Jerzy Staniecki

Kwestia mieszkaniowa w Anglii i próby jej rozwiązania

[1924]

Wielka Brytania, jak i kraje kontynentu, cierpi z powodu braku mieszkań dla szerokich mas ludności miejskiej, która, jak wiadomo, stanowi 80% całej ludności. Brak mieszkań, jeżeli porównać go z kryzysem mieszkaniowym innych krajów europejskich, a szczególnie Polski, nie jest tak wielką i groźną klęską społeczną. Groźnym może się stać zjawiskiem jednak już w najbliższej przyszłości, w miarę rozrostu ludności i podniesienia się poziomu bytu mas robotniczych, które przecież jest celem i dążeniem wzmagającego się i potężniejącego z dnia na dzień zorganizowanego ruchu robotniczego. Obecnie dotkliwie jest odczuwany brak tanich mieszkań, które jednak odpowiadałyby rosnącym wymaganiom zdrowotnym robotników angielskich.

System mieszkaniowy angielski jest całkiem oryginalny i zupełnie odmienny od tego, do którego myśmy się przyzwyczaili. Anglicy mieszkają w niewielkich domach, i każda rodzina, mieszczańska czy robotnicza, zamożna czy uboga, dąży do tego, aby mieć domek wyłącznie dla siebie. Miasta na wyspie brytyjskiej to las małych, kilkupokojowych domków, z których każdy lepszy ma niewielki kawałek ziemi lub ogródek, nawet w takim Londynie. Większe domy budowane są pod hotele, wielkie składy, banki, domy handlowe i czasami w większych miastach na mieszkania prywatne, bardzo jednak niechętnie wynajmowane przez Anglików czystej krwi. Następnie trzeba wziąć pod uwagę, że grunta, na których zbudowane są miasta, należą przeważnie do wielkich rodów arystokratycznych i są jedynie dzierżawione na pewien przeciąg czasu przez tych, którzy chcą wznieść na nich budowle. Olbrzymia przestrzeń, na której rozłożył się Londyn, należy np. w większej swej części do kilku magnatów, jak książę Bedfordu i inni. Termin dzierżawy najczęściej określany jest na 99 lat; po tym terminie właściciel gruntu staje się właścicielem domu, który zbudował dzierżawca. Łatwo sobie wyobrazić, w jakim stopniu taki system podraża komorne, względnie wartość domu.

Właśnie wysokość komornego i, jak już powiedziałem, brak tanich mieszkań – to główne przyczyny kryzysu mieszkaniowego w Anglii. W dzielnicach robotniczych nie ma mieszkań wolnych, a i te, które są, przestały odpowiadać normalnym wymaganiom higieny.

Zagadnienie mieszkaniowe nie jest nowe i nie jest spowodowane wyłącznie wojną i trudnościami gospodarczymi powojennymi. Brak mieszkań, dodam raz jeszcze, tanich mieszkań, dawał się już odczuwać dawniej, brak bezwzględny, spowodowany zbyt małą ilością mieszkań. Przeludnienie mieszkań robotniczych jest zjawiskiem powszechnym. Wojna, która wstrzymała budowę, i tak bardzo mało intensywną, nowych domów dla proletariatu, zaostrzyła tylko istniejący od dawna kryzys. Ludność wzrasta, potrzeby rosną. Dążąc do uzdrowienia miast, należy znieść cały szereg starych i niehigienicznych budynków i zaułków. Przy tym sporo domów niszczy się z czasem i staje się niezdolnymi do użytku.

Według obliczeń znawców i ekonomistów angielskich, już w roku 1911 brakowało 200 tys. domów. Liczba domów, które rokrocznie potrzebne są dla zapełnienia braku powstałego z wyżej wymienionych powodów, sięga 100 tys. Od 1911 do 1924 roku wybudowano jedynie 180 tys. domów robotniczych, tak że na początku wojny absolutny brak sięgał już 320 tysięcy (liczby zaczerpnięte z dziełka Cole’a ,,Rents Rings and Houses”, Londyn 1923). Podczas wojny prawie nic nie budowano, ale też ludność nie wzrastała. Przeto lata wojenne oblicza się tylko po 75000 domów rocznie brakujących. Jeżeli dodać wszystkie liczby, okaże się, że w roku 1923 trzeba było prawie milion nowych domów, aby zaspokoić potrzeby!

Prób rozwiązania tego palącego zagadnienia było sporo. Po wojnie każdy rząd angielski zajmował się nim. Pierwszym odruchem, jeszcze podczas wojny, było naturalnie wprowadzenie ochrony lokatorów, płacących komorne poniżej pewnej sumy. Ochrona lokatorów została przedłużona i po wojnie i spełnia swoje zadanie ochrony przed wyzyskiem [przez] właścicieli domów, który byłby nieograniczony przy braku wolnych mieszkań robotniczych. Większe domy i lepsze mieszkania nie potrzebują tu ochrony, bo jest ich dużo, zawsze były drogie i obecnie bardzo łatwo można znaleźć mieszkanie w zamożniejszych dzielnicach za odpowiednią zapłatę. Ale ochrona lokatorów to środek zapobiegawczy, nie usuwający choroby.

Wkrótce po ukończeniu wojny przystąpiono do opracowania planu dostarczenia ludności nowych mieszkań. Jeszcze w 1909 roku, kiedy przez Anglię przechodził silny powiew liberalizmu, uchwalono ustawę przewidującą pomoc państwową, względnie samorządową, na budowę domów robotniczych, które prywatni przedsiębiorcy budowali niechętnie z powodu małej rentowności. W 1919 roku ówczesny rząd Lloyd George’a przeprowadził ustawę przewidującą subsydia samorządowe dla prywatnych osób, przedsiębiorących budowę domów ustalonego typu. Ustawa ta okazała się całkowicie chybiona: subsydia samorządowe szły na spekulacje przedsiębiorców budowlanych, ceny budowli wzrosły niepomiernie. Tak zwanych domów dr. Addisona (nazwisko ministra – autora ustawy) wybudowano zaledwie kilkadziesiąt tysięcy, ale za to wiele majstrów budowlanych porobiło wielkie fortuny.

W 1922 roku zaniechano projektu Addisona, który przyprawił samorządy i  państwo o wielkie straty. W następnym roku konserwatywny minister zdrowia Neville Chamberlain opracował nowy plan. Subsydia dla budujących rozłożono na raty, płatne corocznie, dla uniknięcia spekulacji. Poza tym postanowiono popierać budowę domów typu niższego, aniżeli w ustawie poprzedniej. Nowa ta ustawa miała tę kardynalną wadę, że obliczona była na poparcie inicjatywy prywatnej, a poza tym dałaby znowu domy bardzo  niewystarczające i zbyt małe, dające robotnikom kiepskie mieszkania. Plan Chamberlaina znowu nie przyniósł rozstrzygnięcia sprawy, która się coraz bardziej zaostrzyła.

Dopiero rząd robotniczy Mac Donalda, który przyszedł do władzy na początku roku bieżącego, wszedł na właściwą drogę, przystępując do opracowania planu mieszkaniowego, opartego na założeniu, że państwo i gminy samorządowe powinny zbudować dostateczną ilość domków mieszkalnych, które za tanie pieniądze odnajmowano by na długi termin ludności pracującej.

Przed kilku tygodniami plan ten rząd, w osobie ministra zdrowia, tow. Wheatleya, przedstawił Izbie Gmin. Zanim jednak tow. Wheatley z planem tym wystąpił przed forum parlamentarnym, odbył przygotowawcze narady z przedstawicielami zainteresowanych czynników. Najpierw rozpisał ankietę o stanie rzeczy na rynku pracy, w porozumieniu ze związkami zawodowymi dla zapewnienia sobie ich poparcia i pełnego współdziałania. Następnie odbył konferencję z przedstawicielami przemysłowców budowlanych, otrzymał ich propozycje, warunki i ceny.

Dalszym etapem było utworzenie Narodowego Komitetu budowy domów, do którego wchodzili przedstawiciele rządu, pracodawców i pracowników. Na posiedzeniu tego komitetu Wheatley, przedstawiając w ogólnych zarysach swój plan, prosił o współdziałanie i pomoc obu stron. Komitet uznał, że moment do rozpoczęcia budowy domów na szeroką skalę został wybrany odpowiednio i że powodzenie zależy od współdziałania wszystkich stron, od dostatecznej ilości rąk roboczych i zapewnienia stałych, niezmieniających się i niskich cen materiałów budowlanych. Ponieważ w projekcie Wheatleya związki samorządowe mają również brać udział w wykonaniu planu budowy, rozpisano ankietę i zwołano zebranie reprezentantów związku municypalnego angielskiego, szkockiej „konwencji grodów królewskich” i londyńskiej rady miejskiej. Na tej naradzie ustalono metody współpracy państwa i samorządów i podział kompetencji; wybrano również komisję, która ma utrzymywać stały kontakt.

Ponieważ podczas przygotowawczych prac do wniesienia na Izbę projektu rządowego o budowie mieszkań rozpoczęła się spekulacja materiałami budowlanymi i podbijanie cen na nie, rząd jednocześnie opracował prawo dające władzom w ręce broń dla zwalczania lichwy budowlanej i zwyżki cen materiałów budowlanych.

Po przedstawieniu go Izbie, projekt Wheatleya, tak zwany „Housing-bill”, przeszedł w drugim czytaniu. W ogólnych zarysach przedstawia się, jak następuje:

Poczynając od bieżącego roku, przystępuje się do budowy domów mieszkalnych typu kilkupokojowego, ogólnej powierzchni od 800 do 1050 stóp kwadratowych. Dom obliczony jest na jedną rodzinę robotniczą, ma odpowiadać wszelkim nowoczesnym wymaganiom higienicznym. W roku najbliższym 1924/25 ma być wybudowanych 90 tysięcy domów, 100 tys. w 1926 r. itd., dochodząc w r. 1934 do 225 tysięcy, która to liczba pozostaje bez zmiany do 1940 r., kiedy będzie całkowicie wypełniony program budowy 2500000 domów (dwóch i pół miliona).

Domy te, które mają być zbudowane częściowo kosztem państwa i częściowo kosztem gmin miejskich i wiejskich, mają być wynajmowane rodzinom, które będą miały zamiar stale w nich mieszkać, nie odnajmując dalej i nie odstępując bez pozwolenia władz lokalnych. Domy te nie będą mogły być sprzedawane na własność prywatną bez pozwolenia ministra zdrowia w Anglii albo Urzędu Zdrowia w Szkocji. Umowy, zawierane z przedsiębiorcami podejmującymi się budowy tych domów, powinny zawierać określenie minimum płacy robotników. Wysokość komornego nie może przekroczyć przeciętnej wysokości komornego za takie same mieszkanie robotnicze przed wojną. 7,5% wszystkich domostw ma powstać w okręgach wiejskich.

Jeżeli chodzi o sfinansowanie tego olbrzymiego i imponującego planu, to, jak zaznaczałem, koszty budowy mają wspólnie ponieść państwo i zarządy gminne. Ogólny koszt całej budowy wynieść ma 1376430 tysięcy funtów szterlingów. Zawrotna ta suma rozłożona ma być na 55 lat. W roku bieżącym 1924/25 ogólny wydatek ma wynieść zaledwie 413 tys. funtów (278 tys. f. daje skarb, a 135 tys. gminy); w r. 1940/41, kiedy budowa wszystkich domów będzie ukończona, wydatek ma osiągnąć najwyższą wysokość 34406000 f., spadając dalej stopniowo od roku 1963/64 do sumy 959.000 f., w r. 1979/80, kiedy cała suma będzie spłacona i domy wolne od długów będą już bezsporną własnością nieobciążoną państwa i gmin. Ogółem więc państwo wyda 926 milionów funtów, a gminy 450 milionów, udzielając rokrocznie w ciągu 40 lat subwencji w wysokości 9 funtów (państwo) i 4,5 (gminy) na każdy dom. Z całej tej sumy, przekraczającej miliard funtów, blisko 1/3 przypadnie nie na budowę i robociznę, lecz na procenty od kapitału i koszty spłaty długów.

Po ukończeniu całej budowy w ten sposób państwo i gminy okażą się w posiadaniu wielkiego kapitału 2,5 miliona domów, rentujących się przeciętnie w wysokości 9 szylingów tygodniowo (wysokość komornego).

Taki jest wspaniały plan Wheatleya, który omawiany jest obecnie w komisjach Izby Gmin i który ma wszelkie szanse przejścia jeszcze podczas bieżącej sesji parlamentarnej. Jest to pierwszy z licznych planów rozwiązania sprawy mieszkaniowej, który oparty został na szerokiej demokratycznej podstawie dostarczenia mieszkań tym, którzy ich potrzebują najbardziej i mają na to najmniej środków. Jest to zarazem olbrzymi wyłom w panujących dotychczas pojęciach; państwo i samorządy wkraczają na rynek mieszkaniowy jako dostawcy olbrzymiej ilości tanich i dobrych mieszkań do wynajęcia; instytucje, niezależne od inicjatywy prywatnej, stają się posiadaczami wielkiej fortuny w postaci dwóch i pół miliona domów. Blisko jedna czwarta ludności wyspy wielkobrytyjskiej będzie mogła w razie wykonania tego planu mieszkać w domach stanowiących własność publiczną.

Jerzy Staniecki
_____________________
Powyższy tekst ukazał się pierwotnie w piśmie „Robotniczy Przegląd Gospodarczy” (wydawanym przez Związek Robotniczych Spółdzielni Spożywców i Komisję Centralną Związków Zawodowych) nr 8/1924 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł, ze zbiorów Remigiusza Okraski.

 

Warto przeczytać także:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *