Irena Sendlerowa

O pomocy Żydom

Motywy, które skłoniły mnie do tej działalności? Decydujący wpływ miała zapewne atmosfera mojego domu rodzinnego. Mój ojciec uważał się za jednego z pierwszych polskich socjalistów. Był lekarzem. Mieszkaliśmy w Otwocku. Jego pacjentami była przeważnie żydowska biedota. Wyrosłam wśród tych ludzi. Nie były mi obce ani zwyczaje, ani nędza żydowskich domów.

Kiedy Niemcy zajęli Warszawę w 1939 r., miałam szeroki krąg przyjaciół i znajomych Żydów, którzy znaleźli się w okropnej sytuacji, bez środków do życia. Ja zaś pracowałam w Wydziale Opieki Społecznej Zarządu m. Warszawy. Mieliśmy kuchnie, które wydawały obiady sierotom, starcom i biedocie. Udzielano pomocy finansowej i rzeczowej.

Postanowiłam wykorzystać moje stanowisko dla niesienia pomocy Żydom. Wydział Opieki Społecznej Zarządu Miejskiego miał wtedy szeroką sieć swoich punktów w różnych dzielnicach. W 10 punktach udało się zwerbować do współpracy chociaż przynajmniej jedną zaufaną osobę. Byliśmy zmuszeni wystawiać setki fałszywych dokumentów, podrabiać podpisy. Nazwiska żydowskie nie mogły figurować wśród ludzi korzystających z tej pomocy. Niemniej, kiedy utworzono getto, mieliśmy już ok. 3000 podopiecznych, z których 90% znalazło się od pierwszego dnia za murami getta. Wraz z utworzeniem getta zniszczony został cały system pomocy, który budowaliśmy z tak wielkim wysiłkiem. Jeszcze bardziej sytuacja się skomplikowała, kiedy bramy getta zostały zamknięte. Powstał problem, jak uzyskać legalne przejście do getta.

W Warszawie działała wtedy specjalna ekipa sanitarna dla zwalczania chorób zakaźnych. Na czele tej ekipy, która była czymś w rodzaju stacji sanitarno-epidemiologicznej, stali dr Mikołaj Łącki i dr Juliusz Majkowski. Spróbowałam szczęścia. Poprosiłam ich o legitymacje służbowe tej instytucji dla mnie i mojej najbliższej współpracowniczki, Ireny Schultz. Taka legitymacja dawała możliwość legalnego poruszania się po terenie getta. Warunki konspiracyjne wymagały ostrożności, dlatego nie wyjawiłyśmy całej prawdy. Naszą prośbę motywowałyśmy chęcią odwiedzania przyjaciół. Później jednak przekonałyśmy się, że oni się orientowali, o co chodzi, i może właśnie dlatego zgodzili się.

Nawiązałyśmy kontakt z naszą przyjaciółką, Ewą Rechtman, która zorganizowała konspiracyjną komórkę składającą się z kobiet zatrudnionych w charytatywnej organizacji żydowskiej Centos, działającej na terenie getta.

Poprzez tę komórkę odnowiłyśmy stare i nawiązałyśmy nowe kontakty, celem niesienia pomocy, która z każdym dniem stawała się coraz bardziej potrzebna, a jednocześnie coraz trudniejsza.

Razem z Ireną Schultz nosiłyśmy do getta żywność, odzież, lekarstwa i pieniądze. Wszystko to oczywiście wydostawałyśmy z Wydziału Opieki Społecznej na podstawie fałszywych dokumentów. Z czasem jednak powstawały nowe trudności. Niemcy zorganizowali własny aparat kontrolny. Trzeba było i temu zaradzić. Udało nam się uzyskać współpracę kilku administratorów i dozorców domów, którzy w razie potrzeby „meldowali” na krótki okres, oczywiście tylko fałszywe nazwiska, które figurowały w spisach podopiecznych. Poza tym, przy sporządzaniu wywiadów środowiskowych, które były niezbędne dla udzielania pomocy, staraliśmy się przedstawić wstrząsające obrazy gruźlicy i innych chorób zakaźnych panujących w tych domach. To dawało nadzieję, że niemieccy kontrolerzy ominą te adresy.

W 1942 r., kiedy zaczęły się masowe wysiedlenia, kiedy stało się jasne, że wszyscy mieszkańcy getta są skazani na zagładę, wyłoniły się nowe zadania – wyprowadzić jak najwięcej Żydów, a przede wszystkim dzieci żydowskie, poza mury getta. Nasze możliwości finansowe coraz bardziej się kurczyły i zapewne nie bylibyśmy w stanie kontynuować tej działalności gdyby nie fakt, że w owym czasie powstała Rada Pomocy Żydom.

Różne i czasem bardzo dziwne powiązania i kontakty konspiracyjne pozwoliły mi w jakieś listopadowe popołudnie 1942 r. zapukać do pewnego mieszkania przy ul. Żurawiej 24. Na umówione uprzednio hasło drzwi się otworzyły. Stała w nich kobieta o dobrym ciepłym spojrzeniu; zaprowadziła mnie do pokoju swego męża. Był to Julian Grobelny („Trojan”) – człowiek o wielkim sercu, które bez reszty oddał dla ratowania tych, na których z każdego rogu czyhała śmierć. Na tej dość oryginalnej konferencji, na której miałam zaszczyt reprezentować grono pracowników Wydziału Opieki Społecznej m. st. Warszawy, zostały ustalone formy podporządkowania naszej działalności kierownictwu RPŻ-„Żegota”. Przyłączenie się do „Żegoty” nadało naszej działalności bardziej zorganizowany charakter. Warto bowiem podkreślić, że nie działaliśmy w imieniu jakiejś organizacji, chociaż wielu z nas należało do różnych ugrupowań politycznych. Nasza akcja pomocy Żydom zrodziła się samorzutnie już w pierwszych dniach okupacji jako następstwo konkretnej sytuacji. Ludzie, którzy się w niej angażowali, czynili to z pobudek humanitarnych; był to odruch ludzki, który nakazywał nie pozostawać biernym w obliczu największego barbarzyństwa w stosunku do naszych żydowskich współobywateli. „Żegota” natomiast znalazła w nas poważny punkt oparcia, większą grupę ofiarnych, wypróbowanych w tej działalności ludzi, z szeroko rozgałęzioną siatką kontaktów w getcie i po „aryjskiej” stronie. Mieliśmy już wtedy na terenie Warszawy adresy mieszkań, w których wyprowadzeni z getta Żydzi, a szczególnie dzieci żydowskie, mogli się zatrzymać do czasu, aż wyrobiliśmy dla nich „aryjskie” dokumenty i rozstrzygnęli o ich dalszym losie. Mieszkań takich, nazwanych przez nas „pogotowia opiekuńcze”, mieliśmy kilka na terenie Warszawy i dwa na linii otwockiej.

Kim był „Trojan”? „Trojan” – to pseudonim konspiracyjny, pod którym żył i działał Julian Grobelny, prezes Rady Pomocy Żydom („Żegota”). Był socjalistycznym działaczem robotniczej Łodzi w latach trzydziestych. Kiedy dziś, po 20 latach, sięgam pamięcią do tamtych dni, ukazuje mi się sylwetka Juliana Grobelnego jako żarliwego działacza społecznego, człowieka o nieskazitelnej uczciwości i rzetelności. Sam znajdując się w ciężkich warunkach materialnych, bez stałego lokum w Warszawie, borykając się ze swą żoną, Haliną, z codziennymi troskami, u kresu ostatniego wyczerpania fizycznego z powodu bardzo zaawansowanej gruźlicy płuc, ścigany ustawicznie przez Gestapo, był wszędzie tam, gdzie trzeba było organizować konkretną pomoc lub rozwiązywać najtrudniejsze problemy. Pogodny, bardzo opanowany, z dużym poczuciem humoru, dwoił się i troił, przemierzając niebezpieczne ulice Warszawy zawsze z myślą o innych, nigdy o sobie. Dla lepszego scharakteryzowania jego sylwetki przytoczę dwa fakty, które zobrazują czytelnikowi Grobelnego jako człowieka.

Nie pamiętam dziś roku, ale były to dni, kiedy Niemcy „wykańczali” podwarszawskie getta. Otrzymałam polecenie udania się do „Trojana” poza Warszawę, do Cegłowa, gdzie miał on mały domek z ogródkiem. Pojechałam w przekonaniu, że otrzymam ekstra bojowe zadanie. Obydwoje z żoną leżeli chorzy, bez opieki. Chciałam im pomóc, dostarczyć lekarstwa, zawieźć jakieś polecenia. Tymczasem chodziło o umieszczenie jednej małej dziewczynki, która cudem uniknęła śmierci przy likwidacji pobliskiego getta, gdzie wymordowali jej całą rodzinę. „Trojan” mógł przez swoje różnorakie kontakty skierować to dziecko do Warszawy, ale ze względu na to, że dziewczynka, będąc świadkiem mordu rodziców i starszego rodzeństwa, doznała szoku, „Trojan” chciał, aby dziecko wyjątkowo dobrze trafiło. Chciał mi to wszystko opowiedzieć osobiście, szczegółowo, abym specjalnie się dzieckiem zajęła.

1 taki był właśnie „Trojan”, prezes RPŻ: mając na swej głowie wielkie problemy do rozstrzygnięcia, nigdy nie wahał się angażować wielu ludzi i zabierać im czas, gdy chodziło o jedno szczególnie nieszczęśliwe dziecko.

Kiedy indziej odwołał mnie od jakiejś bardzo ważnej pracy, sam przerwał zebranie prezydium RPŻ tylko dlatego, że otrzymał wiadomość, iż w okolicach Wawra (adresu dokładnego nie miał) znajduje się dziewczynka, której matkę zamordowano w tak bestialski sposób, że dziecka tego od kilku dni nie można było w żaden sposób doprowadzić do stanu równowagi.

Jechaliśmy pociągiem do Wawra, kiedy na Dworcu Wschodnim Niemcy urządzili łapankę. Z trudem uniknęliśmy aresztowania. Błagałam wówczas „Trojana”, aby się wrócił, tłumaczyłam, że ja sama postaram się dotrzeć do dziecka, że nie wolno mu się narażać (łapanka ta była nastawiona głównie na mężczyzn). Obruszył się: „Cóż to, macie mnie za takiego niedołęgę, który nie potrafi wymknąć się Niemcom?”. I dla podkreślenia swej „młodzieńczości” oraz rozładowania nieprzyjemnej atmosfery niebezpieczeństwa, jakie nad nami wisiało, wskoczył do drugiego pociągu, który akurat ruszał w stronę Otwocka.

Nie mając dokładnego adresu, do późnej nocy szukaliśmy owej dziewczynki. A kiedy odnaleźliśmy ją, gładził dziecko po główce tak długo, tak czule pieścił i całował, aż mała w końcu przytuliła się do niego i powiedziała: „Ja tu nie chcę być – niech pan weźmie mnie z sobą”. I zabraliśmy małą. I znowu polecił mi umieścić dziecko jak najlepiej i otoczyć matczynym sercem. Taki był „Trojan”. Jego każde poczynanie cechowała zawsze rozwaga i duża odpowiedzialność w podejmowaniu decyzji na powierzonym sobie odcinku pracy.

Jak już wspominałam, legitymacje stacji sanitarno-epidemiologicznej umożliwiały mnie i Irenie Schultz „legalne” poruszanie się na terenie getta. Często przechodziłyśmy przez bramy getta dwa-trzy razy dziennie. Nie można było ryzykować zabrania na raz większej ilości „towaru” lub pieniędzy; żeby nie wzbudzić podejrzenia wartowników, przechodziłyśmy przez różne bramy. Przekraczając mury getta, wkładałam opaskę z gwiazdą Dawida. Pragnęłam w ten sposób wyrazić moją solidarność z bestialsko maltretowanymi i poniżanymi ludźmi. Miało to również praktyczne znaczenie: nie różniłam się w ten sposób od pozostałych mieszkańców, unikałam legitymowania i nagabywania – skąd, po co ?

Mimo iż miałam „dobre dokumenty”, nieraz wydawało się, że już wszystko stracone. Pewnego razu zostałam zatrzymana przez żandarmów. Akurat miałam przy sobie większą sumę pieniędzy przeznaczoną na pomoc dla podopiecznych. Tłumaczyłam, że są one przeznaczone na wydatki sanitarne. Dla upewnienia się telefonowali do stacji sanitarno-epidemiologicznej. Można sobie wyobrazić radość, kiedy przekonałam się, że dr Majkowski jest człowiekiem o wielkiej odwadze. Nie mając pojęcia o tej całej sprawie, zorientował się, o co chodzi, i w pełni potwierdził moje zeznania. Innym razem wpadłam dlatego, że straciłam głowę, popełniłam podwójny błąd. Wróciłam po raz drugi tą samą bramą, w dodatku zapomniałam zdjąć z ręki opaskę z gwiazdą Dawida. Kiedyś nie wytrzymałam nerwowo. Było to w dniach, kiedy hitlerowscy oprawcy gnali bez przerwy mieszkańców getta na tzw. Umschlagplatz (punkt zbiorczy wysiedlenia). Byłam wtedy świadkiem wstrząsającego marszu śmierci Janusza Korczaka z dziećmi. Ostatkiem sił dowlokłam się do domu, dostałam szoku nerwowego, moja matka musiała wezwać lekarza.

Właśnie w tym okresie powstała konieczność wyprowadzenia jak największej liczby ludzi na „stronę aryjską”. Jeśli chodzi o dorosłych, korzystaliśmy z tego, że codziennie wyprowadzano grupy Żydów na różne roboty poza murami getta. Przekupywaliśmy żandarmów, którzy liczyli te grupy podczas przejścia przez bramy. Gorzej było z wyprowadzeniem dzieci. Specjalizowała się w tym Irena Schultz. Przeważnie dzieci wyprowadzano poprzez podziemne korytarze gmachu sądów oraz remizy tramwajowej na Muranowie. Dzieci umieszczano w specjalnie przeznaczonych do tych celów mieszkaniach – „pogotowia opiekuńczego rozdzielczego”, gdzie udzielano im pierwszej pomocy i przygotowywano do życia w nowych warunkach.

Z tych kilku wytypowanych specjalnie do tej akcji domów po pewnym okresie – zależnie od okoliczności – oddawano je następnie pod opiekę osób, które nie bacząc na ogrom niebezpieczeństwa, w poczuciu najlepiej pojętego humanitaryzmu, dawały im schronienia. Trzeba tu wspomnieć z wielkim uznaniem nauczycielkę Janinę Grabowską, która wtedy mieszkała na Woli, przy ul. Ludwiki 1, Jadwigę Piotrowską, jej siostrę oraz rodziców, państwa Ponikiewskich, którzy służyli swoim mieszkaniem przy ul. Lekarskiej 9, Zofię Wędrychowską i Stanisława Papuzińskiego, którzy ryzykowali życiem swoich dzieci, aby ratować cudze dzieci, Izabelę Kuczkowską i jej odważną i zawsze niezawodną matkę, p. Kazimierę Trzaskalską, zam. na Gocławku, Wandę Drozdowską-Rogowicz z Sadyby, akuszerkę S. Bussoldową, zam. na Pradze, przy ul. Kałużyńskiej 8, która poza punktem „pogotowia opiekuńczego” dla dzieci udzielała kilkakrotnie w swoim mieszkaniu bezpłatnej pomocy przy porodach Żydówkom (i takie wypadki się zdarzały), Marię Kukulską, zam. na Pradze, przy ul. Markowskiej 15, M. Felińską, przy ul. Bema 80, A. Adamskiego, zam. przy szosie do Włoch, rodzinę dozorców domów przy ul. Widok 8 oraz na Pradze przy ul. Barkocińskiej oraz Aleksandrę Dargielową, która prowadziła referat dziecięcy przy Radzie Głównej Opiekuńczej. Osoby te, pozostające z reguły w biedzie, gnieżdżące się przeważnie w ciasnych mieszkaniach, mające własne dzieci, z całym poświęceniem i oddaniem służyły nie tylko wydatną pomocą, ale dawały też swe gorące serca dzieciom, którym los wyznaczył przeżyć piekło za życia. I właśnie bardzo często w tych ciasnych suterenach i poddaszach warszawskiego proletariatu z zaszczutego strachem dziecka getta w matczynych pieszczotach spracowanej ręki robotnicy serduszko to tajało i do niedawna przerażone oczy zaczynały inaczej patrzeć na świat.

Były wypadki, że ze względu na bardzo małe pomieszczenia lub też dla zapewnienia bezpieczeństwa dzieci były „przechowywane” w różnych kryjówkach i dopiero czerń wieczoru wyzwalała te małe istoty z ich przymusowych więzień. Powodowało to częste zachorowania wśród dzieci. To zmusiło nas do zorganizowania specjalnej komórki opieki lekarskiej. Wymienić tu znów trzeba nazwiska prof. A. Trojanowskiego, prof. Michałowicza, którego zresztą cały dom zawsze był otwarty dla dyskryminowanych, pomagała przy tym jego synowa, p. Dziatka Michałowiczowa; dr Franio z Woli, dr „Hanka” z Ochoty, dr A. Meyer ze Starego Miasta. Zachodziły też wypadki koniecznego umieszczenia dzieci w szpitalu. Wielką pomoc udzielali w tym bądź wspomniana grupa lekarzy, bądź też, niezastąpiona w tych sprawach dzięki swoim licznym kontaktom konspiracyjnym i dużej inicjatywie, pielęgniarka Helena Szeszko – „Sonia”.

Różny był los tych dzieci. Jedne zostawały już na stałe (o ile wtedy cokolwiek mogło mieć cechy stałości) w rodzinach wyszukanych przez nasze „pogotowie opiekuńcze”, i to w różnym charakterze. Były rodziny, które traktowały swą misję jako potrzebę serca niesienia pomocy nieszczęśliwym. Często motywem, poza ogólnoludzkim uczuciem, była jakaś dziwna wiara, że skoro ja tu udzielę pomocy temu biednemu dziecku, to może prawem sprawiedliwości lub z Bożej łaski jakaś życzliwa dłoń poda paczkę synowi czy mężowi w obozie lub więzieniu.

Niektórym z tych rodzin RPŻ wypłacała za pośrednictwem łączniczek po 500 zł miesięcznie; innym dawało się mniejszą pomoc z Opieki Społecznej, w postaci ubrań, paczek żywnościowych, bonów na mleko. Były i takie rodziny, które utrzymywały dziecko bezinteresownie; ze względu jednak na ogólną bardzo ciężką sytuację materialną – takie osoby były raczej wyjątkiem. Były też wypadki, dotyczyły one zazwyczaj dzieci najmniejszych, że przybrana rodzina tak szczerze i serdecznie pokochała dziecko i przywiązała się do niego, że zawczasu rozpaczała, iż kiedyś będzie musiała je oddać. Wielka, prawdziwa matczyna miłość kazała [przybranej matce] zapomnieć, że dziecka tego sama nie zrodziła.

Zdarzały się wypadki, które mimo swej tragicznej wymowy w okresie najstraszliwszego terroru bestii hitlerowskiej, kiedy się dziś wspomina, wydają się nieprawdopodobne. Wspomina się je jak pewnego rodzaju anegdoty. Jedną z naszych koleżanek, całym sercem oddaną akcji ratowania dzieci żydowskich, spotkała kiedyś taka przygoda. O godz. 3 nad ranem przyprowadzono do niej czworo dzieci w stanie takiego zanieczyszczenia (dzieci te bardzo długo szły kanałami), że jedną z pierwszych czynności musiała być kąpiel. Okazało się jednak, że przy myciu trzeciego dziecka zabrakło w domu już mydła. Co było robić? Czekać do jakiejś późniejszej godziny nie było można, bo o godz. 7 rano przychodziła do tego mieszkania bardzo godna starsza pani, która opiekowała się leżącą od lat, chorą na serce matką naszej współpracowniczki. Osoba ta, wdowa po zamordowanym przez Niemców inżynierze, dostatecznie nienawidziła okupantów, aby jej można było wiele powierzyć spraw. Domyślała się wiele z tego, co się działo w tym bardzo czynnym i zakonspirowanym domu, ale nie na tyle, aby jej zdradzić tajemnicę czworga dzieci. Szczególnie ryzykowne byłoby ujawnienie drogi dojścia do tego domu. Nie było innej rady, trzeba było pójść do sąsiadów i prosić o pożyczenie mydła. Sąsiedzi z przerażeniem otworzyli drzwi, myśląc, że to Gestapo. Któż bowiem, jak nie Niemcy, mógł wtedy o godz. 4 nad ranem składać wizyty. Ochłonąwszy z pierwszego wrażenia, że to nie gestapowcy z nakazem aresztowania, i dowiedziawszy się o przyczynie tej rannej wizyty, dali bardzo duży kawał mydła. Potem jednak ta sama sąsiadka przyszła do matki koleżanki i serdecznie współczującym głosem powiedziała: „Żal mi pani, bo z tą pani córką to już jest całkiem źle. No, bo że po nocach nie sypia, to jest jasne, ma męża w obozie, więc myśli o nim, płacze, ale żeby wstawać o 3-4 rano i tak się myć, że aż budzić trzeba ludzi i pożyczać mydło, to z jej głową coś nie musi być w porządku”.

Inny wypadek, zgoła tragiczny, ale właśnie przez swój tragizm i skomplikowaną konspiracyjną sytuację zakrawający już na anegdotę, wydarzył się jednej z naszych najbardziej ofiarnych współpracowniczek, Irenie Schultz, dziennikarce, również pracownikowi Opieki Społecznej (obecnie pracuje w redakcji „Przyjaciółki”). A było to tak. Odebrała ona bezpośrednio z włazu malutką dziewczynkę, przy której była jedynie kartka z wiekiem dziecka. Dziecko było w stanie takiego wyniszczenia fizycznego, że trzeba je było oddać do Domu Boduena, bo żadna prywatna rodzina nie mogła zabezpieczyć odpowiednich warunków wyprowadzenia dziewczynki z katastrofalnego stanu zaniedbania.

Irena przygotowała, tzn. całkowicie sfałszowała, odpowiedni wywiad, jak to się zawsze w takich wypadkach robiło. Była obszerna opowieść o znalezieniu dziecka na klatce schodowej i o konieczności oddania do Zakładu. Zaniosła dziecko do komisariatu i pokazała swój wywiad. Dopilnowała umieszczenia małej w Domu Boduena. Tam cały personel stanął na nogi, aby uratować dziecko od śmierci. Lekarka, która włożyła najwięcej serca, wiedzy i pracy w ratowanie dziewczynki, postanowiła odszukać… wyrodną matkę. Po nitce do kłębka natrafiono na ślad Ireny. Zabrał ją „granatowy” policjant, grożąc oczywiście Niemcami. Nikt nie podejrzewał, że to jest dziecko żydowskie, bo mała była niebieskooką blondynką. Posądzono, że to jakaś matka-potwór lub dalsza rodzina doprowadziła dziecko do ostatecznego wyniszczenia. W komisariacie zarzucono Irenę miażdżącymi pytaniami. Dopiero po kilku godzinach udało się jej wyjść, ale tylko pod tym warunkiem, że dostarczy nowe dowody, czyje to jest dziecko. W przeciwnym razie zostanie zaaresztowana.

W późnych godzinach wieczornych dostałam od Ireny rozpaczliwą wiadomość o zaistniałym stanie rzeczy. Prawdy powiedzieć nie można było ani lekarce z Domu Boduena, a tym bardziej „granatowemu” policjantowi. I Irena, która bohatersko z włazów wyciągnęła niejedno dziecko w swej konspiracyjnej karierze, prawdopodobnie poszłaby siedzieć za znęcanie się nad małym dzieckiem, gdyby nie przypadek. Przed terminem wyznaczonym jej przez komisariat dla dostarczenia dodatkowych dowodów zgłosiła się do mnie jedna z naszych łączniczek z wiadomością, że w Domu Boduena jest grupa lekarzy i pielęgniarek, do których można mieć pełne zaufanie. Wiadomość ta była nie tylko cenna dla naszej akcji, ale przyniosła coś w rodzaju wybawienia dla naszej Ireny. Od razu poszły w ruch różne kontakty, przez które wytłumaczono dociekliwej i nadgorliwej w swej pracy zawodowej lekarce, aby przestała się interesować życiorysem dziewczynki. Oficjalnie zawiadomiono komisariat, że Zakładowi samemu udało się odszukać matkę i wobec tego proszą o zaprzestanie dalszego dochodzenia. Irena była zwolniona od zarzutu… znęcania się nad dzieckiem.

Niektóre dzieci po pewnym okresie czasu ze względu na ich własne bezpieczeństwo trzeba było odbierać rodzinom i umieszczać w zakładach opiekuńczych. W Wydziale Opieki Społecznej był Referat Opieki nad Dzieckiem, który zajmował się umieszczaniem dzieci polskich w zakładach. Kierownikiem tego działu był znany dziś pisarz katolicki, p. Jan Dobraczyński. Dzięki jego życzliwemu i serdecznemu podejściu do zagadnień ratowania dzieci żydowskich i dużej odwadze, za jego podpisem na oficjalnym druku, dzieci te były kierowane do różnych zakładów zakonnych jako polskie sieroty. Dla całkowitego zatarcia śladów fałszowano – tak jak przy umieszczaniu w rodzinach – wywiady. Dzieciom zmieniano imiona, nazwiska; życiorysy ich podawały jakieś wymyślone historie dramatyczne, które całkowicie zmieniały ich sytuację, zapewniając maksimum, jak na owe czasy, bezpieczeństwa. Nadzwyczaj ofiarną i bardzo aktywną była w tych sprawach p. Jadwiga Piotrowska – prawa ręka p. J. Dobraczyńskiego w Wydziale Opieki.

Wymienić tu trzeba z jak najlepszej strony takie zakony, jak Rodzina Marii, z jej matką naczelną, s. Getter, siostry służebniczki, prowadzące zakłady w Chotomowie (k. Warszawy) i w Turkowicach (za Lublinem). W tym ostatnim zakładzie była siostra (zdaje się – o ile mnie pamięć nie myli – Witolda), która miała z nami umowny znak w depeszy. Na ten znak przyjeżdżała do Warszawy i zabierała od nas dzieci, których nie można było już tu dłużej trzymać, bo przebywały w domach spalonych, tzn. takich, gdzie były bądź aresztowania, bądź kapusie przychodziły po okupy, a nie było już co dawać.

Dotyczyło to przeważnie chłopców o wyglądzie wybitnie semickim, którzy wyraźnie odbijali od otoczenia i dlatego byli narażeni na większe niebezpieczeństwo. Te właśnie dzieci zabierała do Turkowic s. Witolda, jadąc z nimi długim, koszmarnym wojennym szlakiem przez Lublin, Chełm aż do samej granicy. Dzieci tam umieszczone przeżyły wiele jeszcze tragicznych chwil w czasie końcowych walk w latach 1944 i 1945. Według jednak ich własnych opowiadań (dwaj z nich są obecnie znanymi publicystami, jeden – wybitnym chemikiem) siostry z Turkowic nigdy ich nie zawiodły, będąc dla nich zawsze dobrymi jak matki.

Nieco inna była procedura wyprowadzania z getta dorosłych. „Żegota” przekazała Żydowskiej Organizacji Bojowej (ŻOB) adresy mieszkań – nazwane przez nas „pogotowia rozdzielcze”, gdzie zgłaszały się osoby, które zdecydowały się lub zostały przez ŻOB przeznaczone do opuszczenia getta. Byli to przeważnie ludzie młodzi. W czasie, kiedy ci ludzie przebywali, przeważnie krótko, w „pogotowiu rozdzielczym”, nasze łączniczki załatwiały dla nich konieczne zapomogi, potrzebne kontakty z rodzinami, przyjaciółmi lub organizacjami politycznymi dla ustalenia ich dalszego losu. Wyrabiano im „aryjskie” dokumenty. W tym celu działała przy „Żegocie” specjalna komórka zajmująca się fabrykowaniem dokumentów, łącznie z kartą pracy, bez której przecież nie można było się poruszać po Warszawie. Tymi dokumentami posługiwali się ci, którzy decydowali się pójść do partyzantki lub wyjeżdżali na roboty do Niemiec. Natomiast tych, co pozostali w Warszawie, trzeba było zabezpieczyć w bardziej autentyczne dokumenty. Wyrabiano je przy pomocy urzędników Zarządu m. st. Warszawy, którzy współpracowali z nami. Jeden z tych urzędników, Leon Szeszko, chodził pod wskazane przez nas adresy i brał odciski palców, konieczne dla wyrobienia tzw. Kennkarte. Zapłacił za to swoim życiem. Niemcy go rozstrzelali.

Sprawą jednak najtrudniejszą było znalezienie lokum. Trzeba bowiem pamiętać, że w całym konglomeracie działań konspiracyjnych zagadnienie udzielania pomocy Żydom należało do najtrudniejszych i najbardziej niebezpiecznych. Na każdym kroku, we wszystkich miejscach publicznych, były rozwieszane w tysiącach egzemplarzy zarządzenia ostrzegające, że za przechowywanie Żydów grozi kara śmierci. Często też okupanci wymordowywali za to „przestępstwo” całe rodziny. Znaleźli się też renegaci, „szmalcownicy”, którzy usiłowali wzbogacić się na tym „interesie”. Niemniej znalazło się sporo szlachetnych i odważnych ludzi, spośród których tylko część wyżej wymieniłam. Wiele nazwisk i adresów zatarło się już w pamięci. Ja sama miałam pod swoją opieką 8-10 mieszkań, gdzie ukrywali się Żydzi, których z ramienia „Żegoty” zaopatrywałam w pomoc pieniężną. Był bowiem ustalony system, że każdy podopieczny był przydzielony do określonej łączniczki, której zadaniem było kontaktowanie i załatwianie jego różnych spraw.

Do akcji „urządzania” – jak się wówczas mówiło – udało się nam wciągnąć trochę nowych ludzi. Nieocenione usługi tej sprawie oddała cała rodzina dra Henryka Palestra, z niestrudzoną, zawsze pełną inicjatywy i operatywności jego żoną, p. Marią, i dwojgiem wówczas dzieci: 12-letnią, nadzwyczaj odważną Małgosią oraz 15-letnim, uroczym i bojowym Krzysiem, który później zginął w walce z hitlerowskimi oprawcami. Pewnego dnia p. Maria Palester sprowadziła do mnie dra Romana Bazechesa. Pochodził z Lwowa, miał szczególnie semicki wygląd. Po wojnie przez długie lata był dyrektorem sanatorium w Otwocku. Niedawno umarł. Był wtedy kompletnie załamany i Palestrowa uratowała go w chwili, kiedy usiłował popełnić samobójstwo. U siebie nie mogła go zatrzymać, gdyż jej mieszkanie było przeznaczone na punkt „pogotowia rozdzielczego”. Wprowadziłam go do jednego z naszych mieszkań w Świdrze.

Jak już wspomniałam, poza Warszawą mieliśmy również jedno mieszkanie w Otwocku i jedno w Świdrze. W tych mieszkaniach urządziliśmy niby pensjonaty dla cierpiących na gruźlicę, prowadzone przez starsze „ciocie”. Przeważnie służyły one dla tych, którzy szli do lasu. A propos Świdra, wydarzył się tam wypadek, który w pewnym sensie ilustruje ogromne trudności, w jakich działaliśmy, i który gwoli prawdy historycznej należy wspomnieć. Wynajęliśmy tam niedużą willę pod „pensjonat”. Oficjalnie ten „interes” prowadziła p. Zusman (obecnie mieszka w Izraelu). Była to starsza kobieta o wybitnie „aryjskim” wyglądzie, zaopatrzona w „autentyczne” dokumenty „aryjskie”. Pewnego wieczoru zjawili się szantażyści, oświadczając, że im wiadomo, że to melina żydowska, i żądali okupu. Oni już mieli swoje sposoby wyśledzenia ukrywających się Żydów. Rzeczywiście tego dnia przebywało tam 5 mężczyzn, a ja znalazłam się przypadkowo dla załatwienia pewnych spraw. Oczywiście mieliśmy tylne wyjście, przez które wszyscy uciekliśmy do pobliskiego lasu. Pani Zusman, która była bardzo odważna, przetrzymała ich przy drzwiach. Kiedy zorientowała się, że nas już nie ma, zdecydowała się przejść do kontrataku. Rozpoczęła z nimi kłótnię, jakim prawem szantażują samotną Polkę-chrześcijankę. Groziła, że jeśli się nie wyniosą, ona sama pójdzie z nimi na komisariat policji niemieckiej. Te „argumenty” zbiły ich z tropu. Tym razem odeszli bez niczego. Ale my musieliśmy zwinąć interes.

Na ogół staraliśmy się działać w oparciu o zasadę konspiracyjną polegającą na tym, że osoby angażowane w akcji ratowania Żydów, a szczególnie jeśli ich mieszkania służyły tym celom, nie powinny angażować się równocześnie w innych akcjach ruchu oporu. Rzecz jasna, że nie zawsze, a może nawet w większości wypadków, nie można było tego przestrzegać. Tak np. w mieszkaniu na Woli, przy ul. Ludwiki 1, ukrywali się inżynier żydowski, zajmujący się wyrabianiem granatów dla AL, wybitny działacz komunistyczny Jerzy Kołakowski, ojciec znanego filozofa, Leszka Kołakowskiego, którego Niemcy poszukiwali listem gończym, i dziecko żydowskie. Poza tym był tam magazyn amunicji AL i moje archiwum z „Żegoty” – zaszyfrowane kartoteki ukrywanych w klasztorach dzieci żydowskich. Dla zamaskowania tych wszystkich „nielegalności” pędzono tam bimber. Robiono to z myślą o ewentualnej wpadce, bo łatwiej było się wytłumaczyć z pędzenia bimbru. Oczywiście dzisiaj z perspektywy doświadczeń zdajemy sobie sprawę z naszej ówczesnej naiwności. Ale wtedy chyba działaliśmy na zasadzie „tonący i brzytwy się chwyta”. Otóż pewnego jesiennego popołudnia w tym mieszkaniu wydarzył się wypadek, który wydaje się wprost nieprawdopodobny. W sąsiedztwie tego domu była fabryka tekstylna, w której wybuchł pożar. Nie zdążyliśmy się nawet zastanowić, kiedy bramy zostały zamknięte, podwórko pełne niemieckich żandarmów. My byliśmy na poddaszu, na III piętrze, bez jakichkolwiek szans ucieczki lub obrony. Żandarmi plądrowali cały dom, trzaskali drzwiami sąsiadów i wydawało się, że już zbliżają się do naszych drzwi. Każda minuta wydawała się wiecznością. Do dziś nie rozumiem, jak to się stało, być może byli przekonani, że tam na strychu nikt nie mieszka. W każdym razie do nas nie doszli.

Młode kobiety najczęściej udawało się nam umieszczać w charakterze pomocy domowych lub wychowawczyń do dzieci. Uprzednio zaopatrywaliśmy je nie tylko w lewe, ale jednocześnie jak najbardziej prawe dokumenty. Uzbrajałyśmy je w wiedzę z dziedziny Dziesięciorga Przykazań, pacierza, wyposażałyśmy je w książeczki do nabożeństwa oraz medaliki.

I tu zdarzały się wypadki, które mimo tragizmu ówczesnej sytuacji wywoływały czasem uśmiech na twarzy. Jedną z naszych ówczesnych podopiecznych, „obkutą” nie tylko w zasady dobrego gotowania, ale i we wszelką dostępną wiedzę z Nowego Testamentu i wszelkich „grzechów głównych”, oraz z przykazaniami, aby często chodziła do kościoła, oddaliśmy – jak to się wówczas mówiło – na służbę do domu „granatowego” policjanta w Otwocku. Nabyte bowiem doświadczenia nauczyły nas, że tego rodzaju posady były najbezpieczniejszymi miejscami pracy. Nasza M. (dziś ceniony pracownik naukowy), blondynka, o typie „pełnej krwi aryjki”, była poza zasięgiem jakichkolwiek podejrzeń. Bardzo sumienna, dobrze wywiązywała się ze swych obowiązków kulinarnych. Po pewnym czasie przez znajomych zasięgnęliśmy jednak wiadomość od jej chlebodawczyni, w obawie, czy nie domyśla się czasem czegoś i czy naszej „gosposi” nie grozi nic złego. Odpowiedź otrzymaliśmy wręcz rewelacyjną: „Dobra jest ta nasza nowa dziewczyna, gotuje nieźle, nie kradnie, za chłopakami nie lata, ale ma jedną wadę: za dużo chodzi do kościoła”.

Pani policjantowej to się nie podobało, bo okazało się, że rodzina jej wywodziła się z sekty Świadków Jehowy i zapał jej służącej do modlitw akurat jej nie odpowiadał. I cóż? trzeba było jak najprędzej naszej „gosposi” odwrotną pocztą przekazać te uwagi z odpowiednimi radami na przyszłość.

Nadeszły dni powstania w getcie warszawskim. Zostałam wezwana przez prezesa „Żegoty”, Juliana Grobelnego – „Trojana”. Zastałam go w nastroju przygnębionym, ale jak zwykle, był opanowany. Nasze spotkanie odbyło się w piękny wiosenny dzień, w pełne słońca i ciepła święta Wielkanocy, rozbrzmiewającej biciem dzwonów na Zmartwychwstanie Pańskie, a jednocześnie spowite dymem ognia i hukiem dział dochodzących zza murów getta. Getto płonęło! „Ludzie getta chwycili za broń – powiedział „Trojan” – trzeba im pomóc. Dajcie mi kilka adresów, dokąd będziemy kierować tych, co wydostaną się włazami na stronę »aryjską«”. I odtąd dla naszej zakonspirowanej grupy pracowników Opieki Społecznej rozpoczęły się gorące dni.

Los chciał, że kilka miesięcy później Grobelny uratował mnie, w dość niezwykłych warunkach, od niechybnej śmierci. Było to 20 X 1943 r. Pamiętam dokładnie datę, gdyż był to dzień moich imienin. Moja matka już od dłuższego czasu była przykuta do łóżka z powodu ciężkiej choroby serca. Przyszły do nas w goście ciotka oraz bliska przyjaciółka, Janina Grabowska. Przypomniały sobie, że to właśnie dzisiaj moje imieniny, i zasiedziały się do późnego wieczora, tak że musiały nocować u nas. Mieszkanie było ciasne. Postawiłyśmy prowizoryczne legowisko. Z pierwszego głębokiego snu wyrwało nas gwałtowne pukanie w drzwi. „Otworzyć! Gestapo!”.

Na stole leżały zaszyfrowane adresy podopiecznych „Żegoty”, wypisane na wąskich paskach cienkiej bibułki. Trzymałam to zawsze pod ręką z wyliczeniem, że na wypadek rewizji zdążę to wrzucić w krzaki ogródka pod naszym oknem. Dom był jednak obstawiony ze wszystkich stron. Moja niezawodna Janina Grabowska, nie tracąc przytomności umysłu, schowała paczuszkę w bardzo nieprzyzwoite, ale za to pewne miejsce. W międzyczasie gestapowcy zaczęli wyważać drzwi. Otworzyłam, zapominając przy tym, że pod prowizorycznym posłaniem schowałam torbę z pokaźną sumą pieniędzy pobraną z kasy „Żegoty”, przeznaczoną na zapomogi dla ukrywanych Żydów.

Podczas rewizji, która trwała 3 godziny, w tym rozgardiaszu leżaki się zapadły, kryjąc pod sobą torbę z pieniędzmi. Nic nie znaleźli. Ale mnie aresztowano. W śledztwie zorientowałam się, że jedna z naszych „skrzynek” – tak nazwaliśmy nasze punkty spotkań – została zdekonspirowana. „Skrzynka” ta była w pralni. Właścicielka została aresztowana, nie wytrzymała tortur i wydała moje nazwisko. Osadzono mnie na Pawiaku.

W drugim dniu mojego pobytu w więzieniu przybyła do mojej celi ekipa sanitarna, w której rozpoznałam moją koleżankę szkolną, Jadwigę Jędrzejowską. Wyczytała moje nazwisko, oświadczając, że mam się stawić na badania lekarskie.

Nie orientując się w niczym, byłam przekonana, że taka jest procedura więzienna. Nazajutrz, kiedy wprowadzono mnie do gabinetu dentystycznego i usiadłam na fotelu, wszystko się wyjaśniło. Nade mną stała dr Anna Sipowicz. Grzebiąc w moich zębach, zdołała mi powiedzieć, że włożyła mi bibułkę, na której mam napisać, o co mnie oskarżają. Gryps przekazać przez Jadwigę Jędrzejowską. Dość szybko otrzymałam tą samą drogą odpowiedź, że robi się wszystko, aby mnie wyrwać z tego piekła.

To był okres masowych egzekucji na Pawiaku. Codziennie nad ranem otwierały się cele więzienia, wywoływano z nich ludzi, którzy nigdy już nie wracali. Pewnego dnia usłyszałam wśród wywoływanych również moje nazwisko. Wieziono nas na Al. Szucha. Zdawałam sobie sprawę z tego, że to moja ostatnia droga. I tu zdarzyła się rzecz wprost nie do wiary. Niespodziewanie zjawił się gestapowiec, który miał rozkaz odprowadzić mnie na „dodatkowe śledztwo”. Wyprowadził mnie z Gestapo w kierunku gmachów Sejmu. Na rogu obecnej ul. Wyzwolenia powiedział mi po polsku: „Jesteś wolna, zmykaj czym prędzej”. Byłam oszołomiona ze wzruszenia, nie mogłam się ruszyć z miejsca. Zażądałam od niego moich dokumentów. W odpowiedzi uderzył mnie, zalałam się krwią.

Dowlokłam się kilka metrów, dalej w tym stanie nie mogłam pójść. Wstąpiłam do pobliskiej drogerii. Właścicielka wprowadziła mnie do tylnego pokoju, gdzie się umyłam, dała mi parę groszy na bilet tramwajowy, pojechałam do domu. Byłam na tyle naiwna, że nocowałam w domu, w tym samym mieszkaniu, skąd Gestapo mnie zabrało. Tej samej nocy na murach Warszawy rozlepiono obwieszczenie, że za zdradę Trzeciej Rzeszy zostali skazani na śmierć przez rozstrzelanie… Wśród rozstrzelanych znalazło się również moje nazwisko. Dowiedziałam się o tym dopiero nazajutrz rano, kiedy przyszła do mnie Janina Grabowska. Ona dopiero wyjawiła mi tajemnicę mojego „zwolnienia”. Okazało się, że za pośrednictwem malarza udało się Grobelnemu, za dość wysoką sumę, przekupić tego gestapowca, który wyprowadził mnie dosłownie spod szubienicy na to „dodatkowe śledztwo”.

W moim mieszkaniu dłużej nie mogłam zostać. Na ulicy też nie mogłam się pokazać, nie miałam nowych dokumentów, pozostało jedyne wyjście – szukać szczęścia u sąsiadek. Jedna z nich – mąż był w obozie hitlerowskim – zgodziła się, bym tymczasowo została u niej. Z powodu ciężkiego stanu zdrowia mojej matki, którą czasowo opiekowała się krewna, pragnęłam nawet pozostać tam dłużej, gdyż dawało to możliwość odwiedzenia jej codziennie, bodaj na chwilę. Po kilku dniach Gestapo jednak zorientowało się w błędzie. Wieczorem, już po godzinie policyjnej, usłyszałyśmy złowrogi tupot butów. Zamarłyśmy ze strachu. Kogo szukają? Zatrzymali się na I piętrze. Weszli do mojego mieszkania. Myśl biegnie szybko, dręczą pytania: Czy matka wytrzyma przy jej stanie zdrowia? Czy krewna nie załamie się i nie zdradzi? Czy za chwilę nie zapukają do drzwi o piętro wyżej?

Nie wiem, jak długo to trwało – minuty wydawały się wiecznością – aż usłyszałyśmy, że tupot butów oddala się. Kiedy się uspokoiło, krewna przyniosła mi kartkę od matki: „Znowu szukali ciebie, nie wolno ci nawet wstąpić, ażeby pożegnać się ze mną. Uciekaj czym prędzej”. Krótko po tej „wizycie” matka zmarła, a ja nie mogłam nawet być na pogrzebie. Mój mąż był w obozie koncentracyjnym. Pozostałam sama i z całą energią oddałam się działalności Rady Pomocy Żydom.

Pamiętam, jak w lipcu 1944 r., tuż przed wybuchem powstania warszawskiego, zawiadomiono mnie, że w lasach garwolińskich znajduje się grupa Żydów, zupełnie bez środków do życia, pozbawiona jakichkolwiek możliwości kontaktowania się z okoliczną ludnością przez straszne miejscowe represje i stąd wynikłe trudności. To rozpaczliwe S.O.S. przywiózł mi towarzysz, któremu udało się uciec z Treblinki i który po wojnie napisał o tym relację. Przedstawiłam sprawę całemu prezydium RPŻ, bo „Trojana” już wówczas nie było; otrzymałam ekstra pieniądze dla tych ludzi. Trudność polegała na dostarczeniu ich, zważywszy na niebezpieczną sytuację powstałą w okolicach Garwolina. Wiem jednak, że towarzysz z Treblinki (nazwiska nie mogę sobie przypomnieć) przekazał te pieniądze, bo na drugi dzień przed powstaniem dał mi o tym znać, prosząc o zawiadomienie RPŻ.

Irena Sendlerowa „Jolanta”

______________________________________

Powyższy tekst przedrukowujemy za książką „Ten jest z ojczyzny mojej. Polacy z pomocą Żydom 1939-1945”, wydanie II rozszerzone, oprac. Władysław Bartoszewski i Zofia Lewinówna, Wydawnictwo „Znak”, Kraków 1969. Tekst bazuje na dwóch wcześniejszych wypowiedziach (relacja I. Sendlerowej w artykule Józefa Goldkorna „…Kto ratuje jedno życie…”, „Prawo i Życie” 1967, nr 9 oraz wspomnienia I. Sendlerowej pt. „Ci, którzy pomagali Żydom” w „Biuletynie Żydowskiego Instytutu Historycznego” 1963, nr 45/46), stąd pewne powtórzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *