Mieczysław Niedziałkowski

Przeciw senatowi

[1920]

I

Projekt komisji

Po kilkunastomiesięcznej pracy przedłożyła wreszcie sejmowi jego komisja projekt „Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej”. Na samym wstępie, w artykule 2, znajdujemy ustęp, który głosi: „Organami Narodu w zakresie ustawodawstwa są Sejm i Senat”. Artykuł 85 określa wyraźnie, jakie prawa miałaby posiadać owa druga Izba w polskim parlamencie:

„Każdy projekt ustawy, przez Sejm uchwalony, będzie przekazany Senatowi do zbadania. Jeżeli Senat nie podniesie w ciągu trzydziestu dni od dnia doręczenia mu uchwalonego projektu ustawy żadnych przeciwko niemu zarzutów, Prezydent Rzeczypospolitej zarządzi ogłoszenie ustawy. Na wniosek Senatu Prezydent Rzeczypospolitej może zarządzić ogłoszenie ustawy przed upływem trzydziestu dni. Jeżeli Senat postanowi projekt, uchwalony przez Sejm, zmienić lub odrzucić, powinien zapowiedzieć to Sejmowi w ciągu powyższych trzydziestu dni, a najdalej w ciągu następnych dni trzydziestu zwrócić Sejmowi z proponowanymi zmianami. Jeżeli Sejm zmiany proponowane przez Senat uchwali zwykłą większością albo odrzuci większością 3/5 głosów lub też jeżeli odrzucony przez Senat projekt uzyska w Sejmie większość 3/5 głosów – Prezydent Rzeczypospolitej zarządzi ogłoszenie ustawy w brzmieniu ustalonym ponowną uchwałą Sejmu. Jeżeli Sejm zwykłą większością głosów poweźmie uchwałę, odrzucającą w całości lub w części propozycję Senatu, Prezydent Rzeczypospolitej wedle swego uznania zarządzi w ciągu dni trzydziestu ogłoszenie ustawy w brzmieniu ustalonym ponowną uchwałą Sejmu albo przed upływem tego terminu zastosuje przeciw tej ustawie veto (prawo odrzucenia). W ostatnim wypadku ustawa ta nie może być w tej samej sesji przedmiotem obrad Sejmu”.

Senator, którym może zostać każdy obywatel państwa, o ile ukończył lat dwadzieścia pięć, posiada wszelkie prawa posłów sejmowych; jest więc nietykalny, korzysta z diet i bezpłatnych biletów kolejowych, stawia zapytania i zgłasza interpelacje pod adresem ministrów, a ci ostatni udzielić muszą na nie odpowiedzi. Prezydenta Rzeczypospolitej „wybierają na lat siedem absolutną większością głosów Sejm i Senat, połączone w Zgromadzenie Narodowe” (art. 39).

O tym, w jaki sposób polska Izba wyższa ma być tworzona, mówi artykuł 36:

„Senat składa się:

a) z 70 członków, wybranych w głosowaniu stosunkowym przez Sejm spoza jego grona;

b) z przedstawicieli samorządu; po dwóch od województw i po dwóch od rad miejskich miast: Warszawy, Lwowa, Krakowa, Poznania, Wilna i Łodzi;

c) z 5 delegatów episkopatu katolickiego;

d) z 3 przedstawicieli najliczniejszych po religii katolickiej wyznań;

e) z przedstawicieli najwyższych uczelni i instytucji naukowych;

f) z Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego oraz z Prezesa Trybunału Administracyjnego;

g) z przedstawicieli Naczelnej Izby Gospodarczej Rzeczypospolitej po jednym z każdego jej działu;

h) z dwóch przedstawicieli adwokatury…”.

Tak więc większość Komisji Konstytucyjnej proponowała, by istniały w Polsce dwie Izby ustawodawcze: poselska i senatorska. Pierwszą obdarzono mianem Sejmu, popełniając właściwie grube nadużycie nazwy, wyraz „sejm” bowiem odpowiada zupełnie ściśle wyrazowi „parlament” i obejmować powinien wszystkie organa władzy ustawodawczej. W Anglii, na przykład, do parlamentu zaliczają się trzy czynniki państwowe: król, Izba Lordów, Izba Gmin. Twórcy projektu chcieli po prostu ze względów typowo demagogicznych wywołać wrażenie, jakoby pomimo stworzenia senatu sejm ludowy pozostawał nienaruszony. Mniejsza wszakże o subtelności prawne. Dla uniknięcia nieporozumień będę się trzymał nazw, uchwalonych w komisji.

II

Reakcyjna fala

Kiedy wiosną 1919 r. różne stronnictwa wygłaszały swe poglądy na sprawę konstytucji, bardzo niewiele i bardzo nieśmiało mówiono o drugiej Izbie. Związek Ludowo-Narodowy chciał wprawdzie utworzyć obok sejmu jakąś Straż Praw, ale bronił się gwałtownie przeciw zarzutom, jakoby to miało coś wspólnego z myślą o senacie. Wszyscy w Polsce byli wówczas okropnymi demokratami. Każdy usiłował prześcignąć sąsiada w „ludowości” i „demokratyzmie”.

Gnał bowiem przez cały świat płomień rewolucji…

Ludy, zmęczone wojną, zdruzgotane gospodarczo, wstrząsnęły starym ustrojem. Coraz głośniej, coraz silniej potępiano rządy tych, co wywołali katastrofę, rządy generałów, dyplomatów i kapitalistów. Morze przelanej krwi wołało o pomstę. Myślano powszechnie, iż bije godzina wielkiego odrodzenia ludzkości.

Świeżo właśnie runęły trony Berlina, Wiednia, Budapesztu. Socjaliści stali u steru. Dygotał wulkan rewolucyjnych Włoch. W armiach Ententy, przeznaczonych dla okupacji wybrzeża Renu, wybuchały zamieszki i bunty. Prezydent Wilson, wódz liberalizmu mieszczańskiego, obwieszczał uroczyście nastanie nowej epoki w dziejach Europy.

Tysiące przyczyn złożyło się na klęskę owych prądów gruntownej przebudowy społecznej i politycznej.

Rozpaczliwy kryzys gospodarczy uniemożliwił przeprowadzenie daleko idących reform nawet tam, gdzie socjaliści dzierżyli władzę. Przedstawiciele i kierownicy proletariatu popełnili moc ciężkich błędów. Rozczarowanie ogarnęło szybko masy. A w dodatku bolszewizm rozszarpał od wewnątrz szeregi robotnicze, zohydził, splamił, wypaczył ideę socjalistyczną, odstraszył od niej szerokie koła inteligencji, włościan i drobnomieszczaństwa.

Reakcja podniosła głowę… Ciemna fala popłynęła znów poprzez kraje i państwa, gasząc nadzieję, siejąc zmęczenie, znacząc swą drogę niekiedy okropnościami białego terroru.

Ta zmiana nastroju w Europie dała się odczuć, naturalnie, i u nas. Skrajna prawica, aczkolwiek nie zdołała – pomimo gorących pragnień – opanować rządu, jęła jednak śmielej odsłaniać właściwe swoje oblicze. Zwarty blok Związku Ludowo-Narodowego, Chrześcijańskiej Demokracji, Narodowego Zjednoczenia Ludowego i konserwatystów zaniechał pięknie brzmiących słówek o „wolności” i „demokracji”, energicznie natomiast zabrał się do dzieła i przeprowadził w Komisji Konstytucyjnej zasadę, iż ma w Polsce istnieć senat. Niebawem wygotowano odnośny projekt szczegółowy, którego treść poznaliśmy przed chwilą.

Tak też trzeba rozumieć całą sprawę. Walka przeciwko Izbie wyższej jest tylko jedną z bitew wśród wielkiej wojny społecznej i politycznej, jaka rozgorzała na świecie. Nasz senat – to drobne ogniwo łańcucha, co zewsząd opasał Europę, nasza prawica – to oddział międzynarodowej armii reakcyjnej.

III

Czego oni pragną?

Ale nie od razu Kraków zbudowano. Można mieć plany „bardzo daleko idące”, a jednocześnie stopniowo i powoli przygotowywać grunt dla przyszłego zwycięstwa. Potęga kontrrewolucji nie ujawniła się jeszcze w pełni; wulkany ludowe wciąż dymią; ludzkość nie wróciła do równowagi, do spokojnego snu, serca nie zakrzepły w bryłki lodu. I polskie stronnictwa prawicowe nie są w stanie z dnia na dzień urzeczywistnić swych zamiarów. Dzisiaj idzie o jedną rzecz: o powstrzymanie pędu powszechnego ku przebudowie społecznej. Wóz demokracji szybko jechał naprzód: w listopadzie i grudniu 1918 r. osiągnęliśmy zdobycze, o które robotnicy Zachodu bojowali przez dziesiątki lat. Uzyskaliśmy ustrój republikański, powszechne prawo wyborcze, ośmiogodzinny dzień pracy, swobodę koalicji. Uchwała sejmowa z lipca 1919 r. zapowiedziała radykalną reformę rolną. Strach padł na klasy posiadające. Z chwilą bowiem, gdy naród przekracza pewien próg w życiu społeczno-gospodarczym, żadna siła ludzka nie potrafi często odrobić rzeczy dokonanej. Po upadku Napoleona I monarchia Ludwika XVIII pomimo najszczerszych chęci nie zdołała zwrócić szlachcie feudalnej majątków ziemskich i przywilejów rodowych. W Rosji dzisiejszej, jeżeliby nawet Wrangel tryumfował, nikt nie odrodzi dawnej przewagi „pomieszczyków”.

O tych prawdach wiedzą przenikliwsi wodzowie prawicy. Skoro zaś z drugiej strony za wcześnie z ich punktu widzenia na wystąpienie otwarte i stanowcze w obronie przedwojennego ustroju, wybrali drogę pośrednią. Umyślili zahamować od wewnątrz bieg polskiej demokracji.

Rolę takiego hamulca ma spełniać senat. Już dzisiaj każdy projekt nowej ustawy wędruje miesiącami nieraz, zanim ujrzy światło dzienne. Gdy powstaną dwie Izby, powolność pracy ustawodawczej wzrośnie olbrzymio. Co najważniejsza jednak, w myśl art. 35 senatorzy mogą prawie zawsze paraliżować akcję demokratyczną zgromadzenia poselskiego, boć trzeba będzie mieć po swojej stronie 3/5 głosów, by skutecznie łamać opozycję senatu. Jeżeli zaś zabraknie chociażby paru zwolenników, a Izba wyższa znajdzie sojusznika w osobie Prezydenta Rzeczypospolitej, reformy społeczne i polityczne muszą się pogodzić z losem zapomnianych papierzysk w archiwum sejmowym.

Przewidziano więc konieczność zawładnięcia stanowiskiem prezydenta. Artykuł 39 powiada wyraźnie: „Prezydenta Rzeczypospolitej wybierają na lat siedem absolutną większością głosów Sejm i Senat, połączone w Zgromadzenie Narodowe”. W ten sposób prawica uzyskuje niemal pewność wygranej, skoro ma znaczną przewagę w senacie. Ostatniemu celowi odpowiada właśnie treść art. 36.

Rozważmy bowiem szanse ilościowe.

Nikt nie przypuszcza, by najbliższe wybory sejmowe mogły usunąć całkiem przedstawicieli stronnictw prawicowych albo chociażby zredukować ich do drobnej mniejszości. Jeżeli obóz robotniczo-włościański zwycięży, pozostanie bądź jak bądź znaczna grupa narodowych demokratów, chadeków, zwolenników Dubanowicza. Wspólnie z większością senatu stworzy ona bez trudu większość w Zgromadzeniu Narodowym.

Jeżeli idzie znowuż o samą Izbę wyższą, rachunek wypadnie prosto. Socjaliści i ludowcy mogą otrzymać pewną liczbę krzeseł senatorskich bezpośrednio od sejmu (punkt a art. 36) i od niektórych rad miejskich oraz województw (punkt b). Wiryliści (to jest senatorowie z urzędu) wszelkich gatunków (punkty c, d, e, f) zapewniają prawicy niewątpliwą większość, co w wyniku ostatecznym oddaje w jej ręce prezydenturę państwa i łatwość w tamowaniu pracy sejmu ludowego nad reformami społecznymi, nad urzeczywistnianiem demokracji.

Cel zatem osiągnięty! Duszyczki ziemian, kapitalistów, właścicieli kamienic mogą spać spokojnie: najbliższe lata nie wniosą do życia Polski żadnych gruntownych zmian. Hamulec będzie działał sprężyście, karnie i niezawodnie.

IV

Widoki na przyszłość

Nie wszyscy, naturalnie, wodzowie prawicy mają ochotę i umiejętność obliczania na dłuższą metę. Przeciętnemu hreczkosiejowi, proboszczowi czy zgoła zwykłemu kołtunowi wystarcza pewność, że na razie nic nie grozi jego pieniądzom, majątkom i przyzwyczajeniom. Ale są tacy, którym idzie również o dzień jutrzejszy. Ci myślą, jak wspomniałem, o przyszłym zupełnym tryumfie kontrrewolucyjnej fali. Z niecierpliwą tęsknotą czekają godziny, gdy wśród bicia dzwonów kościelnych powrócą na zburzone trony upiory wygnanych monarchów, gdy „uspokojony” robotnik uchyli znów kornie czoła przed dyktaturą Towarzystwa Przemysłowców albo Związku Ziemian, gdy klasy uprzywilejowane odzyskają dawną niezachwianą pozycję w społeczeństwie.

Dzisiaj trzeba zwlekać, wstrzymywać, wiązać kule u nóg demokracji. Jutro nadejdzie chwila odwetu za strach, utracone korzyści, wymuszone ustępstwa z doby rewolucyjnej. I dlatego sprawa senatu ma jeszcze głębsze, jeszcze poważniejsze znaczenie. Izba wyższa otwiera szeroko wrota dla różnych „możliwości” reakcyjnych na przyszłość. Uniemożliwiając, względnie utrudniając reformy społeczne, przygotowuje zarazem grunt dla uwstecznienia naszego narodowego życia, dla wkroczenia na scenę tych myśli, tych ideałów, z których wyrósł przed trzema laty projekt konstytucji Królestwa Polskiego, opracowany przez Komisję Tymczasowej Rady Stanu pod prezydencją księcia Zdzisława Lubomirskiego.

Och, boć nasi prawicowi republikanie datują się od bardzo niedawna. Któż uwierzy, że wschodniogalicyjscy „Podolacy”, kierujący Narodowym Zjednoczeniem Ludowym, albo „Stańczycy” krakowscy, albo wreszcie mężowie Ligi Narodowej żywią naprawdę gorące przywiązanie do Rzeczypospolitej demokratycznej. Wszak ci sami ludzie mówili coś wręcz przeciwnego jeszcze na wiosnę 1918 r., wszak nazywali „demagogią” i „doktrynerstwem” naszą propagandę republikańską, wszak witali przyjaźnie powstanie „Najdostojniejszej Rady Regencyjnej” – wyobrazicielki idei monarchicznej! Po klęsce mocarstw centralnych, po wybuchu rewolucji w Berlinie, Wiedniu i Budapeszcie nie było – zda się – w Europie monarchistów. W chwili obecnej wszędzie z mogił wyłażą widma minionych lat, nad wątłą roślinką wolności ludów zawisły ciemne chmury gradowe. I do naszych wrót wraz z senatem puka ktoś inny jeszcze. Zerwijcie zasłonę z oblicza projektu komisji: ujrzycie Polskę XVIII stulecia. Polskę samowoli szlacheckiej, klerykalnego obskurantyzmu i ciemnoty…

V

O „senacie demokratycznym”

Gdyby tedy zapytano, dlaczego socjaliści walczą tak gwałtownie przeciw izbie wyższej, dlaczego używają nawet oręża obstrukcji, ba, strajku generalnego, odpowiedź będzie nietrudna. Aliści walka ta zachwiała pewność siebie niektórych jednostek i grup prawicowych. Krytyka socjalistyczna i ludowcowa wykazała całą dziwaczność art. 36 o składzie senatu, artykułu zawierającego jakąś mieszaninę niekształtną wzorów rumuńskich, francuskich, norweskich, hiszpańskich, przy czym – poza względami na zdobycie większości dla stronnictw prawicy – zupełnie zgadnąć nie można, dlaczego wybrano akurat takich, a nie innych wirylistów, dlaczego uznano, że ma być 70, a nie 75 senatorów – przedstawicieli sejmu itp. Jednocześnie zaś część grup centrum sejmowego, jak zwolennicy Witosa (nie wszyscy zresztą), objawiała skłonność do „umiarkowanej dwuizbowości”.

Stąd wynikły i wynikają nadal różne projekty kompromisowe.

Polskie Stronnictwo Ludowe [PSL „Piast”] jeszcze w komisji proponowało utworzenie Straży Praw, złożonej z członków wybranych przez sejm, z przedstawicieli samorządu, najwyższych uczelni oraz instytucji zawodowych. Miałaby ona na celu wydawanie w ciągu dni czterdziestu opinii o przygotowywanych w sejmie ustawach, z tym iż zwykła większość poselska decyduje o przyjęciu lub odrzucaniu przypuszczalnych poprawek Straży.

Istotnie, w tej propozycji rola Izby wyższej byłaby bardzo ograniczona, sprowadzałaby się do funkcji specjalnej komisji rzeczoznawców, co naturalnie przedłużałoby pracę ustawodawczą sejmu, ale nie uniemożliwiało reform. Powstaje od razu pytanie, czy jakiekolwiek przedłużanie jest potrzebne. W każdym zaś razie nie widać powodów, dla których owi „strażacy” mieliby posiadać przywileje członków ciała ustawodawczego. W ogóle cały pomysł „Piastowców” można z czystym sumieniem przenieść z konstytucji do wewnętrznego regulaminu sejmowego, jeżeli bowiem senat prawicy spełniać zamierza niezaszczytną rolę hamulca polskiej demokracji, to Straż Praw ochrzcić by można snadnie mianem piątego koła u wozu.

Ludowcy cofnęli wkrótce swoje projekty. W toku dyskusji na plenarnych posiedzeniach sejmowych wpłynęły wnioski dodatkowe posła Maślanki z drobnej grupki „katolicko-narodowej” i Świdy z Klubu Mieszczańskiego.

Ten ostatni nie posiada większego znaczenia, jest pomysłem dowolnym, który prawdopodobnie znajdzie niewielkie poparcie. Plan p. Maślanki – przeciwnie – wskazuje drogę, po jakiej prawdopodobnie chcą mniej więcej kroczyć liczni zwolennicy kompromisu.

Odnośna poprawka brzmi:

„Senat składa się z posłów (logicznie należało powiedzieć: senatorów) wybranych przez poszczególne województwa w głosowaniu powszechnym, tajnym, bezpośrednim, równym i stosunkowym. Każde poszczególne województwo stanowi jeden okręg wyborczy. Na każde pełne 250 000 mieszkańców przypada jeden poseł do senatu (należało powiedzieć: jeden senator). Prawo wybierania do senatu ma każdy wyborca do sejmu, który w dniu ogłoszenia wyborów ukończył lat 30. Prawo wybieralności ma każdy obywatel, posiadający prawo wybierania do senatu, o ile z dniem ogłoszenia wyborów ukończył lat 40 i włada językiem polskim w mowie i piśmie lub posłował do sejmu przez jedną kadencję”. W takim duchu są utrzymane różne gawędy ludzi dobrej woli”, co pragną „demokratycznej dwuizbowości”. Czytelnik łatwo zauważy, że wszystkie prawie argumenty, skierowane przeciw projektowi komisji, i w danym wypadku znajdują zastosowanie. A więc młodsze pokolenie zazwyczaj mniej daje poparcia stronnictwom prawicowym niż starsi, często zmęczeni życiem, zniechęceni do ideałów. I dlatego w razie przyznania prawa wyborczego do senatu tylko osobom, które już ukończyły lat 30, Narodowa Demokracja, Narodowe Zjednoczenie Ludowe, grupy zachowawcze zyskują bądź jak bądź większe szanse zdobycia większości niż socjaliści, demokraci, radykalni ludowcy. Po wtóre, skoro okręg wyborczy ma obejmować całe województwo, a jeden senator przypadać na 250 000 mieszkańców, żywioł miejski, w pierwszym rzędzie robotniczy oraz inteligencki, ginie, rozpływa się bez śladu wśród masy włościańskiej. Senat p. Maślanki byłby prywatnym folwarkiem umiarkowanych, „bogobojnych”, klerykalnych partii chłopskich.

Co ważniejsza zaś, kompetencje jego musiałyby wzrosnąć. Istnieje zasada, wielokrotnie stwierdzana przez doświadczenie, że ciało ustawodawcze jest tym potężniejsze, im na szerszej podstawie społecznej się opiera. Angielska Izba Lordów, w której skład wchodzą wielcy magnaci i dostojnicy kościelni z tytułu dziedziczności, z urzędu lub na mocy nominacji królewskiej, musi od dawna schylać kornie czoło przed wolą wybranej przez powszechne prawie głosowanie Izby Gmin. Senat francuski, reprezentujący instytucje samorządowe, senat belgijski, Izba pierwsza Holandii posiadają już znaczenie o wiele większe, powstają bowiem z wyborów, cieszą się poparciem dosyć szerokich kół narodu. W państewkach Australii „demokratyczne” Izby wyższe odgrywają niekiedy rolę decydującą.

Gdybyśmy tedy poszli za wnioskiem p. Maślanki lub za jakimkolwiek podobnym, art. 35 projektu konstytucji uległby prawdopodobnie zmianie na gorsze. Jeżeli senat dzisiaj proponowany – to hamulec, mogący miesiącami wstrzymywać reformy, „senat demokratyczny” przeobraziłby się snadnie w mur, zdolny roztrzaskać głowę każdemu śmiałkowi, usiłującemu go przesadzić. Ludzie, którzy rozumieją, że w bieżącym okresie dziejów Polska winna iść naprzód bardzo szybko i bardzo sprężystym krokiem, odrzucą zatem i kompromisowe poprawki niezależnie od tego, z jakiej strony zostaną one wysunięte.

Ostatnio, na przykład, większość Komisji Konstytucyjnej uchwaliła „poprawkę” chrześcijańskiej demokracji, która kombinuje projekt Maślanki z instytucją „wirylistów”. Argumenty, przytoczone przed chwilą, dadzą się zastosować i w tym wypadku.

VI

Obrońcy senatu

Wymieniliśmy powyżej stronnictwa, które w komisji i na posiedzeniach plenarnych sejmu głosowały za Izbą wyższą. Wydawać by się mogło na pierwszy rzut oka, że podział społeczeństwa w danej sprawie nie jest podziałem klasowym; wszak po prawej stronie naszego zgromadzenia poselskiego zasiadają „robotnicy chrześcijańscy”, wszak do Związku Ludowo-Narodowego, do Narodowego Zjednoczenia Ludowego należy wielu włościan. Zdawać by się mogło, że mamy do czynienia z jakimś sporem idei czy programów, nie zaś z walką określonych klas społecznych. W istocie rzecz wygląda inaczej.

Istnieją w narodzie nie tylko proletariusze i kapitaliści. Pomiędzy tymi dwoma skrajnymi ogniwami łańcucha spotykamy liczne pośrednie ugrupowania klasowe o zupełnie wyraźnym nieraz obliczu. Podczas wyborów sejmowych w styczniu 1919 r. wielcy właściciele ziemscy oraz przedstawiciele kapitału przemysłowego czy handlowego w bardzo małej liczbie trafili do konstytuanty. Wpływ tych żywiołów oddziaływa na prawicę naszej Izby poselskiej zza kulis, pośrednio, co mu nie przeszkadza zresztą być nieraz silnym. Na miejscu zaś, w sali przy ul. Wiejskiej, widzimy masę typu odmiennego.

Przeważa tu chłop zamożny i drobnomieszczanin. Gdyby ktoś chciał w paru słowach określić, co myślą i jak czują tacy ludzie, powtórzyć winien znany wiersz Wyspiańskiego:

Niech na całym świecie wojna,

Byle polska wieś zaciszna,

Byle polska wieś spokojna…

Prawica sejmowa posiada kilku wodzów, świadomych swej drogi. Poza jej plecami stoją zwarte organizacje klasowe. Przeciętny jednak członek Związku Ludowo-Narodowego czy Narodowego Zjednoczenia Ludowego reprezentuje nie ukończony system jakiejś doktryny reakcyjnej albo zachowawczej, lecz zwykły, małomiasteczkowy nastrój kołtuński. Nie hrabia Henryk z „Nie-Boskiej komedii” panuje w ich obozie, jeno pan poseł Sawicki, któremu się naprawdę wydaje, że „masony, socjalisty i Żydy – to jeden diabeł”. Trudno. Duża część Polski tkwi jeszcze korzeniami w XVIII stuleciu. Uporczywe, tępe wstecznictwo jest wykorzystywane przez wykształconych polityków obozu posiadaczy i ten faktyczny stan rzeczy nadaje swoisty zapaszek walce, jaką w obronie senatu prowadzą pod kierunkiem redaktorów „Rzeczypospolitej” cechy warszawskie, sklepikarze prowincjonalni, dewotki i gospodarze trzydziestomorgowi.

Spór się toczy o to, czy świat kapitału potrafi zbudować mocną tamę na drodze postępu społecznego. Ale właściwą pozycję tamtej strony zasłania tłum scharakteryzowany przed chwilą. I pierwsze ataki przeciw Izbie wyższej uderzają z konieczności zarazem w zmurszałe, puste od wewnątrz budowle polskiego zacofania kulturalnego. Dlatego też zdruzgotanie senatu miałoby niezmiernie doniosłe znaczenie ideowo-wychowawcze…

VII

A jednak zwyciężymy

Napisałem powyżej, że przez świat płynie fala reakcji. Na nią liczą zwolennicy senatu, już dziś przewidują jej przyszły tryumf. Czy mają słuszność? Na to najważniejsze bodaj pytanie postaramy się dać odpowiedź.

Przed dwoma laty prawie wszystkie partie socjalistyczne stanęły na stanowisku, że stara Europa wkroczyła w okres likwidacji ustroju kapitalistycznego, w okres, który nosi nazwę popularną rewolucji społecznej. Uchwały Kongresu PPS w kwietniu 1919 r. i maju 1920 sformułowały taki sam pogląd.

Ale nie twierdziliśmy nigdy, jakoby nowy porządek mógł powstać od jednego wysiłku, jakoby wystarczało objąć władzę polityczną, a socjalistyczna organizacja produkcji, wymiany i podziału będzie wtedy drobnostką łatwą do urzeczywistnienia. Wręcz przeciwnie! Pozostawiając komunistom naiwne utopie tego rodzaju, wypowiadaliśmy niejednokrotnie w „Robotniku”, w „Przedświcie”, w „Trybunie”, na zgromadzeniach ludowych zgoła odmienny punkt widzenia.

Doba bezpośredniej walki o socjalizm – to okres historyczny w ścisłym znaczeniu słowa, okres mogący trwać całe dziesiątki lat. Porównać go łatwo do wojny z jej bitwami większymi i mniejszymi, z potyczkami i starciami patroli, z miesiącami ofensywy i defensywy. Kto rozpoczyna wojowanie, musi przygotować się nie tylko na zwycięstwa.

I rewolucja społeczna nie oznacza jakiejś strzelaniny barykadowej, po której nastąpi od razu ustrój socjalistyczny. Ogarnia ona najrozmaitsze formy walki i pracy, zależne w każdym kraju od tysiąca czynników i okoliczności. A w szczególności nie może tu być mowy o nieprzerwanym, odbywającym się jednym ciągiem pochodzie naprzód. Dłuższe i krótsze czasy reakcji są nieuniknione. Błędy w taktyce stronnictw rewolucyjnych, w danym wypadku, na przykład, komunistów, działają na ich korzyść.

Toteż obecna fala reakcyjna nie była dla nas wcale niespodzianką, zapowiadaliśmy ją od dawna i nie odczuwamy przed nią obawy.

Wojna czteroletnia podważyła u podstaw świat kapitału. Przeżywamy wszyscy niesłychanie głęboki kryzys gospodarczy i duchowy. W ciągu pierwszych tygodni 1919 r. próbowano odrodzić, naprawić społeczeństwa. Potężny – zdawało się – prąd liberalizmu z prezydentem Wilsonem na czele, niósł ludom zmęczonym obietnicę lepszych dni. Traktat pokojowy w Wersalu był haniebną przegraną tego kierunku. Prezydent Stanów Zjednoczonych powrócił z niczym do siebie, ale wraz z nim zeszły z widowni ostatnie młodzieńcze ideały klas burżuazyjnych. Pozostał nagi egoizm kapitalistycznych apetytów, wyszła na jaw cała obłudna blaga frazesu o wolności, o nadchodzącej dobie powszechnego odpoczynku i spokoju.

Nad Europą zawisa coraz wyraźniej groźba nowej wojny. Wszędzie panuje niepewność i trwoga przed jutrem. Lwia część palących spraw nie została rozwiązana. Głód i chłód nie odeszły precz. Morze przelanej krwi nie zyskało zadośćuczynienia. A jednocześnie zbudziły się najgłębiej nawet uśpione warstwy ludowe. Cierpienie kształci szybko. Każda mogiła żołnierska – to znak oskarżenia pod adresem dzisiejszych władców. Rosnąca nieustannie drożyzna, orgia paskarstwa i spekulacji – to dowód ich nieudolności, ich braku chęci ratowania ludów. Dlatego właśnie fala reakcyjna nie może być długotrwała. Po niej nadejdzie znów okres naszego pochodu naprzód, pochodu nie w imię jednak sztandarów komunistycznych, lecz pod czerwoną chorągwią socjalizmu demokratycznego, który wystąpił do boju dla wyzwolenia całej ludzkości.

Spokojnie tedy patrzymy na przebieg walki o senat.

Sejm Ustawodawczy większością paru głosów uchwalił jego zasadę. Odpowiedzią socjalistów była obstrukcja. Niepodobna w tej chwili przewidzieć, jakimi torami potoczą się dalsze wypadki. Jedno wszakże powiedzieć można z pewnością: chociażby stronnictwa prawicy wspólnie z przedstawicielami junkrów pruskich zachowały drobniutką przewagę i przy następnych głosowaniach, nie rozstrzygnie to sprawy senatu. Wyrok o nim ostateczny, przynajmniej na czas najbliższy, wypowiedzą wybory do przyszłego sejmu. Izba wyższa urodzić się może w Polsce tylko jako płód bezsilny, niezdolny do życia. Nad jej kolebką wypisane już są bowiem słowa zagłady, rzucone niedawno w twarz ustrojowi kapitalistycznemu przez jednego z najgłębszych myślicieli naszej epoki:

„Stary świat umiera i żadna moc ludzka nie zdoła go ocalić od zgonu”.

Mieczysław Niedziałkowski
________________________________
Powyższy tekst to cała broszura powstała na fali prac Komisji Konstytucyjnej Sejmu Ustawodawczego wiosną 1920 r., zakończonych 12 czerwca tego roku, oraz późniejszej o kilka tygodni  sejmowej debaty konstytucyjnej. Broszura ukazała się latem 1920 r. Jej tekst przedrukowujemy za: Mieczysław Niedziałkowski – „O demokracji i parlamentaryzmie”, wstęp, wybór i opracowanie Michał Śliwa, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 1996.  

 

Warto przeczytać także mocno związany z powyższym tekstem:

Projekt Konstytucji RP Związku Polskich Posłów Socjalistycznych

 

Publikowaliśmy już kilka tekstów Mieczysława Niedziałkowskiego:

Jeden komentarz nt. “Przeciw senatowi

  1. a propos tego świetnego tekstu: który myśliciel wspomniany przez Niedziałkowskiego powiedział: “Stary świat umiera i żadna moc ludzka nie zdoła go ocalić od zgonu” ?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *