Witold Jodko-Narkiewicz

Historia i system socjalizmu utopijnego wśród emigracji polskiej 1834-1846 r.

[1898]

Wstęp

Socjalizm, stanowiący dziś całokształt nauki, tłumaczącej nowożytne stosunki i określającej prawa najbliższego ich rozwoju, doszedł do dzisiejszego swego znaczenia bardzo powoli. Przez długie lata, a zwłaszcza od końca XVIII wieku, szlachetni filantropi usiłowali wynaleźć środki dla zaradzenia jaskrawo rzucającej się w oczy nędzy ludu. W tym celu budowali rozmaite systematy, które, według ich zdania, musiały ludzkość wyzwolić z wszelkiej dręczącej ją nędzy i zgotować raj jeszcze na ziemi.

Systematy te były po większej części bardzo subiektywne, nie opierały się na gruntownym zbadaniu rozwoju stosunków społecznych, lecz na różnych dowolnych przypuszczeniach. Znamy je pod nazwą socjalizmu utopijnego. Chociaż nauki socjalistów utopijnych dawno przebrzmiały, a masy po większej części o nich zapomniały, to jednak dla badacza społecznego zachowały one wartość i znaczenie. Badanie ich daje przede wszystkim odpowiedź na dwa pytania:

1. Jak doszedł socjalizm do dzisiejszego sformułowania swych teorii? Większość wybitnych socjalistów, czynnych na polu nauki lub też pracy praktycznej, była w pewnym okresie swego życia pod bezpośrednim lub pośrednim wpływem utopistów. Wpływ ten, widoczny dziś jeszcze w niektórych poglądach socjalistów, należy dokładnie zbadać, jeśli się pragnie w ogóle poznać socjalizm. Pierwszym warunkiem takiego badania jest dokładne poznanie treści nauk utopijnego socjalizmu.

2. Czy powstanie rozmaitych systematów utopijnych było rezultatem rzeczywistej konieczności społecznej, czy też należy je uważać za wytwór bujnej fantazji filantropów? Aby na to pytanie znaleźć odpowiedź, należy poznać, jak szeroko wśród mas rozpowszechniły się systematy utopijne. Systematy te bardzo szybko przyjmowały się tam, gdzie panowała nędza jako wytwór nowoczesnych stosunków społecznych, i gdzie umysły podatne były na ich nauki, przy czym, rozumie się, głębokość i gruntowność myśli samych utopistów także ważną odgrywała rolę. W innych krajach przebrzmiały one, nie wywarłszy żadnego wpływu.

Dwie zatem kwestie mamy do zbadania: treść nauk utopijnego socjalizmu i jego rozpowszechnienie się. Z tych dwu punktów widzenia pragniemy przypatrzyć się polskim utopistom z czwartego i piątego dziesięciolecia ubiegłego wieku.

I

Przed przystąpieniem do właściwego tematu należy, choć w kilku słowach, podać charakterystykę terenu, na którym socjaliści nasi musieli prowadzić swą pracę.

Po upadku powstania z r. 1830/31 wielka liczba Polaków opuściła ojczyznę. Obie izby sejmu, wielu wysokich urzędników, wielu pisarzy, publicystów, uczonych, politycznych agitatorów, wreszcie cały korpus wojska (liczbę żołnierzy i oficerów, którzy przy przejściu przez granicę pruską i austriacką złożyli broń, podają historycy okrągło na 70 000) wywędrowali wówczas za granicę. Większa część pozostała w sąsiednich państwach, lecz wszyscy więcej skompromitowani musieli szukać wolniejszej ziemi i poszli do Szwajcarii, do Anglii, najwięcej do Francji. Wkrótce na ziemi francuskiej skupiły się tysiące emigrantów, a liczba ich jeszcze wzrosła, gdy Ludwik Filip pod naciskiem opinii publicznej wyznaczył byłym żołnierzom polskim pensje.

Rozumie się, wszyscy ci emigranci nie byli jednakowych poglądów politycznych. Już w czasie powstania ujawniła się opozycja, która protestowała przeciw oportunistycznej polityce rządu powstańczego, a potępiała paktowanie z nieprzyjacielem i żądała polepszenia losu chłopa. Opozycja ta tym bardziej była zrozumiałą, że powstanie zduszono, i wielu winę tego przypisywało błędom panującego systemu! Zaraz w pierwszych dniach po przejściu granicy, emigracja rozpadła się na dwa obozy: z jednej strony ci, którzy przyczynę upadku powstania widzieli w błędach rządu i pragnęli stąd wyciągnąć naukę na przyszłość, z drugiej strony ci, którzy się zgrupowali dokoła członków rządu.

Pierwsza grupa była zaczątkiem przyszłej partii demokratycznej, druga arystokratycznej.

Ten rozdział dokonał się, ma się rozumieć, nie w jednej chwili; trzeba było dłuższego czasu, zanim jednostki o pokrewnych poglądach zbliżyły się do siebie, zorganizowały i uświadomiły sobie jasno swój program.

Pierwsza organizacja, powstała na ziemi francuskiej, (już 6 grudnia 1831 r., zatem w dwa miesiące po wzięciu Warszawy) miała jeszcze objąć wszystkich emigrantów; nazwano ją komitetem Niemojowskiego od imienia jej pierwszego przewodniczącego a zarazem ostatniego naczelnika rewolucyjnego rządu narodowego. Komitet ten miał być istotnie przedstawicielem tych idei, które były światłem przewodnim powstania. Wkrótce jednak powstała opozycja, pod jej naporem rozwiązał się komitet; spośród przebywających w Paryżu emigrantów wybrano nowy, z historykiem Lelewelem na czele. Ale i ta organizacja niedługim cieszyła się życiem. Wchodzące w jej skład żywioły tak były różnorodne, że nie mogły długo obok siebie istnieć. Wkrótce powstały dwie nowe organizacje, które otwarcie zaznaczyły swoje stanowisko partyjne.

Z wyższych oficerów zorganizował się z generałem Dwernickim na czele komitet, który zręcznymi środkami potrafił uzyskać dla siebie uznanie większości polskich kolonii żołnierskich; generałowie, korzystając z tego, że emigracja składała się w przeważającej liczbie z żołnierzy, starali się całą emigrację ująć w karby żelaznej dyscypliny wojskowej. Swoim najwyższym rzecznikiem obwołali księcia Czartoryskiego. Jemu wyrazili zupełne zaufanie, w jego ręce złożyli całą akcję polityczną polskiej emigracji. A właśnie Czartoryski był tym człowiekiem, którego imię musiało wywołać jak najsilniejszą opozycję. Były minister za rządów cara Aleksandra I, wbrew swej woli wciągnięty w ruch powstańczy, nigdy nie wierzył w powodzenie walki orężnej, przeciwnie, zbawienie widział jedynie w dyplomatycznej interwencji obcych mocarstw i, aby ją pozyskać, jak najsilniej opierał się każdej energiczniejszej walce z Rosją i każdej wewnętrznej reformie, która by mogła Polaków podać w podejrzenie demokratyzmu albo nawet jakobinizmu.

Dlatego jego imię wywołało prawdziwą burzę gniewów. Kolonie cofnęły uznanie dane komitetowi Dwernickiego; komitet zaś wkrótce się rozwiązał.

Aby już załatwić się z partią arystokratyczną wśród emigracji, muszę dodać, że od tego czasu zrezygnowała ona z chęci organizowania mas i całą swoją uwagę zwróciła na akcję dyplomatyczną. Korzystając ze swych osobistych stosunków, starała się skłonić dwór francuski i angielski do akcji przeciw Rosji. Wiemy z historii, jaki skutek osiągnęły ich starania, że spotkał ich zupełny zawód, a Rosja, nie zważając na noty z Luwru i St. James, spokojnie burzyła autonomię polskich prowincji i rusyfikowała polskie instytucje.

Tak więc komitet Dwernickiego niczego nie osiągnął.

Opozycji, która podniosła się przeciw temu komitetowi i dawniejszemu pod Niemojowskim, nie można jednak uważać za wynik świadomej myśli demokratycznej; była ona jedynie wyrazem nieufności, którą czuł ogół emigracji do ówczesnych kierowników zgniecionego powstania.

Wtedy, w dniu 16 marca 1832 r. pięciu członków „Ogólnego zebrania Polaków w Paryżu” (Komitet Lelewela) zwróciło się do swoich kolegów z umotywowanym wnioskiem, aby przeprowadzić reformę organizacji. Wniosek bez dyskusji odrzucono. Ale już następnego dnia, bo 17 marca 1832 r., tych pięciu inicjatorów wystąpiło z organizacji, ukonstytuowali się jako „Towarzystwo Demokratyczne” i ogłosili manifest, który aż do r. 1836 był oficjalnym programem demokracji. To były skromne początki tego Towarzystwa Demokratycznego, które później przez szesnaście lat było tak ważnym czynnikiem politycznym w dziejach Polski i trzech mocarstw zaborczych.

Treść programu była następująca:

Polacy mogą tylko wówczas liczyć na pomoc Europy, jeśli przyjmą już wtedy powszechnie panujące zasady – równość i wolność osobistą, zniesienie przywilejów i dopuszczenie ludu do korzystania z dobrobytu na równi z innymi obywatelami. W tym celu demokraci powinni zorganizować się i szerzyć swoje zasady wśród Polaków. Należy zerwać wszelką łączność ze zwolennikami przeciwnych poglądów. Narodowa jedność jest tylko płaszczykiem, pod którym się ukrywa egoizm klas uprzywilejowanych. W ten sposób działając, tym samym demokraci pracują nad odbudowaniem Polski, gdyż zapewniają powstaniu współudział ludu – warstwy najliczniejszej i najdzielniejszej – i zasługują na pomoc Europy.

Pod „Europą” rozumiano wówczas naturalnie tylko rewolucyjne i demokratyczne elementy Zachodu.

Towarzystwo Demokratyczne znalazło wkrótce licznych zwolenników. Już w 1835 r. liczyło 1200 członków. Jednak do roku 1836 nie rozwinęło żadnej akcji politycznej, zdążającej do przygotowania i zorganizowania powstania w Polsce. Aby skutecznie działać na zewnątrz, musiało przede wszystkim dojść do zupełnej równości wewnętrznej i zdobyć sobie dominujące stanowisko w samej emigracji. Ten ostatni cel wkrótce został osiągnięty, trudniej szło z pierwszym.

Przeglądając akty Towarzystwa Demokratycznego, znajdujemy w pierwszych latach prawdziwy chaos najróżnorodniejszych zapatrywań [1]. Weźmy kilka tylko przykładów:

Najsprzeczniejsze istniały zapatrywania, w jaki sposób ma być Polska odbudowaną. Jedni twierdzili, że stać się to może tylko przez zwycięską międzynarodową rewolucję demokratyczną (pogląd ten znajdujemy nawet w pierwszym manifeście); inni chcieli polegać tylko na własnych siłach. Upadek ruchów republikańskich we Francji w latach 1832 i 1834 i ten spokój pozorny, który na dłuższy czas zawładnął Europą, powoli przekonały naszych demokratów, że przede wszystkim na własne siły powinni liczyć. Ale zanim to się stało widzimy członków Towarzystwa Demokratycznego biorących udział we wszystkich rewolucyjnych ruchach Europy [2].

Ważniejszą jest dla nas kwestia, jak zapatrywano się na polepszenie losu ludu. Większość żądała tylko zniesienia pańszczyzny, istniejącej jeszcze w większości prowincji, i oddania chłopu na własność tej cząstki ziemi, którą uprawiał [4], a i tu nie było zgody, czy własność ta ma mu przypaść bezpłatnie, czy też właściciele wielcy mają w zamian za to otrzymać odszkodowanie. Niektórzy jednak szli dalej. Mówili: chociażby nawet oddano chłopu część ziemi narodowej, to przecież w ręku wielkich właścicieli pozostanie dość, aby im zabezpieczyć przeważający wpływ w kraju. Cóż by się stało z wielką ideą równości, gdyby jeden skazany był na życie pełne ciągłych trosk, a drugi posiadał zupełną przewagę ekonomiczną? Widzieli jedyne wyjście w całkowitym zniesieniu prywatnej własności ziemi, broniąc zasady, która „prawo posiadania ziemi i każdej innej własności pracy tylko przyznaje”.

Tu już widzimy początki socjalizmu. Lecz nie zapominajmy, że ci emigranci przebywali w Anglii i Francji, gdzie czartyzm i idee Fouriera, Saint-Simona oraz organizacje owiane duchem Babeufa szeroko się rozpostarły. Z organizacjami tymi Polacy byli w bardzo ścisłych stosunkach, więc idee utopijnego socjalizmu, komunizmu i czartyzmu musiały na nich wpływ wywrzeć. Jak szeroko ten nieuświadomiony jeszcze socjalizm obejmował umysły członków Towarzystwa Demokratycznego w pierwszych latach jego istnienia, świadczy fakt, że już w pierwszym manifeście spotykamy zdanie „o ziemi i jej owocach, które należą do wszystkich” [3].

Byłoby jednak wielkim błędem wyciąganie stąd wniosku, że Towarzystwo Demokratyczne hołdowało socjalizmowi. Zdania takie, jak powyższe, a również i wiele innych, spotykanych w artykułach i okólnikach Towarzystwa Demokratycznego, świadczą tylko, że w łonie samego Towarzystwa, w umysłach poszczególnych członków dokonywał się proces, przy którym najróżnorodniejsze poglądy stały ze sobą w jaskrawej sprzeczności. Aby podać jeden przykład, to już 12 września 1832 r. w manifeście „do obywateli żołnierzy” pisano, że „chłop musi otrzymać na własność tę cząstkę gruntu, którą uprawia”, co przecież jest wprost przeciwne zasadzie socjalizmu i zniesieniu własności prywatnej.

Sprzeczności tych wówczas wprost nie dostrzegano. Dopiero później powstaje walka między uświadomionymi zwolennikami socjalizmu a jego nieprzyjaciółmi, która, jak zobaczymy, skończyła się potępieniem pierwszych i wystąpieniem ich z Towarzystwa Demokratycznego. Lecz już ta początkowa niejasność idei i przenikanie niektórych myśli socjalistycznych musiały utorować drogę zdecydowanemu socjalizmowi. Socjalizm też wkrótce się zjawia.

II

W angielskim miasteczku Portsmouth żyła z początkiem 1832 r. szczególniejsza grupa polskich emigrantów; nie byli to oficerowie, ani wysocy urzędnicy, ani szlachta, stanowiący większość emigracji we Francji, lecz rzeczywiści proletariusze, żołnierze, pochodzący z chłopów. Dnia 14 lutego 1832 r. przybyli oni w liczbie 212 do Anglii z pruskiej twierdzy Grudziąża, gdzie ich rząd pruski przez jakiś czas trzymał w więzieniu [5].

Już wskutek swego pochodzenia, urodzeni nieprzyjaciele możnych, rozgoryczeni na swoich przywódców, nie mających pojęcia o prowadzeniu wojny, a nawet dopuszczających się wyraźnej zdrady w walce przeciw Rosji, zahartowani cierpieniami przebytymi w Prusach, w swej nienawiści przeciw wszystkiemu, co nazywało się rządem, stanowili oni doskonały grunt dla idei socjalistycznych. Potrzebnego pokarmu duchowego dostarczała im inna grupa, licząca zaledwie sześciu ludzi, ale złożona z jednostek wykształconych, mianowicie kolonia z St. Helier, miejscowości na wyspie Jersey. Z tych dwu czynników powstała pierwsza polska socjalistyczna organizacja.

Kiedy we Francji powstało Towarzystwo Demokratyczne, przystąpiły doń obie te grupy i utworzyły jego sekcje. Żołnierze z Portsmouth przesłali wkrótce centralnej sekcji Towarzystwa Demokratycznego (tak początkowo nazywała się najwyższa władza organizacji, później zmieniono nazwę na „Centralizacja”) swoje „wyznanie wiary”, w którym wystąpili w obronie uciemiężonego ludu; w okólniku sekcji centralnej z 25 grudnia 1834 r. spotkało ich za to uznanie. Lecz wkrótce powstają niesnaski między obu grupami a sekcją centralną, względnie całym Towarzystwem Demokratycznym. Już w okólniku z 12 grudnia 1834 r. użala się sekcja centralna przed ogółem członków na „anarchistyczne” tendencje sekcji St. Helier, która nie chce uznać sekcji centralnej. Na tej podstawie 18 marca 1835 r. wykluczono 11 członków (z całej liczby 14) sekcji St. Helier z listy członków Towarzystwa Demokratycznego. Że pomimo tego cieszyli się oni w szeregach demokracji pewną sympatią, o tym świadczy fakt, iż przy wyborach Centralizacji, które wkrótce potem odbyły się, najwybitniejszy z nich, Stanisław Worcell, chociaż już nie był członkiem Towarzystwa, otrzymał 25 głosów (na 747 głosujących [6]).

Stosunki między sekcją z Portsmouth a sekcją centralną były z początku bardzo serdeczne. W całym Towarzystwie zbierano składki na wsparcie dla głód cierpiących żołnierzy. Starano się uchronić ich przed agentami księcia Czartoryskiego, głowy konserwatywnej partii, gdyż Czartoryski, przekonawszy się o niemożliwości stworzenia jednej organizacji obejmującej całą emigrację a podlegającej jego władzy, całą siłą starał się ubierać ludzi w uniformy i wysyłać ich na pole walki do Portugalii, Algieru, Egiptu. Sekcja zaś z Portsmouth wysyłała do sekcji centralnej podniosłe adresy z wyrazami gorącej sympatii dla sprawy demokracji. Później rozpoczął się spór. Powód był ten sam, co z sekcją z St. Helier. Sekcja z Portsmouth nie chce znosić w Towarzystwie żadnych trwale ustanowionych władz i wzywa członków Towarzystwa, aby bez względu na zdanie jakiegokolwiek komitetu centralnego samodzielnie szukali nowych środków i dróg do wywołania rewolucji. Ostatecznie w piśmie z 25 maja 1835 r. wypowiada się otwarcie za zniesieniem własności prywatnej. Odnośny ustęp brzmi:

„Każdy człowiek przynosi ze sobą na świat prawo do życia, prawo do istnienia, więc prawo do życia jest prawem natury. A teraz spytajmy się, czy prawo własności jest prawem natury, czy też wypływem urządzeń społecznych? Natura jest macochą własności, gdyż w naturze nie ma żadnej własności. Uświęcone wiekowym rabunkiem i mordem, prawo własności sprzeciwia się prawu do życia, wypływającemu wprost z samej natury. Zabija ono prawo do życia, więc musimy je obalić, zniszczyć, jeśli nie chcemy iść przeciw naturze. Uznając równe prawo wszystkich do życia, już przez to samo odrzucamy monstrualne prawo własności prywatnej. Jak prawo do życia, tak też i prawo własności jest dobrem wspólnym. To są niezaprzeczone, niewzruszone, wieczne prawdy, z którymi nie można wchodzić w żadne kompromisy (Sekcja Grudziążka Towarzystwa Demokratycznego do wszystkich tegoż członków. Portsmouth 25 maja 1835 r.)

Pismo to podpisało 123 członków sekcji.

Teraz wywiązuje się walka. Naprzód na pismo z Portsmouth odpowiedziała sekcja centralna, przytaczając je dosłownie w swym okólniku z 15 lipca 1835 r. W odpowiedzi swojej potępiła zasadę wspólnej własności, zwracając uwagę członków Towarzystwa na skutki, jakie z tego wyniknąć mogą, jeśli ich partię podejrzewać będą o „anarchizm, terroryzm i wszystko to, co stąd złośliwość nieprzyjaciół wysnuć potrafi”. Równocześnie wzywała sekcje i wszystkich członków Towarzystwa do wypowiedzenia się w kwestii zniesienia prywatnej własności, aby w ten sposób wyjaśnić pogląd większości.
Odpowiedzi rychło nadeszły; ogłoszono je w okólniku z 12 września 1835 r. Jest ich 11, a litografowana ich odbitka obejmuje 27 stron. Była to pierwsza dyskusja Towarzystwa Demokratycznego w kwestii własności i dla tego zasługuje na bliższe w niej rozejrzenie się. Od razu jednak zaznaczamy, że wszystkie odpowiedzi odrzuciły doktrynę sekcji z Portsmouth.

W uzasadnieniu nie dawano przeważnie żadnych argumentów, ograniczano się jedynie do potępienia doktryny i na tym koniec. Różnice w poszczególnych odpowiedziach polegały głównie na stopniu ostrości, z jaką wystąpiono przeciw sekcji w Portsmouth. Jedynie sekcja z Vimoutiers poddała tę doktrynę pobieżnej krytyce. Argumentowała w sposób następujący:

a) Sekcja w Portsmouth składa się z rewolucjonistów; dąży, jak wszyscy polscy demokraci, do zrzucenia obcego jarzma z ziemi polskiej. Dlatego powinna była postawić sobie pytanie, czy łatwiej lud porwać do walki z najeźdźcami przyrzeczeniem, że staną się właścicielami czy też nadzieją socjalistycznej własności wspólnej. Zastanawiając się nad tym, musieliby dojść do przekonania, że lud nie zna doktryny socjalistycznej, nie potrafi nią się zapalić, gdy tymczasem dla zdobycia własnego kawałka ziemi ofiaruje wszystko.

b) Ziemia w każdym wypadku musi być uprawianą. Jeśli pozostawimy obowiązek pracy wolnej woli jednostki, pilny się będzie męczył, a leniwy wypoczywał. A jeśli wprowadzimy przymus, dojdziemy do tyranii, wobec której niczym by była tyrania cara Mikołaja.

c) Jak w praktyce ma być zorganizowana wspólna własność? Co stanie się z handlem, co z wychowaniem w państwie przyszłości? Co będzie z fabrykami i przemysłem.

d) Sekcja z Portsmouth postępuje tak, jak owi rewolucjoniści, którzy dlatego sprzeciwiają się wywłaszczeniu wielkich właścicieli na korzyść chłopa, że jeszcze nie dokonano katastralnych pomiarów całej ziemi polskiej, i jedni chłopi dostaliby za dużo, drudzy za mało Aby nie dopuścić do tej drobnej niesprawiedliwości, godzą się na daleko większą, przede wszystkim na znoszenie obcego jarzma, i wtedy dopiero pragną chwycić za broń, gdy już wszystko będzie przygotowane do przeprowadzenia ich planów. W ten sposób postępuje i sekcja z Portsmouth: nie chce chłopskiej prywatnej własności, bo z czasem doszłoby znowu do koncentracji ziem w małej ilości rąk i do wyzysku chłopa; pragnie czekać aż wszystko będzie dojrzałe do rewolucji socjalnej. My przeciwnie, chcemy mieć coś pewnego w ręku już teraz, a nie w mglistej przyszłości.

Nic nowego pod słońcem! – powie każdy, czytając to. Rzeczywiście, dziś jeszcze ciągle te same argumenty wysuwają przeciw socjalizmowi. Musimy na to zwrócić uwagę, że argumentów pod a) i d), odnoszących się specjalnie do polskich stosunków, jeszcze dzisiaj w Polsce używa partia demokratów, jako środka walki przeciw socjalizmowi.

Sekcja w Portsmouth nie pozostała dłużną w odpowiedzi. Brzmiała ona [7]:

Widzimy w dziejach ludzkości, że własność niejednokrotnie była naruszaną, np. przez zniesienie niewolnictwa, przywilejów feudalnych itd. Rewolucja francuska składała się z całego szeregu zamachów na własność. Jeśli zwrócimy wzrok na Polskę, widzimy, że ani kozaków, którzy znieśli prywatną własność szlachty i sami nie uznawali własności ziemi, ani chłopów, w czasie wypraw napoleońskich pustoszących ziemie nie tylko Rosjan, ale i polskiej szlachty, nie możemy uważać za fanatycznych zwolenników własności. Pod indywidualną własnością rozumiemy nie dobra zarobione (dosłownie: „własną pracą zdobyte”), które każdemu chcemy zagwarantować, lecz dobra dziedziczne. Jeśli się szlachcie zabiera część własności, aby dać chłopu na jego indywidualną własność, to zupełnie tak samo narusza się zasadę własności jak przez to, czego my żądamy, to jest przez zupełne jej zniesienie, więc i w tym wypadku zasługiwałoby się na miano utopisty. Na pytanie, jak chcemy zorganizować własność, odpowiadamy słowami Cromwella: „Wiem, czego nie chcę, ale czego chcę, tego jeszcze nie wiem”. Przejdźmy teraz do poszczególnych punktów:

a) Zarzucacie nam, że naszymi teoriami nie zdołamy pozyskać chłopa dla sprawy rewolucji. Przedstawmy sobie, że szlachta wzywa chłopów do wspólnej walki z obcym jarzmem, że obiecuje im kawałek gruntu, który, rozumie się, sama wydzieli, i że z drugiej strony stajemy my z naszym programem, który jedynymi właścicielami ziemi chce uczynić ojczyznę i gminę. Z pewnością lud stanie po naszej stronie, jeśli tylko potrafimy rozumnie do niego przemówić i zyskać jego zaufanie. Co się tyczy sposobu przemawiania, to my z pewnością najlepiej to potrafimy, gdyż sami jesteśmy chłopami – a co do zaufania, to przebieg powstania z r. 1830 nie mógł go obudzić u chłopa dla szlachty.

b) Czy ziemia będzie wydajniejsza, jeśli każdy na przeciąg życia otrzyma równy w niej udział wraz z odpowiednią ilością bydła, budynkami i całym urządzeniem gospodarczym; jeśli starcowi gmina przyjdzie z pomocą; jeśli pracowitość uważaną będzie za cnotę obywatelską, a wraz ze zniknięciem klas niepracujących zniknie dzisiejszy wstyd pracy; jeśli ziemia, do uprawy przeznaczona, wolna będzie od wszelkich ciężarów, a banki ziemskie każdemu służyć będą pomocą; jeśli ogólne wykształcenie uszlachetni umysły i serca pracujących; jeśli znikną przeszkody, piętrzące się przed nami, a stworzone zachłannością bogaczy, którzy nie tylko wszystko w swym ręku skupili, lecz jeszcze łakomie patrzą na dobro sąsiada; jeśli cudze kaprysy chęci do pracy osłabiać nie będą; jeśli dzieci ubogiego człowieka nie będą upadlane gnuśną służbą lokajską, ani też używane za narzędzia do zaspakajania niecnych chuci, jeśli wszystko to się stanie, to możecie być pewni, że ziemia bogatsze wydawać będzie owoce, niż dotychczas (p. 27). Obawa despotyzmu rządowego niczym nie jest uzasadniona, gdyż: po pierwsze, już samiśmy o tym myśleli, by władzę rozdzielania gruntów oddać miejscowym władzom samorządnym; po wtóre czyż my zawsze obawiać się mamy rządu? Nawet wówczas, gdy to będzie rząd wybrany przez lud i spośród ludu, stojący pod ciągłą kontrolą ludu, przed ludem odpowiedzialny, nie mający żadnych interesów sprzecznych z interesami ludu, złożony z ludzi wyrosłych pod wpływem tych samych instytucji a co ważniejsza z ludzi, których egoizmu nie obudziły ani specjalne korzyści materialne, ani indywidualizm, ani chciwość?

c) Na pytanie, jak będzie zorganizowane przyszłe społeczeństwo, dziś nie możemy dać stanowczej odpowiedzi; okaże się to wówczas dopiero, gdy lud zwycięży. My pragniemy tylko, by własność stała się dobrem społeczności wszystkich obywateli, i by dopiero ta społeczność za pośrednictwem rządu lub gminy dała każdemu potrzebne wychowanie, ziemię, środki do pracy, warsztaty, biura itp., przy czym przyjdą im z pomocą banki narodowe i wytworzą się stowarzyszenia.

d) Na ostatni zarzut nie odpowiadamy, gdyż można go rzucić każdemu rewolucjoniście, nawet wam, którzy przecie wolicie wolną Polskę z chłopem uwłaszczonym, niż z obecnie istniejącą gospodarką wielkiej własności. Co się tyczy wreszcie gwałtownych środków, przez nas propagowanych, są one konieczne, gdyż żadne inne do celu nas nie doprowadzą.

Gdy ogłoszono wynik dyskusji w Towarzystwie Demokratycznym, sekcja Portsmouth wystąpiła z organizacji i w dniu 30 października 1835 r. opublikowała manifest, zatytułowany „Manifest Ludu Polskiego, gmina Grudziąż” [8]. Manifestem tym zerwano ostatnie nici, łączące jeszcze socjalistów z demokratami. Rozpoczyna się nowy okres, okres samodzielnego działania.

III

Przypatrzmy się teraz bliżej naukom „Ludu Polskiego”. Przede wszystkim spotykamy manifest z 30 października 1835 r. Niestety, treść pisma zawodzi nadzieje obudzone tytułem. Nie jest to streszczenie nowej nauki, lecz tylko zwykła odezwa do członków Towarzystwa Demokratycznego, dla nich tylko zrozumiała i całkiem przystosowana do potrzeb dnia.

Rozpoczyna się opisem przeszłości członków „Ludu Polskiego”. Chłopscy synowie z przerażeniem patrzyli, jak szlachta spychała rewolucję z jej drogi naturalnej; widzieli tę szlachtę, jak po zduszeniu powstania wracała do swoich dóbr albo w bogatych mundurach paradowała na emigracji, podczas gdy oni poszli do „piekła” grudziążkiego, okuci w kajdany przez dwa lata musieli znosić męczarnie ciężkiego więzienia. Na emigracji przyłączyli się do Towarzystwa Demokratycznego z wiarą, że przygotuje ono rewolucję polską, że rozwinie czynną działalność dla ulżenia doli swego ludu. Spotkało ich rozczarowanie. Towarzystwo Demokratyczne chce wprawdzie rzucić ludowi szmat ziemi, lecz nie myśli wcale o tym, jak usunąć wyzysk ludu ze strony bogatych, przeciwnie, zamiast dotychczasowej, chce stworzyć arystokrację pieniężną. Sekcje Towarzystwa Demokratycznego i ich władza naczelna odrzuciły zasadę „porównania kondycji socjalnych”.

Nie ma w nim miejsca dla ludu. Lud nie chce jałmużny, żąda swego prawa. W tym żądaniu opiera się na religii chrześcijańskiej, jednakowej dla wszystkich chrześcijan. „Symbol powszechnej równości, zwiastowany przez Jezusa Chrystusa, musi prowadzić do braterstwa. I dlatego dotąd nie będzie postępu, dopóki najwyższe proroctwo, ostatnie słowo braterstwa, przede wszystkim porównanie kondycji socjalnych nie zostanie wcielonym w życie. Dopóki tej zasady sobie nie uświadomimy, na nic wszystkie nasze usiłowania – z kości dawnych tyranów powstają nowi. Tu dwie tylko drogi do wyjścia: albo przyjmiemy powyższą zasadę, uznamy ją jako najwyższy cel ludzkiej społeczności, wszystkie nasze czynności dostosujemy do tego celu, a jedynie i wyłącznie w jego osiągnięciu widzieć będziemy kres reform potrzebnych dla naszej ojczyzny; albo przejść musimy do partii arystokratów, pogodzić się z księciem Adamem (Czartoryskim) i rzucić się do stóp cara. Moskiewska niewola, Sybir albo Algier; mordercy ludu, może mściciele nocy z 15 sierpnia (1831 r., gdy lud Warszawy wywieszał pewną ilość zdrajców), albo sekcje Towarzystwa Demokratycznego, spełniające rolę cenzorów; korni słudzy panów, szlachty lub worów pieniężnych – wszystko to jedno. Wierzcie nam, obywatele, wszystko to wiąże się w jeden łańcuch, to wszystko godzi na życie ludu. Wolność nie znosi połowiczności. Niewola albo zupełna równość, Mikołaj albo oddanie ludowi wszystkich praw – teraz możecie wybierać…” (przyjęte na posiedzeniu dnia 30 października 1835 r. w koszarach polskich żołnierzy w Portsea, Portsmouth. Następuje 147 podpisów). „Występujemy w obronie prawdziwych interesów ludu i należymy do ludu. Tylko ci, którzy wyrzekają się przywilejów klasy, stanu i majątku, znajdą miejsce w naszych szeregach. Tak postępować jest obowiązkiem emigracji, aby zmyć zbrodnie przodków. A jeśli tego nie czynią, to my sami znajdziemy dość potrzebnych sił”.

Manifest ten podpisało 141 członków „gminy Grudziąż” i następujących sześciu emigrantów, przebywających w St. Helier: Seweryn Dziewicki, Aleksander Gronkowski, Tadeusz Krępowiecki, Roch Rupniewski, Reces Wątróbka, Stanisław Worcell.

Ponadto każdy członek „Ludu Polskiego” musiał podpisać następującą deklarację:

„My, niżej podpisani, zrzekamy się na zawsze używania wszelkich korzyści społecznych, nieopartych na prawach, służących całemu ludowi polskiemu. Obowiązujemy się jako cząstka ludu, zorganizowanego w jednej gminie, pracować nad przywróceniem mu wszystkich praw, z których korzystanie stanowi rzeczywiste wszechwładztwo ludu, i niszczyć to wszystko, cokolwiek by dążyło do przeszkodzenia porównaniu kondycji socjalnych, obalając stan dzisiejszy społeczności, który pozwala jednemu człowiekowi wyzyskiwać drugiego. Dla tych celów oddajemy całe jestestwo nasze z poświęceniem, które Chrystus obwieścił jako podstawę wyzwolenia ludzkości, a które uznajemy za warunek i przyszłą podstawę społeczeństwa”.

Porównując oba te pisma z przytoczoną wyżej odezwą z 25 maja albo z odpowiedzią daną sekcji Vimoutiers, widzimy, pomijając panujący tu mistycyzm, znaczną różnicę. W obu wypadkach postawiono żądanie zniesienia prywatnej własności; w pierwszym jednak punktem wyjścia jest prawo do życia, przyrodzone wszystkim ludziom, a przez prywatną własność ograniczone i niszczone; w drugim przeciwnie – punktem wyjścia jest nauka Chrystusa, głosząca równość i braterstwo jako podstawę życia społeczności ludzkiej i stąd potępiająca wszystko, co sprzeciwia się tym dwóm zasadom, a więc i własność prywatną.

Obie te teorie następnie rozwijano dalej. Kto był ich przedstawicielem, nie możemy z pewnością powiedzieć, gdyż nie mamy przed sobą historii wewnętrznego życia „Ludu Polskiego”; nie wiemy nawet, kto był autorem większej części pism, pozostawionych nam przez tę organizację. Co do niektórych odezw i broszur – autorzy są nam znani. A porównując te prace z innymi utworami, nie podpisanymi przez autorów, oraz uwzględniając sądy współczesnych o poszczególnych członkach „Ludu Polskiego”, możemy z niejaką pewnością twierdzić, że pierwszy kierunek przedstawiał głównie Stanisław Worcell, drugi zaś Zenon Świętosławski.

Worcell był, jak na owe czasy, przesiąknięte mgłą romantyzmu, umysłem bardzo jasnym. Na wskroś rewolucjonista, chociaż hrabia i arystokrata z urodzenia, całą gwałtowną naturą swoją oddał się naprzód naukom, a potem propagandzie socjalizmu z wiarą, że zrewolucjonizuje całą polską emigrację, która następnie, jak potok lawy, rozleje się po całej ziemi polskiej. Studiował pilnie rewolucję francuską, czego liczne ślady widzimy w jego pismach, i był gorącym wielbicielem starego spiskowca i babeufisty Buonarottiego. Ciekawą pod tym względem jest jego mowa wygłoszona podczas uroczystości dla uczczenia pamięci zmarłego Buonarottiego na wyspie Jersey w dniu 2 października 1837 r. Mówił tam, że Buonarotti „szczególniej Polskę ukochał; uważał ją za siostrę swojej kochanej Francji w poświęceniu się dla szczęścia ludzkości; oczyma ojca czuwał nad polską emigracją, współczuł ze wszystkimi jej dążeniami… Wśród emigracji było wybrane kółko, które Buonarotti przede wszystkim umiłował. Nie myślcie jednak, obywatele, że była to oligarchia inteligencji polskiej, którą on tak kochał… Nie, to byli żołnierze z Portsmouth, jedyni rzecznicy ciemiężonych mas polskich, to była gmina Grudziąż. Dlaczego nie mam wam ukazać wzruszających objawów troskliwości ojcowskiej, którą on ją otaczał?”. W innym miejscu mówi: „Buonarotti był pierwszym, który zasadę zrównania stanów w społeczeństwie w piśmie ogłosił. Gmina Grudziąż była pierwszą, która ją publicznie przyjęła”.

Prócz wpływu rewolucji francuskiej a w szczególności Rousseau i Babeufa, widoczne są w pismach jego jak i w ogóle w całej nauce „Ludu Polskiego” ślady saint-simonizmu. Do tego jeszcze powrócimy.

Nadzieje pokładane przez Worcella w rewolucyjnym wpływie socjalizmu w Polsce, nie spełniły się. Dlatego, chociaż zawsze pozostał wierny swoim przekonaniom, wkrótce opuścił organizację „Ludu Polskiego” i przystąpił do demokratów (nasamprzód do „Zjednoczenia”, potem po r. 1848 do Towarzystwa Demokratycznego), gdzie też do swojej śmierci (w 1857 r.) najwybitniejszą odgrywał rolę.

Świętosławski był mistykiem. Szukał socjalizmu i znalazł go w ewangelii. Dlatego wszystkie jego poglądy owiane są duchem mistyczno-religijnym. Pozostał wierny swoim przekonaniom, które z czasem przetworzyły się w zupełny systemat religijny, aż do śmierci. Gdy po roku 1840 większa część inteligencji opuściła „Lud Polski”, uzyskał on tam nieograniczony wpływ, pchnął organizację na fale mistycyzmu i w wysokim stopniu przyczynił się do przetworzenia jej w sektę. Wielką zasługę zdobył sobie tym, że zebrał większą część pism „Ludu Polskiego” i wydał je później (w 1854 r.) w grubym tomie (400 str. petitu) – czym uchronił je od zapomnienia.

IV

Dla dokładniejszego scharakteryzowania obu tych kierunków podajemy treść dwóch głównych prac Worcella i Świętosławskiego.

Pierwsza jest to rozprawka, zatytułowana „O własności” St. Worcella.

Są dwie teorie, mówi Worcell, starające się uzasadnić istnienie własności. Według jednej jest ona świętą dlatego, że jest prawem natury, według drugiej – dlatego, że tak Pan Bóg urządził. Co do pierwszej teorii, widzimy, że to rzekomo święte prawo natury w rozmaitych czasach najzupełniej było odmienne. Dawniej uważano na przykład posiadanie jednego człowieka przez drugiego za coś zupełnie naturalnego; Arystoteles starał się uzasadnić niewolnictwo samą naturą człowieka, i nikt nawet w wyobraźni nie mógł sobie przedstawić stanu społeczeństwa opartego na wolnej pracy. A przecież ludzkość doszła do tego, niewolnictwo zniesiono! Widzimy dalej, że własność ziemska przechodziła najrozmaitsze fazy. U większej części ludów pierwotnych ziemia była wspólną własnością; w dawnej Polsce ziemia należała do króla, później rozdzielono ją między poszczególnych posiadaczy. Jakżeż można instytucję, która tyle zmian przechodziła, tyle razy była naruszaną, a nawet znoszoną, uważać za prawo natury.

Druga teoria upada sama przez się, jeśli pierwszej nie uznajemy; przecież prawo nie istniejące w naturze, nie może od Boga pochodzić. Zresztą jest to nonsensem w każdym urządzeniu ludzkim dopatrywać się ręki Boga.

Rozmaite frakcje demokratów polskich, mówi dalej Worcell, przechodząc do praktycznego omówienia kwestii, są niezgodne co do przyszłego stanowiska chłopa. Jedni chcą dać mu prawo kupienia sobie u pana ziemi, którą uprawia, inni chcieliby obecnym wielkim właścicielom dać odszkodowanie ze skarbu państwa, inni wreszcie są za bezpłatnym oddaniem ziemi chłopu bez odszkodowania dla wielkich właścicieli. Lecz w tym są wszyscy zgodni, że obecna klasa wielkich właścicieli ma być nadal utrzymaną, i że chłop dany mu grunt powinien otrzymać na swoją własność indywidualną. Jakie stąd skutki? Uwiecznienie politycznej władzy wielkich właścicieli nad chłopem, koncentracja gruntów chłopskich w ręku sprytnych spekulantów i nowy rodzaj niewoli. Panowanie kapitału nad proletariuszem zastąpi dotychczasowe uprzywilejowanie szlachty. Wolność, równość, braterstwo – są to czcze słowa, dopóki istnieć będzie własność. Przyrodzone prawo człowieka do ziemi i jej płodów jest kłamstwem. Co najwyżej można mówić, że człowiek tego potrzebuje. W ogóle nie ma wśród ludzi żadnych praw natury, są tylko prawa społeczne. Dopóki ludność na ziemi była nieliczną, własność płodów, zdobytych największym trudem, była społeczną koniecznością, bez której ludzkość wprost nie mogła istnieć. Następnie własność prywatna zmierzała do udoskonalenia produkcji, lecz teraz jest tylko ciężarem, gniotącym większość ludzi. Jeśli Chrystus świat cały wyzwolił, dając człowiekowi jednego tylko pana, swego Ojca, to dał mu także wolność zasłużenia sobie na karę lub nagrodę. W myśl Jego przykazania, każdy powinien mieć możność zdobywania sobie praw przez spełnianie obowiązków. Od tego czasu, kto nie pracuje, nie ma prawa do własności. Charakterystycznymi rysami obecnego społeczeństwa jest dziedziczenie i wyzysk pracy innych ludzi. Te dwie instytucje pozwalają wielu ludziom zwalać swoje obowiązki na barki innych. Można je usunąć tylko w ten sposób, że się odda własność w ręce społeczeństwa. Wówczas zniknie życie bezczynne i złączona z nim nędza. Wyrównają się przeciwieństwa między jednostką a społeczeństwem, gdyż interesy ich będą wspólne. Zniknie egoizm rodzinny, gdyż człowiek od rodziny otrzyma tylko życie, a nie, jak dziś, swój byt. Miejsce wychowania domowego zajmie wychowanie pod kierownictwem społeczeństwa. W ten sposób silniejsze staną się węzły łączące ludzi ze sobą.

Rozprawka ta została w dniu 2 sierpnia 1836 r. przez gminę „Grudziąż” zaaprobowaną.

Zwróćmy się teraz do dzieła Świętosławskiego.

Pod tytułem „Zasady kościoła powszechnego” opublikował on dnia 24 marca 1844 r. obszerną rozprawę, w której rozsnuwa obraz organizacji przyszłej republiki powszechnej.

Dzieło to dzieli się na 19 paragrafów, traktujących o następujących przedmiotach: 1) Wiara i obrządek, 2) Obowiązki wobec bliźnich, 3) Podział kościoła, 4) Rząd, 5) Wykształcenie i wychowanie ludu, 6) Duchowieństwo, 7) Higiena, 8) Umiejętności, sztuki piękne i wychowanie, 9) Przemysł, 10) Rolnictwo itd.
Niełatwo jest uchwycić właściwą treść rozprawki. Jej styl i układ naśladują biblię. Widocznie jest ona obliczona na to, by wyznawcy wyuczyli się jej na pamięć, gdyż poszczególne ustępy nie są obszerniej opracowane, lecz stłoczone w malutkie zdania, które przy szybszym czytaniu często pominąć można. Mniej więcej organizację „kościoła powszechnego” możemy streścić w następujących słowach:

Religia jest monoteistyczną; jest to religia Abrahama, Izaaka, Chrystusa i wszystkich przeszłych i przyszłych proroków, uznawanych przez cały lud. Wszystkie inne religie lub sekty będą tolerowane, lecz używać się będzie łagodnych środków do nawrócenia ich wyznawców. Do tych łagodnych środków należeć będzie między innymi wyłączenie sekciarzy od używania praw politycznych i przymusowe wychowywanie ich dzieci w jedynej prawdziwej religii. Integralną częścią religii są obowiązki wobec bliźnich, które tym tylko różnią się od etyki wspólnej wszystkim religiom, że zabronionym jest uznawanie ziemi, jej owoców, wytworów przemysłu i w ogóle czegokolwiek za własność prywatną. Przykazanie to poparte jest przez ustawę zasadniczą, według której wszystko, co służy do produkcji albo jest produktem, stanowi własność kościoła powszechnego, a urzędnicy jego zarządzają nią, ewentualnie ją rozdzielają.

Kościół powszechny dzieli się na narody, te znowu na prowincje, okręgi i gminy. Stolicą jego jest gród, zbudowany na przesmyku sueskim. Tam rezyduje najwyższa władza, namiestnik Chrystusa. Wybiera go lud grodu stołecznego i wszyscy przyjezdni obywatele, przebywający w nim w tym czasie, spośród tak zwanych cezarów kościoła. Podlega on kontroli sądu najwyższego, który go może usunąć. Ma przydaną radę, ale nie ma obowiązku iść za jej wskazówkami. W ogóle każda władza skupiona jest w ręku jednego, gdyż wszyscy inni jej członkowie są tylko nieodpowiedzialnymi doradcami.

Namiestnik Chrystusa mianuje naczelników kraju dla każdego narodu spośród członków odnośnego wydziału krajowego, ci w ten sam sposób mianują naczelników prowincji itd. Krajowi, prowincjonalni i gminni naczelnicy mianują wszystkich innych urzędników kościelnych, wojskowych, przemysłowych itp. spośród reszty członków wydziału. Naczelnicy ze swej strony podlegają kontroli sądu krajowego, obwodowego lub gminnego.
Oryginalny jest sposób organizowania wydziałów; wybierają je uczniowie szkół publicznych z własnego grona. Uczniom, którzy ukończyli już ogólne wykształcenie, przedkładają co roku listę przypuszczalnie w następnym roku wakujących miejsc urzędników. Po czym wybierają oni spośród siebie pewną ilość najzdolniejszych, którzy wstępują do szkół specjalnych. Po ukończeniu kursu obsadzają nimi najniższe urzędy, jednak najzdolniejsi, również wyborem wskazani, dostają się do wyższych zakładów naukowych, aby wykształcić się na wyższych urzędników itd.

Gminny sąd, do którego należy także kontrola nad urzędnikami gminnymi, składa się ze wszystkich obywateli gminy. Wybierają oni spośród siebie sądy obwodowe, a te znowu krajowe itp.

Najwyższe kierownictwo w przemyśle, rolnictwie i sztukach pięknych należy do namiestnika Chrystusa; jemu podlegają urzędnicy krajowi, okręgowi i gminni, którzy zbierają statystyczne dane co do potrzeb ludności i odpowiednio do tego organizują pracę. Każdy otrzymuje wszystko, co jest koniecznym do zaspokojenia potrzeb, lecz jest obowiązany do pracy, wyznaczonej mu przez gminę.

Kobiety równouprawnione są z mężczyznami. Przeciw ludom uznającym własność, dotąd prowadzoną ma być wojna, dopóki się nie nawrócą.

V

Powyższe dwie rozprawy stanowią główny produkt ówczesnej polskiej myśli socjalistycznej. Poza tym w 201 adresach, rozprawkach i odezwach, zebranych przez Świętosławskiego, i w kilkudziesięciu innych, przez niego nieopublikowanych a przez organizację „Ludu Polskiego” ogłoszonych, znajdujemy bardzo mało myśli oryginalnych. Lecz są w nich szczegóły, na które warto zwrócić uwagę.

Jak sobie wyobrażał „Lud Polski” ukształtowanie przyszłego społeczeństwa, trudno powiedzieć. Prawdopodobnie nie mieli żadnego konkretnego planu (wyłączając obraz skreślony w „Zasadach kościoła powszechnego”, co już należy do późniejszego okresu). Wzmiankę o tym, że według ich zdania, zniesienie własności polegać ma jedynie na zmianie tytułu prawnego, a produkcja, chociaż pod kontrolą społeczeństwa, prowadzoną ma być dalej indywidualnie, znajdujemy w ustępie, który mniej więcej w dosłownym brzmieniu przytaczamy:

Społeczeństwo jest jedynym właścicielem wszystkich środków produkcji. Ono rozdziela je, jak np. ziemię, narzędzia przemysłu itp., między poszczególnych członków stosownie do ich uzdolnienia. Instytucja banków narodowych, kas pożyczkowych i kas pomocy ma ułatwić obywatelom łączenie się razem i tworzenie przedsiębiorstw gospodarczych, przerastających siły jednej jednostki. Społeczeństwo troszczy się o wychowanie dzieci i utrzymanie starców, tudzież niezdolnych do pracy. Każdy wytwórca zatem spożywa owoce swojej własnej pracy, co mogłoby wytworzyć nierówną miarę w używaniu; lecz widzieliśmy, że „Lud Polski” był przeciwny temu, aby zdolniejsi większe ciągnęli korzyści, musimy więc przypuścić, że miano temu zapobiegać przez odpowiedni rozdział środków pracy.
W jaki sposób socjaliści zamierzali znieść własność prywatną w ogóle, a specjalnie w Polsce?

Na pytanie to mamy odpowiedź w liście „gminy Grudziąż”, wystosowanym do sekcji Fontainebleau Towarzystwa Demokratycznego, i w proteście przeciw otwartemu listowi Towarzystwa Demokratycznego do francuskiego prezydenta ministrów. W pierwszym piśmie stwierdzają, że tylko siłą da się wprowadzić nowy porządek rzeczy. Ci, którzy wzdrygają się przed gwałtownymi czynami rewolucji francuskiej, niechaj przypomną sobie okropności każdej reakcji, a z pewnością zmienią swoje zapatrywania. W ogóle gwałt tylko wówczas należy potępić, jeśli nie opiera się na prawie; oni zaś, socjaliści, mają za sobą prawo, bo pragną ludzkość oswobodzić od obecnego zła. Propaganda pokojowa nie doprowadzi ich do celu, bo nieprzyjaciel zbyt jest potężny. Wierzą, że potrzebne siły znajdą w samym ludzie. W drugim piśmie oczekują ponadto pomocy od zbliżającej się powszechnej rewolucji w Europie.

Dnia 22 listopada 1836 r. „Lud Polski” opublikował „Odpowiedź na drugi projekt Manifestu Towarzystwa Demokratycznego”, w której projekt ten podaje bezwzględnej krytyce. Równocześnie w odpowiedzi tej roztrząsa kilka innych kwestii. I tak między innymi:

Panslawizm, szeroko wówczas rozpowszechniony wśród emigracji, potępiają stanowczo [9]. Naprzód szydzą z bożków Lelum-Polelum, Śwista-Pośwista, którzy mają zastąpić nowoczesną wiedzę, szydzą z mysiej wieży nad jeziorem Gopłem, rzekomego klejnotu słowiańskiej architektury itp. Po czym wykazują, że nie istnieje synteza słowiańskiego ducha, bo przede wszystkim wie się bardzo niewiele o dawnych urządzeniach słowiańskich, a po wtóre były one zupełnie barbarzyńskie i nie dadzą się zastosować w obecnych czasach. Poza tym idea słowiańska stanowi dla Polaków groźne niebezpieczeństwo, gdyż słowiańszczyzna i Rosja to pojęcia identyczne.

W piśmie tym znajdujemy dalej gwałtowne napaści na kościół rzymski. I to jest ciekawe, gdyż niejeden mógłby skądinąd myśleć, że ludzie tego pokroju, co Worcell i inni, chcieli chrystianizm wcielić do swego programu tylko po to, aby wobec silnej naonczas religijności ludu polskiego w ten sposób pozyskać sobie chłopa. Ale w takim razie musieliby się wystrzegać zaczepiania religii lub kościoła w jakikolwiek sposób. W rzeczywistości jednak pierwiastek religijno-mistyczny w nauce gminy Grudziąż nie był wcale środkiem agitacyjnym; przeciwnie, płynął z głębokiego wewnętrznego przekonania, i dlatego właśnie ci ludzie mieli odwagę zaczepiać Kościół, a przede wszystkim jego najwyższą władzę. „Nie ma w Rzymie chrześcijaństwa” – mówili oni. „Czyż kapłani Watykanu nie są parobkami panów tego świata, czyż nie palą kadzideł przed bożkami gwałtu i ciemności? Rzymskie duchowieństwo zdradziło chrystianizm, odwróciło się od jego posłannictwa. Kiedyś było ono potrzebne, gdy rozumiało cel Zbawiciela, burzyło władzę starożytnego świata, było przedstawicielem kościoła, to jest społeczeństwa… gdy obalało trony i zdobywało kraje, aby w ten sposób przybyć z błogosławioną pomocą ludowi. Teraz słowo Chrystusa żyje tylko wśród ludu”.

Po trzecie, równość ludzi przedstawioną jest nie jako prawo natury, lecz jako prawo społeczne. Ludzie nie są równi, jeden ma więcej, inny mniej sił fizycznych i umysłowych, ale wszyscy coś czynią dla wspólnego dobra stosownie do większego lub mniejszego zasobu swych sił; dlatego każdy ma prawo dążyć do równości i żądać jej.

Dalej mamy jeszcze wielką rozprawę, zatytułowaną „Do Ludu Polskiego na emigracji” napisaną przez Zenona Świętosławskiego, lecz zawiera ona tylko chaotyczny zbiór mistycznych roztrząsań o „posłannictwie” ludu polskiego itd.

Wszystkie inne wydawnictwa „Ludu Polskiego” nie posiadają żadnej wartości teoretycznej i mogą mieć znaczenie jedynie jako materiały do historii.

VI

Przystępujemy do historii naszych socjalistów. Widzieliśmy ich naprzód, jako członków Towarzystwa Demokratycznego, po czym wystąpili i zorganizowali się w „Lud Polski”. Od tej chwili rozpoczyna się ich działalność samodzielna. Przypatrzmy się przede wszystkim zewnętrznym warunkom ich życia. Rząd angielski na podstawie uchwały parlamentu z r. 1834 wyznaczył stałe pensje wszystkim emigrantom polskim. Pensje te jednak nie były im wypłacane wprost, lecz tylko za pośrednictwem „Towarzystwa Literackiego Przyjaciół Polski”, składającego się z Anglików i Polaków. Do „Towarzystwa Literackiego” (istniejącego jeszcze dotychczas) należeli prawie wyłącznie stronnicy księcia A. Czartoryskiego, którzy nie byli przyjaciółmi demokratów, a tym bardziej socjalistów. Kiedy więc 212 żołnierzy, którzy później utworzyli kolonię socjalistyczną, wylądowało na ziemi angielskiej, zaraz zjawili się agenci księcia, aby ich skłonić do odjazdu do Algieru. Do tego jednak nie przyszło, żołnierze osiedlili się w Portsmouth. I późniejsze starania księcia w tym kierunku spełzły na niczym, co, rozumie się, ogromnie rozgoryczyło „Towarzystwo Literackie” na emigrantów w Portsmouth. Dawano im żołd. Przeważnie otrzymywali miesięcznie po 28 szylingów, z czego potrącano im jeszcze 7 szylingów za mieszkanie. Mieszkanie to stanowiły stare zmurszałe koszary drewniane, które służyły pierwotnie za szpital choleryczny. Obfite składki, zbierane w Anglii dla polskich emigrantów nie tylko w pieniądzach, lecz także w ubraniach i bieliźnie, rozdzielano gdzie indziej, a emigranci z Portsmouth jeszcze w roku 1840 żalili się, że muszą nosić mundury żołnierskie, przyniesione jeszcze z Polski. Z tych 21 szylingów żołnierze musieli pokryć całe swoje utrzymanie; prócz tego opłacali wkładki do kasy stowarzyszenia na pokrycie kosztów druku i ekspedycji odezw, broszur etc. Te dobrowolne podatki musiały być bardzo wysokie, gdyż często czytamy w protokółach Towarzystwa, że z kasy wcale pokaźne sumy asygnowano na rozmaite cele [10].

Po zerwaniu z Towarzystwem Demokratycznym „Lud Polski” rozwinął gorączkową działalność. Wydrukowano program („Manifest Ludu Polskiego”), kilka odezw do członków Towarzystwa Demokratycznego, dalej „Akt oskarżenia przeciw tzw. Towarzystwu Demokratycznemu z powodu jego manifestu do francuskiego ministra spraw wewnętrznych z dnia 31 października 1835 r.”, „Sprawozdanie komisji gminy Grudziąż z jej trzymiesięcznej działalności od dnia 4 listopada 1835 r.”, dwie broszury o programie Towarzystwa Demokratycznego, broszurę do polskiej emigracji i kilka innych pomniejszych pism. Wszystko to ukazało się w ciągu roku 1835 i 1836. Prócz tego pisano liczne listy do każdego, o którym można było przypuszczać, że nie jest zdecydowanym wrogiem poglądów „Ludu Polskiego”. Również publikowano w pismach angielskich odezwy: „Do ludów Europy”, „Do ludu angielskiego”, „Do radykałów angielskich”, „Do O’Connora” i wiele innych. Szczególniejsze, że nie znajdujemy żadnych śladów świadczących o bliższych stosunkach między „Ludem Polskim” a czartystami.

Skutki całej tej pracy nie odpowiadały, niestety, sumie włożonej w nią energii. Mamy tylko jedno jedyne miejsce w sprawozdaniach z ich czynności, gdzie sami mówią o pewnym rozpowszechnieniu się pism socjalistycznych w Polsce. To samo znajduje się w „Pamiętnikach hr. Wiesiołowskiego” (Lwów 1868 str. 8), który mówi, że pisma gminy Grudziąż w czwartym lat dziesiątku rozszerzano w Galicji. W ogóle można powiedzieć, że w Polsce w czwartym lat dziesiątku nie było żadnej partii rewolucyjnej, że nawet, o ile wiemy, nie było jednostki, która by w społecznych swoich poglądach posuwała się dalej, niż do żądania bezpłatnego nadziału ziemi chłopom. Na emigracji działo się lepiej, lecz także nie bardzo dobrze.

Widzieliśmy, że już w pierwszej dyskusji nad kwestią własności w „Towarzystwie Demokratycznym” wszystkie odpowiedzi skierowane były przeciw zniesieniu własności prywatnej. Ten niepomyślny wynik był jednak podnietą dla „Ludu Polskiego” do energicznej działalności. W ciągu roku 1836 wydano większą część pism „Ludu Polskiego”. Prócz tego starano się zdobyć zwolenników dla doktryny socjalistycznej drogą pisemnego i ustnego pouczania. Lecz wyniki były bardzo skromne. W sprawozdaniach gminy Grudziąż znajdujemy, że w marcu 1836 r. stał się członkiem gminy niejaki Fabian Stempniewicz; w czasie między 5 września a 4 grudnia 1836 r. przystąpili do niej: trzej członkowie z Rheims, dwu z Wersalu, jeden z dzielnicy Batignolles w Paryżu. Prócz tego sympatyzowały z gminą sekcje Towarzystwa Demokratycznego Chaillot i Panteon. Dnia 14 marca powstała z przebywających na Jersey socjalistów (8 ludzi) „gmina”, którą nazwano „Humań” od imienia miasteczka ukraińskiego, gdzie wszystkich mieszkańców (20 000) w czasie pierwszego ruchu przeciwko Rosji (konfederacja barska 1768-1772 r.) wymordowali przez rząd rosyjski poduszczeni chłopi.

Tyle tylko z całą pewnością można powiedzieć o bezpośrednim wpływie „Ludu Polskiego”. Rozszerzenie się idei socjalizmu i poza organizacją „Ludu Polskiego” było w tym czasie też niewielkie. Przeważająca część żywiołów demokratycznych wówczas już należała do Towarzystwa Demokratycznego, które z każdym dniem silniej się organizowało i imponowało emigrantom ilością członków, znacznymi środkami pieniężnymi, które gromadziło, i nadzieją rychłej, skutecznej akcji rewolucyjnej w Polsce.

O ile idee socjalistyczne rozpowszechniły się w łonie Towarzystwa Demokratycznego, to możemy poznać z dyskusji nad drugim manifestem (programem) Towarzystwa Demokratycznego, która odbyła się wkrótce po wzmiankowanej wyżej dyskusji (1836 r.)

W projekcie, podanym przez Centralizację Towarzystwa Demokratycznego swym członkom do dyskusji i przegłosowania, znajdujemy, tak samo jak w pierwszym manifeście, ustępy, które uważać byśmy mogli za socjalistyczne, gdyby im, tak samo jak w pierwszym wypadku, nie sprzeciwiała się cała treść pisma, a tu nawet i wprost niektóre ustępy. I tak powiadają: „Równość praw i równość obowiązków człowieka są prostym skutkiem tej wielkiej, przez chrystianizm obwieszczonej prawdy, że wszyscy ludzie mają tę samą naturę”.

„Wszyscy ludzie są w swoich prawach równi, wszyscy mają takie same prawo do zaspakajania swych potrzeb fizycznych, umysłowych i moralnych, do używania, rozwijania i doskonalenia swych zdolności. Każdy ma prawo brać udział w korzyściach społecznego życia; aby zaś je osiągnąć, ma prawo do udziału w wszechwładztwie ludu”.

Ostatnie zdanie wskazuje nam, jakie praktyczne skutki chciano wysnuć z „równości praw”.

Inny ustęp brzmi znowu socjalistycznie:

„Społeczeństwo oparte na zasadzie równości, daje wszystkim swym członkom gwarancję równych korzyści i wynagradza każdego odpowiednio do jego pracy i zdolności”.

Ale dalej wysnuwają stąd takie wnioski praktyczne:

„Przewrót społeczny w naszej ojczyźnie nie może się zadowolić rozbiciem kajdan, przykuwających niewolnika do gleby. Musi on stać się właścicielem tej ziemi, którą dotychczas w pocie czoła dla innych uprawiał”.

Więc żądają, aby chłopu dać ziemię, którą sam uprawiał, na jego osobistą własność. Przy tym ostatni ustęp manifestu zwraca się do wielkoduszności szlachty. To wszystko nie ma nic wspólnego z socjalizmem.

Projekt ten spotkał się z bardzo rozmaitym przyjęciem. Nadesłano 16 projektów odmiennych, mających zastąpić pewne większe ustępy projektu Centralizacji, dwa zupełnie wypracowane całkowite projekty i 116 pomniejszych dodatków i poprawek. Niektóre z tych wniosków mają zabarwienie więcej lub mniej socjalistyczne.

Sekcja londyńska wprost żąda uznania zasady, że „własność prywatna musi przejść na własność wspólną”. Sekcja Panteon przysłała cały projekt manifestu, w którym czytamy:

„Ziemia, jako źródło zaspakajania potrzeb życia, jest dla wszystkich stworzoną, nie może więc stanowić wyłącznej własności jednostek. Płody ziemi należą do wszystkich – ziemia do nikogo… Aby jednostki mogły swobodnie działać i rozwijać się, muszą być od siebie niezależne. Koniecznym warunkiem tej niezależności jest posiadanie środków do materialnej egzystencji, osobistej własności, mianowicie – pracy. Więc jest wspólna własność narodowa – to ziemia, i własność osobista – praca”.

Zasady te mogłyby już uchodzić za socjalistyczne i za takie są uważane, chociaż w tym samym projekcie czytamy o „reakcyjnej nauce wspólności dóbr”. Prócz tego dwu członków z Rheims zażądało rozwiązania kwestii własności przez zupełne jej zniesienie, powołując się przy tym na potępienie wszystkich przywilejów przez manifest Towarzystwa Demokratycznego. „Bo czym jest własność” pytają „jak nie przywilejem?” [11].

Przy głosowaniu projekt Centralizacji z rozmaitymi dodatkami, nie zmieniającymi jednak jego charakterystycznej cechy indywidualistycznej, został przyjęty 709 głosami (przy ogólnej liczbie głosujących 838 i przy ogólnej ilości członków Towarzystwa Demokratycznego 1060). Za projektem sekcji Panteonu oświadczyło się 35 głosów.

W tym czasie wysłano wielką ilość odezw do polskich i obcych stowarzyszeń politycznych, a nawet do całych stanów.

„Lud Polski” we wszystkich tych sprawach trzymał się tej samej taktyki, co jakaś nowoczesna partia socjalistyczna, która swą działalność w pewnym kraju dopiero rozpoczyna. Tak np. starano się przede wszystkim umocnić w poglądach żywioły, na które można było liczyć, i dlatego wystrzegano się starannie jakichkolwiek kompromisów z innymi – mieszczańskimi – partiami. Działalność Towarzystwa Demokratycznego uznawano od początku do końca za wrogą wolności i wrogą ludowi, odrzucano każdą wspólną akcję polityczną z grupami niesocjalistycznymi. Gdyby społeczne i polityczne stosunki ówczesnej Polski i emigracji sprzyjały propagandzie socjalizmu, taka taktyka byłaby dla partii korzystną, bo doprowadziłaby do wytworzenia grupy fanatycznych wyznawców idei, znających dobrze różnicę między zasadami socjalizmu a zasadami mieszczańskiej demokracji, wytworzyłaby dobrych oficerów dla przyszłej socjalistycznej armii. Lecz tak nie było.

Polska pod zaborem rosyjskim właśnie wówczas przygnieciona była żelaznym jarzmem systemu Mikołajewskiego. Jawna działalność polityczna była niemożliwą, a nawet tajna w wysokim stopniu utrudniona przez całą armię szpiegów, przez przymus paszportowy nawet w wewnętrznych prowincjach państwa itp. Wszyscy przybysze z zagranicznymi paszportami byli jak najstaranniej pilnowani, a otrzymanie paszportu na wyjazd zagranicę uważano za szczególną łaskę carską. Nie lepiej się działo w Galicji i w Polsce pod zaborem pruskim; w obu krajach panował, szczególniej w stosunku do Polaków, duch metternichowski. Republika krakowska znajdowała się pod surowym nadzorem Austrii, która i to miasto obsadzała wojskiem, gdy szło o rozpędzenie emigrantów itp.

Większą jeszcze przeszkodą w rozszerzaniu się idei socjalistycznych były stosunki społeczne ówczesnej Polski. Przemysł wcale nie istniał, zarodki jego skrzętnie niszczyły rządy – rosyjski i austriacki. Miasta były małe, pełne Żydów trudniących się kramarstwem, należących przeważnie do fanatycznej sekty chasydów, stanowiących grunt zupełnie niepodatny dla propagandy socjalistycznej. Chłop żył wprawdzie w bezgranicznej nędzy, ale był zupełnie odcięty od świata. Patriarchalne stosunki wsi polskiej były dla rządów doskonałą pomocą pod tym względem. Nienawiść między szlachcicem a chłopem, przez rządy starannie podtrzymywana, uniemożliwiała nawet szlachcicowi, wyjątkowo czasem dla socjalizmu pozyskanemu, oddziaływanie na chłopa w myśl swoich poglądów. Jedyną poza rządem osobą mającą wpływ na chłopa, był ksiądz. Socjalistyczna propaganda ks. Ściegiennego w Lubelskiem i Kieleckiem pozyskała tysiące chłopów – lecz to był tylko traf wyjątkowy.

Demokraci byli w warunkach daleko pomyślniejszych. Mieli za sobą liczną i wówczas jeszcze wcale silną klasę, na której mogli się oprzeć, mieli drobną szlachtę.

Szlachta ta stosunkowo była najswobodniejszą pod względem politycznym, bo któż mógł kontrolować małe dworki szlacheckie w dalekich prowincjach, cóż mogła wiedzieć policja o zebraniach, które tam pod najrozmaitszymi pozorami się odbywały? Emisariusz z zagranicy, który uzyskał dostęp do tych ludzi, mógł latami ukrywać się, a policja rosyjska nie mogła go znaleźć. Najlepszym przykładem jest Szymon Konarski.

Lecz to, co było dobrem dla demokratów, w żaden sposób nie mogło być dobrem dla socjalistów. Drobna szlachta gotową była chętnie złożyć w ofierze na ołtarzu ojczyzny drobne swoje korzyści z pańszczyzny i poddaństwa; ale na zrzeczenie się wszystkich dóbr – na to mógł się zdobyć chyba fanatyk. Propaganda „Ludu Polskiego” miała, krótko mówiąc, bardzo małe widoki na powodzenie. Jeszcze był jeden, może najważniejszy powód, że idee socjalistyczne nie mogły rozpowszechnić się szerzej, tym były skromne środki pieniężne, którymi rozporządzał „Lud Polski”. Nie mogli wysyłać do Polski emisariuszy, a musieli ograniczyć się do rzadkich okazji dla wysyłania swych pism.

Dopóki świeży entuzjazm buchał gorącym płomieniem, członkowie „Ludu Polskiego” pełni byli otuchy. Ale upływał miesiąc za miesiącem, dwa lata ubiegły od chwili zerwania z Towarzystwem Demokratycznym, i nie było żadnych prawie rezultatów pracy. Polska zdawała się wielkim cmentarzyskiem, a emigracja była wciąż jeszcze owładnięta przez demokratów i arystokratów. Poza tym w skutek nieprzejednanego stanowiska „Ludu Polskiego” wobec innych grup emigracji, nikt nie chciał z nimi utrzymywać stosunków; bojkotowano każdą ich akcję polityczną. Nie otrzymywali żadnych wsparć, ich pisma wyłapywano i niszczono. Nic dziwnego, że wkrótce między członkami „Ludu Polskiego” znaleźli się odstępcy, i że członkowie niepowodzenia swoje przypisywali nie stosunkom, lecz poszczególnym jednostkom spośród siebie. Trudno pojąć, jak w takich warunkach organizacja jednak całych dziesięć lat istniała i pracowała. Bardzo charakterystycznym rysem jest to, że gdy inteligencja powoli opuszczała szeregi „Ludu Polskiego” (z wyjątkiem Świętosławskiego), to jednak chłopi pomimo wszystkich prześladowań, pomimo nędzy, do ostatniej chwili stali wiernie przy swoim sztandarze.

Pierwszą szczerbą w organizacji było wykreślenie Tadeusza Krępowieckiego i Seweryna Dziewickiego z listy członków za to, że przystąpili do wspólnej pracy z emigracją londyńską, w czym dopatrywano się zdrady. Przyczyną ich postępku zdaje się, było to, że obaj pomienieni znaleźli daleko szersze pole do pracy wśród licznej emigracji w Londynie, aniżeli w Portsmouth. Wykluczeni mieli wielu zwolenników wśród organizacji. Ci niezadowoleni byli z takiej uchwały i w marcu 1838 r. przyszło do rozłamu. 55 członków oddzieliło się i z Krępowieckim na czele utworzyli „Kółko wyznawców obowiązku społecznego”. Kółko to wydało kilka pism, nie mających jednak żadnego znaczenia. 57 wiernych, którzy pozostali, utworzyło 21 marca 1839 r. „Wydział gminy Grudziąż w Londynie” z sześciu członków złożony, który utrzymywał żywą korespondencję z główną gminą. Do tego wydziału należał również Worcell, i z nim stało się to samo, co z Krępowieckim. Znęciła go chęć odegrania wybitniejszej roli politycznej wśród emigracji, do czego uprawniały go zdolności. Postawił wniosek przystąpienia do londyńskiego „Zjednoczenia”, a kiedy nie uzyskał większości, wystąpił z organizacji w dniu 12 kwietnia 1840 r.

W r. 1841 znajdujemy korespondencję z „gminą Havre”. Londyński „Wydział” przeistoczył się w „gminę Praga”, liczącą 11 członków. Nie było jednak widoków na dalsze rozszerzanie się. Stowarzyszenie coraz bardziej przetwarzało się w sektę. W tym czasie przedyskutowano „zasady powszechnego kościoła” i przyjęto je. „Wyznawcy obowiązku społecznego” zbliżyli się znowu do „gminy Grudziąż”; obchodzono razem uroczystości itd.

Dnia 22 maja 1844 r. rozwiązuje się „gmina Humań”. Dnia 16 stycznia 1846 r. rząd angielski odebrał „Ludowi Polskiemu” mieszkania w koszarach w Portsmouth.

Wtedy nadchodzi wiadomość o rewolucji w Krakowie i dnia 22 marca 1846 r. „zamknięto posiedzenie gminy Grudziąż i zakończono jej działalność, gdyż manifest narodowy z Polski zabrania wszelkiej działalności na własną rękę”. Akta Towarzystwa oddano do przechowania Zenonowi Świętosławskiemu.

Gmina Praga jeszcze jakiś czas istniała. W broszurze swojej z 30 września 1846 r. mówi ona, że wprawdzie wraz ze 150 emigrantami londyńskimi podpisała uznanie manifestu krakowskiego, nie chce jednak przyłączyć się do Towarzystwa Demokratycznego. Przestrzega przed Towarzystwem Demokratycznym i przed księciem Czartoryskim i w sposób następujący głosi swoje zasady: Bóg dał ludziom przykazanie udoskonalania się; Polska wzięła na siebie obowiązek wypełnienia tego posłannictwa. Ziemia do nikogo nie należy, tylko do Boga; owoce jej należą do wszystkich ludzi.

Przed rozwiązaniem „Lud Polski” mógł pochlubić się jednym zwycięstwem pośrednim. Wiemy, że pierwsza dyskusja w Towarzystwie Demokratycznym w kwestii własności skończyła się porażką socjalistów. Dziesięć lat, które od tej chwili upłynęły, musiały przynieść przedostanie się do pewnego stopnia socjalizmu do Towarzystwa Demokratycznego. Dowodem tego jest propozycja połączenia się, uczyniona przez Towarzystwo Demokratyczne wyklętemu wprzód „Ludowi Polskiemu”. Silniejszym jeszcze dowodem jest druga dyskusja nad kwestią własności, spowodowana okólnikiem Centralizacji z 15 sierpnia 1845 r. Pytanie w ten sposób było sformułowane:

„Jakie zmiany należałoby przeprowadzić w obecnych stosunkach własności po odbudowaniu niepodległej Polski, aby dać ludowi zupełną sprawiedliwość, każdemu Polakowi zapewnić środki posiadania, każdemu mieszkańcowi kraju zabezpieczyć egzystencję i podnieść bogactwo narodowe?”.

Ciekawe są słowa, którymi Centralizacja motywuje swoje postanowienie poddania tego pytania pod dyskusję. Myślą przewodnią jest to, że każdy Polak powinien otrzymać wychowanie i środki do pracy. A że te słowa padły w przeddzień rewolucji 1846 r., przez Towarzystwo Demokratyczne zorganizowanej i przygotowanej, więc przyznać im trzeba pewną wagę, gdyż stanowią one do pewnego stopnia program Centralizacji.

Dyskusji nie było. Wybuch rewolucji ją uniemożliwił.

VII

Na zakończenie podajemy krótkie notatki biograficzne o najwybitniejszych członkach „Ludu Polskiego”.

Zenon Bolesław Świętosławski, brat Aleksandra Świętosławskiego, znanego ze współudziału w napadzie belwederskim na Wielkiego Księcia Konstantego, urodził się w r. 1812 we wsi Łęk, pow. gostyńskiego. Podczas kampanii 1831 r. służył w drugim pułku ułanów i brał udział w bitwach pod Grochowem, Iganiami i Osiekiem. Z końcem listopada 1831 r. przybył do Paryża i początkowo był członkiem komitetu Lelewela. Kiedy powstało Towarzystwo Demokratyczne, był jednym z pierwszych, którzy do niego przystąpili. Wspierał on Towarzystwo finansowo i tak np. trzeci zeszyt organu Towarzystwa Demokratycznego wydał własnym kosztem. Kiedy w r. 1833 został z Towarzystwa wykluczony, wyemigrował do Anglii, gdzie wraz z Pułaskim, Krępowieckim i Worcellem wywołał spory w tzw. „Londyńskim ogólnym związku”, które doprowadziły związek do upadku. Na jego gruzach powstała najpierw sekcja Towarzystwa Demokratycznego, później „Lud Polski”. Do r. 1855 mieszkał na wyspie Jersey. W r. 1854 wydał tam dzieło swoje pt. „The cause of the Slavonian in the present question of war” (Jersey 1854). Wydawał również pismo „L’homme”. Z archiwum „Ludu Polskiego”, które po rozwiązaniu organizacji dano mu do przechowania, ogłosił w r. 1854 zbiór najważniejszych aktów pt. „Lud Polski na emigracji 1835-1846 r.” (Jersey 1854). W roku 1855 rząd angielski wydalił go z Anglii.

Stanisław Worcell był pierwotnie bogatym właścicielem ziemskim na Wołyniu. W r. 1831 był członkiem sejmu rewolucyjnego jako poseł z Równego. Z końcem r. 1832 przybył do Paryża i przystąpił tam do komitetu Dwernickiego. Uwięziony wraz z Pułaskim z powodu mowy, wygłoszonej w loży Wolnomularzy „Trinite indivisible” podczas uroczystości na cześć ofiar wyprawy Zaliwskiego, został wtrącony do więzienia St. Pelagie, a następnie przez rząd wypędzony z Francji. Udał się do Belgii i redagował tu przez jakiś czas republikańskie pismo „La voix du peuple”. W r. 1834 widzimy go w Londynie. Dnia 29 listopada 1834 r. po rozbiciu się „Londyńskiego ogólnego związku” Worcell staje na czele gminy. Wykluczenie Krępowieckiego i Dziewickiego z gminy grudziązkiej, które było głównie jego dziełem, zrobiło mu w Krępowieckim nieprzyjaciela, który też doprowadził do tego, że dnia 30 sierpnia 1838 r. gmina wydała wyrok potępiający na Worcella i Wątróbkę. W tym czasie organizuje się „Zjednoczenie”, Worcell przystępuje doń, a w r. 1840 wybierają go wraz z Lelewelem i Zwierkowskim do zarządu. Gdy po krakowskiej rewolucji w r. 1846 „Zjednoczenie” rozwiązało się i członkowie jego przystąpili do Towarzystwa Demokratycznego, uczynił to samo i Worcell. Dnia 25 kwietnia 1847 r. wybrano go wraz z Heltmanem, generałem Sznayde, Daraszem i Mazurkiewiczem do Centralizacji i odtąd aż do śmierci pozostaje jej członkiem. W r. 1848 po wybuchu rewolucji lutowej należał do delegacji polskiej, wysłanej do ministra spraw zewnętrznych, Lamartine’a, z żądaniem utworzenia legionu polskiego. W r. 1852 wygnańcy rozmaitych narodowości utworzyli „Komitet Europy”. Worcell był jego członkiem z Ledru Rollinem, Mazzinim, Arnoldem Rugę i D. Bratianem. Na obligacjach, przez komitet wydanych, znajduje się podpis Worcella. Gdy A. Hercen, po przybyciu do Londynu, postanowił założyć pismo rewolucyjne w języku rosyjskim, Worcell ofiarował mu swoją pomoc i opublikował w „Demokracie” z maja 1853 r. artykuł o „wolnej prasie rosyjskiej”, gdzie wykazuje doniosłość zjawienia się rewolucyjnego ruchu rosyjskiego. Worcell zmarł w Londynie dnia 3 lutego 1857 r. Na pogrzebie jego przemawiali przedstawiciele rozmaitych narodowości.

Tadeusz Krępowiecki urodził się w r. 1798 w Ujazdowie pod Warszawą. W r. 1818 immatrykulował się w uniwersytecie warszawskim. W tym samym roku utworzył wraz z Wiktorem Heltmanem tajny związek wśród studentów. W r. 1822 redagował „Wisłę” (9 zeszytów). Podczas powstania należał do „Towarzystwa Patriotycznego” i walczył pod generałem Dwernickim. W listopadzie 1831 r. udał się do Paryża. Po utworzeniu się komitetu Lelewela był jego członkiem. Już w czasie powstania występował jako demokrata, dlatego znienawidziła go arystokracja i na emigracji głównie przeciw niemu i A. Gurowskiemu wymierzała swe napaści. Krępowiecki był jednym z pierwszych pięciu założycieli Towarzystwa Demokratycznego, lecz jego ambicja i podejrzliwość nie pozwoliły mu długo pozostać w organizacji. W grudniu 1832 r. wykluczono go z Towarzystwa Demokratycznego. (Podczas pierwszego obchodu rocznicy powstania listopadowego wygłosił Krępowiecki mowę, która silne wywarła wrażenie. Przyczynę upadku powstania przypisał egoizmowi szlachty, która nie chciała chłopa uwolnić ani dać mu ziemi. Mowa ta była przyczyną, że komitet Dwernickiego i niektóre kolonie emigrantów (Avignon) uznały go za niegodnego imienia emigranta).

Przez jakiś czas Krępowiecki był przywódcą polskich karbonariuszy we Francji. Wydalony z Francji, udał się do Brukseli, a potem do Londynu. Krępowiecki był właściwym założycielem „gmin”. Wykluczony dnia 4 lipca 1837 r. z organizacji „Ludu Polskiego” za dążenie do połączenia „Ludu Polskiego” z resztą emigracji, zakłada w r. 1838 nowy związek pod nazwą „Wyznawcy obowiązku społecznego”. W r. 1844 należał do komisji dla urządzenia demonstracji protestujących z powodu przyjazdu cara do Londynu. Po powstaniu r. 1846 należał przez krótki czas do Towarzystwa Demokratycznego. Zmarł w r. 1848.

VIII

Działalność polityczna „Ludu Polskiego” odpowiadała jego poglądom społecznym. Członkowie „Ludu Polskiego” byli socjalistami i patriotami; jako socjaliści walczyli z Towarzystwem Demokratycznym, najpotężniejszą reprezentacją rewolucyjnej myśli polskiej i, jak powszechnie wierzono, przyszłego państwa polskiego; jako patrioci starali się szkodzić rządowi rosyjskiemu w opinii zagranicy.

Przeciw Towarzystwu Demokratycznemu wydano cały szereg broszur, „aktów oskarżenia” i artykułów dziennikarskich. Najważniejszy z nich to „Akt oskarżenia przeciw tzw. Towarzystwu Demokratycznemu z powodu jego pisma do francuskiego ministra spraw wewnętrznych z dnia 31 października 1835 r.”. Reakcja, która zapanowała we Francji po drugim zwycięstwie rządu nad republikanami (1834 r.), dała się odczuć także emigrantom polskim. Policja wtargnęła do lokalu Towarzystwa Demokratycznego, opieczętowała papiery i chciała rozwiązać stowarzyszenie. Położenie było bardzo złe. Francja była jedynym krajem, w którym polityczna organizacja rewolucyjna mogła rozwijać swoją czynność, gdyż tam przebywała większość emigrantów, pobierających od rządu francuskiego stałe pensje. Prócz tego kierownicy Towarzystwa Demokratycznego obawiali się, że ich papiery wydane zostaną rządowi rosyjskiemu, co dałoby doskonały powód do nowych prześladowań w Polsce. Aby ratować sprawę, Towarzystwo Demokratyczne ogłosiło otwarty list do ministerstwa spraw wewnętrznych, w którym z naciskiem zaznacza, że cele Towarzystwa są ściśle narodowe, że nie pragną wcale mieszać się do wewnętrznych spraw Francji, a swoje poglądy demokratyczne chcą rozszerzać w Polsce tylko drogą pokojowej propagandy, co im tym łatwiej przychodzi, że wielu polskich wielkich właścicieli więcej z tradycji, niż ze złej woli uciska chłopów. Z nieprzejednanego stanowiska rewolucyjnego należało to pismo potępić, jeśli się jednak zważy, jakie interesy wchodziły tu w grę, jak ważną była dla sprawy niepodległości Polski silna organizacja rewolucyjna za granicą, to przecież nie można się dziwić oportunizmowi Towarzystwa Demokratycznego.

Trzeba także uwzględnić, że był to okres reakcji, wszędzie święcącej tryumfy. Francuskie walki uliczne 1832 i 1834 r. skończyły się pogromem republikanów, tak samo wyprawa Mazziniego do Sabaudii i ruchawka frankfurcka. Nadzieje na zwycięską powszechną rewolucję europejską musiały osłabnąć, a Polacy, walczący za wolność we wszystkich zakątkach Europy, skazani byli teraz na własne siły. Dla „Ludu Polskiego” te względy nie istniały. I dlatego podnieśli silny protest przeciw Towarzystwu Demokratycznemu, nazwali jego postępowanie „zdradą”, przypomnieli Towarzystwu Demokratycznemu ogłoszone w pierwszym manifeście nadzieje na zbliżający się zwycięski pochód rewolucji powszechnej, nie tylko polskiej itp.

W listach otwartych do Daniela O’Connella, Tomasza Attwooda, Roebucka, członków angielskiej Izby Gmin, do angielskich radykałów, do ludu Wielkiej Brytanii etc. protestuje „Lud Polski” przeciw uchwałom kongresu wiedeńskiego (arystokracja polska, pragnąca działać tylko na drodze legalnej, protestowała jedynie przeciw naruszeniu przez Mikołaja traktatu wiedeńskiego, a tym samym uznawała podział Polski i jego konsekwencje; zaś Towarzystwo Demokratyczne opierało się na naturalnym i historycznym prawie Polski, nie na uchwałach powziętych bez jej zezwolenia); również ostro potępiał „Lud Polski” oportunizm arystokracji i szlachty i wzywał Anglików, by im odmówili swej pomocy. Cała ta działalność nie miała żadnego znaczenia praktycznego. „Lud Polski” był za słaby, aby głos jego mógł mieć znaczenie zagranicą. Towarzystwo Demokratyczne i Czartoryszczyzna znacznie go przewyższały w tym względzie. A przy tym socjaliści powtarzali tylko to, co już przedtem demokraci daleko donośniejszym głosem powiedzieli; chyba, że pragnęli podkopać autorytet demokratów, co tylko im samym mogło przynieść szkodę. Całkiem naturalnie nie można za to potępiać socjalistów, gdyż mieli oni nadzieję, że z czasem zdobędą potęgę polityczną większą, niż Towarzystwo Demokratyczne, i dlatego nie potrzebowali zważać na następstwa z psucia opinii demokratom. Lecz kiedy ta nadzieja znikła, cała działalność „Ludu Polskiego” stała się bezcelową albo reakcyjną.

IX

Czy idee „Ludu Polskiego” są oryginalne, czy też powtarzają zasady dawniej już ogłoszone? Jest to pytanie na pierwszy rzut oka trudne do rozwiązania. W ogóle nie ma prawie ani jednej idei nowożytnej, której twórca działałby samodzielnie, nie mając poprzedników w średnich wiekach lub w świecie starożytnym. Tym bardziej należy to powiedzieć o komunizmie, który stanowił przecież istotną treść wielu dążeń zjawiających się prawie od samego początku społeczeństwa, opartego na własności prywatnej. Ale komunizm przybierał najrozmaitsze formy, więc należy przedstawić drogę rozwojową idei jego rozmaitych twórców.

Nie jest to łatwe, gdyż sekta komunistyczna często ogólną treść swych idei zapożyczała od kogoś, kto ją podawał w zupełnie odmiennej formie. Częstokroć znowu znajdujemy podobieństwa w rzeczach drobniejszych przy zupełnie różnych zasadach podstawowych.

Widzimy to również u naszych utopistów. Na pierwszy rzut oka można by ich uważać za duchowe dzieci chrześcijańskiego komunizmu Leroux. Z drugiej strony u Świętosławskiego, tak jak u K. Fouriera znajdujemy „stolicę świata na przesmyku, łączącym Afrykę z Azją”, która stanowi centrum przyszłej republiki powszechnej. Moglibyśmy to uważać za podstawę do porównania między „Zasadami kościoła powszechnego” a dziełami twórcy „Theorie societaire”. Musimy jednak wykazać bezpodstawność obu takich przypuszczeń.

Doktryny „Ludu Polskiego” tylko z zewnętrznych pozorów podobne są do socjalizmu chrześcijańskiego. Widzieliśmy wprawdzie, że jeden z dwóch głównych kierunków „Ludu Polskiego” swoje idee komunistyczne wywodził z nauki Chrystusa o równości wszystkich ludzi; lecz wypływające stąd konsekwencje praktyczne nie mają nic wspólnego z chrześcijańskim socjalizmem. Podczas gdy socjaliści chrześcijańscy wszystkich odcieni widzą udoskonalanie świata w wykonywaniu przepisów Chrystusa i co do tego różnią się między sobą tylko w drobnych szczegółach, to „Lud Polski” pragnie zreformować społeczeństwo przemocą. Grozi mieczem klasom posiadającym i wzywa lud do organizowania się w tym celu. O solidarności wszystkich chrześcijan, bogaczy i proletariuszy, którą spostrzec można u wszystkich socjalistów chrześcijańskich, wśród „Ludu Polskiego” nie ma nawet mowy. Oni nawet w Towarzystwie Demokratycznym widzą twórców przyszłej polskiej burżuazji.

Co do Fouriera, to jedynie miasto „Suez” jest wspólne jego naukom z zasadami „Ludu Polskiego”. Nie potrzebujemy zatem dłużej zatrzymywać się nad tą kwestią.

Daleko ważniejszymi są punkty styczne między naukami „Ludu Polskiego” a saint-simonistów i babuwistów. Przypatrzmy się pierwszym:

Na trzech zasadach jest zbudowana nauka Saint-Simona (w ostatnich latach jego życia) i jego uczniów w pierwszych początkach ich działalności, a mianowicie:

„1.Wszystkie instytucje społeczne powinny mieć za cel fizyczne i moralne udoskonalenie klasy ludności najliczniejszej i najuboższej.

2. Wszystkie przywileje urodzenia, bez żadnego wyjątku, mają być zniesione.

3. Każdemu stosownie do jego zdolności, każdej zdolności stosownie do jej dzieła”.

Te trzy zasady tworzą podstawową myśl „Nowego chrześcijaństwa” St. Simona. Druga i trzecia służyły nadto za motto dziennikowi „Globe”, redagowanemu przez Michała Chevalier i Piotra Leroux, dopóki ci byli zwolennikami saint-simonizmu. Pierwszą i drugą zasadę znajdujemy bez wątpienia we wszystkich pismach „Ludu Polskiego”. Czym jest sławne hasło „zrównania kondycji socjalnych”, stanowiącego cel „Ludu Polskiego”, jeśli nie parafrazą pierwszej dewizy saint-simonistów. To samo można powiedzieć o „zniesieniu przywilejów urodzenia”, ulubionym temacie broszur i odezw „Ludu Polskiego”.

Różnicę widzimy jedynie w trzeciej zasadzie. Według obecnej nomenklatury można by nazwać saint-simonistów kolektywistami a la Schaffie [12], a „Lud Polski” komunistami. Lecz musimy zwrócić uwagę, że pod tym względem „Lud Polski” wyciągnął z nauk St. Simona jedynie ostateczne konsekwencje, których jego uczniowie się przestraszyli. Bo rzeczywiście, jeśli przypuścimy, że społeczeństwo ma się ukształtować na zasadzie równości, to musimy odrzucić przywileje większej siły lub inteligencji, gdyż wszystko, co człowiek ma, zawdzięcza społeczeństwu lub specjalnym zdolnościom wrodzonym, co przecież nie jest jego zasługą.

W szczegółach jeszcze więcej widzimy podobieństwa. Przedstawienie względności pojęcia „własność” w obu naukach jest prawie to samo. „Lud Polski” mówi:
„Własność przybierała rozmaite formy. Niewolnictwo, jak już przedtem nadmieniliśmy, tworzyło przez pewien czas własność, która później przeistoczyła się w feudalną, emfiteutyczną, wreszcie dziedziczną. Każda taka przemiana była naruszeniem własności, a więc ze stanowiska jej obrońców aktem gwałtu”.

Albo w innym miejscu:

„Jeśli się przypatrzymy formie własności, to jest stosunkowi między posiadaczem a przedmiotem posiadania, widzimy, że ten stosunek gruntownie się zmienił (następuje dłuższy wywód, jak bezwzględna własność ograniczoną była w wiekach starożytnych u Żydów i w wiekach średnich). Francuska rewolucja wytworzyła własność obecną, własność mieszczańską, wyłączną, wyzyskującą… Czyż my możemy, znając powstawanie dzisiejszej własności, wołać, że własność jest niezmienna?”

Saint-simoniści zaś powiadają:

„Własność jest zjawiskiem społecznym i jak wszystkie inne zjawiska społeczne podlega prawu postępu; może więc w pewnych epokach być rozumianą, określaną, regulowaną w rozmaity sposób”.

A następnie dalej:

„Na początku prawo własności obejmuje rzeczy i ludzi; a nawet ludzie stanowią część własności najważniejszą, najcenniejszą. Niewolnik należy do swego pana w ten sam sposób, jak bydło i przedmioty materialne. Pierwotnie nie ma żadnych ograniczeń dla korzystania z prawa własności co do jego osoby. Potem prawodawca nakreśla granice dla przywileju używania i nadużywania, który właściciel miał na niewolnika, to jest na człowieka-własność. Granice te zwężają się coraz bardziej. Pan traci co dzień jakąś cząstkę moralną, umysłową lub materialną niewolnika. Wreszcie moralista i pracodawca jednozgodnie stawiają za zasadę, że człowiek nie może być własnością swego bliźniego. To wkroczenie ich powagi w prawo własności stanowi najzupełniejsze przekształcenie, jakiemu kiedykolwiek uległo społeczeństwo ludzkie”.

Uwieńczeniem całej doktryny St. Simona jest teoria, że „wyzysk człowieka przez człowieka musi zniknąć; a więc i ustrój własności, który ten wyzysk utrwala, musi również zniknąć”.

W społeczeństwie zreformowanym samo społeczeństwo daje jednostce środki do pracy, mówi „Lud Polski” („Praca przeistoczy się w obowiązek społeczny, a wskutek tego tylko społeczeństwo będzie ją nagradzać i dostarczać do niej narzędzi”); u St. Simona wyrażone to jest w słowach: „Własność jest funkcją”. Aby to umożliwić, powinno, według zdania „Ludu Polskiego”, państwo znieść prywatną własność środków produkcji i w swoje ręce wziąć władzę rozporządzania nimi, albo jak mówią saint-simoniści: „Obecnie, jak powiedzieliśmy, wytwarza się nowy porządek. Polega on na przeniesieniu na państwo, które się staje stowarzyszeniem pracowników, prawa dziedziczenia, dziś zamkniętego w rodzinie”. Widzimy więc te same myśli, tylko, jak już mówiliśmy, saint-simoniści nie chcą wspólności dóbr; lecz i tu różnica nie jest wielka, gdyż „Lud Polski” przyjął wprawdzie teoretycznie komunizm, ale w praktycznym zastosowaniu byłby z pewnością przyszedł do systemu saint-simonistów.

Ślady tego wpływu znajdujemy nawet we wzmiankowanej wyżej instytucji banków dla pomocy drobnym rolnikom i gminom; banki te jak najgoręcej były popierane przez saint-simonistów.

Również i poglądy na skutki takiego przewrotu społecznego były po obu stronach te same. I tak np. „Lud Polski” i saint-simoniści przewidywali to, co teraz przez całą demokrację socjalną zostało przyjętym, że poglądy na pracę ulegną zupełnej zmianie.

Poglądy „Ludu Polskiego” na tę kwestię już wyżej przytoczyliśmy, zaś saint-simoniści mówią: „Zamiast łączącego dziś pracowników żelaznego łańcucha, zjawią się węzły przywiązania i wzajemnej pomocy”.

Z babuwistami miał „Lud Polski” wspólną teorię przemocy, mającej odegrać główną rolę w tworzeniu nowego porządku.

X

Zastanówmy się jeszcze nad naukową wartością teorii „Ludu Polskiego”. Da się to uczynić tylko drogą porównania ich teorii z teorią obecnej demokracji socjalnej albo „naukowego socjalizmu” (jak go nazywają dla odróżnienia od „utopijnego”).

Pierwszym, co się rzuca w oczy i co charakteryzuje całą teorię „Ludu Polskiego”, jest metoda, zupełnie różna od metody socjalizmu naukowego.

Marks i Engels, twórcy socjalizmu naukowego, rozpoczynają od badania stosunków gospodarczych kraju najbardziej pod względem ekonomicznym rozwiniętego, Anglii. Badania te doprowadziły ich do przekonania, że tylko zniesienie prywatnej własności środków produkcji i ich uspołecznienie może dopomóc do usunięcia klęsk dzisiejszego systemu gospodarczego. Socjalizm, według nich, jest koniecznym rezultatem, wypływem dzisiejszej kapitalistycznej wielkiej produkcji.

„Lud Polski” kroczył zupełnie inną drogą. Gorący patrioci, do głębi poruszeni upadkiem powstania, które rozporządzało znacznie większymi siłami, niż którekolwiek inne powstanie polskie, starali się znaleźć środki i drogi, aby nie dopuścić do nowego pogromu. Wierzyli, że znajdą je w reformie politycznej, która wszystkich Polaków uczyni wolnymi, równymi wobec prawa obywatelami i w ten sposób pozyska dla sprawy niepodległości Polski całe masy ludu pracującego, a przede wszystkim chłopów. Lecz wolność polityczna, ich zdaniem, nie wystarczała i nie można by jej zdobyć bez równości ekonomicznej, która da się osiągnąć jedynie drogą socjalizmu, gdyż rozdział gruntów musiałby doprowadzić w najbliższej przyszłości społeczeństwo do nowego rozłamu na bogatych i biednych. Stali się socjalistami z patriotyzmu.

Reszta, jak uzasadnienie konieczności socjalizmu prawem natury, albo zasadami chrześcijańskiej religii – przyszło samo przez się. Ale tu już musiały się kończyć ich dociekania. Zniesienie własności prywatnej uznali za dogmat, za coś, co nie potrzebuje wcale udowodnienia. I dlatego brakło im bodźca do dalszych badań ekonomicznych, dlatego ich teoria nie przyniosła żadnych owoców.

I nie mogło być inaczej. Polska była wówczas krajem rolniczym, a na znacznej części obszaru prowadzono jeszcze gospodarkę naturalną. Kiełkujący dopiero przemysł, otaczany opieką rządu polskiego z lat 1815- 1830, został prędko, po zduszeniu powstania, zniszczony rabunkową gospodarką Moskali i zmalał do nic nieznaczącego minimum. Dlatego nie mogło tam być mowy o innym komunizmie, jak tylko o agrarnym. A ponieważ ten zmierzał głównie do poprawy losu chłopa, nie myślano więc o stworzeniu skomplikowanego, scentralizowanego aparatu gospodarczego, do którego dąży obecna demokracja socjalna. Żądano jedynie stworzenia systemu małych gospodarstw rolnych, których produkty mogłyby zaspokoić potrzeby społeczeństwa; gospodarstwa te, stanowiące własność społeczeństwa, mieliby uprawiać poszczególni producenci, co najwyżej spółki. Dopiero później, gdy „Lud Polski” zupełnie przekształcił się w sektę, powstał system Świętosławskiego, teokratyczno-demokratyczne unormowanie produkcji, gdzie jednak też potrzeba wielkiej produkcji nie jest jasno wyłożona.

Przypatrując się samej teorii, przede wszystkim nie znajdziemy w niej niczego nowego, gdyż wszystko jest albo rozszerzeniem, albo parafrazą poglądów Rousseau i komunizmu chrześcijańskiego; po wtóre, nie możemy powiedzieć, żeby teorie „Ludu Polskiego” wywarły jakikolwiek wpływ na późniejsze pokolenia socjalistów.

Zupełnie inny obraz przedstawiają opracowania poszczególnych kwestii, w których „Lud Polski” wypowiedział wiele z tego, co obecnie przez większość demokratów socjalnych zostało przyjętym. Do tych w pierwszym rzędzie zaliczamy poglądy na pochodzenie własności (patrz wyżej) i na względność jej pojęcia, którą większość ówczesnych ekonomistów uważała za absolut, za świętość, a i teraz wielu tak samo na nią się zapatruje. Pogląd ten, jak widzieliśmy, „Lud Polski” podzielał z saint-simonistami, jednakże przykłady historyczne, przytaczane dla uzasadnienia tego poglądu, przeważnie są czerpane z historii polskiej, co świadczy, że te poglądy rzeczywiście rozumiano. Również zgodnie z obecnymi zapatrywaniami socjalnej demokracji, uznawali oni niemożliwość przedstawienia dokładnego planu urządzenia przyszłego społeczeństwa, czego od nich żądała sekcja Vimoutiers Towarzystwa Demokratycznego. To właśnie bardzo korzystnie wyróżnia pierwszy okres rozwoju „Ludu Polskiego” od następnych. Bardzo trafne także są poszczególne zapatrywania na ogólny przewrót w stosunkach społecznych, który musi nastąpić po zniesieniu własności prywatnej. Pogląd, że wydajność pracy w państwie socjalistycznym będzie wyższa, podzielają obecnie wszyscy demokraci socjalni; dalej przewidywanie przewrotu poglądów etycznych, zwalczanie obawy przed tyranią, którą ludzkości zagraża socjalizm itd.

Kiedy się czyta o napaściach na „Lud Polski” i jego na nie odpowiedzi, mimo woli przychodzą na myśl „debaty o państwie przyszłości” w parlamencie niemieckim, broszury Spencera, Richtera lub Schafflego przeciwko socjalizmowi i odpowiedzi Bebla lub Liebknechta.

Również pod względem politycznym „Lud Polski”, jak widzieliśmy, mało pozostawił myśli nowych lub sięgających głębiej w stosunki. Ale i tu niektóre poglądy zasługują na zaznaczenie. Do nich zaliczamy:

a) Przewidywanie nieuchronnego rozkładu postępowych partii mieszczańskich, które muszą być zmiażdżone między dwoma siłami walczącymi: socjalną demokracją a konserwatyzmem.

b) Kpiny z demokratycznych mrzonek o wytworzeniu szczęśliwego stanu chłopskiego.

c) Krytyka sentymentalnego panslawizmu Towarzystwa Demokratycznego, mogącego służyć, według zdania „Ludu Polskiego”, jedynie do wzmożenia potęgi cara.

Oto trwała treść pism „Ludu Polskiego”. Naszym zdaniem, wystarczy, by zachęcić polskiego historyka do badania tych pism.

Witold Jodko-Narkiewicz
_____________________________
Powyższy tekst pierwotnie stanowił rozprawę doktorską autora, przedłożoną wydziałowi filozoficznemu uniwersytetu w szwajcarskim Bernie i obronioną 28 października 1898 r. pod tytułem „Geschichte und System des utopischen Sozialismus in der polnischen Emigration der 30 und 40 Jahre”. Następnie polski przekład opublikowano w książce: Witold Narkiewicz-Jodko i Szymon Diksztajn – „Polski socjalizm utopijny na emigracji (dwie rozprawy)”, Nakładem Spółki Nakładowej „Książka”, Kraków, brak daty wydania. Przedruk za tym ostatnim źródłem. Tekst na potrzeby Lewicowo.pl udostępnił Jarosław Tomasiewicz, a do publikacji przygotował Piotr Kuligowski. Jako ilustrację wykorzystano rysunek z okładki „Kalendarza Robotniczego” na rok 1910, wydanego przez redakcję krakowskiego pisma socjalistycznego „Naprzód”, organu prasowego Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej.

 

Publikowaliśmy już drugą z rozpraw zawartych w tej książce:

Po więcej informacji na temat opisywany w powyższym tekście warto zajrzeć do działu Korzenie polskiej lewicy

Przypisy:

1. Badania te ułatwia dobry zwyczaj Towarzystwa Demokratycznego, które dawało członkom do roztrząsania poszczególne kwestie polityczne i społeczne. Wyniki, zaopatrzone w opinię przewodniczącego, litografowano i rozsyłano do sekcji i poszczególnych członków.

2. Kiedy w jesieni 1832 r. rozniosła się wśród członków Towarzystwa Demokratycznego wieść, że w Niemczech przygotowuje się powstanie ludowe na rok 1833, wielu Polaków gotowało się do wzięcia w nim udziału. Od wtajemniczonych odebrano nawet w Avignonie uroczystą przysięgę (Okólnik Tow. Dem. z 16 maja 1833 r.) Jednak ruchawka frankfurcka tak prędko została zduszoną, że Polacy nie mieli nawet czasu przyjść powstańcom z pomocą.

W wyprawie do Sabaudii w r. 1834 Polacy stanowili większość. W spisie imiennym Polaków, uwięzionych po rozbiciu wyprawy, znajdujemy 151 nazwisk. (Zbiór pamiętników i urzędowych źródeł o polskiej emigracji, cz. I. nr 37).

3. Un petit nombre d’hommes privilegies par l’ancien prejuge et 1’ancien abus a 1’usurpation, usant exclusivement des fruits du territoire, qui devrait appartenir a tous. (Société Democratique Polonaise, acte de fondation. Paris, imprimerie de A. Pinard, 1832 p. 25).

4. Obszar pański rozpadał się wówczas w Polsce na dwie części. Jedna pozostawioną była chłopu na własne utrzymanie, na drugiej odrabiać musiał pańszczyznę. Pierwsza część była również własnością pana, który mógł ją samowolnie zmniejszyć. Demokraci żądali oddania tej pierwszej części chłopu na własność i zniesienia pańszczyzny.

5. Wielu z polskich żołnierzy, którzy przeszli granicę pruską, poszło natychmiast dalej na zachód i osiedliło się w Saksonii lub Francji. Rząd pruski nie sprzeciwiał się początkowo ich przejściu, lecz później zmuszał pozostałych do powrotu do Rosji i przyjęcia tzw. amnestii cara Mikołaja. Wprawdzie odnośne rozporządzenie wzbraniało używania środków gwałtownych, lecz w rzeczywistości opornych bito kijami, a oddziały kawalerii zmuszały ich do przejścia granicy. Tu już oczekiwały na nich oddziały kozaków z przygotowanymi kijami i rózgami (Dziennik emigracji, wydał M. Podczaszyński cz. I., nr 9. p. 1, 8 i cz. II., nr 5 p. 7). Pojedyncze oddziały, jak np. sławny czwarty pułk piechoty, stanowczo się oparły powrotowi do Rosji. Internowano ich w Tczewie, Elblągu, Grudziążu itd. i starano się złym obchodzeniem się zmusić do uległości. Najwięcej wycierpieć musieli zamknięci w Grudziążu, nazwa tej twierdzy długo na emigracji równoznaczna była z piekłem. Po długim wahaniu się rząd pruski ustąpił i pozwolił Polakom udać się na zachód Europy.

6. Wykluczeni członkowie ogłosili 11 sierpnia 1835 r. „odezwę do Towarzystwa Demokratycznego”, w której rozwijają myśl, „że wspólna własność społeczna musi zastąpić własność indywidualną”. Odezwę tę podpisali wszyscy – 11 członków.

7. Odpowiedź pisana 10 grudnia 1835 r.

8. Nazwę „Gmina Grudziąż” przybrała sekcja z Portsmouth na pamiątkę cierpień przebytych w Grudziążu. „Lud Polski” była to nazwa całej organizacji, do której przyłączyły się później inne gminy.

9. Nie można identyfikować ówczesnego panslawizmu z obecnym. Polska szlachta naówczas tak silne miała jeszcze wspomnienia o niepodległości Polski, tak wielkie nadzieje na jej rychłe odbudowanie, że wierzyła w możność odegrania kiedyś wybitnej roli w świecie słowiańskim. Z drugiej strony wierzyła w możność użycia słowiańszczyzny jako oręża przeciw niemieckim i rosyjskim ciemięzcom. Niemcy byli przecież „urodzonymi” nieprzyjaciółmi Słowian, a Rosjan uważano za niesłowiańskich Mongołów. Świat słowiański miał utworzyć związek pod hegemonią Polski. Opierano się przy tym na wspólnym pochodzeniu języka i na prasłowiańskich instytucjach, jak wspólne posiadanie ziemi, których zabytki widoczne są jeszcze w wielu krajach. Poglądom tym hołdowali Mickiewicz, Lelewel i wielu innych.

10. Tak na przykład 29 listopada 1840 r. na pokrycie kosztów obchodu powstania listopadowego zapłacili nadzwyczajny podatek w wysokości 14 szyl. 3 pen. od żołdu 3 funtów sterl. (60 szyl.), 9 szyl. 6 pen. od 2 f. sterl. i 4 szyl. 9 pen. od 1 f. sterl.!

11. Znany historyk Polski porozbiorowej, B. Limanowski („Historia ruchu społecznego w XIX. w.”, Lwów 1890) uważa nie tylko wszystkie wyrzeczone sekcje i członków Towarzystwa Demokratycznego za zwolenników własności kolektywnej, lecz do tej kategorii zalicza jeszcze oświadczenie sekcji Chaillot, jak również dwu członków z Wersalu i jednego z Batignolles. Nie podzielamy jego zdania, i tu zaliczać będziemy tylko dwu członków z Rheims i Sekcję Londyńską, przy czym zauważymy, że przy drugim głosowaniu Sekcja Londyńska jednogłośnie oświadczyła się za indywidualistycznym projektem Centralizacji.

12. „Musimy być przygotowani na to, że niektórzy będą mieszali ten system z tym, który znamy pod nazwą wspólności dóbr. Jednak pomiędzy nimi nie ma nic wspólnego. W przyszłej organizacji społecznej każdy będzie zatrudniony stosownie do swych zdolności, a wynagradzany stosownie do swych dzieł; to wskazuje wyraźnie na nierówność podziału dóbr. W systemie wspólności dóbr natomiast wszystko dzieli się równo, a przeciwko takiemu sposobowi podziału istnieje, ma się rozumieć, mnóstwo zarzutów”. (Doctrine de St. Simon. Exposition, Premiere annee 1828-1829. Paris 1831).

 
Witold Jodko-Narkiewicz (1864-1924) – urodził się w Słucku (obecnie Białoruś) w rodzinie inteligencko-ziemiańskiej. Usunięty z warszawskiego gimnazjum za udział w nielegalnych polskich kółkach samokształceniowych. W 1884 r. wstąpił do kółka prowadzonego przez działaczy I Proletariatu. Przebywał okresowo w Tartu (tam rozpoczął studia medyczne), w Warszawie i Lwowie, wszędzie prowadząc działalność socjalistyczną. Współredagował lwowskie pismo „Praca”, za co został aresztowany i wydalony z Austrii. Przebywał na emigracji w Paryżu, gdzie studiował prawo, które to studia ukończył w 1889 r. Na emigracji współpracował z redakcjami pism „Walka Klas” i „Przedświt”, został członkiem emigracyjnej Centralizacji II Proletariatu. Na przełomie lat 80. i 90. XIX wieku odszedł od programu tego środowiska, akceptując jako istotny postulat ruchu socjalistycznego konieczność walki o niepodległość Polski. Brał udział w pracach przygotowawczych do założenia PPS. Po wydaleniu z Francji przebywał w Londynie, gdzie był redaktorem „Przedświtu” i jednym z liderów Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich. Jako delegat PPS brał udział w kongresach II Międzynarodówki w Zurychu i Londynie, na tym drugim wszedł w skład Biura Kongresu. Wybrany do Centralizacji ZZSP, jednak przez IV zjazd organizacji usunięty z niej; w porozumieniu z Piłsudskim i Centralnym Komitetem Robotniczym PPS odpowiadał nieformalnie za kontakty z krajem. W tym okresie doktoryzował się w Bernie na podstawie rozprawy „Geschichte und System des utopischen Sozialismus in der polnischen Emigration der 30 und 40 Jahre”. Od 1898 r. ponownie przebywał we Lwowie, gdzie po podjęciu decyzji o likwidacji ZZSP został przez CKR PPS wybrany członkiem Komitetu Zagranicznego Organizacji Zagranicznej PPS. W czerwcu 1902 r. na VI Zjeździe PPS został wybrany do CKR. Po wybuchu wojny rosyjsko-japońskiej jako jeden z najbliższych współpracowników Piłsudskiego brał udział w rokowaniach z dyplomacją japońską, od której otrzymano pomoc w postaci broni i finansów w zamian za działania wywiadowcze i dywersyjne przeciwko Rosji. Od wiosny 1905 r. ponownie redagował „Przedświt”. Należał do frakcji „starych”, opowiadających się za walką zbrojną i nasiloną agitacją w duchu niepodległościowym. Po rozłamie w partii współtworzył PPS – Frakcja Rewolucyjna, jego projekt programu przegrał z projektem Feliksa Perla. Należał jednak do czołowych teoretyków i propagandystów PPS – FR. Na zjeździe PPS – FR w Wiedniu w sierpniu 1909 r. został wybrany do CKR, w którym zasiadał do roku 1914. Był delegatem PPS – FR na Kongres II Międzynarodówki w Kopenhadze. W latach poprzedzających wybuch wojny zajmował się głównie działaniami organizacyjnymi na rzecz przyszłych polskich sił zbrojnych. Po wybuchu wojny był jednym z liderów propagandy legionowej, prowadził też aktywność werbunkową i dyplomatyczną. W 1916 r. powrócił do czynnej działalności partyjnej, brał udział w XII zjeździe w Piotrkowie, współpracował z pismem „Jedność Robotnicza”, redagował czasopismo „Do Czynu”. Od roku 1918 wchodził w skład Warszawskiego Komitetu Robotniczego PPS. Po odzyskaniu niepodległości został dyrektorem Departamentu Politycznego w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. W latach 1919-21 poseł Polski w Turcji, a w latach 1921-23 na Łotwie. Zmarł wskutek choroby, pośmiertnie oznaczony w 1930 r. Krzyżem Niepodległości. Pod kilkunastoma pseudonimami opublikował wiele artykułów oraz kilkanaście broszur i książek.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *