Dawid Klin

Za waszą wolność i naszą

[1966]

Wspomnienie z lat okupacji poświęcone pamięci Stefana Sawickiego

Spotkanie było umówione na godzinę 6 wieczór, a miejsce było niedaleko naszego zakonspirowanego mieszkania przy ul. Żelaznej 43 A.

Otrzymałem wiadomość, że w małej pralni przy ul. Srebrnej (numeru nie pamiętam) odbędzie się moje pierwsze spotkanie ze „Stefanem”. Według umówionego hasła, mam się zapytać starszej pani przy ladzie: „Czy moje trzy koszule niebieskie są już gotowe?”.

O Stefanie wiedziałem tylko tyle, że jest bardzo młody, ma około 20 lat, ma niebieskie oczy, blond włosy, średniej wysokości, jest oddany Sprawie, zasługuje na zaufanie, no i że należy do Organizacji Młodzieży TUR.

Na pół godziny przed terminem spotkania, udałem się pod wskazany mi adres, wyszukałem tam mały sklepik, w którym przyjmowano bieliznę do prania, obejrzałem tę starszą panią, do której miałem się później zwrócić i szybko przeszedłem na drugą stronę ulicy, żeby obserwować z vis à vis, czy nie ma tam czegoś nie bardzo wyraźnego. Ruch w pralni był bardzo mały i można było z przeciwka dokładnie zobaczyć, co się w tym sklepiku dzieje. Stwierdziłem, że w sklepiku i naokoło jest „czysto”.

Minuty upływały i naraz zauważyłem, że przed pralnią kręci się młody człowiek, mniej więcej podobny do określonego mi Stefana. Obserwując go z przeciwka, zauważyłem, że i on się rozgląda, jakby „badał” teren.

Była już 6 wieczór i wszedłem do sklepiku. Gdy wymieniłem umówione hasło, starsza pani wzrokiem wskazała mi tegoż właśnie młodego człowieka, który już stał blisko lady po mojej prawej stronie.

Milcząco podaliśmy sobie ręce, spojrzeliśmy sobie w oczy. Intuicyjnie wyczułem, że Stefan zasługuje na zaufanie. Opuściwszy sklepik, szliśmy razem, jak starzy dobrzy znajomi.

Miałem mu przedstawić, na czym polegać będzie jego pomoc w naszym najbliższym zadaniu. Do mojego zakonspirowanego mieszkania nie mogłem go zaprowadzić, gdyż nie chciałem, żeby właściciel tego mieszkania znał go. Mieszkanie to znajdowało się na pierwszym piętrze w domu przy ul. Żelaznej i należało do Franciszka Szczerbińskiego. Zajmowaliśmy tam w czterech z podziemnego ruchu Bundu mały pokoiczek w korytarzu, łączącym jadalnię z kuchnią, tak zwaną służbówką. To było miejsce spotkań różnych działaczy podziemnego ruchu żydowskiego, zakonspirowanych po stronie aryjskiej. Ale mieszkanie to już było niepewne i trzeba było je natychmiast opuścić. Już od pewnego czasu szukaliśmy poprzez nasze kontakty odpowiedniego mieszkania, nie pokoju, lecz całego mieszkania, które miało być zamienione na punkt organizacyjny wraz z całkowitym urządzeniem, jak odbiornik radiowy, maszyna do pisania, powielacz, oraz służyć za punkt kontaktowy dla naszych łączników i kurierów.

Nie była to łatwa sprawa.

Część ulicy Chłodnej, która poprzednio należała do getta, została wyłączona i przydzielona do aryjskiej strony. Zdołaliśmy ustalić, że mieszkania w tych domach zostały przydzielone niektórym pracownikom gazowni miejskiej. Zajmowałem się wyszukaniem jakiegoś kontaktu z którymś z pracowników gazowni. Chciałem spróbować szczęścia.

Przypadkowo spotkałem na ulicy Chłodnej swego znajomego, Ignacego Wajmana, który przebywał na fałszywych papierach po aryjskiej stronie. Jego „dobry” wygląd i doskonała znajomość języka polskiego dodawały mu dużo odwagi. On to mi właśnie mówił, że jego znajomy, pracownik gazowni, Stanisław Choromański, dostał przydział mieszkania przy ul. Chłodnej nr 17. Trzypokojowe mieszkanie w poprzecznej oficynie, na trzecim piętrze, o dwóch wejściach, z możliwością przedostania się na sąsiedni dach – było wymarzone dla naszej roboty, mimo że znajdowało się blisko komisariatu niemieckiej policji, na rogu Chłodnej i Żelaznej, znanego ze swego okrucieństwa.

Skontaktowania mnie z Choromańskim podjął się Wajman.

Spotkanie było umówione na dzień następny w kawiarni „Frascati” przy ul. Chłodnej nr 20, naprzeciwko domu nr 17. Rola Wajmana polegała tylko na tym, aby nas zapoznać, następnie opuścił kawiarnię. Pozostałem sam z Choromańskim i przystąpiłem do działania. Przedstawić mu sprawę w prawdziwym świetle było bardzo ryzykowne. Przecież wcale Choromańskiego nie znałem i nic o nim nie wiedziałem.

Przy wódeczce opowiadałem mu, że byłem urzędnikiem bankowym, że zostałem wysiedlony z Poznania i że jestem bez rodziny, i oczywiście bez pracy i pieniędzy. Mam dwóch znajomych Żydów, którym chcę pomóc i gdzieś ich ulokować. Oczywiście oni chcą dobrze zapłacić za wszystko, przy nich i ja bym mógł się utrzymać. Żydzi ci mają dobry wygląd i dobre papiery. Zresztą wcale nie będą opuszczać mieszkania, ja będę za wszystko odpowiedzialny. Chcę, żeby Choromański mnie zameldował jako swego kuzyna i będę z nimi razem mieszkał. On nie musi nawet do tego mieszkania sprowadzać się. Niech tylko od czasu do czasu przyjdzie, co zapobiegnie podejrzeniom ze strony dozorcy i sąsiadów. Dostanie poważne odstępne i miesięczne komorne, które na pewno poprawi jego stan finansowy, bo cóż to może w dzisiejszych czasach zarobić urzędnik polski u okupanta? Starałem się naprowadzić rozmowę właśnie na temat prześladowań Polaków i Żydów, na obecną sytuację. Z tych rozmówek wywnioskowałem, że Choromański to porządny człowiek, dobry patriota.

Ale niebezpieczeństwo i strach przecież też odgrywają swoją rolę. W grę wchodzi własna głowa.

Zauważyłem, że pomimo wahań Choromańskiego plan mój „chwycił”. Długo jednak się zastanawiał i powiedział mi, że chce się porozumieć z żoną i uzyskać jej zgodę. Dzieci nie mają i jak dotychczas, mieszkają przy teściach na Czerniakowie, możliwe więc, że żona zgodzi się. Spotkamy się za trzy dni w tym samym miejscu i wówczas da mi odpowiedź.

Choć grunt pod nami się palił i dłużej pozostawać w mieszkaniu na Żelaznej, u Szczerbińskiego, było bardzo niebezpiecznie, nie było na to na razie rady. Było trochę nadziei na przyszłość. Ale trzeba było dokładniej dowiedzieć się cośkolwiek o samym Choromańskim.

Postanowiłem przeprowadzić wywiad.

Wiedziałem już, w którym dziale gazowni Choromański pracuje. Udałem się do sąsiedniego działu i zapytałem napotkanego tam urzędnika, starszego człowieka, czy zna pana Stanisława Choromańskiego. Powiedział mi, że tak, pracuje w sąsiednim pokoju. Wówczas zwierzyłem mu się, że pragnę cośkolwiek więcej dowiedzieć się o Choromańskim, gdyż on chce pożyczyć ode mnie pewną sumę pieniędzy, muszę więc zasięgnąć opinii o nim. Żeby zrobić staruszka gadatliwszym, wsunąłem mu do ręki „górala” (banknot 500 zł) na cukierki dla wnuków. Powiedział mi wówczas, że Choromański już dawno pracuje w gazowni, jest uczciwym człowiekiem, nie pije, nie hultaj, jest żonaty, dzieci nie ma. Teraz dostał przydział mieszkania i na pewno potrzebuje pożyczki na urządzenie się. Jest bratankiem biskupa Choromańskiego, sekretarza Episkopatu.

Trzeba przyznać, że ten ostatni argument uspokoił mnie i postanowiłem za wszelką cenę i wszystko zrobić, aby uzyskać to mieszkanie.

Z niecierpliwością czekałem na nasze następne spotkanie.

Spotkaliśmy się w umówionym terminie i miejscu. Ku mojej radości powiedział mi, że żona jego zgadza się na moją propozycję. Staje na tym, że oni na razie nie zajmą tego mieszkania, pozostaną przy rodzicach, ale będą co pewien czas razem do tego mieszkania przychodzili. Mnie zameldują jako członka rodziny, a kto poza mną przebywa w tym mieszkaniu, mogą nawet nie wiedzieć. Ja przyjmuję na siebie całkowitą odpowiedzialność.

Oblaliśmy skromnie tę zgodę. Wypłaciłem dość poważną sumę odstępnego i udaliśmy się naprzeciwko do nowego mieszkania. Było puste, ale świeżo wymalowane. Udaliśmy się do dozorcy, podałem swoje papiery do zameldowania, przyrzekając przynieść wymeldunek z poprzedniego miejsca zamieszkania, zostawiłem skromny napiwek. Żeby nie wzbudzić jakichkolwiek podejrzeń, z Choromańskim mówiliśmy sobie na „ty”.

Dostałem klucze. Należało teraz przeprowadzić tych kilka osób z ul. Żelaznej na ul. Chłodną. Miał mi w tym pomóc Stefan.

Były trzy zadania do spełnienia.

Po pierwsze trzeba było przeprowadzić cztery osoby o wybitnie semickim wyglądzie, poprzez okolicę blisko murów getta, gdzie było pełno „szmalcowników” i gdzie kręcili się Ukraińcy z wachy gettowej, na miejsce również niebezpieczne, bo blisko komisariatu niemieckiego na Żelaznej.

Po drugie, przy wyjściu z mieszkania Szczerbińskiego trzeba było zatrzeć za sobą wszelki ślad.

Po trzecie, trzeba było wprowadzić tych ludzi do nowego pomieszczenia niepostrzeżenie, aby nikt nie zwrócił uwagi, ani dozorca, ani sąsiedzi.

Wszystko musiało się odbyć w ciągu kilku godzin poobiednich i wieczornych przed godziną policyjną.

Przeprowadzki miał dokonać Stefan, ja miałem się zostać w mieszkaniu na Żelaznej, żeby dopilnować, aby przy opuszczaniu go przez naszą grupę nie opuszczał go również w tym czasie za wychodzącymi nikt z rodziny właściciela. Po kilku godzinach kluczenia po ulicach i uliczkach, wstępowania po drodze do kilku bram, udało się Stefanowi wszystko przeprowadzić szczęśliwie, i jeszcze tej samej nocy spaliśmy w nowym mieszkaniu, co prawda na gołej podłodze, niczym nie przykryci i głodni, bo z wrażenia nie zabraliśmy nic do jedzenia, a na kupno było już za późno.

Ale jakoś czuliśmy się bezpiecznie, jeśli można w ogóle mówić w ówczesnym okresie o jakimkolwiek bezpieczeństwie.

Nie mieliśmy nic do stracenia.

Nazajutrz zawiadomiliśmy kierownictwo Ruchu o tej zmianie, natychmiast przerwaliśmy wszelkie kontakty z ulicą Żelazną, zawiadomiliśmy naszych łączników i kurierów o nowym punkcie, przy zastosowaniu wszelkich zasad konspiracji.

Rozpoczęło się urządzanie punktu organizacyjnego nielegalnej pracy Kierownictwa Bundu i Żydowskiej Organizacji Bojowej. Sprowadziliśmy aparat radiowy z włączonymi słuchawkami, maszynę do pisania, powielacz oraz trochę broni i amunicji, na wszelki wypadek. Jako łączników z nami wybraliśmy tylko specjalnych kurierów. Podczas dnia nikt drzwi nie otwierał, a dla wtajemniczonych była urządzona specjalna sygnalizacja. Był normalny dzwonek elektryczny jak przy każdych drzwiach. Na odgłos tego dzwonka nikt drzwi nie otwierał. Poza tym była na drzwiach przybita wizytówka Choromańskiego, dwoma małymi gwoździkami. Przy połączeniu drucikiem główek tych dwóch gwoździ, zapalała się czerwona lampka w pokoiku, gdzie stale przebywaliśmy. Wówczas znaczyło to, że przyszedł ktoś z naszych. Reszta mieszkania była urządzona normalnie, oczywiście po pewnym czasie, gdyż stopniowo i niespostrzeżenie zakupywaliśmy wszystko, co było potrzebne. W dniach, kiedy przychodził ktoś z elektrowni lub gazowni dla odczytania liczników, ja albo Choromański byliśmy w domu i otwieraliśmy drzwi. Choromański został powoli wciągnięty w naszą działalność. Wykazał dużo odwagi.

Od tego czasu już byłem w stałym kontakcie ze Stefanem. Nazywał się Sawicki. Współpracował ściśle z Żydowską Organizacją Bojową zarówno w getcie, jak i po aryjskiej stronie. Wykonywał często poważne zadania, jak przewóz broni, niesienie pomocy ukrywającym się Żydom, uciekinierom z getta. Z narażeniem własnego bezpieczeństwa jeździł po prowincji do tamtejszych zakonspirowanych działaczy.

Stefan Sawicki był, jak to można by określić, „czystej czerwonej krwi”. W domu swych rodziców poczuł, co to znaczy życie robotnika, walczącego codziennie o kawałek chleba. Cała jego rodzina, szczególnie dwie ciotki, u których się wychowywał wraz ze swą młodszą siostrą, Haliną, była socjalistyczna. Obie te kobiety były czynne w ruchu podziemnym i prawie wyłącznie na odcinku żydowskim.

Stefan Sawicki należał przed wojną do młodzieży socjalistycznej TUR i tam otrzymał wychowanie socjalistyczne.

Anna Wąchalska, jego ciotka, wdowa po kolejarzu, zesłańcu na Sybir, mieszkała na Woli, przy ul. Krzyżanowskiego 44. Razem z nią mieszkała jej siostra, Marysia Sawicka, działaczka socjalistyczna i sportowa. Ich mieszkanie było punktem spotkań specjalnych kurierów i łączników Żydowskiej Organizacji Bojowej i Bundu w getcie i grupy działającej po stronie aryjskiej. Nie liczyły się z niebezpieczeństwem, które im groziło, gdziekolwiek trzeba się było udać, coś zanieść, kogokolwiek ostrzec, zawiadomić lub podać zaszyfrowaną wiadomość lub pismo, albo ulotki. Wszystkie te zadania wykonywały te dwie kobiety. Gdy trzeba było urządzić kilku działaczy ŻOB lub Bundu po aryjskiej stronie, one właśnie wyszukiwały mieszkania, wynajmowały je na swoje nazwiska i urządzały je nie tylko jako miejsce ukrywania tych działaczy, ale również jako punkty działalności konspiracyjnej i kontaktu z polskim socjalistycznym ruchem podziemnym. Niesienie pomocy materialnej ukrywającym się Żydom było ich codziennym, normalnym zajęciem.

O samej działalności tych dwóch kobiet, Anny Wąchalskiej i Marysi Sawickiej, podczas krwawych dni hitlerowskiej okupacji, tylko na odcinku podziemnego ruchu żydowskiego i niesienia pomocy ukrywającym się Żydom, można by napisać całą książkę.

Obie te kobiety zostały po wojnie odznaczone przez rząd Izraela.

Do pracy tej został wciągnięty młody, poniżej 20 lat Stefan Sawicki, oraz jego młodsza siostra, Halina.

Anna, Marysia, Stefan i Halina współpracowali ściśle z naszym punktem przy Chłodnej nr 17.

Mieliśmy stałe kontakty z Żydowską Organizacją Bojową w getcie i wiedzieliśmy, jakie tam poczyniono przygotowania do oporu. Nasze starania szły w kierunku uzyskania broni, amunicji i materiałów wybuchowych dla szykującej się do walk młodzieży żydowskiej wszystkich kierunków politycznych.

Nie mogliśmy się, niestety, pochwalić wielkimi sukcesami.

19 kwietnia 1943 roku wybuchło Powstanie w Getcie Warszawskim.

Ze ściśniętym sercem, ze łzami w oczach, ale z dumą przyglądaliśmy się z tej strony murów, jak garstka ludzi, skazanych na zagładę, bierze cenę za własne życie, jak broni honoru narodu i przeciwstawia się największej w historii ludzkości maszynie mordu. Widzieliśmy również, jak Niemcy zalewają morzem żelaza i ognia domy getta. To była walka, w której dla jednej strony było tylko jedno wyjście – śmierć z bronią w ręku, śmierć bohaterska.

Terror po aryjskiej stronie w stosunku do ludności polskiej wzmógł się, szczególnie w związku z próbami niesienia pomocy Żydom. Codziennie ukazywały się nowe zarządzenia okupanta, grożące śmiercią tym, którzy w jakikolwiek sposób tej pomocy udzielą.

Nie brakowało, niestety, takich, którzy z niskich pobudek służyli okupantowi, ale byli również i tacy, którzy pomimo gróźb pomocy tej udzielali, płacąc nieraz cenę własnego życia.

Pewnego dnia otrzymaliśmy wiadomość, że jest w przygotowaniu ucieczka grupy bojowników z wygasającego powstania.

Plan wypracowany przez dowództwo Żydowskiej Organizacji Bojowej, działającej po stronie aryjskiej, był następujący: grupę kilkunastu ludzi przeprowadzi się z getta na aryjską stronę odgałęzieniem kanału, dotychczas nie odkrytego przez Niemców. Grupa ta po wyjściu z kanałów po aryjskiej stronie, opanuje dom w pobliżu włazu kanału i będzie następnie wywieziona do lasu. Naszym zadaniem było przygotować transport. Podczas przewożenia ich przez ulice Warszawy chłopcy mieli mieć na sobie opaski, jak normalnie Żydzi musieli nosić, i stworzone miały być pozory, że wiezie się ich do roboty na „placówkę”, pod eskortą „gestapowca”.

Przygotowaniem transportu zajmował się bundowiec Frydrych, „Zygmunt” (zginął później), wyprowadzeniem kanałami tej grupy miał się zająć działacz Żydowskiej Organizacji Bojowej „Kazik” (żyje w Izraelu), rolę eskorty-gestapowca miał odegrać Stefan Sawicki.

Wszystko odbyło się według planu. Grupa bojowników przedostała się z tak zwanego dużego getta do opustoszałego już wówczas małego getta, poprzez bunkry i podkopy. Przeczekawszy noc w kanałach wyszli nad ranem z włazu po stronie aryjskiej. Było to w trójkącie ulic Grzybowskiej, Twardej i Śliskiej. Tam wdarli się do najbliższego, z góry upatrzonego domu i opanowali go, sterroryzowawszy uprzednio dozorcę. Natychmiast podjechała ciężarówka, zabrała grupę i rozpoczęła się „podróż” po Warszawie. Miejsce przy klapie ciężarówki zajął Stefan w mundurze esesmana. Stefan otrzymał ode mnie rewolwer z amunicją i płaszcz na drogę powrotną, już jako „cywil”.

Grupę tę udało się wywieźć do lasów wyszkowskich, przyłączając ją do innej, poprzednio już tam przywiezionej poprzez Łomianki.

Czekałem tego dnia silnie zdenerwowany na wiadomość o przebiegu akcji. To była nie lada sprawa, przewieźć w tym czasie grupę Żydów poprzez naszpikowaną patrolami żandarmerii i szpiclami Warszawę.

Ponieważ umówiłem się ze Stefanem, że po akcji przyjdzie do mnie i już zostanie u nas na noc, starałem się uspokoić tym, że przyjdzie później. Gdy jednak zbliżała się godzina policyjna i Stefana nie było, ogarnął nas straszny niepokój. Już tej nocy nikt z nas nie położył się spać. Musiało się coś stać, gdyż Stefanowi nie zdarzyło się nigdy, żeby nie przyszedł na czas.

Postanowiłem rano udać się do Anny Wąchalskiej, na ul. Krzyżanowskiego, gdzie mieszkał Stefan, aby się czegokolwiek dowiedzieć. W bramie spotkałem Annę, która właśnie podążała do nas. Płacząc opowiadała mi, co się stało. Wyprawa udała się, lecz Stefan został na Woli zatrzymany przez patrol żandarmerii i przy rewizji osobistej znaleziono u niego, otrzymany ode mnie rewolwer. Został sprowadzony do mieszkania, już bardzo pokrwawiony i pobity. W mieszkaniu odbyła się rewizja, rozbebeszono wszystko, domownicy zostali pobici.

Anna przyszła nas ostrzec, gdyż miała obawy, że Stefan nie wytrzyma wyrafinowanych tortur gestapowskich. Poza tym ma słabe serce i Bóg wie, co się może z nim stać. Trzeba natychmiast wszystkich ostrzec i punkt Chłodna 17 musi być natychmiast przeniesiony lub zlikwidowany.

Łatwo powiedzieć: „przenieść lub zlikwidować”.

Dokąd przenieść radio, maszynę do pisania, powielacz i broń, a co zrobić z ludźmi, gdzie ich urządzić? Samo ich ukazanie się na ulicy jest dla nich groźbą śmierci. Szczęście, że nie zabrano nikogo z rodziny Stefana.

Anna natychmiast pobiegła do następnych punktów i kontaktów, żeby dać wiadomość o nieszczęściu i ostrzec, aby nikt nie przychodził ani do niej, ani do nas. Po dłuższych naradach, i nie mając innego wyjścia, postanowiliśmy zostać w mieszkaniu. Nie ma dokąd iść, tutaj w razie najścia będziemy się bronili, zginiemy z bronią w ręku.

Muszę podkreślić, że nie wierzyłem w załamanie Stefana, intuicyjnie wyczuwałem, że nie będzie mówił, nikogo nie wyda. Znałem jego zawziętość, byłem przekonany, że raczej wybierze śmierć, niż zdradę.

Gdy pierwszych kilka dni i nocy przeszło spokojnie, nasz optymizm wzrósł. Staraliśmy się dowiedzieć, gdzie się znajduje Stefan. Poprzez różne kontakty dowiedzieliśmy się, że znajduje się jeszcze w lochach gestapo na Al. Szucha.

Według otrzymanych wiadomości Stefan zeznał, że ktoś go wynajął do przeprowadzenia kilku Żydów na prowincję i na drogę dał mu rewolwer. Tę sumę, którą u niego znaleziono, 10 000 złotych otrzymał za tę robotę. Kto jest ten, który go wynajął, nie wie i nie zna go, a okolicy, do której Żydów zawiózł, również nie zna. Dziwne było, dlaczego Stefan się przyznał do wywiezienia Żydów. Przecież nawet po znalezieniu u niego broni i pieniędzy Niemcy mogli wcale nie wiedzieć o całej akcji? A sam przypadek aresztowania go na Woli, dokąd wracał tym wynajętym samochodem i niedaleko miejsca, gdzie z ciężarówki wysiadł, dał nam dużo do myślenia.

Trzymali Stefana cały czas na Al. Szucha i tam co noc był katowany, ale nic więcej nie powiedział. Gestapowcy przyrzekali mu złote góry, następnie grozili, że zniszczą całą jego rodzinę, a jego zmiażdżą. Stefan milczał. Przechodził wszystkie znane stopnie tortury, stosowane przez gestapowców, tych z działu żydowskiego z Brandtem na czele. Ale Stefan nic i nikogo nie wydał.

Po ciężkich, makabrycznych czterech tygodniach otrzymaliśmy tragiczną wiadomość: Stefan nie żyje.

Zdołaliśmy się dowiedzieć, co następuje: Stefan tortur już nie mógł wytrzymać, więc powiedział, że jeśli Niemcy go zawiozą na tę szosę, którą jechał, to może sobie przypomni, w którym kierunku Żydzi poszli. Niemcy się zgodzili, ale uprzedzili go, że przy najmniejszej próbie ucieczki – zginie.

Na to właśnie liczył Stefan.

Wyjechał z Niemcami we wskazanym przez siebie, mylnym kierunku i gdy wysiedli z samochodu, zaczął się rozglądać, niby, że chce sobie przypomnieć miejsce i pokazać im drogę, którędy poszli Żydzi. Zbliżając się do rowu, zaczął uciekać – wówczas gestapowcy obsypali go gradem kul.

Tak zginął Stefan Sawicki.

Stefan wiedział dużo. Gdyby się załamał i wydał nazwiska, byłoby wśród nas dużo ofiar. Znał prawie wszystkich działaczy Żydowskiej Organizacji Bojowej i niektórych działaczy Bundu. Znał kilka „melin” i punktów konspiracyjnych po aryjskiej stronie, znał kilka punktów na prowincji – wszystko to padłoby ofiarą.

Jednak Stefan wybrał śmierć, wolał sam zginąć. Oddać swoje młode, bezradosne, ale bohaterskie życie w walce z krwawym okupantem, aby nieść pomoc najbardziej prześladowanym i skazanym na zagładę Żydom.

Stefan był uosobieniem młodego, porywczego bohaterstwa. Jego śmierć daje się ująć pieśnią, która zawiera zwrot: „Krew naszą długo leją katy”.

Pieśń tę słyszał w swych dziecinnych i młodzieńczych latach w domu rodziców.

Oddał swoje młode życie ZA WASZĄ WOLNOŚĆ I NASZĄ.

Dawid Klin

___________________________________

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Lewy Nurt”, zeszyt 1, lato 1966, wydanym przez Centralny Komitet Polskiej Partii Socjalistycznej w Londynie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *