Wiktor Alter

To, co najważniejsze

[1938]

Wbrew rozpowszechnionej opinii, bohaterstwo jest częstym zjawiskiem w społeczeństwie ludzkim. W swej czystej postaci ujawnia się rzadziej, ale w każdym niemal człowieku znajduje się ruda, z której przy odpowiedniej temperaturze i przy odpowiednim ciśnieniu daje się wytopić czysty metal bohaterstwa. Tylko nie każdemu jest dane stać się obiektem tej uszlachetniającej operacji. Rozumnie urządzone społeczeństwo i rozumnie kierowany ruch społeczny mogą i winny stworzyć warunki ułatwiające ekspansję potencjalnego bohaterstwa jednostek.

Bywają okresy masowego wyładowania się tej potencji. Okresy rewolucji, wojen domowych (milicje ludowe Hiszpanii, walki szucbundowców w Czerwonym Wiedniu itd.), a nawet „normalnych” wojen. Ale i w zwykłych „spokojnych” czasach liczne są zastępy ludzi, w których ta potencja przychodzi do głosu w postaci świadomego pragnienia wielkiego czynu, choćby okupionego najwyższą ceną.

Jeden z tych wielu, żywo odczuwający sprzeczności i trudności dzisiejszych czasów, powiedział mi w toku pisania tej książki:

Chciałbym znaleźć w waszej pracy odpowiedź na trzy pytania: Czy można wierzyć w człowieka? Czy można wierzyć w socjalizm? Czy na pewno zwyciężymy?

Cała książka jest poświęcona tym zagadnieniom. Ale weźmy byka za rogi i spróbujmy odpowiedzieć na te pytania bezpośrednio. Bo niewątpliwie w takim sformułowaniu dręczą dziś te sprawy niejednego socjalistę. Zajmiemy się nimi w tej samej kolejności, w jakiej zostały postawione.

Czy można wierzyć w człowieka?

Czujemy całą decydującą wagę tego pytania. Ale chłodna analiza z łatwością wykaże, że tak postawione pytanie jest niezdeterminowane, więc posiadające wiele odpowiedzi, a więc żadnej zadowalającej.

Bo przecież każdy kładzie w swą wiarę w człowieka inną treść. Sprecyzowanie omawianego pytania powinno by brzmieć w ten sposób:

Czy ludzie są naprawdę tacy, jak my ich sobie wyobrażamy?

Ta różnica w sformułowaniu nie jest tylko formalna. Przesuwa od razu środek ciężkości całego zagadnienia na teren słusznego lub fałszywego podejścia pytającego do ludzi.

Przykładem fatalnych skutków fałszywego podejścia jest głęboki kryzys zaufania do ludzi, wywołany wśród uczciwych komunistów przez smutnie osławione „procesy moskiewskie”. Przez długie lata wierzyli, że ich wodzowie, bohaterzy rewolucji październikowej, są niemal półbogami A tu nagle okazało się, że duża ich część (obojętne – czy sądzeni, czy sądzący) to najgorsze wyrzutki społeczeństwa. Wiara komunistów w człowieka musi być mocno zachwiana.

Ale jeśli odrzucić wszelkie teorie o półbogach i z możliwie największą obiektywnością przyjrzeć się społeczeństwu ludzkiemu, to się okaże, że na ogół każdy człowiek widzi innych „na obraz i podobieństwo swoje”. Że znajdzie w nich wszystkie zalety i wady, cnoty i przywary, które odkryje w… sobie samym.

Gdyż człowiek sam przez się zazwyczaj nie jest ani zły, ani dobry, ani urodzonym zdrajcą, ani rycerzem bez skazy. Zaś może stać się jednym lub drugim, w zależności od konkretnych warunków, z których część tylko zależna jest od danej jednostki.

Zapewne – są ludzie, których hart duszy i siła charakteru potrafią w dużym stopniu zrównoważyć wpływy warunków zewnętrznych. Ci ludzie potrafią w każdej okoliczności pozostać wiernymi samym sobie. Są również inni, których wartość moralna jest patologicznie niska. Ale to są wyjątki. Zaś olbrzymia większość ludzkości nie tyle jest, ile staje się. I choć proces ten trwa już tysiące lat, dalekim jest jeszcze od końca. Gdyż człowiek wciąż jeszcze nie wyzwolił się spod przemożnego wpływu czynników zewnętrznych, wliczając do tych ostatnich istniejące stosunki społeczne.

Prowadzi to nas bezpośrednio do ponownego zmodyfikowania zagadnienia o „wierze w człowieka”. Z naszego punktu widzenia brzmi ono teraz tak:

Czy ludzie mogą w ogóle stać się podobni do naszej wizji człowieka jutra?

Odpowiedzi na to pytanie musi każdy szukać w sobie samym. Jeśli znajdzie w sobie elementy tego człowieka jutra, łatwo rozszerzy to swe indywidualne doświadczenie na całą ludzkość. Wtedy odpowiedź wypadnie pozytywnie.

I wtedy człowiek znajdzie w sobie moc i wolę, by w najcięższych nawet chwilach nie tylko utrzymać „wiarę w człowieka”, ale według swych sił przyczynić się do stworzenia warunków, umożliwiających realizację wizji człowieka jutra.

A teraz drugie pytanie: Czy można wierzyć w socjalizm?

Socjalizm to coś dużo większego, niż partie socjalistyczne. Partie to narzędzie, a socjalizm to dzieło. Narzędzie może się stępić lub złamać – będzie wtedy zastąpione przez inne, a dzieło zostanie doprowadzone do końca.

Istnieje u ludzi naturalna tendencja identyfikowania środka z celem. A niekiedy, w nadmiarze patriotyzmu własnego wysiłku, zapominania o celu w egzaltowaniu środka. Zdarza się niektórym socjalistom, jak się przydarzyło ortodoksyjnym komunistom, tyle miłości poświęcać własnej partii, że już jej nie starczy dla socjalizmu. I gdy bankrutuje ich partia, to są skłonni uznać to – zupełnie niesłusznie – za bankructwo socjalizmu.

W historii walk o socjalizm wiele jest przykładów bankructwa lub nawet śmierci partii socjalistycznych. Różne tego bywały powody. Niekiedy niefortunne warunki zewnętrzne, niekiedy wewnętrzne choroby lub nawet uwiąd starczy, spowodowany brakiem dopływu młodych sił. Partie rodziły się, żyły i umierały. Po nich, lub obok nich, rodziły się inne, które rozpoczynały analogiczny cykl rozwoju z niewątpliwą perspektywą wyczerpania w przyszłości swych sił żywotnych. A ruch socjalistyczny trwał nieustannie, wchłaniając w siebie zarówno żywoty poszczególnych ludzi, jak i żywoty jednostek wyższego typu – partii i organizacji.

Życie najbardziej oddanego socjalisty jest wysiłkiem jednostki. Dzieje partii są wysiłkiem zbiorowym. A socjalizm jest nie tylko sumą tych wysiłków w przeszłości i teraźniejszości, ale również – a bodaj przede wszystkim – wizją szczęśliwego, wolnego rozumnie zorganizowanego społeczeństwa ludzkiego w przyszłości.

Wierzyć w socjalizm oznacza przeto wierzyć w możliwość takiego społeczeństwa, gdzie by w atmosferze powszechnego dobrobytu zostały zrealizowane hasła braterstwa, równości i wolności ludzi i narodów.

Czy takie współżycie ludzi jest możliwe?

Zazwyczaj dla dowiedzenia niemożliwości socjalizmu wysuwa się argument o charakterze biologicznym. Jednym z pierwszych użył go Malthus. Na podstawie statystyki za pewien okres czasu stwierdził, że ludzkość szybko się rozmnaża, znacznie szybciej niż wzrasta ilość dóbr przeznaczonych dla spożycia ludności. Więc o ile nie znajdzie się środek na usunięcie tej sprzeczności (np. wojna lub masowa emigracja do nowych terenów kolonizacyjnych), to ludzkość jest skazana na coraz gorsze warunki bytowania.

Marks rozprawił się swego czasu z tą teorią. Późniejszy rozwój techniki i produkcji, wykazał tak olbrzymie możliwości powiększenia bogactw naturalnych, że główną troską stało się zagadnienie, jak zbyć nagromadzone towary.

Ale teoria Malthusa odżyła w innej postaci. Teoretycy faszyzmu wskazują na wzrost ilości mieszkańców jako na zasadnicze źródło nieuniknionych walk między ludźmi. Im więcej ludzi, tym ciaśniej będzie na świecie. Ci „dodatkowi” zechcą siłą zdobyć dla siebie miejsca już obsadzone. Więc wojny o nowy podział świata są logiczną konsekwencją niezliczonych ilości indywidualnych aktów zmierzających do utrzymania gatunku.

Ale i ten pozornie naukowy argument został obalony przez… statystykę. Badania demograficzne wykazały, że w miarę polepszania się warunków materialnych danego społeczeństwa, jego wskaźnik przyrostu naturalnego – spada. Zaś w społeczeństwach krajów przodujących wskaźnik ten staje się nawet ujemny, pomimo znacznego spadku śmiertelności i dłuższego przeciętnego okresu życia ludzkiego. Biblijny nakaz „płódźcie się i rozmnażajcie” jest przestrzegany przede wszystkim przez ludność biedną, mało kulturalną. Na wyższym poziomie życia powstaje wprost odwrotnie zagadnienie: co tu zrobić, by kobiety rodziły więcej dzieci?

Biologiczny argument przeciwko socjalizmowi rozwiał się jak dym.

Pozostaje argument psychologiczny: Socjalizm jest niemożliwy, gdyż ludzie są niedoskonali. Istotnie ludzie są niedoskonali. Ale dlaczego przyjąć, że w tej niedoskonałości, która oznacza ciągłą walkę zła z dobrym w każdym człowieku, zło musi triumfować? Dlaczego chamstwo i gwałt muszą wziąć górę nad rozumem i harmonią i dodatnimi instynktami ludzkimi?

W tym metafizycznym sporze rzeczowe argumenty niewiele pomogą. Sprowadza się on w gruncie rzeczy do już omawianego zagadnienia – do wiary w człowieka. Wiarę tę – widzieliśmy poprzednio – może każdy czerpać tylko… z siebie samego. Kto nie znajdzie dobra w sobie, ten nie doszuka się go i w innych. W tej dziedzinie nikt nie potrafi korzystać z cudzego bogactwa.

Więc wiara w socjalizm zależy od subiektywnego czynnika? A przecież marksizm dowiódł niezbicie, że świat zmierza nieuchronnie ku socjalizmowi?

Marks dowiódł istotnie, że rozwój form produkcji prowadzi do zastąpienia indywidualistycznej, anarchicznej gospodarki poszczególnych niezależnych kapitalistów przez planową monopolistyczną gospodarkę, o scentralizowanej własności środków produkcji.

Dzisiaj wiemy, że socjalizm to nie tylko nowa forma produkcji. To również nowy układ stosunków społecznych i nowy człowiek w nowym społeczeństwie. Czy wraz z nową formą produkcji zwycięży socjalistyczna wizja człowieka jutra w społeczeństwie jutra?

Tak być może. Tak być powinno. Ale tak będzie na pewno tylko wtedy, gdy… zwyciężymy.

Ale czy na pewno zwyciężymy? Oto trzecie pytanie, które czeka na odpowiedź.

Przez długie lata ulubionym argumentem agitatorów socjalistycznych było twierdzenie, że zwycięstwo socjalizmu jest niewątpliwe i nieuchronne i przeto wysiłek w tym kierunku nie pójdzie na marne. Próbowano nawet wyinterpretować różnicę między socjalizmem naukowym a utopijnym właśnie w tym sensie, że ta pewność automatycznego zwycięstwa socjalizmu została naukowo dowiedziona przez Marksa i Engelsa.

Zrozumiałym jest, że takie przeświadczenie jest dla każdego socjalisty równie pocieszające, jak dla każdego szczerze wierzącego świadomość istnienia opatrzności, która pokieruje już należycie jego losem. Taka świecka wiara niewiele różni się od religijnej. Ludzie chcą wierzyć, bo to jest znacznie… łatwiej.

Toteż z żalem możemy stwierdzić, że jesteśmy odmiennego zdania. Zwycięstwo socjalizmu jest możliwe, jest prawdopodobne, ale nie jest – pewne. Wszelkie absolutne proroctwa lub przewidywania przyszłych losów ludzkości są oparte na fetyszyzmie lub na bezkrytycznej wierze. Trzeźwe rozważania mogą liczyć się tylko z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem. I chociaż bardzo duże prawdopodobieństwo sprowadza się praktycznie do pewności, to nawet w tym skrajnym wypadku nie jest to jedno i to samo.

Więc jaki jest stopień prawdopodobieństwa zwycięstwa socjalizmu?

W dziedzinie czysto gospodarczej prawdopodobieństwo jest bardzo duże. Że stary ustrój kapitalistyczny, oparty na supremacji gospodarczej i politycznej prywatnych wielkich posiadaczy środków produkcji, znajduje się u schyłku swego istnienia – temu mało kto dzisiaj zaprzeczy. Nawet faszyzm realizuje, na swój sposób, planową gospodarkę społeczną. Poprzez najrozmaitsze przemiany polityczne nieustannie posuwa się naprzód głęboka zmiana form produkcji, zdążając wyraźnie ku skoncentrowaniu w rękach państwa olbrzymiej potęgi gospodarczej, decydującej dla dalszego rozwoju ekonomii publicznej.

Ale w takim razie, w ślad za przeobrażeniem gospodarczym musi przecież nastąpić rychło przebudowa społeczeństwa oraz zmiana wartości duchowych w myśl postulatów socjalistycznych!

Rozumowanie takie jest zbyt uproszczone. Przypomnijmy historyczną analogię.

Przed 90 laty, dokładnie – w roku 1848, miasta Europy Środkowej były teatrem wielkich wystąpień masowych, znanych w historii jako okres „wiosny ludów”. Zgodni są dzisiaj historycy w ocenie tych wystąpień, jako szturmu młodego kapitalizmu na twierdze feudalizmu, jako ciągu dalszego wielkiego dramatu historycznego, którego akt poprzedni rozgrywał się podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Jak wiadomo, wypadki rewolucyjne w krajach niemieckich potoczyły się wówczas zupełnie inaczej niż uprzednio we Francji. Reakcja triumfowała, a jednak… kapitalizm zwyciężył. Nowa forma produkcji pokonała poprzednią, chociaż w płaszczyźnie politycznej dawne warstwy posiadające zdołały utrzymać swą supremację i swe przywileje. Kapitalizm jako formacja gospodarcza łamał wszystkie opory, natomiast wolnościowa ideologia ówczesnego kapitalizmu ponosiła klęskę za klęską i z wielkim trudem, kosztem znacznych ofiar torowała sobie drogę przez reakcyjny gąszcz zaśniedziałej reakcji prusko-austriackiej.

Analogii takich można by w historii znaleźć więcej. Toteż musimy z góry założyć, że rychłe zwycięstwo wolnościowej ideologii socjalizmu posiada mniejszy stopień prawdopodobieństwa niż zwycięstwo ekonomicznej doktryny socjalizmu.

Mniejszy, dobrze, ale jaki? Zależy to przede wszystkim od nas samych, od twórczych walorów ruchu socjalistycznego.

Nie możemy dostarczyć żadnych gwarancji, że ruch socjalistyczny na pewno zwycięży. Ale niewątpliwie może zwyciężyć, gdyż reprezentuje dobro olbrzymiej większości ludności i stawia sobie cele możliwe historycznie do zrealizowania. A konkretny wynik walk zależy już od natężenia pasji wolności, jaką ten ruch potrafi rozpalić wśród mas ludowych. Od wysiłku świadomej woli, niezbędnego rozumu politycznego i faktycznego stosunku sił.

A ci, którym żal utracić mit o pewności zwycięstwa, niechaj pamiętają, że ten indeterminizm odnosi się w równym stopniu do każdego ruchu społecznego. Każdy ruch próbuje wykorzystać ten mit dla siebie. Szarlatani przewodzący belgijskim faszystom (reksistom) uczynili z tego mitu swe naczelne hasło – „Rex vaincra” (Rex zwycięży). W pierwszych latach po rewolucji październikowej duże powodzenie miał mit, że komunizm opanuje z pewnością całą Europę. Obecnie faszyzm stara się wszystkim wpoić przekonanie o „pewności” swego powszechnego rychłego zwycięstwa.

W rzeczywistości wszystkie te „pewności” są w najlepszym wypadku grą na psychologii mas.

Ale jeśli nie mamy pewności zwycięstwa, to czyż nie może się stać, że wszystkie nasze wysiłki pójdą na marne?

Nie. Każdy prawdziwy bojownik o socjalizm wie, że walcząc ma szanse zwycięstwa. Ale jeśli nawet oblicza, że nie dożyje do chwili triumfu, to jednak treścią i sensem jego osobistego życia jest udział w ruchu, w którym on jako jednostka zrasta się z czymś niezmiernie wielkim i długotrwałym. To samo jest prawdą w stosunku do jednostki wyższego rzędu, za którą można uważać całość ruchu socjalistycznego. Walcząc może zwyciężyć, ale gdyby nawet uległ wobec przemożnych sił wrogów, odżyłby później w nowych – a niewątpliwych – wysiłkach ludzkości do urzeczywistnienia społeczeństwa jutra, opartego na pięknie i wolności. Bo tęsknota ludzi do absolutu może zginąć tylko wraz z ludzkością.

Gdyby nawet nie ziściły się nadzieje ruchu socjalistycznego osiągnięcia zwycięstwa przy obecnym zakręcie historii, będzie mógł powtórzyć słowa „Testamentu” wielkiego poety, który z właściwym jego czasom romantycznym patosem rzucał przyszłości wyzwanie:

Ale zostanie po mnie ta siła fatalna

Co mnie żywemu na nic – tylko czoło zdobi

I będzie po mej śmierci gniotła niewidzialna

Aż was, zjadaczy chleba, w aniołów przerobi.

Wiktor Alter
_________________________
Powyższy tekst jest rozdziałem książki Wiktora Altera pt. „Człowiek w społeczeństwie”, Wydawnicza Spółdzielnia Czytelników Książki „Światło”, Warszawa 1938. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

 

 

Publikowaliśmy już dwa inne rozdziały z tej książki:

oraz inne teksty Wiktora Altera:

a także dwa teksty o zamordowaniu Altera przez NKWD:

 

 

Wiktor Alter (1890-1943) – działacz i publicysta socjalistyczny. Urodził się w żydowskiej chasydzkiej rodzinie w Mławie. Ukończył w Belgii studia jako inżynier-mechanik. Po powrocie ze studiów do Polski zaangażował się mocniej niż dotychczas w działalność w żydowskiej partii socjalistycznej Bund (jej członkiem był od roku 1905), za co został aresztowany i zesłany na Syberię. Uciekł stamtąd najpierw do Belgii, a po wybuchu I wojny światowej do Wielkiej Brytanii, gdzie wstąpił do Labour Party. Po wybuchu rewolucji lutowej wyjechał do Rosji, w marcu 1917 r. jako członek Piotrogrodzkiej Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich był autorem deklaracji opowiadającej się za prawem Polski do pełnej i bezwarunkowej niepodległości. W grudniu 1917 r. został członkiem Komitetu Centralnego Bundu. Po odzyskaniu niepodległości powrócił do Polski, kontynuując działalność polityczną w Bundzie, do którego głównych liderów należał obok Henryka Ehrlicha. Początkowo zwolennik współpracy partii socjalistycznych (Bundu i PPS) z komunistami, w miarę narastania terroru w ZSRR zmienił stanowisko i sprzeciwiał się forsowanej przez komunistów idei „frontów ludowych”, był także przeciwnikiem wstąpienia Bundu do Międzynarodówki Komunistycznej i przeforsował ideę przynależności partii do Międzynarodówki Socjalistycznej (wszedł w skład jej władz centralnych). W międzywojniu kilkakrotnie wybierany radnym Warszawy, w latach 1921-1939 był reprezentantem żydowskich socjalistów w Komisji Centralnej Związków Zawodowych. Od roku 1936 zasiadał wskutek wyborów w zarządzie warszawskiej Wyznaniowej Gminy Żydowskiej, z której próbowano go usunąć pod pretekstem, iż jako osoba krytyczna wobec tradycji żydowskiej nie dokonał obrzezania swego syna. Po wybuchu II wojny światowej znalazł się na terenach objętych okupacją sowiecką, 29 września 1939 aresztowało go NKWD. Został skazany na śmierć, karę zamieniono jednak na 10 lat więzienia. Po podpisaniu układu Sikorski – Majski objęła go amnestia. Wraz z Ehrlichem zostali zwolnieni na mocy pomysłu Berii, by objęli funkcje liderów Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego – było to uzależnione od ich zgody na współpracę z NKWD, jednak zaraz po uwolnieniu odmówili wszelkich kontaktów z sowiecką bezpieką. Zajęli się m.in. próbą wyjaśnienia sowieckiego mordu na polskich żołnierzach w Katyniu, Charkowie i Miednoje. 4 grudnia 1941 został wraz z Ehrlichem aresztowany przez NKWD, następnie przetrzymywany w więzieniu (towarzyszyły temu liczne protesty środowisk żydowskich, socjalistycznych i związkowych w państwach alianckich), a później zamordowany (data nie jest znana) – władze sowieckie w 1943 r. wydały komunikat, iż Alter został skazany na śmierć za „szpiegostwo na rzecz Hitlera”, co było oczywiście zarzutem całkowicie fałszywym. Jego symboliczny grób powstał w roku 1988 na cmentarzu żydowskim w Warszawie przy ul. Okopowej. W międzywojniu był bardzo aktywnym publicystą prasy socjalistycznej i związkowej oraz autorem kilku książek: „Socjalizm walczący”, „Gdy socjaliści przyjdą do władzy…”, „Jedność i plan”, „O problemie żydowskim w Polsce”, „Antysemityzm gospodarczy w świetle cyfr”, „Hiszpania w ogniu”, „Comment Réaliser Le Socialisme”, „Der emes vegn Palestine”, „Grund-printsipien fun der proletarisher kooperatsye”, „Człowiek w społeczeństwie”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *