Tadeusz Wieniawa-Długoszowski

Pamięci towarzysza Jodki-Narkiewicza

[1937]

22 października 1924 roku zmarł w Warszawie dr Witold Jodko-Narkiewicz, znakomity pisarz socjalistyczny, jeden z założycieli PPS, nasz towarzysz, jeden z najzasłużeńszych przedstawicieli starej gwardii, co wysoko dzierżyła sztandar walki o niepodległość Polski, o jej wolność i socjalizm.

Towarzysze i przyjaciele zmarłego wskrzeszają w pamięci postać tego człowieka i prace jego, które w spuściźnie polskiemu ruchowi socjalistycznemu zostawił.

Co roku, w rocznicę zgonu towarzysza Witolda, pismo naszej organizacji, z którą do ostatniej chwili pozostawał w kontakcie, poświęca wspomnienie zmarłemu, jego wspaniałej postaci myśliciela, pisarza i działacza socjalistycznego, którego dzieła przeszły do historii, jako dokumenty walki o ideały socjalizmu, i mimo odległości czasu zachowały niespożytą wartość naukową, społeczną i polityczną.

Dzieła te czekają na wydanie zbiorowe, które młodemu pokoleniu socjalistów polskich ukaże drogę, po jakiej kroczyła myśl socjalistyczna i jakie toczyła boje.

Piszący te słowa należy do grona uczniów Jodki-Narkiewicza, starego, jak się mówiło, „Jowisza”, mistrza słowa żywego i pisanego, dialektyka i znawcy teorii, która nas młodych porywała do walki o sprawiedliwość społeczną. Niech mi przeto wolno będzie dorzucić słów kilka do wspomnień o naszym nauczycielu, któremu uczeń, zamiast kwiatów na mogiłę, przynosi garść wspomnień, co się składają na wizję zmarłego.

* * *

Witold Jodko-Narkiewicz urodził się w Warszawie 29 kwietnia 1864 roku, roku klęski styczniowego powstania, które konało po lasach, pod szubienicą, i zakończyło się etapem wiodącym na Sybir. Tragedia szlacheckiej irredenty okryła żałobą naród, w pierwszym rzędzie dwory polskie, do których i Jodkowie-Narkiewicze należeli. Należeli też i Piłsudscy, z których Józef, rówieśnik Witolda, późniejszy jego przyjaciel i towarzysz, odegrał wiekopomną rolę w dziejach Polski, której wskrzeszeniu Jodko-Narkiewicz poświęcił szmat swego życia.

Urodzony w niewoli, okuty w powiciu – mały Witold miał jednak dzieciństwo sielskie i anielskie. Małe dzieci nie rozumiały kiru żałoby narodowej, która okryła styczniową Polskę. Potem dopiero, gdy podrastały, poczynały rozumieć „echa leśne”, prawo buntu i odwetu.

Otoczony pieczołowitą opieką domu rodzicielskiego, ludzi zamożnych i reprezentujących starą kulturę kontusza i karabeli, otrzymał chłopiec staranne wychowanie i szkołę, która ludziom tej sfery zapewniał najczęściej karierę osobistą, niezwiązaną bynajmniej ani z „przebudową świata”, ani z mrzonkami, za które trzeba cierpieć i tułać się po obczyźnie.

W rodzinnym majątku, w Bobowie, guberni mińskiej, powiatu słuckiego, spędza lata chłopięce, a następnie przybywa do Warszawy na studia szkoły średniej. Zostaje uczniem IV gimnazjum warszawskiego, uczy się dobrze, wykazuje zdolności nie byle jakie, ale nie dociąga wyżej, niż do klasy szóstej. W pięknym, złotowłosym chłopaku odzywa się zawadiacki temperament karmazynów. W chabrowych oczach zamiast kwiatów zakwitły płomienie. Sztubak-szóstoklasista okazał się „buntowszczikiem” i otrzymawszy „wilczy bilet”, musiał opuścić przybytek carskiej wiedzy i prawomyślności. Duch walki, krew przelana, klęska zaklęta w obrazach Grottgera i „dobra nowina” socjalizmu, obudziły w młodzieńcu zapał do czynu.

W roku 1883 udaje mu się złożyć maturę w gimnazjum w Słucku, po czym wyrusza za granicę. Studiuje w Paryżu i w Berlinie. Uzyskuje doktorat z filozofii i tytuł magistra praw. Za temat pracy doktorskiej obrał sobie „Polski socjalizm utopijny” [informacja nieścisła – wspomniany tytuł nosiła cała broszura składająca się z prac Jodki i Dicksteina, a tekst Jodki zatytułowany był inaczej – można go przeczytać na naszym portalu], którą to pracę wydał następnie w broszurze pospołu z pracą Szymona Dicksteina.

Za granicą Jodko oddaje się całkowicie pracy socjalistycznej. Działa, pisze, tworzy. Wszechstronnie wykształcony, władający kilkoma językami europejskimi, erudyta niezrównany, obdarzony bujnym temperamentem, oczytany, głęboki i subtelny, władający pierwszorzędnie piórem – staje się Jodko filarem polskiego ruchu socjalistycznego, teoretykiem i publicystą o wielkiej skali zasięgu. W mistrzowskiej szermierce jego szpada błyskała iskrami mistrzów sztuki rycerskiej.

Należy do I i II Proletariatu, współpracuje z „Walką Klas”, wchodzi do grupy londyńczyków, z Bajem-Jędrzejowskim [Bolesław Antoni Jędrzejowski], [Aleksandrem] Dębskim, Stanisławem Wojciechowskim (byłym prezydentem Rzeczypospolitej), [Bolesławem] Miklaszewskim, [Leonem] Wasilewskim, [Feliksem] Perlem, [Kazimierzem] Mokłowskim. W roku 1892 bierze udział w historycznym zjeździe paryskim i należy do założycieli PPS, jako jeden z najwybitniejszym jej członków, potem przedstawicieli, zdobywając tytuł ambasadora partii, którą prawie zawsze reprezentował na zjazdach międzynarodowych.

Należał do PPS zaboru rosyjskiego i do Zagranicznego Związku Socjalistów Polskich. Przez pewien czas redagował „Robotnika”, następnie „Przedświt”, który własnym piórem wypełniał. On – „A. Wroński”.

Wszystkie rozłamy partii przetrwał i, stojąc niezmiennie na stanowisku czynnej walki o Polskę niepodległą, wraz z Piłsudskim na czele Frakcji Rewolucyjnej stanął i trwał na posterunku aż do wybuchu wielkiej wojny i do dnia wymarszu legionów.

Niezależny materialnie i posiadający znaczne schedy rodzinne, oddawał Jodko na rzecz partii duże sumy, ofiarnie i bezzwrotnie, nie dbając o swe zabezpieczenie osobiste. Tak to się pojmowało materialistyczne pojmowanie dziejów.

Niezwykle ujmujący w obejściu, miły, kulturalny, niezastąpiony „mistrz Jodko” umiał zjednywać sobie serca przyjaciół i towarzyszy. Kochali go wszyscy. A robociarze, z którymi był zawsze za pan brat, przepadali za jego towarzystwem, za jego swobodą słowa, błyskotliwym dowcipem i bezpośredniością, która biła z jego niebieskich oczu, z rudozłotej brody, z pięknej, radosnej, uśmiechniętej twarzy, którą potem dopiero przygasiły ciężkie przejścia, zawody, choroba, i wreszcie zgasiła ją śmierć.

Przez długie lata mieszkał stale w Krakowie. Jego mieszkanie prywatne było punktem zbornym dla towarzyszy różnej rangi, a specjalnie dla ludzi z Kongresówki, których stary „Michał” [Aleksander] Sulkiewicz ściągał do niego na egzamin.

Pamiętam pierwsze spotkanie z Jodką, gdyśmy we trzech, z „Mścisławem”, świętej pamięci [Stanisławem] Styczyńskim, który poległ w legionach, i z „Iwonem” Stanisławem Klepaczem, obecnie pułkownikiem Wojska Polskiego, złożyli mu wizytę, jak nowozaciężni funkcjonariusze partii na „robotę krajową”, nielegalnicy. Egzaminował nas po koleżeńsku, badał stopień naszego wyrobienia politycznego, pytał o języki obce, spisywał wiernie personalia każdego z nas i, śmiejąc się, straszył konsekwencjami nielegalnej roboty. „Michał” mówił nam potem, że egzamin wypadł na naszą korzyść i że „Jowisz” akceptuje nasze kandydatury na funkcje odpowiedzialne. Od „Jowisza” szło się do „Ziuka” [Piłsudskiego] po aprobatę i instrukcje, które następnie „Michał” wpajał z zawziętością starego wygi partyjnego, co to nic młodym nie popuści.

Pamiętam ostatnie mieszkanie Jodki w Krakowie, przy ulicy Batorego, bodajże numer 8. Obstawione było szpiclami rosyjskimi, którzy pilnie obserwowali każdego zjawiającego się tam człowieka.

Pracowity był. O najwcześniejszej godzinie rannej można było zastać go przy biurku i trudno było poznać, że mało spał tej nocy. Pod tym względem różnił się od Perla, który pracował po nocach, a sypiał do południa i twierdził zawsze, że nawet na rewolucję socjalną nie będzie mógł zbudzić się o godzinie 9 rano.

Pamiętam Jodkę jako wykładowcę II Szkoły Bojowej w Krakowie, a następnie jako lektora pierwszej w Polsce Wyższej Szkoły Nauk Politycznych, założonej przez Tytusa Filipowicza. Jego jasny, prosty i pięknie stylizowany sposób przemawiania zdobywał słuchacza i zadziwiał bogactwem perspektywy i barwy.

Pamiętam go jako polemistę, gdy stawał do dyskusji na rozłamowej konferencji 1911 roku w Krakowie, i jak operując argumentami, nie posługując się prywatą, bronił stanowiska centralnego komitetu partii przeciw opozycji, która potem zgrupowała się wokół „Placówki” lwowskiej z Perlem i [Józefem] Froelichem [w oryginalnym tekście wyraźnie przejęzyczenie autora, który zamiast Froelicha podaje w tym miejscu nazwisko Boernera, jednak Ignacy Boerner nie był związany z tym środowiskiem, lecz pozostał wierny linii reprezentowanej przez Jodkę i Piłsudskiego] na czele i wokół grupy bojowców, niezadowolonych z polityki starych kierowników partii.

Do konspiracji na terenie zaboru rosyjskiego nie nadawał się Jodko zupełnie. Nie miał po temu warunków. Ani „odpowiedniej” twarzy, ani umiejętności aktorskich, niezbędnych do zmiany wyglądu. Któryż szpicel, czatujący w kawiarni krakowskiego Bisanza lub przed mieszkaniem, nie poznałby Jodki w Warszawie? Mimo to wielokrotnie pracował nielegalnie w Kongresówce.

Rok 1914, wybuch wielkiej wojny i wymarsz Pierwszej Brygady Piłsudskiego, zastaje Jodkę w Paryżu. Czym prędzej wraca do kraju, przedziera się przez linie walki i staje w Kielcach, u boku Komendanta, stary, niezawodny przyjaciel, powiernik jego zamierzeń i wykonawca najtrudniejszych politycznych planów. Z polecenia Piłsudskiego jedzie z misją do Hindenburga, ma za zadanie organizować przyszły Rząd Polski i przeprowadzić odpowiednią akcję na tyłach armii niemieckiej, za plecami spodziewanego wroga. Zmiany na froncie walki krzyżują plany Jodki i nie pozwalają na ich wykonanie.

Z pierwszymi szeregami legionistów wkracza Jodko do zdobytych miast polskich i sprawuje rządy cywilne. W Łodzi, zakwaterowawszy się w gmachu jednego z opuszczonych banków, częstuje „wiarę” cygarami, które w pośpiechu, uciekając przed zwycięzcami, zostawił jakiś dyrektor złotodajnego interesu.

Pisze odezwy, redaguje obwieszczenia i utrzymuje ścisły kontakt z towarzyszami, ze starą gwardią pepesowską, zawsze jednaki, niezmienny „mistrz Jodko”.

Wchodzi do Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych i do Centralnego Komitetu Narodowego. A gdy reakcja podniosła głowę, gdy lokajskie nawyki polskich panków zlękły się widma Polski socjalistycznej, gdy Niemcy zacisnęli obrożę, rozbili szeregi legionowe, uwięzili Piłsudskiego i poczęli gospodarować w nowo zdobytej „kolonii”, obudziła się praca podziemna, POW i Pogotowie Bojowe socjalistów, którym serce Jodki, zawsze oddane i wierne, biło w takt walki.

Warszawa przeżywa pierwsze dni odzyskanej wolności. On to rzuca inicjatywę zatknięcia czerwonego sztandaru na murach Zamku Warszawskiego. Radowało się serce, radowała się dusza na widok tej chorągwi rewolucyjnego triumfu i pieśni „Krew naszą długo leją katy”. Lecz niedługo ten sztandar, zwiastujący dzień zapłaty, powiewał na wieży królów i gubernatorów. Powiał inny wiatr…

Potem już niepodległe Państwo Polskie. Dyplomatyczne kwalifikacje Jodki kierują go do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a potem na placówki zagraniczne w Turcji (Konstantynopol) i na Łotwie (Ryga).

Ilekroć wpada do Warszawy, szuka kontaktu ze swymi towarzyszami. Ożywa w ich gronie. Ale czas robi swoje. Jego żelazny organizm ma już szczerby.

Coraz gorzej czuje się na zdrowiu. Ale do ostatniej chwili, złożony już chorobą, dogorywając w szpitalu, utrzymuje łączność z przyjaciółmi i towarzyszami. Świadczy o tym między innymi list, pisany nie za długo przed śmiercią do organizacji naszej, w którym usprawiedliwia się, że nie może osobiście przybyć na OKR [zebranie Okręgowego Komitetu Robotniczego PPS], bo siły nie pozwalają. List ten, pisany ręką chorego, pismem nierównym, literami zygzakowatymi, jest dokumentem, który daje podobiznę Jodki, do ostatniej chwili rwącego się do pracy, do walki o socjalizm, któremu poświęcił całe życie, długie lata pracowitego żywota.

Zawsze pogodny, w ostatnich czasach pełen był rozgoryczenia. Pamiętam, jak skarżył się i mówił: „Nie tegośmy oczekiwali” i „Przewróciło się ludziom w głowie”.

Poza mnóstwem artykułów, odezw, proklamacji, mów niestenografowanych, zostawił Jodko w swej spuściźnie kapitalne prace teoretyczne, które w zbiorowym wydaniu dzieł jego winny znaleźć się w rękach każdego socjalisty, młodzieży socjalistycznej nowego pokolenia, co przyjdzie na zmianę warty starszej, którą Jodko kształcił i wychowywał. Są to:

1) „Polski socjalizm utopijny”

2) „Objaśnienie programu PPS”

3) „Zadania ruchu rewolucyjnego w zaborze rosyjskim”

4) „Krótka historia ruchu socjalistycznego w Polsce”

5) roczniki „Przedświtu”.

Pogrzeb towarzysza Witolda odbył się w Warszawie przy licznym udziale starych i młodych towarzyszy. Żegnali go mowami, salwą bojową, sztandarami i pieśnią walki rewolucyjnej.

W gmachu Domu Ludowego (Ogrodowa 39), w pięknej sali robotniczej, stoi na wzniesieniu popiersie Jodki. Piękna twarz starego „Jowisza”, odlana z brązu, wpatruje się w to, co się tu dzieje. Ma się wrażenie, że z kolei zabierze głos i rozpocznie mowę: „Towarzysze!”. Słucha, co mówią, co radzą jego uczniowie, spadkobiercy testamentu myśliciela, intelektualnego wodza, który stanął tutaj na straży starych sztandarów i patronuje zza grobu poczynaniom w imię idei.

W trzynastą rocznicę śmierci nieodżałowanej pamięci Witolda Jodki-Narkiewicza składamy, uczniowie i towarzysze, hołd jego pracy, jego ofiarnej walce i cześć jego cieniom.

Ave frater et socius! Niech duch w zaświatach będzie pozdrowiony!

Tadeusz Wieniawa-Długoszowski
________________________________
Powyższy tekst Tadeusza Wieniawy-Długoszowskiego pierwotnie ukazał się w „Walce”, piśmie Polskiej Partii Socjalistycznej – dawnej Frakcji Rewolucyjnej (prosanacyjnej grupie rozłamowej z PPS), nr 40/1937, 24 października 1937 roku. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Na potrzeby Lewicowo.pl tekst przygotował Przemysław Kmieciak.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *