Walentyna Nagórska

Faustyna Morzycka (1864-1910)

„Przyszła na świat w turmie tambowsjiej jako »docz katorżnika«, trzymali ją do chrztu towarzysze wygnania jej ojca. Wichry sybirskie zawodziły kołysankę nad kibitką etapową rodziców – mrozy i tajgi sybirskie wychowały tę wątłą latorośl dalekiej Polski. W duszę jej zapadały głęboko marzenia bujne, nieziszczone nadzieje i tęskne rodaków rozmowy” [1].
Te pierwsze ponure wrażenia dzieciństwa odbiły się w melancholijnym, jakby przerażonym spojrzeniu, jakim cudnymi oczami na świat patrzała. Imię jej, dane na pamiątkę ciotki, Faustyny Morzyckiej, entuzjastki ze Żmichowską zaprzyjaźnionej, znaczyło ją jakby stygmatem, czuła się powołaną do podejmowania najszlachetniejszych zadań i snucia przerwanej tradycji entuzjastek. W istocie każdy jej czyn i stosunek do ludzi wypływały z uczuciowego podłoża, z serca płonącego niewygasłym zniczem. Dusza, na górny nastrojona ton, rwała się do czynów ofiarnych, do pracy ideowej. Harmonię z tym duchowym pięknem tworzyła śliczna jej postać. Sienkiewicz po powrocie z Nałęczowa, gdzie poznał Morzycką, opowiadał znajomym: „Płynąłem łódką po stawie nałęczowskim z boginią, która chyba zstąpić musiała na ziemię!”.

Uroda niezwykła torowała jej drogę do hołdów, do królowania w salonach, rzucić mogła w wir uciech światowych, zacieśnić horyzonty, odwrócić myśl od zadań głębszych. Marzenia jednak pięknej dziewczyny po innych biegły szlakach.

Na progu młodego życia, po ukończeniu pensji Czarneckiej, udaje się do jednego z wybitnych działaczy na polu pracy społecznej z prośbą o wskazówki i rady. „Nie zapomnę tej bladej ze wzruszenia twarzy i cichego, jakby z głębi płynącego, głosu, jakim wypowiedziała te słowa: „Weźcie mnie do roboty, nauczcie, co i jak mam czynić” [2]. Wydaje mi się jednak, że już wtedy krystalizował się jej światopogląd i sama wiedziała dobrze, ku czemu pójdzie. Oświecać lud, szerzyć kulturę, budzić zakrzepłe w obojętności serca, ciemne masy pozyskać dla dobra i przyszłości kraju – to były dla niej zadania palące, jakie z młodzieńczym zapałem podjąć pragnęła.

Warunki jej życia składały się pomyślnie dla takiej właśnie pracy. Trudne położenie materialne rodziców skłoniło ich do oddania małej jeszcze Faustyny na wychowanie bezdzietnym doktorstwu Nowickim. Otoczona najczulszą opieką, wzrastała pod bezpośrednim wpływem Fortunata Nowickiego, człowieka wysoce szlachetnego, o szerokim umyśle, co niewątpliwie wpłynąć musiało na rozwój jej intelektualny i duchowy.

Nowicki, szczery patriota, stęskniony za krajem, rzuca stanowisko zdrojowego lekarza w rosyjskim Lipecku i staje do pracy twórczej we własnym kraju, gdzie z wielkim trudem wskrzesza i urządza wraz z doktorem Lasockim zakład leczniczy w Nałęczowie i tam się osiedla. Łączy to przybraną córkę z tym uroczym zakątkiem kraju. Kiedy po wielu latach i przebywaniu w różnych miejscowościach Faustyna wraca znów do Nałęczowa, dawno już po śmierci swego opiekuna, poświęca mu gorące wspomnienie w przemówieniu na otwarciu szkoły ludowej w Nałęczowie. Zaznaczając, jak ta miejscowość, dawniej zaniedbana, podniosła się dzięki jego pracy, mówi: „Nałęczów i ja zawdzięczamy mu wiele. On mi wskazał drogę i cel życia. Pamiętam, jak z Warszawy przywoził elementarz Promyka i parę przez niego wydanych książeczek. On pierwszy zwrócił moją uwagę na ubóstwo literatury ludowej, a gdy skończyłam pensję, zachęcił do zdania egzaminu na patent nauczycielski”.

W Nałęczowie zbliża się Faustyna do wsi i ludu, staje się tą „siłaczką”, pionierką idealną w pracy cichej, nieznanej.

Setki analfabetów czeka promyka światła, rozpala go Faustyna, niosąc elementarz do najuboższych chat wiejskich.

Po śmierci drogiego opiekuna wyjeżdża na czas pewien do Warszawy, gdzie również staje do pracy społecznej. Obie z siostrą Różą są inicjatorkami i założycielkami tajnego koła oświaty ludowej, przy którym powstaje wydawnictwo popularnych książek dla dzieci, młodzieży i samouków. Faustyna Morzycka zasila je cennymi książkami z dziedziny historii, geografii, przeróbkami niektórych utworów beletrystycznych. Napisała kilkadziesiąt książeczek, jak „Rzym Chrześcijański”, „Belgia”, „Holandia”, „Zamojski”, „Słowacki” i wiele innych.

Nęci ją jednak wieś i chętnie wraca pod Nałęczów do Paulinowa, małej wioski ojca, pomaga mu w gospodarstwie i na szeroką skalę prowadzi tajne nauczanie. Gromady dzieci przemykają się przez pola i lasy, „aby ich złe oko nie dojrzało”, i biegną radośnie do ukochanej Faustyny, jak ją powszechnie nazywano, nie tylko dla nauki czytania, lecz i dla pięknych pogadanek, jakimi umiała rozjaśniać umysły, rozgrzewać serca miłością do ojczystej ziemi, ukazywać piękno i cuda przyrody. Po kilku latach znojnej, owocnej pracy, szczęśliwie przez szpicli niedostrzeżonej, wypadło pomyśleć o pracy zarobkowej, jaką znajduje w Nałęczowie, obejmując stanowisko kasjerki zakładowej.

Sumienne spełnianie suchych obowiązków nie mogło jednak zadowolić żądnej szerszego czynu natury. Nie dopisywało też wątłe zdrowie. Powraca do Warszawy, gdzie wspólnie z Lisowską zakładają księgarnię, do dziś istniejącą.

Jednak nie wystarcza jej należenie do konspiracyjnych kółek oświatowych, pragnie teraz poznać wielkie środowiska pracy fizycznej, zbliżyć się do robotników, których ciężka dola budzi w niej gorące współczucie. Dociera do fabryk, poznaje pracowników, ich rodziny, oświeca dorosłych, uczy dzieci i młodzież.

Po kilku latach osiedla się w Skierniewicach w dzielnicy robotniczej, aby tam swobodniej i bezpieczniej szerzyć oświatę. Działalność tak intensywna podkopuje jej wątły organizm, czuje się bardzo wyczerpaną, lekarz zaleca wypoczynek, a ze względu na zagrożone płuca wyjazd do Włoch. Konieczność taka zmusza ją do przerwania umiłowanej pracy. Rodzina ułatwia kurację klimatyczną. Nie bardzo ona się powiodła, po kilkumiesięcznym pobycie we Włoszech Faustyna zapada ciężko na zdrowiu. Duch jednak zwycięża i powoli siły wracają, co ułatwia stęsknionej powrót do kraju.

Jest zawsze bezdomną, nie posiada własnego ogniska, choć łatwo mogła je zdobyć. Serce i dobroć wielka kieruje ją tam, gdzie może być najpotrzebniejsza – do siostry owdowiałej z dwojgiem małych dzieci, mieszkającej w Szawlach. Dusza jej wiecznie płonąca i tutaj promieniuje nie tylko na otoczenie najbliższe, dla którego jest aniołem opiekuńczym, ale ogarnia i szersze kręgi. W mieście obcym, w warunkach odmiennych znajduje teren pracy oświatowej. Ze zwykłą umiejętnością nawiązuje kontakt z wioskami okolicznymi, działa wśród miejscowej ludności, zyskując, jak wszędzie, gdzie zjawia się świetlana jej postać, miłość i uznanie. Z Szawel przyjeżdżała do Warszawy, aby odwiedzić krewnych, przyjaciół i po dłuższym pobycie na prowincji, „zaczerpnąć szerszego oddechu”.

W długich, serdecznych ze mną gawędach opowiadała o cudnych wiosennych porankach, kiedy złote połyski różowego świtu zastają ją przy pracy, wtedy bowiem znajduje idealną ciszę i spokój, niczym nie zakłócony do pisania powieści. Przejęta, podniecona próbą sił twórczych, nie znalazła w tym oczekiwanego zadowolenia ani radości, jaką dawać musi pełnia talentu, możność pięknego zrealizowania swych wizji. To nie była jej dziedzina, choć Żeromski chwalił późniejszą jej powieść „Powrotne fale”, choć z właściwym sobie entuzjazmem zachwycał się mocą i pięknem poszczególnych fragmentów, chodził z autorką do wydawców, polecając jej pracę.

Warunki rodzinne sprowadzają znów Morzycką do Nałęczowa, gdzie zaczyna się dla niej nowy okres życia, działalność szersza, praca różnorodna. Nadchodzi rewolucja [1905 roku]. „Jeden wspólny huragan szalonej radości porywa nasze dusze” – mówiła Faustyna. Ożywcze tchnienie płynie poprzez łany Polski, brzmią potężne hasła, budząc uśpione dusze, z podziemi ciemnych na jaw i słońce dumnie występują zakonspirowane prace, zakneblowane dotąd usta przemawiają głosem silnym, żądając praw człowieka.

Zakipiał ruch i w Nałęczowie, jaki wówczas szczycił się stałym pobytem ludzi tej miary, co Żeromski i Daniłowski. Pod ich egidą i przy czynnej pomocy znanych już społeczników, jak Dulębowie, P. Rudzcy, wielkich zasług Felicja Sulkowska i świeżo przybyła Faustyna Morzycka, powstaje szereg placówek kulturalno-oświatowych na małym terenie uzdrowiska. Najpilniejszą okazuje się szkoła powszechna dla dzieci wiejskich, a najbardziej powołaną do jej utworzenia F. Morzycka. Radośnie staje ona na nowym posterunku i, nie czekając pozwolenia, jakie od władz nie nadchodzi, otwiera dwuklasową szkołę, do której tłumnie zgłaszają się dzieci. Z racji uroczystości otwarcia szkoły przemawia do zebranego ludu: „Wracam tu z mocnym postanowieniem poświęcenia reszty życia pracy dla dobra tego zakątka mej ojczyzny, tej ziemi, na której spoczęli moi najbliżsi i najukochańsi. Pragnieniem moim jest roznieść w tej okolicy nieco światła, bo wierzę w olbrzymią potęgę oświaty, przez nią nie tylko pojedynczy ludzie, ale i całe narody wznoszą się na szczyt największej chwały, pod wpływem zaś ciemnoty opadają na dno najmroczniejszych przepaści. Z czym przychodzę, jak będę prowadzić moją szkołę – oto pytanie, które czytam w wszystkich oczach ku mnie zwróconych. Otóż pragnę, aby pierwszą zasadą, dewizą i systemem mej szkoły była miłość. Zawsze za najlepszą wychowawczynię dziecka jest uważana matka, a dlaczego? – bo je najbardziej kocha. Nie posiadając własnych dzieci, pragnęłabym przelać na powierzoną mej pracy dziatwę te uczucia miłości macierzyńskiej, jakie są złożone w sercu każdej uczciwej kobiety. Sądzę też, że zdołam rozbudzić w duszach powierzonej mi dziatwy dążenia do wszystkiego, co dobre i piękne” [3].

Niestrudzona pracownica wykłada również i na popołudniowych kursach dla dorosłych z oddziałem dla analfabetów. Poza tym współdziała żywo w organizowaniu cyklu odczytów popularnych, jakie odbywają się w każdą niedzielę i święto, z udziałem sił miejscowych i zaproszonych prelegentów z Lublina i Warszawy. Kiedy po inauguracyjnym odczycie urządzono manifestacyjny pochód i wiec przy świetle kagańców, przemawiają o chwili bieżącej Żeromski, Daniłowski, Rudzka i Morzycka. W parę tygodni potem wypowiada ona pięknie opracowany i porywający odczyt o powstaniu 1863 roku, ilustrowany pokazami świetlnymi obrazów Grottgera. Odczyty te cieszą się wielkim powodzeniem. Rozbudzeni wypadkami włościanie, rzemieślnicy i służba zakładowa zapełniają po brzegi salę hotelową, gdzie odbywały się wykłady, i już pomieścić się tam nie mogą. Akcję przenieść wypadło na pobliskie Pałuby do wielkiej szopy, jaka staje się odtąd terenem wszelkich zebrań, koncertów popularnych i widowisk teatralnych, leżących w programie prac naszych działaczy, a popieranych gorąco przez Żeromskiego.

Faustyna, obdarzona z natury duszą artystyczną, obejmuje kierunek teatru ludowego. Ze zwykłą energią i zapałem wyszukuje i dobiera zespół, sięga od razu do repertuaru o głębszej wartości, a dla tych sfer odpowiedniego, i sama z intuicją wyjątkową i wyczuciem sceny reżyseruje doskonale pięcioaktową sztukę „Harde dusze”, z powieści Orzeszkowej „Bene nati” przerobioną. Przedstawienie, tak na owe czasy oryginalne, na dzień Zielonych Świątek przygotowane, staje się uroczystością dla Nałęczowa i okolicy. Pamiętam rozpromienienie Żeromskiego, z jakim pokazywał mi przywieziony do Warszawy afisz, pięknie w Lublinie wydrukowany. Sztukę powtórzono w sezonie, już nie w szopie, a w przepełnionej sali pięknego pałacu niegdyś Małachowskich. Prowizoryczna trupa wyjeżdża na gościnny występ do Lublina. Przedstawienie ludowe, poprzedzone rozgłosem doskonałej gry, dane na cel dobroczynny, budzi powszechne zainteresowanie.

W kilka miesięcy później odegrano, również dzięki pracy Faustyny, III część „Dziadów”, jedną tylko rolę Konrada objął inteligent rzeźbiarz Gardecki, reszta spoczywała w rękach dawnego zespołu. Wobec wielkiego powodzenia i niemal talentów, jakie ujawniły się wśród dziewcząt zwłaszcza, Faustyna marzy o wystawieniu całej „Balladyny”, co amatorzy przyjmują z entuzjazmem i niebawem rozpisują role i zaczynają już próby, trudności jednak techniczne zmuszają do odłożenia całej imprezy.

W owych latach przyjeżdżali na wywczasy letnie Ignacostwo Matuszewscy, z Żeromskimi zaprzyjaźnieni. Pani Matuszewska zapragnęła urządzić na rzecz budującej się ochronki im. Adasia Żeromskiego przedstawienie dziecinne, ze śpiewami, które artystycznie prowadzić umiała. Trudności z wyborem sztuki rozwiązuje szczęśliwie Faustyna, inscenizując udatnie prześliczną baśń Konopnickiej „Krasnoludki”. Wśród letników znajduje się łatwo gromada dziatwy, radośnie rozchwytującej powierzone jej role, brakuje jednej – ducha ukazującej się matki. Na pierwszej próbie staje jako zjawa młodziutka siostrzenica Faustyny, ktoś jednak przesądny ostrzega, że osoba przedstawiająca ducha nie pożyje długo. Faustyna śpiesznie zastępuje ukochaną kuzynkę. Pamiętam cudną ową bajkę na scenie, pięknie udekorowanej, i wzruszenie, z jakim patrzyłam na bladą twarzyczkę Faustyny, na jej gorejące aksamitne oczy, wpatrzone gdzieś w dal, na postać całą w zwiewnych białych szatach, jakby nie z tego już świata. Los zdarzył, że przesądne ostrzeżenie miało się sprawdzić za lat parę. Przedtem jednak ze świata poezji i czarów szła ku twardej służbie dla ojczyzny.

W tym czasie z lubelskiego więzienia ucieka podkopem przez kanały miejskie czterdziestu więźniów. Pięciu z nich, politycznych, kieruje PPS do Faustyny. Zjawia się ona u mnie o świcie i wzruszona mówi: „Obudź się i słuchaj: potrzebuję bielizny, ubrania i butów dla moich uciekinierów. Trudno ci opowiedzieć, w jak opłakanym są stanie. Teraz kąpią się i myją, palą brudne łachmany. Trzeba ich odziać od stóp do głowy. Przydadzą się i bluzy twoich chłopców, bo dwaj są szczupli i drobni”. Paczka odpowiednia została niebawem wysłana na Pałuby, gdzie obok „historycznej” szopy mieszkała Morzycka. Nie dość jednak było okryć więźniów, należało szybko zająć się dalszym ich losem. PPS przygotowała paszporty i kilkanaście z nich dostarczyła Faustynie. Pokazywała mi ową niebezpieczną, grubą paczkę, na piersiach zawieszoną. Trzeba to było rozwieźć w różne miejsca. Wtedy syn mój, dziecko prawie, zaprzęgał kucyka do maleńkiej bryczki i woził Faustynę pojazdem, nie budzącym żadnych podejrzeń, po różnych siołach i zaułkach wiejskich. Podobne eskapady w celach konspiracyjnych odbywali owi niejednokrotnie.

Tym razem jednak opieka nad przestępcami nie uszła Morzyckiej bezkarnie. Jeden z tych nieszczęśliwych chłopców, schwytany ma granicy, ponownie uwięziony i zapewne torturowany na śledztwie, zeznał, u kogo znalazł schronienie w Nałęczowie, po czym niezwłocznie Faustyna została aresztowana i osadzona w więzieniu lubelskim. Więzienie nie złamało jej duchowo, może ze względu na przeżycia osobiste, jakie w owym czasie nurtują jej duszę. Opanowana i spokojna, spisuje swoje wrażenia i refleksje, ilustruje nawet swoje notatki, choć nigdy dotąd nie zajmowała się rysunkiem. Zajmuje ją, jak zwykle, świat dziecięcy, znajduje nawet sposobność nauczania dzieci przebywających również w więzieniu. Kajet jej, od żandarmów otrzymany, przez nich ponumerowany i pieczęcią oficjalną opatrzony, zapełnia do połowy kaligraficzne pismo dziecięce. Maleństwa te piszą: „Siedzę w więzieniu lubelskim”, a Faustyna zostawia szkic rysunkowy z ich życia, zatytułowany „przestępcy w więzieniu lubelskim”. Niemowlę w poduszce, porzucone na ziemi, obok troje smutnego drobiazgu. W nawiasie dodaje: „więzienie czy ochronka”.

Nastrojom swoim daje wyraz, pisząc: „Przypuszczałam zawsze, że straszną jest cisza więzienia, tymczasem spotykam się tu ze stokroć przeraźliwszym bezustannym gwarem. Muzyka kajdan, krzyk chorych dzieci, niby w żłobku źle utrzymanym, wstrząsający zgrzyt zamków, brutalne wkraczanie żandarmów z »powierkami«, rewizjami i ostatecznie mnie zabijający bezmyślny szczebiot i śmiech… koleżanek. O nie, to nie przedsmak grobu, ale życie w całej pełni swych najwstrętniejszych przejawów”.

„Lubię już swoją samotność, stworzyłam sobie swój własny niepodzielny świat wewnętrzny, żadna siła ludzka mi go nie zabierze, czuję się silną, posiadając to, do czego nikt nie ma prawa, bogatą jestem”.

„Śnił mi się człowiek stary o niezgłębionym smutnym spojrzeniu, szlifował z niebywałej bryły szczerze diamentowej krzyż, który mógłby stanowić najcenniejszy klejnot ludzkiej próżności. Dla kogo tak pracujesz, staruszku? – zapytałam. Dla ciebie – odpowiedział człowiek, którego nazwałam swoim losem. Czeka panią największe nieszczęście – wytłumaczyła nasza prorokini”.

„W wielkim załamaniu ducha pomniejsze nieszczęście stanowi tylko przygodę, która nawet nie dotyka głęboko, ale odrywa od ważniejszego, bawi, rozrywa”,

„W gruncie rzeczy nie ma na świecie ani dobra, ani wolności, ani szczęścia, jest tylko dążenie i walka o to, aby było lepiej, swobodniej i szczęśliwiej. W chwili więc najzaciętszej walki żyjemy najświetniejszą i najchwalebniejszą pełnią życia”.

Tymczasem przyjaciele jej w Nałęczowie w trosce i niepokoju oczekiwali dalszych losów Faustyny. Imię to było na wszystkich ustach. Pewnego poranku córeczka moja, przecierając zaspane oczęta, mówi: „Mateczko, dzisiaj przyjdzie do nas Faustyna”. Roześmiałam się smutnie na zapowiedź tak mało prawdopodobnej wizyty. Jakże radosne było jednak zdziwienie nasze, gdy w parę godzin później stanęła nagle we drzwiach werandy Faustyna. Okazało się, że w czasie konfrontacji młody ów więzień, może pod wpływem głębokiego spojrzenia Faustyny, drgnął z lekka i po chwili skupienia wyrzekł głosem stanowczym: »tej pani nie znam wcale i nie do niej zwracałem się w Nałęczowie«. Skrucha ta i opamiętanie się więźnia dały wolność Faustynie. Mogła ona jednak łatwo być zagrożoną, w słusznej tedy obawie ułatwiono jej szybko wyjazd do Krakowa z cudzym paszportem.

Oderwanie od przyjaciół i miejsc drogich uczuła głęboko. W kilka tygodni po wyjeździe pisze mi: „Poza ukochanym Nałęczowem nie mogę zabrać się do pracy oświatowej. Przyjedź nawrócić szkaradną grzesznicę”. Zbyteczną jednak była interwencja osób trzecich, aby ją skierować na dawną drogę. W Krakowie istniał, jak wiadomo, Uniwersytet Ludowy, najpoważniejsza oświatowa instytucja w kraju. Działając na wielką skalę, promieniowała na cały obszar Polski. Do szeregu ludzi tam pracujących zaciągnęła się i Morzycka. Prowadziła stale wykłady i miewała odczyty w Krakowie i okolicy. Przyjeżdżali włościanie po znaną prelegentkę drabiniastym umajonym wozem z wiosek o kilka mil od Krakowa położonych. Wiem od naocznego świadka, jak umiała porwać słuchaczów, jak po odczycie podchodzili do niej tłumnie, w gorących słowach dziękując za pouczający i piękny odczyt.

I w Krakowie bierze udział w artystycznych imprezach dobroczynnych, pisze mi bowiem: „Wyobraź sobie, i tutaj wystawiam Krasnoludki, i tak każdy idzie po swój los”. Może to była aluzja do owej roli ducha matki, jaką znów odegrać miała mimo owych przesądnych ostrzeżeń!

Coś jednak łamać się poczęło w jej dotąd prostolinijnym życiu. Rewolucja zbyt silnie wstrząsnęła jej psychiką, rozbudzone nadzieje zrzucenia kajdan niewoli zbyt silnie ogarnęły jej duszę i rozpłomieniły wyobraźnię, aby teraz wystarczyć jej mogła spokojna, cicha praca. Pociąga ją raczej doraźny czyn ofiarny, jaki – wierzyła – ważyć może na losach nieszczęśliwej ojczyzny. W tym celu zapisuje się do bojówki PPS. Uczy się techniki przenoszenia broni, co było ciężką pracą fizyczną. Daniłowski opowiadał, z jakim zdumieniem zobaczył ją na ćwiczeniach rzucania bomby i powiedział, że to nie dla jej delikatnych rąk i nerwów robota. Porzuca ona jednak pracę oświatową, aby stanąć na posterunkach niebezpiecznych. Nosi przy sobie proszek cjankali, dany przez spiskowców, aby w razie wpadnięcia w ręce policji zrobić zeń użytek.

Bierze pewien udział w nieudanym zamachu na wysoko postawioną osobistość w Warszawie [był to zamach na generała Uthofa, zastępcę generał-gubernatora Skałłona; w zaatakowanym pojeździe nie było jednak Uthofa, lecz jego brat i kierowca, a w trakcie zamachu zginęło od wybuchu bomby kilka postronnych osób – przyp. redakcji Lewicowo.pl] i bezpośrednio potem wyjeżdża na Ukrainę do krewnych swoich i przyjaciół Przecławskich. „Wpadła do nas na wpół żywa, prawie nieprzytomna, ze słowami: żyć nie mogę, pozwólcie mi umrzeć tu, wśród Was, których tak kocham”. Nie wiedziała na razie, czy nie było jakiej ofiary niefortunnego zamachu i męka zabójstwa udręczała ją.

Zdawało się, że paromiesięczny pobyt na wsi w spokoju i ciszy i w otoczeniu drogich jej osób ukoi poszarpane nerwy. „Ale nie była to już dawna towarzyszka – coś się załamało w jej tak pełnej wiary i zapału duszy, jakiś bolesny grymas ścinał promień jej oczu – życie zamarło. Straciła wiarę w skuteczność działania” [4].

Zerwała się niebawem, aby jechać do Charkowa, gdzie przebywali jej krewni – zabawiła tam niedługo. Niepokój wewnętrzny pchał ją dalej w świat. Zajechała do Kijowa, aby wkrótce powrócić do Krakowa, z ukrytą może iskierką nadziei odnalezienia tam siebie z podjęciem pracy dawnej!..

„Pierwsze jej listy były martwe, obojętne, potem przebłyski życia zaczęły się zjawiać i jakaś możliwość potrzebnej roboty zdawała się wskrzeszać dawną Faustynkę” [5].

Spotkanie jednak z dawną paczką bojówki PPS – widok rozbitych doszczętnie prac – zupełne załamanie ideologii poszczególnych jednostek, sprawiają Morzyckiej nowy gorzki zawód i ból niewymowny. Myśl o tylu zmarnowanych wysiłkach, o krwi na darmo wylanej napełnia ją rozpaczą.

„Przyzwyczaić się nie może do mroku, jaki zapanował po spadnięciu na nowo kamienia grobowego, który już uchylony się zdawał, i serce jej pęka z żalu i bólu po cudnej, bajecznej godzinie, którą przeżyła z takim zapałem [6]. Nigdzie też i w niczym nie znajduje oparcia i siły. A serce krwawi się dumnie tłumionym bólem osobistego cierpienia. W swoim czasie nie zeszła ona, zejść nie mogła z górnych szlaków wyniosłej etyki, by podeptać szczęście cudze i na tych gruzach budować własne… I nie starczyło sił, by dźwigać podwójny krzyż niedoli ojczyzny i własnej.

Musiała paść pokonana przemożnym cierpieniem! Tragiczne podłoże jej duszy jakże było podatne ku temu! Jak ono przez życie całe wyolbrzymiało każde jej niepowodzenie, gasiło niejedną radość. W młodości jeszcze, bo w latach 1901-1902 – pisze w kajecie „Wszystko znam, pozdrawiam, ale najbardziej moje i w duszę wrosłe to, co tajemne, groźne i ponure”. W szkicach zaś powieściowych mówi o sobowtórach swych zapewne: „Obie przesmutne o zupełnie odmiennych załamaniach mrocznych cieniów rozpaczy krążyły około mistycznych zagadnień wszechświata. W cudnych arcydziełach ludzkiego ducha szukały bezwiednie tego tragizmu i męki. Dwie te dusze, płynąc z życiem, uczuły nagle, że nie wynoszą z niego ani poznania, ani szczęścia, ani siły!…”.

W ostatnich miesiącach życia Morzycka próbuje pisać dramat „Barbara Radziwiłłówna”, chwilami marzy o wystawieniu go w Krakowie. Może poczucie talentu zatrzymałoby ją nad przepaścią, ale tego poczucia ona, tak pozbawiona wszelkiej zarozumiałości, mieć nie mogła.

I oto słoneczna, promienista jej dusza, przez życie całe ofiarnie idąca ku każdej niedoli, słabości, by ją wzmocnić, oświecić, podnieść, ogrzać sercem czującym, zmaga się teraz samotnie i szarpie, nie mogąc wyrwać raniących ją cierni. Ogromnym jednak wysiłkiem woli zdobywa hart i siłę ducha, jakiej wyraz daje w podniosłych listach ostatnich, z których kilka wyjątków upoważniona jestem przytoczyć:

„Na zewnątrz ton mam wesoły, brawurowy – tak może najlepiej. Za bogatą mam duszę, ukochań za wiele, by dać się złamać bezwzajemnemu uczuciu. Niweczy ono we mnie jedne potęgi, by wygórowały inne, i taki los sądzony był z dawna – mój „żrebij” – widzę go jasno, spotykam śmiało i nie żałuję niczego”.

„Życie nadto ciąży, pesymizm nadto zjadał serce, a tak ogromnie nęci myśl, że śmiercią swą będę użyteczną! Niech ona w sercach waszych rodzi moc, chęć czynu, a nie żal i słabość. Jestem spokojna i szczęśliwa!”.

„Stoję teraz jak Brand Ibsenowski wśród najwyższych, stromych szczytów lodowców, zagadnień – jedyne pragnienie dotrwać!”.

„Nie rzucę szpady wrogowi, lecz we własnym utopię ją sercu”.

„Pozwalam sobie na rozkosz nie przeżywania już nikogo z ukochanych. Gdy mnie wyrzucono z miejsc ukochanych, oderwano od pracy najodpowiedniejszej, stało się to, czego ani Ty, ani ja nawet sama nigdy się nie spodziewałam. Brutalnie, słabymi rękami muszę zło zabijać!”.

Dziś jeszcze po latach dwudziestu nie mogę oprzeć się wzruszeniu, wspominając okrutną wieść o śmierci powszechnie kochanej Faustyny, wieść, jaka zaskoczyła nas w Nałęczowie.

„Wzięła ona coś z nastrojów Anhellego w spuściźnie i przez życie płynęła, jak promień nadziemski – z lekka tylko dotykając tej ziemi – kału i brudu”  [7].

 Walentyna Nagórska
____________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Niepodległość – czasopismo poświęcone dziejom polskich walk wyzwoleńczych w dobie popowstaniowej” tom IV, zeszyt 1(7), wydanie II, kwiecień – wrzesień 1931, wydanie II z roku 1934. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według dzisiejszych reguł.

Przypisy:

1. P. Popławska. Wspomnienie pośmiertne. Przewodnik Oświatowy. 1910.

2. Własnoręczna notatka Morzyckiej.

3. List pani I. Przecławskiej, pisany do mnie.

4. List pani I. Przecławskiej, pisany do mnie.

5. M. Brzeziński. Wspomnienie pośmiertne. Kurier Lubelski. 1916.

6. M. Brzeziński. Wspomnienie pośmiertne. Kurier Lubelski. 1910.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *