Dzień robotnika polskiego w okupowanej Warszawie

[1941]

Materiał zawarty w tej broszurze uzyskany został z badania dekretów i zarządzeń wydawanych przez hitlerowców w Polsce, z pism zarówno legalnych, jak i nielegalnych, i z najprzeróżniejszych dokumentów przesłanych konspiracyjnymi drogami z Polski za granicę przez robotniczy ruch podziemny. Część informacji udzielili ludzie, którzy wydostali się z Polski.

Na podstawie tych danych odtworzony został obraz dnia codziennego – dnia pracy i walki warszawskiego robotnika.

***

Nazwijmy go Janem Kowalskim.

Jan mieszka w Warszawie, stolicy Polski. Tu – w sercu okupowanych przez Niemcy ziem, życie robotnika jest stosunkowo łatwiejsze, niż gdziekolwiek indziej w Polsce.

RANEK

Jan budzi się skostniały. Palto, którym był przykryty, spadło na podłogę. Wciąga je na łóżko, otula się szczelnie podartą kołdrą i jeszcze na chwilę przymyka oczy. Z nieprzyjemnego uczucia, z jakim się obudził, wyłaniają się wszystkie troski, zapomniane we śnie. Co będzie z węglem? Przecież zaraz znowu usłyszy nieśmiałe pytanie żony:

– Jasiu, może byś dziś spróbował iść po węgiel?

A Jan przecież wie, że całe to chodzenie do składnicy – to zawracanie głowy. Już miesiąc temu dostał kartki na opał i od miesiąca tak chodzi. A ludzie ze składnicy mówili mu:

–   Panie, szkoda pańskich nóg. Cały prawie polski węgiel wywożą do Niemiec. A to, co przychodzi, od razu zostaje przydzielone do niemieckich domów i urzędów.

Przez malutką szybkę sączy się światło poranka. Okno jest duże, ale całe zabite deskami. Szyby wyleciały w czasie bombardowania Warszawy. O wprawieniu nowych Jan nawet marzyć nie mógł. Wyjął więc szkło z największego posiadanego obrazu i wstawił między deski. W ich jednoizbowym mieszkaniu jest stale ciemno. Już od dwóch lat mieszkają zawsze w półmroku.

Teraz – wczesnym rankiem – ledwie można rozróżnić kontury mebli. Z kąta, gdzie śpią dzieci, słychać trzeszczenie łóżka. Matka porusza się i spuszcza nogi na zimną podłogę, kaszle i naciąga szlafrok. Zaraz zacznie budzić dzieci. To jedna z najprzykrzejszych chwil w ciągu dnia, bo dzieci co dzień proszą z płaczem, by je zostawić w łóżku. Nie chcą wstawać w taki ziąb i boją się szkoły. Janowa z westchnieniem ogląda ubranie dzieci, leżące na krzesełku przy łóżku. Wszystko się już rozlatuje. Co było jeszcze w jako tako dobrym stanie, wymieniono na mąkę i kartofle. Dzieci płaczą z zimna w drewnianych sandałach. Butów dostać nie można, bo Niemcy zajęli wszystkie zapasy skóry, z których trochę przydzielono niemieckim urzędnikom. Polacy muszą chodzić w drewnianych sandałach całą zimę.

Matka przysiadła na łóżku dzieci. Ona także chce odsunąć chwilę ich budzenia. Mówi w stronę leżącego męża:

–   Tak sobie myślę o naszym dawnym mieszkaniu. Czy ty je jeszcze pamiętasz?

Jakżeby nie pamiętał? Mieszkali tam od dnia ślubu. Takie widne, ładne mieszkanie, niedaleko fabryki, w której pracuje. Pamięta także ten dzień, niedługo po zajęciu Warszawy przez Niemców. Wrócił z pracy i zastał żonę zapłakaną. Pokazała mu kartkę z policji: nakaz wyprowadzenia się w ciągu 24 godzin. Objął ją wtedy i tłumaczył:

–   Musisz być dzielna Zośka. Pamiętaj o tych wszystkich, który wyrzucono z Poznania, Pomorza i Śląska. Oni przecież mieli tylko pół godziny na spakowanie walizeczki, a cały dobytek musieli zostawiać Niemcom, co ich pozbierano z państw bałtyckich i diabli wiedzą skąd jeszcze. My zostajemy w Warszawie, coś przecież znajdziemy.

No, i znaleźli – psiakrew – tę budę, ciemną i wilgotną.

Kropla kapnęła mu na nos z sufitu i ostatecznie otrzeźwiła. Najwyższy czas wstawać. Niczego się nie wymyśli. Mieszkania i tak nie zmieni. Wszystkie ładne dzielnice zastrzeżone są wyłącznie dla Niemców. A i tu, gdzie Polakom wolno mieszkać, na każdą przeprowadzkę trzeba dostać specjalne niemieckie pozwolenie.

ŚNIADANIE

Janowa przygotowuje śniadanie. Postawiła na stole głębokie talerze i starannie rozdziela wczorajszy zimny kapuśniak. Palą pod kominem i gotują gorące jedzenie tylko raz dziennie, kiedy Jana wraca z roboty. Janowa dzieli i dzieli, przelewa z jednego talerza na drugi, chociaż przecież z tego dzielenia więcej się nie zrobi. Wczoraj cały dzień stała w ogonku, ale wróciła z pustymi rękami. Teraz skończyła nalewanie zupy i woła dzieci do stołu:

– Heniek, Witek, Andzia!

Zimny, wodnisty kapuśniak jest wstrętny. Mała Andzia siorpnęła dwie łyżki, ale zaraz zrobiło jej się niedobrze i zwymiotowała. Jej przezroczysta twarzyczka stała się zielona. Matka położyła ją na ojcowym łóżku i podeszła do Jana.

– Janku, ja chyba jej dzisiaj nie poślę do szkoły? Przecież to wszystko ze strachu. Ona się tam boi iść po wczorajszym.

Wczoraj Andzia wróciła ze szkoły zapłakana i przerażona. Między jednym a drugim łkaniem opowiedziała, że po trzeciej lekcji niemiecka policja wpadła do szkoły i pozamykała wszystkie drzwi. Niemieccy lekarze zbadali każde dziecko, wybrali najzdrowsze i każdemu upuścili po pół szklanki krwi do transfuzji w żyły rannych żołnierzy niemieckich. Nauczyciel próbował protestować, ale szybko zamknięto mu usta, grożąc obozem koncentracyjnym.

Jan podchodzi do córeczki i gładzi ją po bladym policzku. Tak żeśmy się dawniej przyzwyczaili – myśli – że z każdego opuszczenia lekcji robiło się wielką sprawę. Ale przecież teraz im mniej dziecko jest w tej szkole, tym dla niego lepiej. Przecież nie chcę, żeby moje dziecko uczyło się hitlerowskich zasad. Ważne jest to, że dzieci chodzą na tajne lekcje do prywatnego domu, gdzie uczą się polskiego, historii i geografii. Matka za każdym razem długo szykuje je do wyjścia, dając, jakby od niechcenia, różne rady, a potem, gdy dzieci wychodzą, siedzi wpatrzona w okno, aż do ich powrotu. Nigdy jednak nie powiedziała, żeby nie szły. Niemcy strasznie prześladują tych prywatnych nauczycieli, wielu z nich zamknęli już w obozach koncentracyjnych, ale to nic nie pomaga, bo matki masowo posyłają dzieci na tajne lekcje.

– No, to sobie dzisiaj odpocznij. A w południe, jak będzie słońce, idź się pobawić na ulicę.

Ulica – to teraz jedyne miejsce, gdzie polskie dziecko może mieć słońce i powietrze. Wstęp do ogródków dziecięcych i na place zabaw zabroniony jest polskim dzieciom. Na tablicach ogłoszeniowych wypisano: „Tylko dla dzieci niemieckich”. Baseny pływackie, boiska sportowe – wszystko zarezerwowane dla Niemców.

Przed samym wyjściem Jan zagląda jeszcze do łóżeczka, w którym śpi jego najmłodsze, urodzone po wybuchu wojny. Kiedy starsze dzieci były takie małe, od samego rana krzyczały, gaworzyły i kopały silnymi nóżkami. Jan nieraz się złościł, że mu spać nie dają. A to tylko, tylko cichutko kwili. Nic dziwnego – zamorzone…

Od samego urodzenia było mu gorzej, niż starszemu rodzeństwu. Przed wojną rodzina Jana należała do Ubezpieczalni Społecznej. Janowa miała pomoc lekarską przed i po porodzie. Okres połogu spędzała w lecznicy. To ostatnie urodziła w domu, przy pomocy sąsiadki. I tak dziw, że dziecko żyje.

Doktor, który przed wojną był ich lekarze domowym z ramienia Ubezpieczalni Społecznej, zachodził parę razy do Janostwa, badał dzieci i tylko głową kiwał. Wie przecież, że jego rady nie będą wykonywane. Dzieci nie są chore, trzeba je po prostu odżywić i posłać na wieś. Przed wojną dzieci wyjeżdżały na lato. Jedno jechało na kolonie ze szkołą, inne na obóz harcerski. Jak już się całe bractwo rozjechało, Janowa zabierała najmłodszą wówczas Andzię i jechała do brata, co miał gospodarstwo na wsi. Teraz to się skończyło. Kolonii nikt nie urządza, wszystkie organizacje zostały rozwiązane. Do brata nie ma co jechać, bo sam zdycha z głodu. Od wybuchu wojny dzieci nosa nie wytknęły z miasta. Wszyscy Polacy muszą uzyskiwać specjalne zezwolenie na podróżowanie. Trzeba udowodnić konieczność wyjazdu i zwykle potem następuje odmowa. Jan przechorowuje każde zetknięcie z władzami niemieckimi. Zresztą, im mniej ma się z nimi do czynienia, tym lepiej.

Maleństwo poruszyło się i buzia mu się skrzywiła. Jan wybiegł z domu, by nie słyszeć płaczu swojego głodnego dziecka.

DROGA DO PRACY

Na ulicy dogania go Heniek – najstarszy z gromadki.

– Muszę zajść na chwilę do Władka, tu zaraz za róg, to odprowadzę tatusia kawałek – mówi, chowając za pazuchę jakąś książkę.

– No dobrze, ale tylko kawałek. Zawsze się boję, jak się taki młody chłopak po śródmieściu szwenda. Niejednego już przecież porwali z ulicy na roboty do Niemiec.

Ten najstarszy – to także zmartwienie ojca. Taki był zdolny i pracowity. Jan chciał, żeby się nauczył ślusarstwa, bo w swojej fabryce miał zapewnioną posadę dla chłopaka. Ale Heniek chciał być doktorem. Z takim uporem i wytrwałością dążył do celu, że wreszcie przekonał ojca. Pomagał mu, jak tylko mógł. Przed samą wojną syn dostał się na medycynę. Ciężko pomyśleć, że tyle ich wysiłków poszło na marne. Niemcy zamknęli wszystkie gimnazja, uniwersytety, szkoły teologiczne. Gmach Uniwersytetu Warszawskiego zajęło Gestapo, a inne budynki szkolne – SS i niemiecka policja.

Jan pamięta, jak chłopak pracował, żeby być pierwszym w gimnazjum, a potem w liceum. Nauczył się wtedy szanować swojego syna i poważnie go traktować. Wytworzył się między nimi naprawdę koleżeński stosunek. Zresztą nie ma tak wielkiej różnicy wieku między nimi. Jan był bardzo młody, kiedy się Heniek urodził.

Gdy przyszły lata wojny, Jan bał się, że się syn zmarnuje. Bo co to za życie dla młodego chłopaka. Nie ma ani pracy, ani nauki. Nie ma teatrów, tylko kabarety. Do kina się nie chodzi, bo pokazują takie filmy, w których kpią sobie z polskiego wojska, albo pokazują „bohaterskie” wyczyny hitlerowców. Chłopak mało z domu wychodzi, bo się boi, że go złapią na roboty przymusowe.

Ale Heniek nie popadł w depresję i tym jeszcze bardziej zyskał w oczach ojca. Jan nie o wszystko syna pyta, ma do niego zaufanie. Wie, że i tak mu powie, gdy będą sami, bez matki, której nie chcą denerwować.

Teraz też widocznie chłopakowi leży coś na duszy.

– Wie tatuś, dawniej tak byłem zajęty przygotowywaniem się do medycyny, że nigdy nie miałem czasu na czytanie powieści. Nigdy nie przypuszczałem, że teraz właśnie, gdy tyle książek jest zakazanych, będę się tak gruntownie zapoznawał z polską literaturą. Władek sam ma dużą bibliotekę, a jak czegoś nie ma, to zawsze dla mnie od kogoś innego pożyczy. Nie wiem, czy tatuś się orientuje, że lokalne wypożyczalnie książek, które Niemcy na początku zamknęli, teraz zostały otwarte. Okazało się, że zmieniono katalogi. Z czytelń usunięto wszystkie książki z zakresu polskiej polityki, ekonomii i przyrodoznawstwa. Ponad 1500 autorów objęto tym zakazem. Usunięto wszystkie książki w języku angielskim, nawet słowniki. Zostawiono tylko niektóre amerykańskie wydania. Każda książka, która w tytule miała słowa: „Polska” lub „Polski” została skonfiskowana. Protokoły sejmowe, mowy, np. mowy Daszyńskiego, znalazły się na czarnej liście. Poezja, powieść, sztuki teatralne o charakterze narodowym zniknęły z naszej czytelni. Pamięta tatuś tę książkę, którą się zaczytywałem, gdy interesowały mnie owady? „Szkodniki i ich niszczenie”? Podobno ją też wyrzucili, bo myśleli, że to o nich mowa. Czy tatuś wie, że większość firm wydawniczych już zbankrutowała? A te, co istnieją, nie mogą związać końca z końcem. Żadnej książki ani broszury, ani nawet nut nie wolno wydać bez zezwolenia władz, którego w praktyce nigdy nie można otrzymać. Czy tatuś przyjrzał się wystawom księgarń? W każdej musi być wystawiona książka „Die Polen vor Berlin”, w której Niemcy starają się nas wykpić i poniżyć. Czy może być mowa o wydawaniu nut, gdy zakazany jest Szopen i Paderewski? Niemcy chcą nie tylko fizycznie wyniszczyć Polaków, lecz także zniszczyć ducha narodowego i zdemoralizować cały naród polski.

Jan żegna się z synem i idzie dalej. Zastanawia się, po co chłopak wygłosił do niego to całe przemówienie. Pewnie, by się nie dziwił, gdy w domu znajdzie skrzynkę jakichś zakazanych książek.

Jan ma daleko do pracy, ale woli iść piechotą, niż przejeżdżać tramwajem przez getto żydowskie. Ilekroć patrzy na ulice getta z okien tramwaju, robi mu się przykro na myśl, że jemu jest jednak troszkę lepiej, niż tym ludziom, którzy tu zostali zegnani. Pół miliona Żydów, zamkniętych na paru ulicach. Pół miliona ludzi uwięzionych w murach, gdzie mają spędzić całe życie. Żydom nie wolno wychodzić poza mury getta. Nie wolno im w ogóle jeździć ani koleją, ani wodą.

Gdy rozpoczęto wznoszenie murów tego zbiorowego grobu, w którym miano pogrzebać pół miliona żyjących, ludność polską ogarnęło oburzenie. Rozpowszechniono wtedy tysiące egzemplarzy proklamacji, skierowanej przeciw hitlerowskim barbarzyńcom i stwierdzającej solidarność robotników polskich i żydowskich. Rozlepiano tę proklamację na murach. A którejś nocy kilku rewolucjonistów zburzyło część murów getta pod nosem niemieckiej policji. Rano w wyrwie muru powiewał polski sztandar.

Jan idzie zatopiony w swych myślach i nagle w powietrzu wyczuwa niebezpieczeństwo. Podnosi głowę. Mały chłopak wpada mu między nogi.

– Łapanka! – woła. I już go nie ma.

Jan wpada do pierwszej bramy, przebiega przez podwórze. Słyszy na ulicy gwizdki policji, wymyślanie Niemców, przeraźliwe krzyki kobiet. Biegnie na szóste piętro i przysiada na schodach. Serce wali mu ze zmęczenia i zdenerwowania.

Wyłapują wszystkich mężczyzn i chłopców od 12 lat wzwyż. Załadują ich na ciężarowe samochody i wywiozą do Niemiec na roboty. Młode kobiety czeka jeszcze gorszy los.

Siostra Jana, mieszkająca poza Warszawą, została pewnego razu wezwana do Urzędu Pracy z 500 innymi dziewczętami. Kazano im się rozebrać do naga i poddano badaniu lekarskiemu. Potem dostała zawiadomienie, że ma jechać z transportem do Niemiec. Od tego czasu ukrywa się na wsi u ciotki. Wiadomo przecież, po co by do tych Niemiec jechała. Wiele dziewcząt było już w Niemczech i wracało. Wracały z niemieckich obozów żołnierskich, zarażone i wiele z nich było potem rozstrzelanych.

Na wspomnienie tego, co zrobiono z jego najmłodszą siostrą, Jana ogarnia wściekłość. Chciałby wyjść na ulicę, zastrzelić ilu się da tych drani, a potem niech się dzieje co chce.

PRZY PRACY

Fabrykę już widać.

W momencie, gdy przekracza bramę fabryki, wszystkie myśli, które napastowały go w czasie drogi, zostają za progiem. Tu zaczyna się walka na śmierć i życie. Nerwy napinają się do ostatnich granic. Trzeba ważyć każdy swój krok, każdy ruch, każde słowo. Oczy nabierają bystrości, uszy słuchają uważnie. Trzeba spostrzec każdy uśmiech i znak, dany przez towarzysza pracy. Usłyszeć słowo, wyszeptane mimochodem. Ubranie robocze wkłada ostrożnie, by nie szeleściło. Wsuwa rękę do kieszeni. Tak – jest ulotka. Towarzysze, pracujący przez tajnym rozpowszechnianiu wiadomości, wsunęli mu ją do kieszeni. Przed wyjściem z fabryki Jan włoży do szuflady pieniądze na fundusz wydawniczy. Ktoś nieznany zabierze te pieniądze i odda jakiemuś nieznanemu skarbnikowi. Jan nie wie nic, poza tym, że jego pieniądze dotrą do właściwych rąk i że się przydadzą.

Koszty wydawania nielegalnych gazet są olbrzymie. Niemcy zarekwirowali wszystkie zapasy papieru. Zrabowali wszystkie książki z księgarń i przesłali je do fabryk na przeróbkę. Papier, na którym drukuje się podziemne wydawnictwa, kosztuje zawrotne sumy.

Tropione drukarnie trzeba przenosić stale z miejsca na miejsce. To również kosztuje.

Niedawno Niemcy jedną taką drukarnię wykryli. Walili do drzwi – nikt nie odpowiadał. Rzucili granaty ręczne i zaczęli ostrzeliwać dom z karabinów maszynowych. Dwóch towarzyszy zabili i ranili kobietę, która wkrótce potem zmarła. Niczego jednak nie znaleźli. A to przecież najważniejsze. Jan myśli, że gotów jest ponieść największe nawet ofiary, narazić się na największe niebezpieczeństwa, by zdobyć ten skrawek zadrukowanego papieru, który mu daje wiarę w przyszłość.

Z ulotką w kieszeni Jan staje przy swej maszynie. To jego stara przyjaciółka. Pracują ze sobą od wielu lat. Jan zna jej wszystkie grymasy i stara się jej dogadzać, ona zaś teraz w ciężkiej chwili pomaga mu, jak może.

Bo to jest tak: Niemcy starają się podnieść do maksimum produkcję, aby wyrównać szkody wyrządzane przez brytyjskich lotników na Zachodzie.

Zniesiono 8-godzinny dzień pracy. Praca trwa teraz minimum 10 godzin. Zniesiono urlopy. Robotnikom nie płaci się za godziny nadliczbowe. Płace zasadniczo utrzymano na przedwojennym poziomie, chociaż koszty utrzymania wzrosły niemal o 500 procent. Na tych samych stanowiskach niemieccy robotnicy pracujący w Polsce otrzymują dwa razy większą płacę i dodatek mieszkaniowy, który wynosi prawie tyle, co całkowita pensja Polaka.

Władze okupacyjne wydały dekret zakazujący pod groźbą więzienia jakiejkolwiek podwyżki płac lub poprawy warunków pracy Polaków. Każdy robotnik, który żąda podwyżki, jest karany grzywną lub więzieniem. Gdy pewien właściciel fabryki z własnej woli chciał podwyższyć pensję Polakom, Niemcy zagrozili mu zamknięciem fabryki i więzieniem.

Nie ma żadnej ochrony pracy. Związki zawodowe rozwiązano, przywódców wymordowano lub uwięziono, a majątek związków zarekwirowano. Próby strajków uśmierza się karabinami maszynowymi.

Zrobiono wszystko, by robotnik polski stał się niewolnikiem. Jeden z dekretów mówi, że robotnik podlega karze nie tylko, gdy pracuje źle, lecz gdy „wykazuje brak dobrej woli”. Cały wysiłek Jana i jego towarzyszy idzie na to, by ten ich brak dobrej woli nie został zauważony.

Jan pracuje w najwyższym napięciu, stara się gubić minutę po minucie. Jego akcja sabotażowa polega na tym, by produkować jak najmniej, jak najgorzej. Pomaga mu w tym jego stara maszyna. Zacina się. Jan zawsze wiedział, jak należy ją puścić w ruch, by się nie zacinała, ale teraz „zapomniał”. Upuszcza narzędzia. Podnosi je bardzo wolno. Jego towarzysze robią to samo. Robotnicy tak się wykwalifikowali w tej formie sabotażu, że nawet niemieccy nadzorcy nie mogą znaleźć punktów zaczepienia. Niemcy są bezsilni. Co jakiś czas wysyłają przypadkowo wybranych robotników do obozów koncentracyjnych. Rozstrzeliwują. Jednak ci, co zostają, robią dalej, co do nich należy, robią z całą świadomością i uporem.

Przodują w działalności sabotażowej robotnicy z Gdyni. Wykwalifikowani robotnicy portowi tu, w Warszawie, mogą pracować tylko jako niewykwalifikowani, za nędzną opłatą. Miejscowi robotnicy pomagają im, płacąc drobne składki na fundusz pomocy rodzinom robotników gdyńskich, aby nie zginęły z głodu.

POWRÓT DO DOMU

Koniec pracy.

Jan zatrzymuje maszynę. Jest tak zmęczony wielogodzinnym napięciem nerwów i mięśni, że nie myśli o niczym. Nie zauważył nawet, kiedy wyszedł z fabryki i uszedł kawał drogi. Przytomnieje dopiero po jakimś czasie. Doszedł już do śródmieścia i przystanął przed wystawą sklepu spożywczego. Na wystawie piętrzą się sterty bułek, z boku ułożono stos białego chleba. Naigrawają się z Jana – mięso, wędlina, konserwy, owoce. Wszystko jak przed wojną. Tak, przed wojną często tu zachodził, wracając do domu. Wracał z paczką pod pachą.

    Zosiu, tak mi się zachciało krakowskiej kiełbasy.

Żona otwiera paczkę.

– Na miłość boską, Jasiu, po co ty tyle kupiłeś? Przecież my tego nie zjemy przez trzy dni.

Jan bardzo się wstydził, że taki stary gospodarz i ciągle nie wie, ile czego trzeba kupować, ale po paru dniach znowu przynosił żonie jakiś kłopotliwy prezent. Teraz stale wraca z pustymi rękami. Te wszystkie smakołyki – nie dla niego. Sklep z żywnością jest tylko dla Niemców. Polakom wejście wzbronione. Najlepsza żywność przydzielana jest tylko sklepom niemieckim, których drzwi zamknięte są dla Polaków.

Jan czuje, jak mu się skręcają kiszki z głodu. Kiedyś nie mógł już wytrzymać i poszedł kolejno do dwóch jadłodajni, naturalnie takich najtańszych, bo wszystkie lepsze zastrzeżone są wyłącznie dla Niemców. Najadł się wtedy do syta, ale przez parę dni nie mógł patrzeć bez wyrzutów sumienia na swoje głodne dzieci. Spokój wrócił mu dopiero z powrotem zwykłego głodu.

Nie mogą nie być głodni. Przyznawane normy żywności są całkiem niewystarczające, są o wiele mniejsze, niż normy żywnościowe dla Niemców.

Popatrz, czytelniku, na tę tablicę – przecież to powolna śmierć głodowa!

Polacy        Niemcy
Tłuszcze                    2 uncje        9 uncji
Mięso                        8 uncji        1 lb (funt – przyp. red.)
Ser                                     –           3 uncje
Cukier                        8 uncji       2 lbs
Groch                              –             4 uncje
Marmolada                    –             6 uncji
Ciasto                        2 uncje       4 uncje
Mąka owsiana             –               2 uncje
Mąka biała lub makaron        4 uncje        4 uncje
Mąka sagowa lub ziemniaczana     –         2 uncje
Kostki na zupę                      –        5 sztuk
Jaja                                1 sztuka     3 sztuki

Dzieci niemieckie są uprawnione do dodatkowych przydziałów żywnościowych.

Do niedawna dzieci polskie korzystały z tego samego uprawnienia, choć miały przyznane mniejsze racje. Jan mógł cokolwiek kupić dla swoich trojga najmłodszych dzieci. Lecz od paru miesięcy kartki na środki odżywcze zostały polskim dzieciom cofnięte.

Kupowanie żywności „w pasku” [u paskarzy] jest dla Jana niedostępne. Dwa funty cukru kosztują 6 dolarów (na kartki 20 centów), podobnie jest z chlebem, kartoflami… Nawet butelka octu kosztuje około 2 dolarów. Któż może sobie na to pozwolić?

Dawniej ciągle coś do domu przynosił.

Potem to Zośka przychodziła po niego, jak brał tygodniówkę. Kasjer śmiał się z nich.

–    Cóż to, pani Kowalska? Mąż zły? Pieniądze przepija?

–   Nie zły – za dobry. Z takim także jest kłopot. Już mi dziesięć szczotek do czyszczenia butów przyniósł, żebym sobie rąk nie brudziła. Nie mam gdzie tego kłaść. To już wolę sama z nim chodzić po moje prezenty.

Tak. Szczotki zostały, tylko czyścić nie ma czego.

Jan wie, że był naprawdę dobrym mężem, lubił swój dom, pieniędzy nie przepijał. A jednak teraz już parę razy złapał się na tym, że miał ochotę iść do knajpy. Upić się. Zapomnieć o tym wszystkim chociaż na chwilę.

A przecież teraz to łatwiej, niż dawniej. Niemcy robią wszystko, żeby zachęcić ludzi do picia. Wódka jest po śmiesznie niskich cenach. Nawet na wsi pootwierano knajpy, gdzie ceny wódki są specjalnie „dostępne”.

Cholery. Właśnie im się nie uda.

No, dość już tego stania przed wystawą. Jeszcze zwróci uwagę jakiegoś szpicla. Nie należy się zatrzymywać, gdy się ma nielegalne pismo w kieszeni. Człowiek się nie obejrzy, jak zawiśnie na latarni dla postrachu.

Jeszcze tylko zajdzie do następnego sklepu po papierosy.

Papierosów naturalnie nie ma. Właściciele sklepiku, znany lekarz i wielki poeta, starają się jak najlepiej obsłużyć swoich klientów. Jak nie mają towaru, to chociaż chwilkę porozmawiają z człowiekiem. Poeta swoją piękną polską mową opowiada jakąś anegdotę. Śmieje się, że to teraz jedyny wyraz jego twórczości – opowiadanie różnych historii pojedynczym ludziom. Od czasu wojny ani on, ani inni polscy pisarze nie wydali ani jednej książki. Nie chcą pisać tak, by to mogło przejść przez niemiecką cenzurę.

Jan wychodzi ze sklepu. Odsuwa rękę podającą mu „Nowy Kurier Warszawski”. Nie potrzeba mu tej szmaty. Chociaż gazeta drukowana jest po polsku, jest to gazeta wydawana przez Niemców. Nie czyta się niemieckich kłamstw i antypolskich bzdur.

Jakoś zamarudził przy tej wystawie, a potem w sklepie. Zrobiło się późno. Szybkim krokiem wymijają go przechodnie. Na chodnikach ludzi jest dużo. Na jezdniach pusto. Czasem tylko przejedzie niemieckie auto wojskowe. Czasem warszawska „riksza”. Są to rowery z przyczepionymi koszykami. Prowadzą je studenci – Polacy. Jest to ich jedyne źródło utrzymania. Jadą przez miasto, wołając, że pojazd jest do wynajęcia. Czasem przejedzie konna dorożka. Taksówek nie ma wcale.

Ludzie spieszą się do domów przed godziną policyjną. Nawet ci, którzy mają przepustki – robotnicy fabryk broni, kelnerzy, lekarze, pielęgniarki – wolą nie zostawać wieczorem na ulicach. Zdarzały się wypadki, że robotnik, który sięgał do kieszeni, aby wyjąć swoją przepustkę, bywał zastrzelony przez Niemców, którzy myśleli, że wyjmuje rewolwer.

Jan także przyspiesza kroku. Będzie prędzej, jeżeli przejdzie do następnej przecznicy przez jeden ze zburzonych domów. Gruzy już uprzątnięto. Nawet poprzez ruiny ludzie wydeptali ścieżkę. Tylko w mroku znaczą się sylwetki murów. Na spalonej ścianie pozostała tabliczka ze starym napisem ulicy. Zaraz na następnym domu wisi nowa tabliczka z nową, niemiecką nazwą.

Wyszedł już ze śródmieścia i idzie ulicami swojej dzielnicy. W miarę jak zbliża się do domu, ogarnia go coraz większy niepokój o najbliższych. W końcu biegnie prawie, goniony panicznym lękiem. Przypominają mu się wszystkie nieszczęścia, które się zdarzyły znajomym i o których słyszał.

Zośka miała iść do ogonka, może wysunęła się zanadto i policjant rozbił jej kolbą nogę.

A jego najstarszy – jego duma – czy wrócił z pożyczoną książką do domu? Może leży teraz rzucony gdzieś do celi ze zmasakrowaną twarzą.

Czy małej, anemicznej Andzi, która się ledwo na nogach trzyma, nie zapędzono do sprzątania ulic?

Czy pyskaty Wituś nie powiedział niepotrzebnego słowa?

Czy nie zgasło wątłe życie maleństwa?

Wszystko to się mogło zdarzyć w życiu spokojnej rodziny.

WIECZÓR W DOMU

Dopada drzwi zziajany. Nie, tym razem wszystko w porządku. Siedzą koło stołu i niecierpliwie czekają na niego z rozpoczęciem kolacji. Czuje się, jak zaszczute zwierzę, które szczęśliwie wróciło do swej nory. Jeszcze na ten wieczór ma bezpieczny kąt. Paskudna izba wydaje mu się teraz zaciszna i przytulna. Mała żarówka wisi nad samym stołem, by go jak najlepiej oświecać. Stół dla ciepła przysunięto blisko ognia. Na kominie stoi garnek z gorącym kapuśniakiem. Heniek czyta, czekając na kolację. O mało na stół nie wlazł, żeby mieć więcej światła. Wituś bębni zniecierpliwiony łyżką po stole.

Jedzą powoli i z rozmysłem, wsmakowując się w każdą łyżkę. Tylko Wituś zjadł wszystko w ciągu minuty i zawiedziony patrzy po innych, pełnych jeszcze talerzach.

– Mamo, czy mogę jeszcze sobie wziąć?

– Nie ma już nic w garnku, synku. Ale weź mój talerz. Mnie dzisiaj jakoś nie smakuje. Za mocno posoliłam.

Andzia słania się śpiąca na krześle. Matka zanosi ją do łóżka i rozbiera. To dobrze, że dziecko śpi. Nie trzeba, żeby się denerwowało.

– Witek, skocz no do pana Antoniego i do wujka. Powiedz, żeby już przyszli.

– I pamiętaj, Witek – dodaje matka – żebyś ty się nigdy, broń Boże, o tym radiu nie wygadał.

Witek jest obrażony. Czy ta matka doprawdy myśli, że on jest ciągle ten sam pędrak sprzed wojny? Czy nie wie, że teraz wszystkie dzieci od najmniejszego wiedzą, co i jak?

Jan wyciąga z kieszeni ulotkę i daje Heńkowi do przeczytania. To Manifest, który zwraca się do ludów całego świata, mówiąc, że Polska prowadzić będzie walkę do ostatecznego zwycięstwa.

Przychodzą sąsiedzi. Ulotka krąży z rąk do rąk. Janowa bierze szczotkę i idzie na schody „oczyścić” ją. Trzeba być ostrożnym. Niedawno Niemcy zaaresztowali wszystkich z sąsiedniego domu. Dostali po dwanaście lat więzienia. Za słuchanie radia grozi kara śmierci. Kto by to dawniej pomyślał, że oni, tacy spokojni ludzi, będą się codziennie narażać na śmierć?

Janowa wraca i odstawia szczotkę do kąta. Jest to znak, że wszystko w porządku. Jan wyciąga radio i nakłada słuchawki. Ręką ucisza zebranych, choć i tak rozmawia się szeptem.

„Zeszłej nocy bombowce brytyjskie zbombardowały Hamburg, Kolonię i Berlin. W nalotach brali udział polscy lotnicy. Wszystkie nasze samoloty powróciły do baz”.

Jan podniecony powtarza zebranym komunikaty. Dzięki tej krótkiej audycji ma uczucie łączności z tamtymi, którzy prowadzą działania wojenne. Nie czuje się tak rozpaczliwie samotny w swej walce. Zapomina o trawiących go brakach, troskach, niepokoju.

Rozchodzą się w uroczystym nastroju. Podają sobie ręce. Wymawiają hasło: WOLNOŚĆ, RÓWNOŚĆ, NIEPODLEGŁOŚĆ.

Zostaje sama rodzina. Odstawiają pod ściany rozstawione krzesła. Skończył się wieczór. Przeszedł dzień dzisiejszy. Ogarnia strach przed jutrem.

Lecz choć wielu zginie w walce o wolność, wielu doczeka zwycięstwa.

A wówczas straszna będzie zemsta.

____________________
Powyższy tekst to cała broszura wydana przez współtworzoną przez działaczy socjalistycznych organizację „American Friends of Polish Democracy” w Nowym Jorku w roku 1941. Publikacja miała dwie wersje językowe – polską i angielską pt. „The Polish Worker’s Day. A working day in the life of a Polish worker in occupied Warsaw”. Wstęp do broszury napisali szkocki socjolog Robert McIver i amerykański działacz socjalistyczny polskiego pochodzenia Leo Krzycki. Na potrzeby Lewicowo.pl przygotował Przemysław Kmieciak.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *