprowadzono nas do drugiego pokoju, a za chwilę wszedł Józef Piłsudski.

Powitanie nasze było nadzwyczaj serdeczne. Uściskaliśmy się i ucałowaliśmy.

„No opowiadajcie” – zaczął komendant – „co się tam u Was w Lublinie działo? Jakie macie zamiary na najbliższe dni?”.

Opisaliśmy drobiazgowo przebieg wypadków, oświadczając, że „towarzysz premier Daszyński, dowiedziawszy się, że wracacie do kraju, wysłał nas, abyśmy Wam zakomunikowali w szczegółach o wypadkach w austriackiej okupacji zaszłych oraz zapytali, co o tym sądzicie i co nam teraz razem z Wami czynić należy”.

„Dopiero przyjechałem” – odpowiedział Piłsudski. – „Uważam, że należy, aby Rząd cały lubelski jak najprędzej przybył do Warszawy”.

Prosiłem więc Piłsudskiego, aby zechciał drogą wojskową zawiadomić tow. Daszyńskiego o powyższym.

Jednocześnie zawiadomiłem i o tym, że mieliśmy Rozwadowskiego aresztować w Lublinie, ale po namyśle puściliśmy go i że jest on tutaj w przedpokoju.

Piłsudski odezwał się do nas: „Poczekajcie tu w pokoju, zaraz go przyjmę”.

Za chwilę wszedł generał Rozwadowski. Stanął na baczność i oświadczył: „Komendancie, jestem do Waszej dyspozycji”.

Wkrótce pożegnaliśmy Komendanta, udając się po podróży na spoczynek. Czuliśmy, że czeka nas forsowna i ciężka robota w dniach najbliższych.

W dwa dni tow. premier Daszyński był już w Warszawie.

Ale tu się zjawiły nowe trudności, siedziała bowiem Rada Regencyjna, bezradna, nie mogąca na nic się zdecydować. Prócz tego zaczynały się warcholenia endeckie: Seydy, Korfantego, Dmowskiego i innych.

Z Niemcami rozbrojenie szło szybko. Rozbrajał ich mały i duży, stary i młody. Trzeba było skończyć z Radą Regencyjną.

Piłsudski mówił, że stara się Radzie Regencyjnej przemówić do rozumu, ale trzeba było zrobić nacisk z zewnątrz.

Zwołaliśmy więc wielki wiec do Teatru Kamińskiego na Oboźnej w celu wezwania mas do walki z Radą Regencyjną.

Przemawiając na owym wiecu wezwałem zebranych, aby się na rano stawili pod soborem na Placu Saskim z czerwonymi sztandarami, i że po wiecu pójdziemy zawiesić Czerwony Sztandar na Zamku Królewskim.

Niebywały entuzjazm ogarnął zebranych na wiecu. Głośno oświadczyli, że przyjdą w większej liczbie.

Dnia następnego, zdaje mi się było to w środę rano o 9, cała Warszawa robotnicza zaczęła się gromadzić na Placu Saskim z czerwonymi sztandarami.

Tow. Jodko przyszedł z delegatami niemieckimi i delegatami oddziałów będących w Warszawie.

Delegaci mieli czerwone opaski na ramionach. Nasi mówcy ze stopni soboru mówili po polsku, zaś Niemcy po niemiecku, co było znów tłumaczone na polski język. Wszyscy głosili braterstwo i wznosili okrzyki na cześć Rewolucji w Polsce i Niemczech.

Zabrałem głos i wezwałem do pójścia pochodem na zamek, aby na wieży zawiesić Czerwony Sztandar.

Ruszyliśmy ulicą Czystą na Krakowskie w stronę zamku.

Tymczasem ktoś zawiadomił Niemców, stojących załogą w zamku, że rewolucjoniści mają na nich uderzyć i wymordować ich.

Więc Niemcy z jednej strony zaczęli w oknach zamku umieszczać maszynowe karabiny, z drugiej zaś strony zwrócili się do Piłsudskiego o opiekę.

Akurat kiedyśmy się z wielkim pochodem zjawili, pod zamek zajechało auto z Komendantem, który Niemcom oświadczył, że nie mają się czego bać, że ich wprowadzono w błąd.

Więc Niemcy zgodzili się wpuścić do zamku delegację kilku osób ze sztandarem przeznaczonym na zawieszenie.

Poszliśmy. Ja, Jodko, Chełmicka i jeszcze kilka osób, których nazwisk dziś nie pamiętam.

Po drodze na wieżę zamkową Niemcy witali nas okrzykami: „Niech żyje Rewolucja!”.

Po przymocowaniu sztandaru do galeryjki na wieży, wygłosiłem do tłumu czekającego na dole przemówienie, zaznaczając znaczenie Czerwonego Sztandaru, wywieszonego na zamku niegdyś królewskim.

Wieczorem tego dnia jeden z towarzyszy z Pogotowia Bojowego rzucił petardę dość silną pod okna jednego z członków Rady Regencyjnej.

Na drugi dzień ukazały się ogłoszenia na murach Warszawy opiewające zrzeczenie się przez Radę Regencyjną władzy na rzecz Józefa Piłsudskiego.

Tak oto wyglądał bieg wypadków rozpoczętych w Lublinie.

Marian „Wojtek” Malinowski
_______________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w PPS-owskim dzienniku „Robotnik”, w trzech częściach: w numerze 315/1928 z 7 listopada 1928 roku, numerze 316/1928 z 8 listopada 1928 roku i numerze 321/1928 z 13 listopada 1928 roku. W porównaniu z oryginalnym tekstem poprawiono oznaczone gwiazdką błędne daty dzienne. Z niewiadomych przyczyn Malinowski w swoich wspomnieniach przesunął w wielu miejscach całą sekwencję zdarzeń o jeden dzień, podając daty późniejsze. Na potrzeby Lewicowo.pl przygotował Przemysław Kmieciak.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *