Stanisław Posner

Ustawa o ochronie lokatorów

[1924]

Wysoki Senacie! Na ustawę, która dziś znalazła się na porządku dziennym Senatu, można zapatrywać się sympatycznie, można się do niej odnosić negatywnie, można się wobec niej zachowywać neutralnie, ale dla każdego z nas jest oczywiste, że to jest ustawa najpierwszorzędniejszego znaczenia. Już dla tej prostej przyczyny, że lokatorów – przypuszczam, że Senat nie będzie mógł żadnej wątpliwości co do nazwy w tytule tej ustawy i że nie mamy dalej potrzeby używać tutaj wyrażenia „najemca” – że lokatorów jest nieprzeliczone mnóstwo w naszym kraju, jak i na całym świecie.

P. Adolf Suligowski, prawnik warszawski bardzo zasłużony, który od wielu lat zajmuje się sprawami mieszkaniowymi, mówi w swojej pracy w zeszłym roku ogłoszonej, że Warszawa liczy 7719 domów. To znaczy: 7719 właścicieli. Jeżeli przypuścimy, co nie będzie prawdopodobnie błędem, że wiele z tych kamienic należy do tych samych właścicieli – w Warszawie jest bardzo wielu bogatych kamieniczników, więc przypuśćmy, że jest 7000 kamieniczników, a Warszawa liczy przeszło 900 000 do miliona mieszkańców. Więc powaga tej ustawy już chociażby tylko ze względu na olbrzymią ilość zainteresowanych jest najpierwszorzędniejszą.

Ustawa ta jest ważną jeszcze i z tego powodu, że reguluje stosunek sprzeczny, przeciwstawny, pomiędzy właścicielem nieruchomości a lokatorem. Ustawa chce regulować, chce normować ten stosunek, chce z tego stosunku, który w stanie naturalnym może byłby stosunkiem walki, stworzyć stosunek pokoju, prawa. Z tego względu jest to ustawa najpierwszej wagi, o wielkim znaczeniu, o wielkim charakterze społecznym.

Ustawa grudniowa o ochronie lokatorów, jak i dzisiejsza, nie są żadnym polskim wynalazkiem. Są one dość powszechne w ostatnich dziesięciu latach. Wojna stworzyła tę ochronę i czasy powojenne wypełnione są likwidacją powojenną tego moratorium mieszkaniowego, które się z wojny narodziło. W innych krajach wyprzedzono nas pod tym względem.

Jeżeli weźmiemy pod uwagę tylko stosunki francuskie, to, proszę Panów, pomiędzy rokiem 1918 a 1922 parlament francuski 8 razy musiał zajmować się ustawą o ochronie lokatorów. Ustawa, która nosi datę ostatnią 31 marca 1922 r., jest ósmą z rzędu ustawą o ochronie lokatorów, uchwaloną przez parlament francuski od roku 1918, w którym to roku ustawa o ochronie lokatorów była tam uchwalona po raz pierwszy.

Uważam, że mam prawo i nawet obowiązek zadać sobie pytanie, czy moment, który został wybrany u nas przez Rząd na wprowadzenie tej oto ustawy likwidacyjnej, jest właściwie wybrany. Mnie się zdaje – o tym mówiłem już na Komisji Prawniczej – że ten moment nie jest właściwy, ani szczęśliwy. Nam się tyle mówi o sanacji skarbu. Przedstawiciel Ministerstwa Skarbu dziś dawał nam zapewnienie bardzo optymistyczne pod tym względem. Pan Premier nawoływał nas od kilku miesięcy do pokoju wewnętrznego, do mitygowania walk społecznych, do mitygowania walk klasowych między kapitałem a pracą, nawoływał nas, ażebyśmy, na litość boską, starali się wszelkie zatargi na tle walk klasowych likwidować jak najprędzej, bo wszystkie te jątrzenia wewnętrzne i walki wewnętrzne, wszystko to wpływa w sposób bardzo zły i szkodliwy na sanację Skarbu, wszystko to szkodzi kredytowi kraju naszego zagranicą. Stanąwszy na płaszczyźnie, do której zostaliśmy przywołani, daliśmy Rządowi nadzwyczaj daleko idące pełnomocnictwa. Mnie się wydaje, że wybranie takiej chwili właśnie na próbę likwidowania ustawy o ochronę lokatorów jest wyborem niedobrym i niewłaściwym. Bo, proszę Panów, wprawdzie w tej chwili mamy zupełny spokój w kraju, ale każdy z nas prawników, kiedy czyta tę ustawę, a myśmy ją bardzo uważnie w ciągu długich dni czytali na Komisji Prawniczej, każdy z nas prawników, którzy trochę inaczej czytają i co innego widzą w ustawach niż ludzie nie przyzwyczajeni do czytania tych dziwnych, często pogmatwanych zdań i pojęć – każdy z nas rozumiał, że z tej ustawy wynikną tysiące i tysiące zatargów i procesów i że ustawa ta dla wielu tysięcy rodzin będzie przedmiotem bardzo wielkiego niezadowolenia. I z tego względu uważam, że moment, który Rząd wybrał na wprowadzenie tej ustawy na forum parlamentu polskiego i na przeprowadzenie jej, został źle wybrany.

To jest wzgląd politycznej natury, ale są względy i innej natury, już zupełnie zasadnicze, które każą mi na tę ustawę zapatrywać się bardzo krytycznie. Powiedziałem już, że stosunek właściciela nieruchomości i lokatora jest stosunkiem walki. Kamienicznik, jeżeli użyję wyrazu popularnego w Warszawie, używanego zawsze z pewnym ironicznym uśmiechem, kamienicznik nie cieszy się nigdzie na świecie dobrą opinią. Przyglądałem się tym rzeczom w kraju o tak wysokiej kulturze, jak Francja. Widziałem, że tam kamienicznik cieszy się jeszcze gorszą opinią niż u nas. Gwara ludowa w Paryżu nigdy inaczej nie nazywa kamienicznika jak jastrzębiem, le vautour. I to ma swoje głębokie uzasadnienie. Opowiadał mi kiedyś p. Władysław Mickiewicz – przytaczam tę anegdotę ze względu na osobę, której ona dotyczy – że kiedy się żenił, było to już bardzo dawno temu, jak państwo się domyślają, znając wiek tego znakomitego a sędziwego Polaka – kiedy się żenił, szukał mieszkania i szukając, przypadkowo zupełnie natrafił na mieszkanie, które mu się wydało nadzwyczaj bliskie. Pd dłuższym namyśle przyszedł do przekonania, że on się właśnie w tym mieszkaniu urodził, że to było mieszkanie Adama Mickiewicza! Pobiegł do właściciela domu i z naiwnością, właściwą 22-letniemu młodzieńcowi, wyspowiadał się: „Panie, pan nie wie, że to jest mieszkanie dla mnie nadzwyczaj drogie, to jest mieszkanie moich rodziców, w tym mieszkaniu się urodziłem, w tym pokoju stało łóżko mego ojca itd.”. Zanim stanął przed gospodarzem, dowiedział się p. Mickiewicz od dozorcy, iż mieszkanie będzie kosztowało: 600 frs. Właściciel domu wszystkiego tego wysłuchał spokojnie i powiedział: „Bardzo rad jestem, że będę miał takiego lokatora. Ja nie byłem właścicielem wtedy, kiedy pański ojciec tu mieszkał, może pan jutro przyjdzie, abyśmy spisali umowę na piśmie”. P. Władysław Mickiewicz, gdy nazajutrz przyszedł do właściciela domu, gdzie był już przygotowany projekt umowy, porwał za pióro i chciał podpisać. Właściciel domu mówi mu: „Młody człowieku, nigdy nie podpisuje się żadnego dokumentu, zanim się go nie przeczyta”. To p. Mickiewicza trochę zdziwiło: „Dlaczego pan mówi o tym, przecież wczoraj omówiliśmy wszystkie szczegóły umowy, wiem, że cena wynosi 600 frs.”. Ale jednak umowę przeczytał i zauważył, że cena mieszkania została podniesiona w ciągu 24 godzin o 200 frs. i że wynosiła już 800 frs. rocznie. „Ależ panie, było umówione wczoraj na 600 franków”. – „No, tak, ale ja nie wiedziałem wcale o pańskich wspomnieniach, on paye les souvenirs, płaci się za wspomnienia”.

Opowiadam tę historyczną anegdotę, którą słyszałem od p. Władysława Mickiewicza, a która jest bardzo ciekawa nie tylko ze względu na jego osobę, ale pod względem społecznym, psychologicznym – pod każdym względem.

Jest walka pomiędzy kamienicznikami a lokatorami. Nie chcąc przez to powiedzieć, że pomiędzy każdym kamienicznikiem i każdym lokatorem. I wśród kamieniczników są ludzie bardzo przyzwoici, bardzo dobrzy, bardzo szlachetni. [S. Glogier: Rzadko!]. Rzadko, mówi S. Glogier, który się zna na tym, że to są rzadkie wypadki.

Ten stosunek lokatora i kamienicznika jest stosunkiem walki i my wiedząc o tym, może nie powinniśmy byli wybrać tej chwili na to, aby występować z taką ustawą. Na Komisji uważałem, że powinniśmy jeszcze trochę poczekać i że gdybyśmy za 6 miesięcy, czy nawet i za rok tę ustawę grudniową zaczęli reformować, to może jeszcze nie byłoby wcale za późno. Uważam, że nie tylko ten moment jest wybrany niestosownie i jest za wczesny. Przeczytałem 7 francuskich ustaw i widziałem, z jakim nadzwyczajnym taktem, z jaką nadzwyczajną ostrożnością prawodawca francuski przystępował do lokatora, któremu podczas wojny, pod wpływem konieczności po prostu, dał to moratorium mieszkaniowe, jak on przystępował do tego, żeby to moratorium mieszkaniowe zlikwidować i powoli, powoli z tego pióropusza, którym się pokryła głowa suwerennego w swoim mieszkaniu lokatora, nie płacącego stawek mieszkaniowych, wyrywać po jednym piórku. Nasz prawodawca uważa, że to są zupełnie niepotrzebne ceregiele i że można od razu ten stosunek przekreślić i stanąć na stanowisku suwerennego i świętego prawa własności. I tu, proszę Panów, moje sumienie prawnicze, już nie polityczne, ale prawnicze występuje z bardzo daleko sięgającymi zastrzeżeniami.

Proszę Państwa, obowiązujący u nas kodeks cywilny w art. 544 określa prawo własności, jak następuje: „Własność jest to prawo korzystania z rzeczy, rozporządzania nimi w sposób najbezwzględniejszy”. Tak głosi prawo, art. 544 Kodeksu Napoleona. Tam rzeczywiście w oryginale francuskim jest powiedziane: „De la façon la plus absolue” – w sposób najbezwzględniejszy. Absolutne prawo własności! Jest to pojęcie rzymskie, zapożyczone żywcem z „Instytucji” Justyniana. I ludziom porewolucyjnym francuskim, prawnikom, którzy byli twórcami tego kodeksu wydawało się, że tak właśnie należy patrzeć na instytucję własności prywatnej. Jednak i tam wtedy ludzie ci w tym miejscu zawahali się. A mianowicie dodali w drugiej części artykułu kilka wyrazów, które są w sprzeczności zupełnej z pierwszym zdaniem, bo jeżeli my mówimy, że ja korzystam – jak mówili rzymscy prawnicy: jus fruendi utendi et abutendi – z własności, która do mnie należy, w sposób najbezwzględniejszy, to ten dodatek, w drugim zdaniu: „byle nie czyniono z nich użytku przez ustawę lub urządzenia zakazanego”, jest w sprzeczności z pierwszą częścią, bo to jest ograniczenie owego absolutu. Proszę Panów, widzimy, że nawet tu, w tej definicji prawa własności, jest walka pomiędzy dwoma czynnikami, pomiędzy obywatelem, jako właścicielem a interesem publicznym, o którym mówią ustawy zasadnicze czy administracyjne. Ja mam prawo korzystania z mojej własności, robić z nią co mi się tylko podoba – o ile ustawy nie stają temu na przeszkodzie. To jest ten trzeci czynnik. Pomiędzy właścicielem nieruchomości a lokatorem jest jeszcze ktoś trzeci, to znaczy interes publiczny, społeczeństwo.

Nasze dzisiejsze pojęcia o własności prywatnej nie są już więcej pojęciami Portalisa, Malville’a, Bigot de Préamneu, twórców kodeksu Napoleona. I to nie dlatego, że należymy do tej czy innej partii politycznej, nie dlatego, że jesteśmy socjalistami, konserwatystami, liberałami czy ludowcami – nie, nie ma już sądu na świecie, który by dziś, jeżeli chodzi o interpretację prawa własności, stanął na stanowisku art. 544 Kodeksu Napoleona. W tej samej Francji nie ma już dziś wyroków izby kasacyjnej, które by interpretowały ten artykuł w taki sposób, w jaki go interpretowano w pierwszej ćwierci zeszłego stulecia we Francji. Dlatego właśnie, że jest ów interes społeczny, dlatego, że kodeks staje na stanowisku równości wszystkich wobec prawa. A ta równość wszystkich wobec prawa może być rozumiana tylko pomiędzy tymi, którzy są równi, ale nigdy między tymi, z których jeden jest silny, a drugi słaby. I to się odnosi do całego społeczeństwa, bo w granicach sprawy mieszkaniowej jest jeden silny, to jest właściciel nieruchomości, a może być 100 słabych, którzy razem zebrani mogą stanowić olbrzymią siłę, ale w stosunku do właściciela nieruchomości są niczym. I dlatego prawodawca z natury rzeczy musi stać po stronie tego słabego, dlatego, aby zrównać ich szanse życiowe, dlatego, aby stało się zadość literze prawa, która mówi o równości wszystkich wobec prawa. Ta równość jest przecie podstawą naszej kodyfikacji, która jest nie tylko kodyfikacją francuską, ale i podstawą kodeksu polskiego. I na tym stanowisku będzie stała przyszła nasza kodyfikacja prawa cywilnego, wszystko jedno, czy ona ukaże się za rok, czy za lat 10, dlatego, że jest to stanowisko wszystkich kodyfikacji całego świata. Czy weźmiemy do rąk kodeks niemiecki, czy kodeks szwajcarski, mówię o ostatnich tworach kodyfikacji europejskich, wszędzie znajdujemy to samo pojęcie, wszystkie judykatury całego świata dziś nie różnią się pod tym względem pomiędzy sobą. Trzeba, aby stało się zadość pierwszej, zasadniczej zasadzie, zasadzie równości wszystkich wobec prawa i dlatego sędzia i dlatego prawo musi stać po stronie słabszego, po stronie lokatora.

W takich warunkach czy możemy powiedzieć, że ustawa, która jest dzisiaj przedmiotem deliberacji, jest ustawą właściwą, jest ustawą słuszną? Jestem przekonany, że w świadomości prawnej niezliczonych rzesz lokatorów ustawa ta będzie się wydawała krzywdą. Jeżeli przejrzymy stosy dokumentów, którymi nas obdarzyli najróżnorodniejsi interesanci, i które studiował w pocie czoła nasz sprawozdawca, szanowny S. Glogier, to my dziś już mamy przedsmak, w jakiej atmosferze będzie żyła i będzie stosowana ustawa o ochronie lokatorów, którą dziś czy jutro uchwalimy.

Oto jest drugi wzgląd, na który – uważałem za obowiązek – zwrócić uwagę Panów.

Teraz jest jeszcze trzeci wzgląd – interes publiczny, o którym mówię.

Art. 544 opiewa, że mam prawo własnością swoją rozporządzać, jak mi się podoba, w sposób najbezwzględniejszy, o ile tylko mi na to pozwalają ustawy albo rozporządzenia administracji.

Minęło zaledwie kilkanaście lat we Francji od daty ogłoszenia Kodeksu i przepis ten został od razu wzruszony, a mianowicie został wzruszony w ten sposób, że prawodawca musiał wprowadzić do swoich kodeksów, do swych nowel prawodawczych, zupełnie nowe pojęcie – ekspropriacji – wywłaszczenia na użytek publiczny. To stało się we Francji w 1841 r. Z początku wywłaszczenia były związane ze sprawami, dotyczącymi komunikacji, tj. z kolejami żelaznymi. Ale to pojęcie ekspropriacji na użytek publiczny, które się wiązało z budowaniem kolei żelaznych, znalazło potem ogromnie szerokie zastosowanie nie tylko w dziedzinie kolejnictwa, ale i w dziedzinie budowy miast. Dziś jest ono pojęciem najpowszechniejszym. Nic łatwiejszego nie ma. Prawnicy francuscy w pierwszej ćwierci XIX wieku mówili, że to jest niedopuszczalne, że to jest niemożliwe: jakże można kogoś zmusić, ażeby pozbył się swojej własności nawet za odszkodowaniem! Nie można zmusić? Można zmusić. Przychodzi Państwo i mówi: „Musisz, bo tego wymaga interes publiczny”. I weźmy tylko do ręki byle jaki zbiór ustaw administracyjnych, znajdujemy tam na każdym kroku naruszenie tego artykułu 544, zasady absolutnej własności prywatnej, która się rozłupuje przy każdej nadarzającej się sposobności. Wywłaszcza się na użytek publiczny dlatego, że trzeba przeprowadzić kolej, która leży w interesie całego społeczeństwa lub kilku miast lub państwa; wywłaszcza się z względu na higienę, ze względów strategicznych, militarnych, dla stu najróżniejszych powodów.

W takich warunkach czy można mówić, że ustawa o ochronie lokatorów, którą my dzisiaj rozpatrujemy, jest w zgodzie z powszechną zasadą, na której spoczywa dziś prawodawstwo społeczne świata? Nie. Każdy z nas zrozumie, że nie.

Teraz sprawa, o której mówił p. S. Glogier, sprawa wolności umów. Tak jest. Kodeks Napoleona stał na stanowisku wolności umów. Kodeks Napoleona wyszedł z Wielkiej Francuskiej Rewolucji, z atmosfery wolności, gdy ludzkość zrzuciła z siebie wszelkie kajdany, wyzwoliła się z ancien regime’u, z feudalizmu średniowiecznego, i uważała, że wszystko, co jest wolne, jest dobre i pożyteczne. Prawodawca dzisiejszy nie stoi na stanowisku wolności umów, bo wolność umów może być dopuszczalna między równymi, ale nigdy między silnym i słabym, i prawodawca staje po stronie tego słabego i tam, gdzie chodzi o klasę robotniczą, o klasy pracujące, tam nie ma wolności umów, przynajmniej w dzisiejszym społecznym prawodawstwie. Tam wszędzie prawodawca jest po stronie robotnika, jako słabszego, ażeby zrównać jego szanse życiowe w porównaniu z silniejszym, z pracodawcą.

Proszę Pań i Panów, ustawa ta wiąże się z zasadniczą sprawą, z kwestią mieszkaniową. Kwestia mieszkaniowa nie jest kwestią powojenną, jest starą kwestią przedwojenną. Możemy pójść do większej biblioteki europejskiej, znajdziemy tam całą salę wypełnioną pracami napisanymi na temat kwestii mieszkaniowej, na temat walki z brakiem mieszkań. I przed wojną wszyscy prawodawcy, wszystkie parlamenty świata interesowały się tymi kwestiami i p. Suligowski, o którym wspomniałem na początku swego przemówienia, jeszcze w roku 1889 zajął się tą kwestią i w książce swojej, którą przedrukował w zeszłym roku w zbiorze swoich pism, mówi gorzkie słowa pod naszym adresem. Pozwolę sobie je tutaj przytoczyć. Są one bardzo ważne i ciekawe, nie są moje, pokrywam się tu autorytetem konserwatywnego pisarza polskiego.

„I czymże my się zajmujemy, jeżeli tego rodzaju kwestie pozostają w zupełnej poniewierce? Pochłaniamy sprawozdania o wielkiej polityce, gonimy za wielkimi problematami wieku, karmią nas tysiącznymi rzeczami, które niczego nie uczą, a zapominamy o sprawach najbliższych. Znamy taktykę Salisbury’ego lub Floqueta (pisane w r. 1889), wiemy co robi awanturnik Boulanger, na jakim koniu córka jego jedzie do ślubu, badamy na wylot miłostki arcyksięcia Rudolfa, za mało jednak okazujemy ochoty do poznania samych siebie, swoich braków i ułomności, swoich potrzeb i niedostatków. Nie znamy sprawy mieszkaniowej”.

Proszę Pań i Panów, nie są to braki polskie. Sprawa mieszkaniowa jest wszędzie, tylko że ludzie pracujący w innych warunkach niż my, w warunkach wolności państwowej, mieli może więcej czasu i środków na to, żeby znaleźć remedium na te straszne braki. Przed wojną rada miasta Paryża zbudowała 26 000 mieszkań małych, drobnych, dla klasy robotniczej Paryża. W Paryżu powstały olbrzymie kamienice z fundacji wielkich filantropów i wielkich bogaczów. Mamy u nas małą analogię tego rodzaju, na ulicy Górczewskiej zdaje się, fundacji Wawelberga. Takich domów w Paryżu jest kilkadziesiąt, tam jest fundacja Rotszylda, tam jest fundacja cukrowników Lebaudy, to są olbrzymie hotele, które zostały zbudowane dla użytku klasy robotniczej.

Proszę Panów, w Lipsku między r. 1919 a 1921 rada miejska zbudowała 7000 mieszkań dla klasy pracującej. Mamy prawo i obowiązek zapytać siebie, co my zbudowaliśmy? Państwo nasze dopomagało zbudować kilkanaście spółdzielni mieszkaniowych, które nie są wcale przeznaczone dla ludności ubogiej, dla ludności pracującej. To są bardzo piękne mieszkania wielopokojowe dla ludności zamożnej, półzamożnej, jeżeli chcecie, dla zamożnej może inteligencji, ale to nie jest wcale sprawa społeczna. Otóż my w tej dziedzinie nic nie zrobiliśmy, a robić potrzeba, dlatego, że to nie jest kwestia tymczasowa, przypadkowa, związana z wojną, z powojennym marazmem, z likwidacją moratorium mieszkaniowego, ale to jest kwestia wielkiej wagi i dlatego ja bym rozumiał prawodawcę, który by, uchwalając ustawę o likwidacji moratorium mieszkaniowego, jednocześnie wystąpił z wielkim planem pozytywnej pracy w tej dziedzinie, która by się zajęła rozwiązaniem tej ważnej kwestii, jaką jest brak mieszkań. To jest kwestia obszerna, ale bądźcie Państwo łaskawi zwrócić uwagę na jeden moment tego strasznego obrazu, w którym żyje robotnik polski, na spekulację mieszkaniową. Nie tylko to jest kwestia, że nie ma mieszkań, ale że nie mają mieszkań nie tylko robotnicy fizyczni, [lecz także] robotnicy umysłowi, inteligencja, posłowie, senatorowie, znam setki ludzi w Warszawie, którzy nie mają mieszkań, którzy tułają się kątem, ludzi inteligentnych, którzy muszą żyć w pewnych kulturalnych warunkach. Co my w tym względzie robimy? Nic nie robimy. Czy prawodawca nasz czy Rząd nasz wystąpił z projektem wielkiej ustawy mieszkaniowej? – Ani śladu.

W 1921 r. uchwalono w Belgii ustawę o pomocy dla wszystkich stowarzyszeń mających na celu budowanie tanich domów i mieszkań dla ludności pracującej. Państwo do tego stowarzyszenia o charakterze prywatno-publicznym przystąpiło z wkładem stu milionów franków. Ta ustawa powinna być u nas nie tylko przetłumaczona, znajduje się ona w bibliotece sejmowej – ale powinna być także naśladowana i wtedy rozumiałbym likwidację ochrony lokatorów, rozumiałbym w ten sposób, że państwo mówi tak: „Kasuję i likwiduję ochronę lokatorów, to była zupełnie przypadkowa polityka, która się zrodziła pod wpływem wojny, ale polityka niewłaściwa, bo my żyjemy w ustroju kapitalistycznym, w ustroju opartym na prywatnej własności, bo ta ustawa skrzywdziła właścicieli domów, bo jest pewna klasa ludności w naszym kraju, która została przez tę ustawę skrzywdzona i jej prawa trzeba przywrócić, bo ona tych praw nie straciła; ale w zamian tę stratę, którą wy, lokatorzy, miliony ludności tego kraju, ponosicie, kompensuję przy pomocy i ma drodze wielkiej polityki socjalnej, wielkiej polityki mieszkaniowej”. Może państwo na to odpowie: „Nie mam pieniędzy; czekajcie, aż Skarb nasz będzie pełny, poczekajcie, aż dokonamy sanacji naszego Skarbu”. Dlatego powiadam, że może chwila, którą sobie Rząd wybrał na składanie nam tej ustawy, jest przedwczesna i że może lepiej było poczekać na ten moment, kiedy byłoby można przyjść w jednym ręku z tą ustawą, która jest ustawą wojny, a w drugiej z ustawą, która jest ustawą pokoju. Proszę Panów, państwo tego nie uczyniło.

Pragnę zwrócić uwagę Wysokiego Senatu na jeden szczegół w tej sprawie mieszkaniowej. Istnieje zauważone i sformułowane przez statystyków „prawo Schwabego”. Ten znany statystyk niemiecki w r. 1867 wystąpił z pewnym prawem opartym na badaniu wielu bardzo liczb, które opiewa: „Im kto jest biedniejszy, tym większa jest kwota, którą wydaje na swoje mieszkanie”. My statystyki nie przeprowadziliśmy, nasza statystyka jest dopiero w zaczątku, może za jakie 10 lat będziemy mogli operować cyframi statystycznymi, pewnymi, jasnymi i obfitymi, jakimi operuje cały Zachód europejski. Ale, proszę Panów, mam tutaj pod ręką cyfry dla Wrocławia i pozwolę sobie polecić je uwadze Panów. Dla Wrocławia obliczono, że w roku 1880 mieszkańcy mający dochodu rocznego 420 mk., płacili z tego na komorne 28,9%; mieszkańcy mający do 600 mk. dochodu, płacili 25,5%; mający do 12 000, płacili tylko 13,7%; mający dochodu do 15 000 mk. rocznie – 12,5%; mający do 60 000 dochodu rocznie, płacili tylko 3,5% rocznie, a ci, co mieli dochodu powyżej 60 000, płacili tylko 3,4% rocznie na komorne. Proszę to porównać. Ci najbiedniejsi, którzy mieli dochodu do 420 mk. rocznie, płacili za mieszkanie 28,9%, tzn. prawie trzecią część, a ci, którzy mieli powyżej 100 000, płacili tylko 3,5% od tego swojego olbrzymiego funduszu.

Ale to jeszcze mało. Tę samą statystykę, ten sam spis przeprowadzono 10 lat później, w r. 1890 i co się okazało? Okazało się, że ci, którzy płacili w r. 1880, a więc dziesięć lat wstecz – 28,9% swego dochodu tytułem komornego, płacili już 31,8%, że mający dochodu do 600 mk. i płacący w r. 1880 – 21,5% tytułem komornego płacili już 22,4% itd. Ci zaś, którzy mieli do 12 000 dochodu i płacili 13,7% w r. 1880, w 10 lat później płacili 10% tylko, a ci, co mieli dochodu powyżej 100 000 rocznie, płacili w r. 1880 – 3,4%, płacili w r. 1890 już tylko 2,5% od dochodu swego właścicielowi kamienicy.

To są cyfry nadzwyczaj ciekawe i nadzwyczaj ponure. Dlaczego tak płacili? Statystyk niemiecki, z którego pracy korzystam, a jest to źródło absolutnie pewne, stwierdza jako fakt zadziwiający, że komorne nie było największe w krajach największej kultury, największej cywilizacji, w krajach o starym przemyśle, ale że było najdroższe na wschodzie w Berlinie. A dlaczego? Dlatego, że tam była największa orgia spekulacji.

Kiedy ostatnia ustawa francuska o ochronie lokatorów z roku 1922 była dyskutowana w senacie francuskim, bardzo znany działacz konserwatywny francuski, p. Dausset, były prezes rady miejskiej miasta Paryża, opowiadał na podstawie statystyki, którą miasto zbierało, że w Paryżu nie ma mieszkań. Myśmy czytywali w gazetach, że nawet deputowani i senatorowie świeżo wybrani w 1919 roku nie mogli w Paryżu znaleźć dla siebie mieszkań, i tak jak u nas nasi senatorowie w Milanówku, tak samo oni musieli szukać dla siebie mieszkań i mieszkali w okolicach Paryża. Nie było dla nich mieszkań, ale teatrów było bardzo dużo w Paryżu i p. Dausset w swojej wielkiej mowie, którą Państwo mogą odczytać w stenogramach przemówień parlamentu francuskiego, które posiadamy w bibliotece sejmowej – opowiadał, że teatrów było w Paryżu w 1914 r. – 44, a w 1922 r. – 57, sal koncertowych i music hallów w 1914 r. – 43, a w 1922 r. liczono ich już 60, sal balowych i dancingów było 10, a w 1922 r. było ich 30, kinematografów było 100, a w 1922 r było 200. I pan Dausset mówi, że dla tych wszystkich instytucji nie budowano nowych domów, te wszystkie instytucje znalazły sobie miejsce w starych mieszkaniach, czyli, że mieszkania prywatne zamieniono na instytucje tego rodzaju. Ale dlaczego to było możliwe? Dlatego, że za taki kinematograf płaciło się właścicielowi tego mieszkania odpowiednią ilość tysięcy franków i ten człowiek wynosił się na prowincję lub gdziekolwiek bądź. To jest spekulacja. Dausset powiada w swojej mowie, że w halach paryskich straganiarz – cytuje ten przykład, bo zdaje się, że będziemy się dzisiaj specjalnie zajmowali straganiarzami – taki straganiarz w halach paryskich wynajął sobie kawałek trotuaru od właściciela handlu win. Właściciel handlu win otwiera swój sklep o godz. 9 rano. Ten straganiarz handluje masłem i tam stoi od 5 rano; jemu wolno sprzedawać do godz. 8.30, musi potem uprzątnąć trotuar i za to prawo płaci 4000 franków rocznie. Dausset cytuje, że sklep, za który płacono 3000 w 1921 r., przynosi właścicielowi 16.000 fr.

Proszę Panów, to jest spekulacja. Ja mówię tu o Francji, ale myślę cały czas o Polsce. Co prawodawca uczynił, aby ukrócić spekulację u nas? Starałem się zdobyć podobne cyfry i dla naszych stosunków, ale niestety, jak już zaznaczyłem, statystyka nasza jest bardzo niedoskonała i dlatego magistrat m. Warszawy nie mógł mi dostarczyć cyfr analogicznych do tych, które podawał Dausset w senacie paryskim. Ale ci panowie uczynili wszystko co mogli, ażeby jednakże zdobyć parę cyfr dla senatu polskiego i cóż mi powiedzieli? Powiedzieli: nie mogliśmy ustalić tych cyfr, ani dla teatrów, ani dla kinematografów, których w Warszawie jest obecnie 35. To jest cyfra dość pokaźna, jeżeli ją porównamy z ilością 200 kinoteatrów, istniejących w Paryżu. Teatrów jest w Warszawie 9. Pisze mi naczelnik wydziału statystycznego w Magistracie: „Ustalenie liczby ubikacji, zajętych przez te instytucje, wymagałoby przeprowadzenia specjalnego spisu. Wydział zaznacza tylko, że na 35 kin – 12 mieści się w lokalach przerobionych ze sklepów i mieszkań”. My nie mamy mieszkań, są senatorowie, którzy muszą mieszkać w Milanówku, ale mamy mieszkania w Warszawie dla kinoteatrów! Tu oczywiście w grę wchodzi spekulacja, dlatego, że nikt przecież swego mieszkania właścicielowi kinoteatru nie odstąpi za darmo. Takich filantropów i ludzi tak kochających sztukę kinematograficzną, nie ma u nas. Mieszkania takie odstępuje się za wielkie i liczne miliony, i to jest spekulacja.

Co robi prawodawca, aby ukrócić taką spekulację? Nic nie robi. I oto lokator jest oddany na łup z jednej strony prawa własności, tak jak to prawo własności statuuje 544 artykuł kodeksu cywilnego, absolutom dominium właściciela domu, a z drugiej strony oddany jest na łup spekulacji, bo rozumiem, że ludzie oddają swoje mieszkanie przedsiębiorcy kinematograficznemu nie dlatego, że są chciwi na te pieniądze, ale dlatego, że są biedni.

Proszę Panów, dla tych wszystkich względów stanąłem tutaj dzisiaj przed Wami, ażeby wypowiedzieć się przeciw tej ustawie. Uważam ją ze stanowiska politycznego za nieoportunistyczną, uważam ją za źródło bardzo daleko sięgających wstrząśnień społecznych i ten wzgląd, zdaje mi się, powinien dla prawodawcy polskiego wystarczyć.

Uważam ją ze stanowiska prawnego za błędną, jako wychodzącą z założeń, które już dziś nie mają żadnego zastosowania w nowoczesnym prawodawstwie cywilnym, które jest przede wszystkim prawodawstwem społecznym i demokratycznym, a będąc prawodawstwem społecznym i demokratycznym dlatego, aby uczynić zadość podstawie tego prawodawstwa, to znaczy idei równości wszystkich wobec prawa, musi stawać zawsze po stronie słabszych, aby zrównać ich szanse życiowe z silnymi, których w danym wypadku reprezentuje właściciel nieruchomości.

Dla tych powodów, a także ze względu na to, że prawodawca nasz zapomniał o pozytywnej stronie swojego zobowiązania prawodawczego, to znaczy o uzupełnieniu ustawy o likwidacji ochrony lokatorów przez ustawę, która by przed nami otworzyła wielkie horyzonty ustawodawstwa społecznego i powiedziała, w jaki sposób Państwo ma zamiar zabezpieczyć interesy najliczniejszej klasy ludności tego kraju przez dostarczenie jej mieszkań tanich i zdrowych, dla tych wszystkich względów przyszedłem tu w imieniu przyjaciół moich założyć veto przeciw tej ustawie.

Stanisław Posner

 __________________________________________

Powyższy tekst jest nieco skróconym (pominięto techniczno-organizacyjny fragment na zakończenie) zapisem przemówienia wygłoszonego na 49. posiedzeniu Senatu RP w dniu 20 marca 1924 r. Tekst ten ukazał się następnie w książce Stanisława Posnera „Pięć lat pracy w Senacie Rzeczypospolitej 1922-1927”, Księgarnia Robotnicza, Warszawa 1928, od tamtej pory tekst nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *