Stanisława Woszczyńska

W 20. rocznicę Niepodległości (ze wspomnień)

[1938]

We wrześniu 1918 roku wróciłam z Kongresówki do Nowego Sącza, by uporządkować sprawy rodzinne i przygotować się do odlotu. To, co przeżyłam przez dwa lata w Ostrowcu, wielki zwycięski ruch demokratyczno-niepodległościowy, ogarniający całą połać kraju od Kielc i Radomia po Opatów i Sandomierz, było dla mnie rękojmią, że fragmentaryczne Królestwo, powołane przez dwie zaborcze potęgi, zamieni się w Państwo Niepodległe, prawdziwie obejmujące wszystkie ziemie polskie.

Październik 1918 roku w Nowym Sączu upłynął w atmosferze oczekiwania na wielkie przemiany. Dom robotniczy kolejarzy, silna organizacja PPSD, obejmująca swoim zasięgiem całe miasto i dalekie przedmieścia, POW, Liga Kobiet, Nauczycielstwo Ludowe i coraz liczniejsze grupy inteligencji i mieszczaństwa w różny sposób demonstrowały swoje uczucia wolnościowe, mając przeciwko sobie porażoną moskalofilstwem część społeczeństwa. Austrofilstwo było na pokaz, właściwie nikt się już przecież nie liczył z tą do niedawna potęgą austriacką.

Dnia 30 października wpadają młodzi chłopcy po karabiny, przechowywane u mnie, u obywatelki Filipowiczowej i u innych. Co się stało? Wypędzamy Austriaków z miasta. Czeskie oddziały same się rozbrajają i uciekają do swojego kraju. W Berlinie, w Wiedniu, w Pradze i Warszawie rewolucja. Wojna skończona. Po chwili zbiera się u mnie grono starszych przyjaciół, działaczy niepodległościowych. Trudna rada – musi obywatelka jechać do Krakowa, a może do Warszawy. Muszę, naturalnie. Tak się bowiem zawsze podczas wojny składało, że byłam jak gdyby kurierką niepodległościowego Nowego Sącza. Czy to do Krakowa, czy do Zakopanego, albo do Piotrkowa, do Wiednia, albo do Warszawy, zawsze umiałam jakoś przedostawać się poprzez kordony i przezwyciężać różne trudności.

Posłuszna woli niewielkiego, ale poważnego zgromadzenia, pędzę do pociągu. Jest wieczór. Wyłania się postać obywatela Wysockiego, w pełnym umundurowaniu. Jedzie w okolicę Nowego Sącza prowadzić akcję rozbrojenia. Wychylam się z pociągu. Marsowa, młodzieńcza twarz patrzy na mnie w skupieniu. Salutuje.

Kraków przeżywa tak radosny nastrój, że poza wybuchami entuzjazmu na nic nie ma miejsca. Wieczorem na prastarym Rynku przemawia towarzysz Zygmunt Marek. Jedno hasło, jedno zawołanie: Polska Niepodległa powstaje, Polska Ludowa, Polska Sprawiedliwości Społecznej.

Wieczorem na szlaku dzielimy się przeżytymi wrażeniami. Rozmawiamy długo, długo w noc. Parę tylko godzin umęczyłam się na starej, okropnie niewygodnej sofie, na której spędziłam wiele nocy, podczas moich „meldowań się” w Krakowie.

Wracam do Nowego Sącza, choć serce ciągnie do Warszawy, a właściciele auta zapraszają. Ale dzieci, ale kochani towarzysze-kolejarze, ale miasto czeka na bezpośrednie wiadomości.

Jedni wierzą, inni są nastrojeni sceptycznie, może nawet bojaźliwie. My, zorganizowani, spalamy się w oczekiwaniu upragnionego cudu – Polski żywej.

Gazety z Krakowa, z Piotrkowa, przynoszą sprzeczne wiadomości, instrukcje. Naraz, czy oczy nie mylą?! Ogromna płachta papieru: Manifest Rządu w Lublinie podpisany – Ignacy Daszyński.

Tegoż dnia 8 listopada na Ratuszu w Nowym Sączu odbyło się historyczne zgromadzenie Rady powiatowej i zarządów organizacji społecznych, zawodowych i niepodległościowych Nowego Sącza i okolicy. Na podium wśród śmiertelnej ciszy wszedł marszałek powiatowy, hrabia Stadnicki. W ręku trzymał ogromny arkusz papieru. Rozwinął. Począł czytać. Bez wezwania wszyscy powstali, wysłuchali manifestu, stojąc.

Gdy skończył, zabrzmiały oklaski, ale i okrzyki zdumienia. Marszałek powiedział: od dziś Polska jest Rzeczpospolitą Ludową. Witam Was, Obywatele Wolnej Rzeczypospolitej.

Znowu konsternacja części zebrania. Ale jesteśmy w większości, bijemy oklaski jak grzmoty. Nastrój przedziwny zdumienia i nawet grozy u jednych, najwyższego zachwytu u większości, trwa. Naraz groteska.

Wstaje ksiądz i oświadcza: On sam nie ma nic przeciw słowu „obywatel”, ale to brzmi niepoważnie, wszak dzieci ulicy, bawiąc się nad rynsztokiem, przezywają się od „obywateli”. Na to tubalnym głosem stojący obok mnie towarzysz Ryszard Mędlerski: „Proszę księdza, tego nie słyszałem, ale że matka, bijąc niesforne dziecko, woła na nie: Ty sufraganie!, to słyszałem. A czy nazwa biskup-sufragan jest przez to niepoważna?!”.

Wybuchy szalonego śmiechu. Nastąpiło odprężenie. Obywatel-hrabia prowadził nadal obrady z obywatelami-rolnikami, mieszczanami itd.

Pamiętam, że jeden zamożny gospodarz protestował gorąco, by równe z nim prawo głosowania miała dziewka od gnoju, nie parobek, ale tylko dziewka. Kompleks feminizmu czy raczej antyfeminizmu.

Wiele po tym zaszło wydarzeń. Powrót więźniów magdeburskich. Komendant Piłsudski dyktatorem w Warszawie, potem Naczelnikiem Państwa. Rząd warszawski. Premier Daszyński, a po nim Moraczewski. Później bardzo rychło obywatele znowu poczęli się czuć panami.

Skorupa długich lat tradycyjnych błędów i nieomal zbrodniczych przywar, która pod magnetycznym prądem Manifestu Lubelskiego zdawała się spadać z ciała Rzeczypospolitej, narasta z powrotem. Pomimo wszystko, Polska stawała się w naszych oczach państwem wolnym, niepodległym.

Szczęśliwi, którzy tej jasnej chwili doczekali.

Szczęśliwsi jeszcze będą ci, którzy ujrzą Polskę Ludową, wymarzoną przez jasne duchy naszej bohaterskiej przeszłości, Polskę Żywą, Radosną, Sprawiedliwą, żywicielkę milionowych rzesz pracujących w miastach, osadach, wsiach i osiedlach, na roli, pod ziemią, na morzu i w powietrzu, wszędzie dla dobra, chwały i mocy Rzeczypospolitej Ludowej.

Stanisława Woszczyńska
__________________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w PPS-owskim dzienniku „Robotnik” nr 326/1938, 16 listopada 1938 roku. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Na potrzeby Lewicowo.pl tekst przygotował Przemysław Kmieciak.  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *