Mieczysław Niedziałkowski

Socjalizm i liberalizm

[1930]

Niektórzy publicyści obozów zarówno „sanacyjnego”, jak i narodowo-demokratycznego zarzucali Polskiej Partii Socjalistycznej, że broniąc „integralnej”, całkowitej demokracji parlamentarnej, przechodzi ona na stanowisko filozoficzne „liberalizmu”, stwierdza w ten sposób swój „konserwatyzm umysłowy”; oni zaś, zwolennicy faszyzmu, „cezaryzmu”, „elityzmu” – reprezentują w świecie ducha polskiego zdobycze ostatnie myśli krytycznej, najbardziej, najradykalniej nowoczesnej.

Zacznijmy od ustalenia samego pojęcia „liberalizm”.

Prąd umysłowy, ochrzczony tą nazwą, był niewątpliwie w stuleciu XIX odpowiednikiem ideowym walki mieszczaństwa o wpływ decydujący na państwo i na stosunki społeczno-gospodarcze w granicach ich zależności od woli ludzkiej. Liberalizm stworzył własną „szkołę” ekonomii politycznej, własną socjologię, własną filozofię. W zakresie spraw ustrojowo-konstytucyjnych wziął na swoje barki rolę szermierza idei parlamentaryzmu. Zmaganie się mieszczaństwa liberalnego z monarchią absolutną, z pozostałościami feudalizmu trwało przez długie dziesiątki lat pod sztandarem praw parlamentu. Wojna z Kościołem, jako sojusznikiem monarchii i szlachty feudalnej, wywołała sceptycyzm religijny, który w krańcowych swoich objawach przeszedł w filozofię materialistyczną Feuerbacha, Moleschotta i Büchnera, przedtem jeszcze – szeregu „encyklopedystów” francuskich końca XVIII stulecia.

Powstał cały, zamknięty w sobie, pogląd na świat, o bardzo szerokiej, jak zwykle bywa, skali różnorakich odcieni, ale wyrażający, w zarysach ogólnych, potrzeby i dążenia mieszczaństwa, jako klasy społecznej. Teorie skrajne danej metody myślenia są zazwyczaj rodzajem zwierciadła, niekiedy „krzywego zwierciadła”, w którym przełamują się jaskrawo, widocznie, choćby karykaturalnie, główne założenia doktryny. Niemniej przeciętna masa zwolenników przysięga – z reguły – na treść również przeciętną, „środkową”, kompromisową. Dlatego studia nad poglądami Anacharsisa Clootsa, na przykład, z epoki Wielkiej Rewolucji Francuskiej, albo nad pisarzami anarchizmu indywidualistycznego dają bardzo wiele materiału dla zrozumienia punktu wyjścia liberalizmu, chociaż typową formą liberalno-mieszczańskiego ustroju prawno-państwowego pozostanie „monarchia lipcowa” Ludwika Filipa, „króla Francuzów” od roku 1830 do 1848.

Parlamentaryzm „mieszczański”, parlamentaryzm „liberalny” osiągnął wtedy swój szczytowy stopień rozwoju, a jednak nie był wcale „demokracją parlamentarną”.

Bo pojęcia „demokracja”, „parlamentaryzm” i „demokracja parlamentarna” nie stanowią zawsze i wszędzie pojęć równoznacznych.

Może istnieć państwo demokratyczne, ale nie parlamentarne, jak Szwajcaria, gdzie według art. 96 „Konstytucji Związku Szwajcarskiego” Zgromadzenie Związkowe wybiera na trzy lata siedmiu członków Rządu (Rady Związkowej); może istnieć państwo parlamentarne, ale nie demokratyczne, jak taż sama monarchia Ludwika Filipa pomiędzy rewolucją „lipcową” a rewolucją „lutową”, wsparta o prawo wyborcze tzw. cenzusu majątkowego, wymagające, by wyborca posiadał określony majątek i płacił od niego określony podatek.

Słowa „demokracja parlamentarna” oznaczają parlamentaryzm, którego osnową jest głosowanie powszechne; wtedy dopiero parlament staje się obrazem rzeczywistego układu sił społeczno-politycznych kraju. Stąd właśnie, z takiego pojmowania potrzeb i konieczności zbiorowego życia narodu, wypłynęła, jak próbowałem wyjaśnić w szeregu rozdziałów poprzednich, zasada „pięcioprzymiotnikowego” (powszechne, równe, tajne, bezpośrednie i stosunkowe) prawa wyborczego.

Demokracja parlamentarna nie była wcale i nie jest wcale spełnieniem snów doktryny liberalnej; powiedziałbym: wręcz odwrotnie! Była przykrą niespodzianką dla tej doktryny i dla jej przedstawicieli i w zakresie teorii i w zakresie praktyki; wprowadziła bowiem klasę robotniczą – w roli czynnika decydującego – na scenę historii najnowszej.

Liberalizm czerpał soki żywotne z naiwnego optymizmu. Formuła – skrócona i uproszczona – głosiła po prostu: niech każdy robi, co może; niech utrwali się „wolna gra” sił społeczno-ekonomicznych, talentów, zdolności, interesów; z „wolnej gry” powstanie budowla harmonijna. Rozwój kapitalizmu zaprzeczył radykalnie wszystkim złudzeniom tego optymizmu. Kapitalizm nie otworzył pola dla żadnej „wolnej gry”. Równość formalna wobec prawa nie okazała się równością faktyczną w życiu politycznym, społecznym i gospodarczym. Zorganizowana klasa robotnicza nie zmieściła się w świecie pojęć, oczekiwań i przewidywań myśli liberalnej.

W gruncie rzeczy demokracja parlamentarna odniosła prawdziwy triumf zaledwie z końcem wojny światowej. Przeszła – niby płomień – przez społeczeństwa Europy Zachodniej i Środkowej, dźwignęła do życia „nowe” państwa – Polskę, Czechosłowację, Łotwę, Litwę, Estonię, Finlandię i… postawiła z punktu przed liberalizmem takie zagadnienia, których liberalizm rozstrzygnąć ani mógł, ani potrafił.

Na czym polega treść tych zagadnień?

W zakresie stosunków gospodarczych – przede wszystkim – teoria „wolnej gry”, wiara w zbawienne skutki – zawsze i wszędzie – „inicjatywy prywatnej” zbankrutowały ostatecznie. „Etatyzm”, dyktatura „karteli” i „koncernów” położyły kres wszelkim dawnym marzeniom i złudzeniom. W zakresie stosunków polityczno-społecznych uderzyliśmy wszyscy piersią o trudność podstawową, ujętą najdobitniej w słynnym powiedzeniu Karola Kautsky’ego: „Klasa robotnicza jest już dostatecznie silna, by nikt nie mógł rządzić dłuższy czas przeciwko niej, a nawet tylko bez niej; jest wszakże jeszcze zbyt słabą, by mogła rządzić sama”.

Źródło lwiej części wszelakich „trudności” parlamentaryzmu tkwi właśnie w tym fakcie dziejowym, w fakcie nieodłącznym od przeżywanej przez nasze pokolenie „epoki przejściowej”.

Myśl liberalna stanęła wobec tych „trudności” – bezradna, bo, znowuż, nie pomieściły się one w granicach jej przewidywań i jej poglądu na świat. Tu leży – moim zdaniem – przyczyna najgłębsza tak niezmiernie łatwej kapitulacji liberalizmu we Włoszech przed faszyzmem, w Polsce, w stopniu bodaj jeszcze większym, przed „pomajowym” systemem rządzenia. Nieumiejętność praktyczna i niemożność teoretyczna rozwiązania „skomplikowanych węzłów” demokracji parlamentarnej doprowadziły szereg odłamów europejskiego liberalizmu do ucieczki od dawnych ideałów, do ukrycia własnej klęski w fałdach płaszcza dyktatora, pod chorągwią „cezaryzmu”, gdzieniegdzie w „cichej przystani” dogmatycznej doktryny faszystowskiej.

Tzw. kryzys parlamentaryzmu można by nazwać w pewnym sensie kryzysem wewnętrznym mieszczańskiej myśli liberalnej, która usiłuje przerzucić odpowiedzialność za swoje załamanie się, za swoją niewystarczalność ideową, na świat zewnętrzny.

Napisałem przed chwilą: „niemożność teoretyczna”? Czy nie jest to pogląd przesadny? Zdaje mi się, że nie. „Trudności” bowiem demokracji parlamentarnej można – w ramach ustroju kapitalistycznego – pomniejszyć, można zatrzeć niektóre ostre kanty, ale niepodobna usunąć ich całkowicie. Kto stoi zasadniczo na gruncie kapitalizmu, ten jest bezbronny wobec zagadnień, które tu poruszam. „Trudności” – w istocie rzeczy te same – pozostają i przy faszyzmie, i przy „cezaryzmie”, i przy dyktaturze jednostki, i przy dyktaturze komunistycznej, i przy „systemie prezydenckim” Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej; na imię im – „równowaga niestała sił społecznych”; dyktatura potrafi zdusić na krótki czas niektóre objawy powierzchowne choroby społeczno-gospodarczej; zduszenie będzie zawsze równie powierzchowne i pozorne; im gwałtowniej ujawni się energia tłamszenia i duszenia – tym gwałtowniejszy nastąpi wybuch, tym mniejsze okażą się szanse rozwoju bez wstrząśnień katastrofalnych.

Ze stanowiska indywidualistycznej doktryny liberalnej znajdujemy się tu w lesie, pozbawionym ścieżki, pozbawionym światła. Liberalizm chciał pojąć i państwo i społeczeństwo jako mechaniczną sumę jednostek; nie zrozumiał i nie ocenił rozstrzygającego znaczenia tego faktu, że istnieją klasy społeczne. Rozkwitał i trwał w radosnym, spokojnym optymizmie, dopóki główna walka polityczna toczyła się pomiędzy nim a „tradycyjnym” szlacheckim konserwatyzmem. Gdy przyszła demokracja parlamentarna – zobaczył raptem siebie samego w… ślepym zaułku. /…/

Tak tedy „prawowierna” doktryna liberalna stanęła bezradna wobec „trudności” demokracji parlamentarnej. Trudno zatem wymagać, aby potrafiła ją obronić.

Stosunek zaś socjalizmu do demokracji parlamentarnej wygląda zupełnie inaczej.

Socjalizm nie podziela „indywidualistycznego” poglądu liberalizmu na społeczeństwo, państwo, na życie gospodarcze. Marksowska metoda myślenia bierze za punkt wyjścia fakt podziału społeczeństwa na klasy społeczne o własnych, odrębnych interesach społecznych, gospodarczych i politycznych, o własnych, odrębnych tradycjach, o własnej, odrębnej psychologii, o własnych, odrębnych – wreszcie – wartościach kulturalnych, które każda klasa z kolei wkłada do skarbnicy kultury narodowej, przeinaczając „wczoraj”, zapładniając „jutro”. Dla socjalizmu „trudności” demokracji parlamentarnej nie są ani „przykrą niespodzianką”, ani objawem jakiegoś specjalnego, swoistego „kryzysu”; są one po prostu skutkiem kryzysu rzeczywistego, o wiele głębszego, kryzysu samych podstaw ustroju kapitalistycznego, kryzysu, który zarysował się już przed wojną, a którego proces wojna przyspieszyła i pogłębiła zarazem. Używając formuł prostych i zwięzłych, można by powiedzieć tak:

Przeżywamy okres dziejowy „niestałej równowagi sił społecznych”; faszyzm, „cezaryzm”, dyktatura jednostki, monarchizm usiłują utrwalić, stabilizować, sztucznie moment chwilowej przewagi kapitału (w szerokim słowa znaczeniu) nad pracą.

Dyktatura komunistyczna w Związku Republik Sowieckich usiłuje utrwalić, stabilizować sztucznie moment chwilowej przewagi fizycznej (jesienią roku 1917) pracy nad kapitałem.

I jedno i drugie jest w zasadzie beznadziejne. Socjalizmu niepodobna „wprowadzić” przemocą; niepodobna także przemocą powstrzymać na stałe jego pochodu naprzód – chyba, że nastąpi katastrofa całej cywilizacji nowoczesnej.

I jedno i drugie prowadzi rozwój dziejowy na szlaki gwałtownych – rewolucyjnych i kontr-rewolucyjnych – starć społeczno-klasowych, na szlaki załamań gospodarczych, które nie ratują kapitalizmu, nie ocalą komunizmu, ale utrudniają tragicznie, straszliwie, zwycięstwo socjalizmu. Przed ludzkością wyrasta krwawe widmo chaosu i gospodarczego i anarchii polityczno-kulturalnej.

Socjalizm nie ujmuje problemów ustrojowych państwa ze stanowiska indywidualizmu. Broni demokracji parlamentarnej nie dlatego, by widział w niej wypadkową przeróżnych poglądów i nastrojów jednostek poszczególnych, ale dlatego, że widzi w niej: 1) wypadkową, i to „elastyczną”, interesów i dążeń zbiorowych, klasowych, które istnieją rzeczywiście w społeczeństwie; 2) zaporę przeciwko sztucznemu powstrzymywaniu wpływu klasy robotniczej na politykę państwową (faszyzm, „cezaryzm”, dyktatura itd.); 3) możność przezwyciężenia kapitalizmu na rzecz socjalizmu bez wojny domowej, bez rozlewu krwi, bez katastrofy gospodarczej.

Socjalizm uzupełnia – wreszcie – jak widzieliśmy – demokrację parlamentarną przez wprowadzenie do jej systemu specjalnego przedstawicielstwa zorganizowanych interesów społeczno-gospodarczych (Izba Pracy i Naczelna Izba Gospodarcza).

Tu dochodzimy do jeszcze jednego punktu widzenia, który uwypuklałem wiele razy w rozdziałach poprzednich.

Zadanie utrwalenia bytu niepodległego Polski pozostało zadaniem podstawowym naszego pokolenia, będzie nim prawdopodobnie dla paru – co najmniej – pokoleń następnych. Sprawa stosunku wzajemnego socjalizmu i patriotyzmu nie budzi w polskim ruchu socjalistycznym wątpliwości najmniejszych. PPS rozwiązała ją od dawna praktycznie. Szereg pisarzy, jak Bolesław Limanowski, Kazimierz Kelles-Krauz, Feliks Perl, Ignacy Daszyński, Witold Jodko-Narkiewicz, szereg pisarzy, do których w danym związku i siebie zaliczam, dał uzasadnienie naukowe rozwiązania teoretycznego. Otóż ze stanowiska utrwalenia Niepodległości możność „przebrnięcia” Polski przez „okres przejściowy” bez wstrząśnień katastrofalnych staje się warunkiem niezbędnym w dosłownym znaczeniu wyrazu. Dodając wszystkie argumenty i rozumowania, przytoczone na innych stronicach, otrzymamy w rezultacie ogólnym „tezę”, że walka o demokrację parlamentarną leży we wspólnym interesie socjalizmu, jako idei, jako doktryny i jako ruchu, klasy robotniczej, Państwa Polskiego, jako całości.

Dlatego walka nie może ulec przerwie, nie może skończyć się żadnym „zgniłym kompromisem”; musi się skończyć zwycięstwem decydującym…

***

Liberalizm nie rozpoczął swej pracy wszędzie w jednakowym czasie i nie zakończy jej wszędzie w jednakowym czasie. W roku 1905 Partia Konstytucyjno-Demokratyczna i nasza Postępowa Demokracja były jeszcze pełne młodzieńczego idealizmu i rozmachu, chociaż na Zachodzie dla niektórych odłamów myśli liberalnej nadchodziła już starość, nawet nieco zgrzybiała. Po wojnie partie liberalne i radykalne jęły bardzo szybko odchodzić wstecz przed naciskiem partii socjalistycznych.

W Polsce liberalizm przeżył swoistą tragedię: nie zdążył odegrać roli samodzielnej, masowej siły społecznej. W dziejach myśli ma karty sławne, jak karty ruchu pozytywistycznego w b. Kongresówce. Zapełnił wieloma ideami i koncepcjami stronnictwa ludowe; w latach 1918-1919 zdawałoby się bodaj, że i narodowa demokracja odczuwa na sobie ponownie urok niektórych jego haseł. Własnej wszakże siły zbiorowej nie stworzył. Liczne próby organizacyjne, podejmowane po odzyskaniu Niepodległości – Stronnictwo Niezawisłości Narodowej, Unia Narodowo-Państwowa, Partia Pracy, radykałowie polscy – nie wydały owoców. I z tego względu także nastąpiła owa łatwość, o której wspomniałem powyżej, z jaką odpowiednie grupy inteligencji polskiej dokonały „przewartościowania wszystkich wartości” i… kapitulacji ideowej w okresie „pomajowym”.

Socjalizm przejął od liberalizmu jedną ideę o wartości bezcennej, ideę Wolności Człowieka; przejął ją, rozwinął, rozszerzył i pogłębił; postawił ją niejako na „twardym gruncie”. Pomiędzy bowiem zasadą wolności jednostki a faktem kapitalistycznej organizacji społeczeństwa istnieje beznadziejna sprzeczność wewnętrzna. Uchylić tę sprzeczność można tylko w drodze socjalistycznej przebudowy ustroju społeczno-gospodarczego i życia kulturalnego. Zespolenie organiczne Socjalizmu i Wolności najlepiej ujął znowuż Karol Kautsky w słynnym zdaniu: „Socjalizm – to chleb dla wszystkich i wolność dla wszystkich; a wolność nie jest mniej ważną niż chleb”.

Mieczysław Niedziałkowski

_________________________________________

Powyższy tekst stanowi fragmenty rozdziału XVII „Socjalizm a liberalizm” książki autora pt. „Demokracja parlamentarna w Polsce”, Nakładem „Księgarni Robotniczej”, Warszawa 1930, ze zbiorów Remigiusza Okraski. Uwspółcześniono pisownię wedle obecnych reguł.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *