Władysława Chomsowa

Nowy posiew…

[1959]

W miesięczniku angielskim „The Twentieth Century” z września ub.r. ukazał się artykuł Reubena Ajnszteina pod tytułem „Need They Have Died?” – „Czy musieli oni umierać”? Reuben Ajnsztein pochodzi z Polski i – jak sam podaje – opuścił ją w roku 1936, udając się na studia zagranicę, ponieważ jako Żyd nie mógł się dostać na uniwersytet w Polsce.

Artykuł swój p. Ajnsztein rozpoczyna od tej prawdziwie niesamowitej statystyki, od tragicznych cyfr wymordowanej przez oprawców germańskich ludności żydowskiej w Polsce. Ułatwili oni sobie robotę, zamykając Żydów w gettach w większych miastach i kolejno je likwidując: w kwietniu 1943 roku – Warszawa, około 400 000 ludzi, w sierpniu – Białystok, około 40 000, we wrześniu – Wilno, około 16 000, we wrześniu 1944 roku – Łódź, około 50 000. To były tylko końcowe akcje ludobójstwa niemieckiego, popełnionego na Żydach, gdyż przez całe poprzednie lata okupacji szły nieustannie transporty do obozów śmierci. Z 3 300 000 Żydów w Polsce przedwojennej uratowało się mniej niż 100 000 w ukryciu na „aryjskich” papierach, lub też sowiecka armia wyzwolenia zdążyła na czas, by ich ocalić od straszliwej śmierci w piecach gazowych albo od ognia karabinów maszynowych. I zadaje sobie p. Ajnsztein pytanie, zawarte w tytule jego artykułu: „Czy musieli om umierać?”. Czy nie mogło się ich więcej uratować, gdy Niemcy zamienili Polskę w jeden obóz koncentracyjny i fabrykę śmierci? I twierdzi, że „wszyscy polscy Żydzi, którzy przeżyli ten okres i obecnie rozsiani są po całym świecie, są zdania, iż wiele tysięcy ich współbraci uratowałoby się, gdyby nie zostali zdradzeni przez masy narodu polskiego, z którym współżyli bez przerwy przez około ośmiu stuleci lub też wielu zamordowanych zginęłoby w sposób godniejszy i bez tortur”…

P. Ajnsztein uważa, że eksterminacyjna akcja niemiecka przeciw Żydom popierana była nie tylko przez polskie elementy kryminalne czy antysemickie, ale że była akceptowana nawet przez wybitnych polityków, którzy nigdy by się nie przyznali publicznie do wyznawania ideologii antysemickiej – jako jedyna okazja dziejowa dla rozwiązania „kwestii żydowskiej” w Polsce. Nie dosyć było ukryć się na „aryjskich” papierach przed Niemcami, przede wszystkim trzeba było kryć się przed przenikliwością „wrogich” Polaków. Toteż rzadkie były wypadki uratowania się Żydów przed nienawiścią Polaków, gdyż nawet ci, którzy chcieli pomóc, a takich było wielu, obawiali się, że podzielą los Żydów. Następnie p. Ajnsztein atakuje Armię Krajową i Kierownictwo Walki Cywilnej, które w Kodeksie Obowiązków Obywatelskich, wydanym dla poszczególnych grup społecznych, nie postawiło każdemu Polakowi za obowiązek patriotyczny okazywania pomocy współobywatelom Żydom. Potem przychodzi kolej na „blue police”, czyli polską policję mundurową, którą p. Ajnsztein uważa za groźniejszą wówczas od „wyćwiczonych gestapowców” i która współpracowała z Gestapo „całym sercem”. Najsilniejszy jednak atak skierowany został na Armię Krajową, którą p. Ajnsztein oskarża o złośliwe pozbawienie Żydów możliwości stawienia zbrojnego oporu przez nieudzielanie im pomocy w organizowaniu żydowskich oddziałów partyzanckich, niedostarczanie im broni i ekwipunku wojskowego do poszczególnych gett i nieprzyjmowanie Żydów do swych szeregów. „Nie pomogły usilne wezwania socjalistów polskich i Komitetu Pomocy Żydom, składającego się z katolickich intelektualistów, popierających demokratyczną politykę gen. Sikorskiego – i w Armii Krajowej przyjęto final solution jako zasadę realistycznej polityki”. Powyższą zasadę stosowały też Narodowe Siły Zbrojne, mordując ukrywających się Żydów, atakując leśne partyzanckie oddziały żydowskie na równi z oddziałami sowieckimi i Armią Ludową. Najbardziej okrutne było wytępienie kilku zbrojnych oddziałów zorganizowanych w getcie warszawskim, których przywódcy zostali na szczęście uratowani przez komunistyczną Armię Ludową. Dowództwo Armii Krajowej nie odpowiadało w roku 1943 na żadne wezwania z getta, wreszcie dostarczyło 50 rewolwerów, 50 granatów ręcznych i 4 kg materiałów wybuchowych. Natomiast właśnie Armia Ludowa atakowała pozycje niemieckie, dostarczyła broni i amunicji i dołączyła do walk wewnątrz getta – jak podają nawet źródła niemieckie.

Następnie p. Ajnsztein przechodzi do krytyki stanowiska rządu polskiego w Londynie, przebywających tam wówczas polityków, wojska i kleru, które to stanowisko wobec polityki eksterminacyjnej Hitlera jakoby nie było wyraźne. Wielu z dygnitarzy polskich – utrzymuje p. Ajnsztein – nienawidziło demokracji parlamentarnej, nie odróżniało socjalizmu od komunizmu, uważało Anglię za kraj wrogi Kościołowi Katolickiemu i rządzony przez Żydów; inni byli znanymi ogółowi antysemitami.

Powstanie w getcie warszawskim – wywodzi dalej p. Ajnsztein – może służyć za probierz stosunków polsko-żydowskich (z wyłączeniem nieznacznej mniejszości) i potwierdza ono, iż cały naród polski zdecydowanie uważał niemiecką final solution za zrządzenie Opatrzności w usunięciu z Polski wszystkich Żydów. Ludność wiejska uważała Hitlera za narzędzie Boga, karzące Żydów za śmierć Chrystusa.

Tak brzmią oskarżenia p. Ajnszteina. Wyjątki z podziemnych pism polskich o skrajnie prawicowym zabarwieniu zostały tu dobrane i podane w sposób odpowiadający tenorowi całego artykułu, który kończy się wyrazami zdziwienia, iż Zachód może uważać Polaków za swoich naturalnych aliantów i twierdzeniem, że poza Niemcami właśnie na Polaków spada największy ciężar win za ludobójstwo dokonane na Żydach.

W odpowiedzi na artykuł p. Ajnszteina ukazały się dwa listy b. ambasadora polskiego w Wielkiej Brytanii, p. Edwarda Raczyńskiego (w „Manchester Guardian” i „Twentieth Century”) oraz gen. Bór-Komorowskiego (w „Manchester Guardian”), które wywołały z kolei odpowiedź p. Ajnszteina w „Manchester Guardian” w tonie napastliwym, świadczącym o tym, że autor listu pragnie rozdmuchać polemikę i zrobić ruch wokół poruszonej sprawy. Ponadto ukazał się w „Twentieth Century” pełen godności i umiaru list członka zespołu wydawniczego tego pisma, p. Richarda Lowenthala, protestujący przeciw tendencjom artykułu p. Ajnszteina jako niezgodnym z tradycjami „Twentieth Century”. Wreszcie w tym samym październikowym numerze ukazał się artykuł p. Lucjana Blita pt. „Oni nie ginęli samotnie”, cięty w replikach, obiektywnie przedstawiający warunki ówczesne i sytuację w Polsce i wykazujący punkt za punktem sprzeczności i nieścisłości w artykule p. Ajnszteina. Kończy p. Blit swój artykuł słowami, że naród, który ani wczoraj, ani dzisiaj nie dał się złamać totalitarnej tyranii, nie ugiął przed nikim kolan, zasługuje na uznanie wszystkich wolnych krajów i że byłoby rzeczą tragiczną, gdyby Żydzi, ofiary niemieckiej opresji, zostali użyci do pozbawienia Polaków w chwili obecnej sympatii Zachodu. Na to w numerze listopadowym „Twen-tieth Century” ukazał się długi list p. Ajnszteina, w zupełnie już nieopanowanym tonie atakujący instytucje polskie, organizacje, stronnictwa polityczne, rządy – przedwojenny i londyński, wreszcie artykuł p. Lowenthala. P. Ajnsztein m.in. obciąża Ukraińców, Litwinów, Łotyszów, Rumunów czynnym udziałem w niemieckiej masakrze Żydów, z czego Polaków jednakże wyłącza.

Oto w największym skrócie obraz napaści na społeczeństwo polskie, jakiej po piętnastu latach od zagłady Żydów polskich uważał p. Ajnsztein za konieczne dokonać właśnie w obecnej chwili. Uważam się za zobowiązaną i uprawioną do zabrania głosu w sprawie wystąpienia p. Ajnszteina jako jedna z niezliczonych Polek, które brały udział w ratownictwie Żydów w Małopolsce Wschodniej, jako przewodnicząca Komitetu Pomocy Żydom (kryptonim „Żegota”) na Małopolskę Wschodnią, powołanego przez Delegaturę Rządu polskiego w Londynie, a przede wszystkim jako członek Armii Krajowej. Nie pragnę jednak polemizować z p. Ajnszteinem, gdyż nie sądzę, abyśmy – ja lub on – posiadali w swym ręku dostatecznie wiarygodny materiał dowodowy na rzecz oskarżenia czy obrony. Na to przyjdzie właściwa pora i właściwi ludzie, na to potrzeba całego studium, by dać w przybliżeniu obraz ludobójstwa, jakiego dopuścił się jeden z wysoce cywilizowanych narodów Europy. Poza tym – jak można polemizować z potokiem napastliwych twierdzeń, faktów wyrwanych z całości, faktów „bez pokrycia”, przekręconych i poplątanych nazw i wydarzeń, tendencyjnych uogólnień i argumentów, które Instytut Żydowski w Warszawie czerpał z tych samych opowieści, co i Jewish Agency w Jerozolimie, a których ja ze zdziwieniem słuchałam w roku 1945 w Niemczech od grup młodzieży żydowskiej, wiezionej ciężarówkami sowieckimi z odpowiednimi transparentami z obozów niemieckich do Polski? Zapewne jest wiele racji w poszczególnych wywodach p. Ajnszteina, lecz rzucane w jakimś zaślepieniu nienawiści, oderwane od całokształtu ówczesnej polskiej rzeczywistości, jakby gromadzone bez opamiętania, by swym ciężarem obaliły wroga, tzn. naród polski – nie mogą mieć wagi obiektywnego sądu.

Pragnę tutaj zadać p. Ajnszteinowi kilka pytań, a również przypomnieć pewne momenty z okresu lat 1939-1945, które on pomija, czy też ich nie zna, jako że opuścił Polskę w roku 1936. Dlaczego p. Ajnsztein nie wspomina ani jednym słowem o Lwowie, o losie Małopolski Wschodniej, tak przecież gęsto zaludnionej przez Żydów, a w okresie lat 1939-1940 po prostu nabitej uchodźcami-Żydami z zachodniej części Polski? Dlaczego nie mówi o okresie dwuletniej okupacji sowieckiej z całą jej aparaturą, jak deportacje około 2 milionów ludzi, aresztowania, badania, tortury? Czy p. Ajnsztein nie zechciałby wyjaśnić, kto miał wówczas bronić nas, całą ludność – Polaków, Ukraińców, Żydów – przed sowiecką przemocą? Kto według p. Ajnszteina miał bronić tych 150 000 polskiej ludności wiejskiej, brutalnie wywożonej przez Sowiety w styczniu i lutym 1940 roku podczas wyjątkowo ciężkiej zimy do okręgów Ałtaju, Bajkału, Jakucka, przy czym transporty szły po zamarzniętych rzekach, a na Lenie kilkakrotnie przeciążone transporty szły pod lód? Dlaczego p. Ajnsztein, wyliczając te jakoby pewne sposoby i drogi, jakimi Polacy, szczuci, pilnowani i deportowani przez Niemców, powinni byli i mogli byli ratować współobywateli-Żydów przed strasznym ich losem z rąk Niemców, nie widzi tak prostego środka ratunku (przynajmniej w pierwszej fazie wojny), jakim byłby nieugięty sprzeciw i protest Sowietów wobec metod stosowanych przez ich uwielbianego podówczas sojusznika germańskiego, mordującego dziesiątki tysięcy niewinnych ludzi?

Dlaczego p. Ajnsztein mówiąc o antysemityzmie w Polsce nie może zdobyć się na obiektywizm i w kilku słowach wyjaśnić przyczyny jego powstania również i w innych krajach? Czym mógłby p. Ajnsztein wytłumaczyć tę pałającą, a konsekwentną w działaniu nienawiść Niemców do Żydów, których mieli 400 000 na 60 milionów ludności, a więc odsetek znikomy? Tak, ogólnie wiadomo, że antysemityzm istniał w przedwojennej Polsce, jak i w różnym stopniu we wszystkich innych krajach osiedlenia żydowskiego, gdzie tli się on niestety jeszcze i dzisiaj. Z nastrojami antysemickimi spotykałam się po wojnie w szeregu innych krajów europejskich, donoszą mi o tym również przyjaciele-Żydzi z różnych stron naszego globu. Antysemityzm uzyskał grunt w Europie na tle procesu Dreyfusa we Francji i osławionej książki adwokata Joly o „mędrcach Syjonu”, wzmocniony został procesem Bejlisa w Kijowie i zaszczepiony u nas i starannie kultywowany przez Rosjan z jednej, przez Niemców z drugiej strony. Ziemie polskie pod zaborem niemieckim były de facto strefą zakazaną dla Żydów na wzór „granicy osiedlenia żydowskiego” w Rosji, natomiast z głębi Rosji carat wypędzał Żydów właśnie na ziemie polskie pod zaborem rosyjskim. Za Hitlera antysemityzm niemiecki znalazł swój szczytowy wyraz, za komunizmu w Rosji osiągnął też nie byle jakie wyżyny, że wspomnę tylko o Birobidżanie.

Bezsprzecznie, po pierwszej wojnie światowej antysemityzm rozwinął się w Polsce. Walczyliśmy z nim i ja również brałam czynny udział w tej walce, uważając, że deprawuje on duszę naszej młodzieży i że podsycany przez wrogów Polski – wprowadza zamęt w społeczeństwie i niszczy jedną z pięknych cech naszego charakteru narodowego, tolerancję. Przed drugą wojną światową nasilenie propagandy tak sowiecko-komunistycznej, jak i nacjonalistyczno-hitlerowskiej na Polskę było niezwykle silne i szły na to ogromne sumy. Oczywiście żerem była młodzież, przy czym młodzież żydowska – rzecz wówczas zrozumiała – ciągnęła w dużej swej części w kierunku komunistycznym, podczas gdy odłam skrajnie nacjonalistycznej młodzieży polskiej, zapatrzony w triumfujący ruch młodzieżowy niemiecki, dostawał się pod wpływy antysemickie. Do tego dochodziły liczne i skomplikowane przyczyny natury psychologicznej, ekonomicznej i innej. W masie swej młodzież polska była demokratyczna, a skrajnie lewicowy jej odłam w zetknięciu się z „ustrojem radzieckim” podczas pierwszej okupacji sowieckiej w latach 1939-1941 pozbył się rychło swych skrajnych złudzeń.

P. Ajnsztein w swej zaciekłości nie zdaje sobie prawdopodobnie sprawy z potworności zarzutu, jaki stawia chłopom polskim, jakoby „uważali Hitlera za narzędzie sprawiedliwości bożej”. Gdzie p. Ajnsztein ma dowody, potwierdzające takie oskarżenie? Chłopi, np. w Zamojszczyźnie przyłapani przez Niemców między innymi na ukrywaniu Żydów, krzyżowani byli na drzwiach własnych chałup i wraz z nimi żywcem paleni, kobiety wywożone były do obozów w Niemczech, a dzieci rozmieszczane po rodzinach niemieckich. Chłopi być może Żydów nie lubili, przecież we wszystkich krajach świata różne odłamy społeczeństwa niekoniecznie się kochają, ale chłopi polscy w swej masie nie byli aktywnymi antysemitami. W każdym razie na przestrzeni stuleci grupa osiadłych w Polsce Żydów, chroniona jej ustawodawstwem, rozrosła się do pokaźnej cyfry ludności. Dlaczego p. Ajnsztein nie wspomina o dziesiątkach tysięcy Żydów tzw. Litwaków, którzy za caratu ratowali się ucieczką do Polski; o setkach tysięcy Żydów, którzy porzucili Związek Sowiecki i szukali ocalenia w Polsce w okresie po pierwszej wojnie światowej; o dziesiątkach tysięcy Żydów niemieckich, którzy w okresie lat 1933-1937 w przerażeniu i panice przekraczali granicę polską, znajdując w Polsce bezpieczeństwo i opiekę; oraz o dziesiątkach tysięcy Żydów, dawnych obywateli polskich, którzy ciągną teraz ze Związku Sowieckiego do Polski jako repatrianci?

Po wejściu Niemców do Lwowa w dniu 30 czerwca 1941 roku i z miejsca rozpętanej tzw. „akcji” przeciw Żydom, tzn. chwytaniu ich na ulicach i w domach, uprowadzaniu i rabowaniu ich dobytku – zorganizowaliśmy ad hoc pomoc, która wkrótce przybrała formy organizacji skupiającej ludzi dobrej woli. Był to okres bardzo trudny, nie znaliśmy bowiem jeszcze metod i chwytów Herrenvolku i dużo ludzi wówczas „niepotrzebnie” ginęło – Żydów i Polaków. Po ustaleniu się okupacji niemieckiej, kiedy to z „Zapadnoj Ukrainy” staliśmy się „District Galizien”, powstał Komitet Pomocy Żydom, powołany przez czynną już we Lwowie Delegaturę Rządu R.P. Nie była to żadna Rada Katolickich Intelektualistów, jak podaje p. Ajnsztein, lecz składała się ona z członków stronnictw politycznych i ochotników. Był to okres pracy, gorączkowej, przedgettowy, kiedy trzeba było ludzi przesiedlać, zaopatrzywszy ich w dokumenty. Owe komórki zaopatrujące znajdą kiedyś swoje zaszczytne miejsce w historii konspiracji polskiej!

Byłam członkiem Związku Walki Zbrojnej a potem Armii Krajowej we Lwowie od początku wojny, tkwiłam głęboko w konspiracyjnej robocie, byłam członkiem stronnictwa politycznego, byłam członkiem zespołu redakcyjnego prasy podziemnej i z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że nic mi nie wiadomo o mordowaniu Żydów przez członków Armii Krajowej czy przez kogokolwiek z Polaków. Przeciwnie, sądy Polski Podziemnej skazywały na śmierć za donosy, które spowodowały aresztowanie, uwięzienie czy śmierć kogokolwiek. Wywiad podziemny i informacja były świetne i nic podobnego by się nie ukryło. Myślę, że znowu p. Ajnsztein coś poplątał. Walczono z Niemcami i z Rosjanami w Polsce, bo jedni i drudzy byli wrogami i okupantami, więc likwidowano i tych, co im służyli i pomagali, należąc do szeregów wroga. Prawdopodobnie wśród nich byli również Żydzi.

Twierdzenie p. Ajnszteina, że społeczeństwo polskie z nienawiści do Żydów oddawało ich w ręce katów, jest niepoważnym agitatorskim chwytem w rodzaju tych, które obecnie mają szczególne powodzenie w audycjach nadawanych przez rozmaite rozgłośnie Środkowego Wschodu czy Północnej Afryki. Zdając sobie sprawę z całkowitej niemożliwości ratowania mas żydowskich, ratowaliśmy każdego, kogo się dało, z przerażeniem i największym współczuciem dla Żydów patrząc na robotę Niemców. Bardzo utrudniał ratownictwo typ semicki Żydów, tak odbiegający od słowiańskiego, a który był takim ułatwieniem we Francji, w dodatku przy małej liczbie Żydów, kiedy u nas całe miasteczka były żydowskie i można je było zabierać w całości do obozów śmierci. No i skład ludności francuskiej też był bardziej jednolity niż był skład ludności w Polsce: volksdeutsche u nas z zamkniętymi oczyma mogli wskazywać domy żydowskie. Oczywiście, najniebezpieczniejsi byli agenci żydowscy i policja żydowska, musiała ona bowiem pod groźbą tortur zdobywać ofiary dla Niemców aż do chwili swej własnej zagłady.

Szczególnie brzydko wypadły p. Ajnszteinowi oskarżenia pod adresem kleru katolickiego. Kler zaopatrywał nas w „aryjskie” metryki dla Żydów. Były one nieodzownym środkiem ratunku. W kryptach kościołów przechowywano Żydów, z ambon nawoływano do pomocy prześladowanym, były trasy ucieczki Żydów oparte o plebanie. Poszczególne zakony przyjmowały drobne dzieci żydowskie, zobowiązując się nie dokonywać na nich chrztu. I za to kler płacił ogromną liczbą zsyłanych do Dachau i innych obozów śmierci. Klasztory Niemcy po prostu zamykali. Tak wielu ludzi zaczęło „wpadać” podczas akcji pomocy Życiom, że komitet „Żegota” otrzymał ostrzeżenie od władz podziemnych, by nie zatrudniać w ratownictwie tych, którzy pracują w innych jeszcze działach konspiracji, ponieważ to grozić mogło sprawie nadrzędnej, jaką było dla nas przygotowanie się do końcowej walki zbrojnej o wolność kraju.

Powoli Żydzi, kryjący się szczęśliwie poza gettem, zaczęli się oswajać ze stale im grożącym niebezpieczeństwem, zaczęli się pokazywać wśród ludzi i przyjmować pracę, co przywracało im równowagę psychiczną. Niektórzy w większych miastach pracowali nawet w zakładach niemieckich! Wielu zgłosiło się do niemieckiej organizacji Todta, obsługującej transport wojskowy; ci byli wysyłani oddziałami na Ukrainę sowiecką, gdzie później dostawali się do oddziałów polskich. Kobiety również zgłaszały się do pracy w Austrii czy w Niemczech i te ocalały. Od wielu z nich miałam wiadomości po wojnie. Po prostu ci Żydzi przejęli od Polaków pogardę śmierci, jak to bywa na wysuniętych pozycjach frontu – bo przecież w każdej chwili groził każdemu areszt, tortury, „likwidacja”; bo nikt nie wiedział, czy pobiegnąwszy do sklepiku po zapałki wróci do domu; bo każdy z nas bywał świadkiem egzekucji naszych braci pod murem na ulicy; bo pierwszą naszą ranną czynnością było przejrzeć rozklejone na rogach ulic listy z nazwiskami Polaków rozstrzelanych poprzedniego dnia.
WieloKrotme nazywa p. Ajnsztein Polskę „fabryką śmierci” i „rzeźnią”, stwarzając wrażenie jakoby to Polacy w tej rzeźni czekali z zakasanymi rękawami na przybycie tysięcy i milionów ofiar żydowskich z całej Europy. Ni® rozumie, że Polskę Niemcy wybrali sobie za centrum swego ludobójstwa po to, by sparaliżować przerażeniem wolę walki i oporu znienawidzonego przez nich a nieugiętego narodu polskiego i że pragnęli zohydzić go w oczach Zachodu rzekomym współdziałaniem z okupantami.

Polemikę z zarzutami, skierowanymi przeciw Armii Krajowej, którą p. Ajnsztein plącze z Narodowymi Siłami Zbrojnymi, nie mówiąc już o Batalionach Chłopskich i Organizacji Wojskowej PPS, zostawiam bardziej powołanym czynnikom, lepiej niż ja obeznanym z faktycznym stanem rzeczy – o ile zechcą tę polemikę podjąć. Jednak i dla mnie zupełnie naiwnie wyglądają koncepcje p. Ajnszteina w kwestii uzbrojenia i ćwiczenia oddziałów bojowych w getcie, rojącym się od szpiegów i policji żydowskiej, gdzie dopiero rozpacz ostatniego etapu wzbudziła w masie chęć walki. Nie można było spodziewać się wiele po oddziałach Armii Krajowej w roku 1943 we Lwowie czy Białymstoku i po ich uzbrojeniu, natomiast kilka samolotów sowieckich i zrzuty broni sowieckiej z całą pewnością uratowałby np. getto lwowskie. Z drżeniem serc czekaliśmy na komunikaty polskiej podziemnej stacji radiowej „Świt”, wołającej do całego świata o ratunek dla żywcem palonych ofiar, pragnąc usłyszeć wreszcie, że lotnictwo sowieckie wyruszyło do walki. Nie dla Polaków trzeba było radiowej propagandy z Londynu, by spieszyli z pomocą Żydom, lecz dla sojuszników amerykańskich, brytyjskich, sowieckich, bo tylko ich interwencja mogła była być skuteczna. Jednakże ich winy, a przede wszystkim winy samych Niemców, p. Ajnsztein zdaje się nie dostrzegać.

Jeszcze jedno pytanie. Nie raz, nie dwa mówi p. Ajnsztein o „Liberation Soviet Army”. Co ma na myśli w wyrazie „liberation”? Czy wyzwolenie to miało miejsce, kiedy armia sowiecka przekroczyła granice Polski spiesząc z pomocą Niemcom w roku 1939? Czy kiedy okupowała całą Polskę w 1945 roku, likwidując Armię Krajową i antyhitlerowski aparat Polski Podziemnej? A może kiedy pośpieszyła na Węgry z pomocą Kadarowi w 1956 roku?

Celem, jaki sobie p. Ajnsztein postawił, pisząc swój artykuł i swe listy, było zapewne spowodowanie zamieszania wokół emigracji polskiej i pogrożenie jej w opinii Zachodu. Myślę jednak, że do tego celu p. Ajnsztein złą obrał drogę: zbyt wiele jest nieścisłości i nienawiści w jego wystąpieniach, czego Zachód nie lubi, poza tym Zachód wie, iż każda sprawa ma kilka aspektów, a wreszcie Zachnód poznał już źródła antypolskiej propagandy i przestał się w ogóle czemukolwiek dziwić. Artykuły p. Ajnszteina mogą osiągnąć tylko jedno: rozpętać tu i ówdzie nastroje antysemickie. Czy jednak nie dosyć już wycierpiał naród żydowski, by mu oszczędzić takich wystąpień, jak artykuły p. Ajnszteina?

Pragnę, by ten nowy posiew nienawiści nie wzeszedł po żadnej stronie i nie wyrządził spodziewanych szkód. Państwo żydowskie jest po prostu otoczone morzem nienawiści, której jedynie ten posiew może służyć. A naród polski po ciężkich latach cierpień – wierzę, że powróci do zasad swej starej życzliwej tolerancji. My zaś, emigracja polska, podczas naszej tułaczki, tak podobnej do exodusu żydowskiego, bezsprzecznie nauczymy się wiele, szczególnie w Anglii, kraju prawdziwej wolności, w której zasadach wychowuje się nasze następne pokolenie emigracyjne.

A że „oni nie ginęli samotnie”, najlepiej świadczy o tym proces Kocha, toczący się obecnie w Warszawie.

Władysława Chomsowa
______________________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Robotnik”, centralnym organie PPS, wydawanym wówczas jako miesięcznik przez Centralny Komitet Zagraniczny PPS, redaktor naczelny Adam Ciołkosz, w numerze 1 z roku 1959. Od tamtej pory nie był wznawiany.

Warto przeczytać także teksty związane z tematyką powyższego artykułu:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *