Feliks Perl

Płaca robocza a strajki

[1906]

W robotniczym ruchu zawodowym walka o płacę zajmuje pierwsze i najważniejsze miejsce; większość strajków ma na celu albo podwyższenie płacy, albo przynajmniej utrzymanie jej na dawnym poziomie. Zachodzi więc pytanie, czy i o ile walka ta może być skuteczną, czy i o ile robotnicy mogą za pomocą strajków wpływać na wysokość płacy.

Dawniej na pytanie to uczeni odpowiadali stanowczym nie! W ekonomii politycznej, nauce o gospodarstwie społecznym, powszechnym uznaniem cieszył się pogląd, że płaca robocza zależy od stałych, niezmiennych, naturalnych praw, na które ani kapitaliści, ani robotnicy wpływu nie mają. Wysokość płacy – mówiono – w danym czasie i miejscu z góry jest określona i ani dobra wola przedsiębiorców, ani wysiłki robotników nic na to nie poradzą. W każdym bowiem kraju istnieje ściśle określony fundusz, przeznaczony na utrzymanie robotników, tak zwany fundusz zarobkowy. Wielkość jego zależy od stopnia rozwoju przemysłu, od tego, jak wielkie jest zapotrzebowanie na ręce robocze. Ile z tego ogólnego funduszu wypadnie na pojedynczego robotnika, to zależy od liczebności klasy pracującej. Przy tym samym funduszu zarobkowym płaca będzie, jeżeli robotników jest tylko milion, wyższa niż wtedy, gdy robotników jest np. półtora miliona. Zatem, zgodnie z tą teorią, płaca może wzrosnąć tylko w dwóch wypadkach: jeżeli wzrośnie kapitał, a więc i popyt (zapotrzebowanie) na ręce robocze, albo też jeżeli zmniejsza się liczba robotników; a więc podaż (zaofiarowanie) pracy. Strajki stosunków tych nie zmieniają: nie wywołują ani wzrostu kapitału, ani zmniejszenia liczby robotników, toteż na wysokość płacy nie mogą one oddziałać. Jeżeli nawet w tej lub owej gałęzi przemysłu robotnicy wywalczą sobie podwyżkę płacy, to to postaci rzeczy nie zmieni: co oni zyskają, to reszta robotników straci, ponieważ będzie musiała zadowolić się uszczuplonym „funduszem zarobkowym”. Jeżeli zaś skutek ten nie nastąpi, to będzie to dowodem, że podwyżka płacy nastąpiłaby i tak sama przez się bez strajku.

Gdyby cała ta teoria była słuszna, to robotnikom istotnie nie pozostawałoby nic innego, jak oczekiwać wzrostu kapitału lub starać się o zmniejszenie swej liczebności. Jednakże, jak łatwo będzie dowieść, przedstawione powyżej poglądy dalekie są od prawdy.

Przede wszystkim zauważyć trzeba, że nie może być mowy o jakimś naturalnym prawie płacy roboczej, które by działało tak stale i niezmiennie, jak prawa przyrody. Płaca najemna i wynagrodzenie za nią, oparte na dobrowolnej umowie, to jest płaca robocza, nie należą do zjawisk naturalnych, przyrodzonych; są to zjawiska społeczno-historyczne, to znaczy, że nie zostały one ludziom narzucone przez niezłomny przymus natury, lecz są wytworem ludzkim, stanowią wynik położenia ludzi w pewnym okresie ich rozwoju. Były czasy, kiedy w społeczeństwie panowała powszechnie nie praca najemna, lecz niewolnicza i pańszczyźniana, wówczas całkiem inne czynniki określały położenie klasy pracującej i o płacy roboczej w dzisiejszym tego słowa znaczeniu nie mogło być mowy. W społeczeństwie przyszłości, społeczeństwie socjalistycznym, praca najemna ustąpi miejsca pracy na rzecz ogółu, zniknie więc i dzisiejsza płaca robocza, a zastąpi ją – świadomie dokonywany przez społeczeństwo podział owoców wspólnej pracy.

Widzimy więc, że o naturalnym, stałym, niezmiennym prawie płacy roboczej mówić nie można po prostu dlatego, że sama płaca robocza nie jest czymś naturalnym, stałym, niezmiennym. Może jednak teoria, którą streściliśmy wyżej, zachowuje całe swe znaczenie dla ustroju kapitalistycznego? Może istotnie w społeczeństwie kapitalistycznym, opartym na własności prywatnej środków wytwarzania i na pracy najemnej, żadne wysiłki robotników nie mogą oddziałać na wysokość płacy? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy rozpatrzyć się dokładniej w owej teorii „funduszu zarobkowego”.

W gruncie rzeczy teoria ta niczego nam nie objaśnia. Że każdy przedsiębiorca musi rozporządzać pewną sumą pieniędzy potrzebną do wypłacania zarobków, to rzecz zrozumiała sama przez się. Jeżeli zliczymy razem wszystkie te fundusze pojedynczych przedsiębiorców, to czego się dowiemy? Po prostu tego, ile wynosi suma zarobków klasy pracującej. Ale to nam wcale nie objaśnia, dlaczego wysokość zarobków tych jest taka, a nie inna. Dowiadujemy się, że klasa kapitalistów wypłaca klasie robotniczej pewną sumę pieniędzy – nic więcej. Ale chodzi właśnie o to, czemu suma ta nie jest wyższa lub niższa i czy w danej chwili można ją powiększyć. Płaca robocza jest częścią wytworu, produktu pracy; jaką część wytworu tego stanowi, to zależy od całego szeregu przyczyn. W każdym razie nie można z góry nakreślić granicy jej wzrostu, nie można powiedzieć, że dana część wytworu społecznego – ani mniej, ani więcej –przeznaczona jest dla robotników. Jeżeli wytwór pracy oznaczymy przez milion, to płaca robocza może równie dobrze stanowić jego połowę jak trzecią lub czwartą część – zależnie od warunków. Tak zwany fundusz zarobkowy nie jest jakąś ściśle określoną wielkością, jest to część wytworu społecznego, która może podlegać – i istotnie podlega – ciągłym zmianom.

Współczesne życie ekonomiczne przedstawia obraz niezmiernej ruchliwości, wiecznych „przypływów” i „odpływów”. Nie tylko w pojedynczych gałęziach przemysłu, ale nawet w całokształcie gospodarstwa społecznego nic nie stoi w miejscu, „wszystko płynie”. Dawniejsi ekonomiści, jeżeli mówili o tej zmienności, to zaznaczali tylko: ogólny wzrost kapitału społecznego – powstawanie nowych przedsiębiorstw, rozszerzanie dawnych – oraz wahania w „popycie i podaży”, to jest w stosunkach między sprzedawcami a nabywcami towarów. To jednak rzeczy nie wyczerpuje. Wzrost kapitału oznacza nie tylko to, że kapitał ze 100 tysięcy np. powiększył się do 200 tys., ale zarazem oznacza często, że zastosowano w przemyśle nowe wynalazki, nowe udoskonalenia techniczne. Dawniejsi ekonomiści mówili: jeżeli wzrasta cały kapitał, to odpowiednio wzrasta i „fundusz zarobkowy”; jeżeli kapitał się podwaja, to i suma płac wzrośnie w dwójnasób. W rzeczywistości widzimy co innego. Kapitał dzieli się na dwie części: stałą i zmienną. Przedsiębiorca kupuje maszyny, materiał surowy itd. – to właśnie nazywa się kapitałem stałym. Część zaś kapitału, idąca na zakup siły roboczej, na wypłacanie zarobków, zwie się kapitałem zmiennym. Otóż jeżeli przedsiębiorca wprowadza ulepszenia techniczne, to jego kapitał stały powiększa się. Ulepszenia te pozwalają fabrykantowi wytwarzać tyleż, co dawniej, z mniejszym nakładem pracy, to jest oszczędzać na sile roboczej. Kapitał więc zmienny, to jest suma zarobków, może się wtedy nawet zmniejszyć. Jeżeli np. fabrykant podwoił cały swój kapitał, lecz jednocześnie, dzięki lepszym maszynom, zmniejszył swój personel o trzecią część, to tak zwany fundusz zarobkowy zmniejszył się w odpowiednim stosunku. W ogóle zaś dzisiejsze życie ekonomiczne pokazuje nam, że, chociaż kapitał zmienny wzrasta, jednak – w stosunku do całego kapitału – zmniejsza się, ponieważ kapitał stały rośnie daleko szybciej. Widzimy więc, że wzrost kapitału i wzrost tak zwanego funduszu zarobkowego nie zawsze idą w parze.

Współczesne życie ekonomiczne przechodzi kolejno okresy ożywienia i zastoju, dobrych i złych czasów. Kiedy następuje zastój, to oczywiście popyt na pracę, zapotrzebowanie robotników zmniejsza się. Czyż to znaczy, że brak środków wytwarzania i środków utrzymania robotników? Bynajmniej. Znaczy to tylko, że zyskowność przemysłu zmniejszyła się, że kapitalistom wytwarzanie nie opłaca się. Produkcja dzisiejsza odbywa się w imię zysków kapitalistycznych; „złe czasy” – to nie jakieś zjawisko naturalne, jak powódź, trzęsienie ziemi itp., lecz dolegliwość wypływająca ze stosunków społecznych. Zastój w przemyśle nie oznacza braku środków, lecz ich marnowanie skutkiem złej gospodarki. Za to, w okresie ożywienia, kapitał rośnie jak na drożdżach, co chwila –można powiedzieć – rozszerza się i wzmacnia. Świadczy to dowodnie, jak potężnymi siłami wytwórczymi rozporządza społeczeństwo współczesne, z jak wielką szybkością może rozszerzać pole swej pracy. Wobec tego dzieciństwem byłoby mówić o nieruchomości „funduszu zarobkowego”, o tym,że w danym czasie nie można go powiększyć. Jeżeli co stoi temu na przeszkodzie, to interes kapitalistów, nie zaś jakieś naturalne trudności.

Zwróćmy teraz uwagę na drugą część powyższej teorii, która mówi o liczebności robotników. Zdawałoby się, że pod tym względem teoria ta jest całkiem słuszna. Im więcej „kandydatów do zarobku”, tym mniej na każdego wypada! Po części też jest ona słuszna, ale tylko po części. Przede wszystkim bowiem należy się zapytać, co wywołuje wzrost „kandydatów do zarobku”? Dawniej odpowiadano: naturalne rozmnażanie się klasy robotniczej, przyrost ludności! Jeżeli jednak kapitaliści sprowadzają robotników zza granicy, jeżeli w szeregach pracujących stają gromady kobiet i dzieci, które dotychczas nie miały samodzielnego zarobku – to nie zależy to od naturalnego przyrostu ludności, lecz od interesów kapitalistycznych. Jeżeli więc prawodawstwo fabryczne zabroni dzieciom pracy zarobkowej i ograniczy pracę kobiet, to tym samym zmniejszy się liczba współzawodników, poszukujących pracy. Dalej, zauważyć należy, że liczba robotników a ilość pracy, którą oni wykonują, są to dwie różne rzeczy. Kiedy kapitaliści mają dużo zamówień, to do jakiego środka przede wszystkim się uciekają? Oto przedłużają dzień roboczy, każąc robotnikom pracować „po fajrancie”. Jest to dla kapitalistów dogodniejsze od powiększenia liczby robotników. W ten sposób robotnik, pracując zbyt długo, robi sobie samemu konkurencję; fabrykanci bowiem zatrudniają mniej robotników, niż musieliby zatrudniać, gdyby dzień roboczy był krótszy.

Że znaczna liczba robotników poszukujących pracy wpływa na obniżenie zarobków, to rzecz pewna. Ale skąd się bierze ta „rezerwowa armia robotnicza”, ta wielka liczba ludzi, chętnych do pracy, ale przez długi czas nie mogących jej znaleźć? Czyżby istotnie panowało „przeludnienie”, nadmiar rąk do pracy? Nie, główne czynniki, wytwarzające „armię rezerwową” to: kryzysy przemysłowe i udoskonalenia techniczne, pozwalające oszczędzać na sile roboczej. Oba zaś te czynniki nie mają nic wspólnego z naturalnym rozmnażaniem się ludności. Najlepiej o tym świadczą okresy rozkwitu przemysłowego, kiedy fabryki i warsztaty wchłaniają całą lub prawie całą „armię rezerwową”, w niejednej gałęzi pracy daje się nawet odczuwać brak robotnika. Przeludnienie znika, aby się objawić w czasie zastoju, kryzysu. Nie zależy ono tedy od liczebności robotników, ale od zmiennego charakteru gospodarki kapitalistycznej, od nieuporządkowania stosunków ekonomicznych.

Z tego, cośmy dotychczas mówili, wynika, że teoria tak zwanego funduszu zarobkowego jest fałszywa: ani „fundusz” ten, ani liczba robotników nie są to jakieś wielkości stałe, na które oddziaływać nie można. Mogą się one zmieniać – i zmieniają istotnie – bardzo szybko, w zależności od całego szeregu warunków.

Z teorią „funduszu zarobkowego” ściśle jest związana teoria tak zwanego żelaznego prawa płacy roboczej. Główne jej zarysy znajdujemy już w pismach ekonomistów XVIII wieku (między innymi Turgota i Adama Smitha), najściślej sformułował ją ekonomista angielski Ricardo, a socjalista niemiecki Lassalle najbardziej ją spopularyzował. Według teorii tej, robotnicy otrzymują za pracę swą tyle, ile potrzeba do zaspokojenia najniezbędniejszych potrzeb, ile koniecznie potrzeba do życia i utrzymania rodziny. W razie bowiem, gdy otrzymują wyższą płacę, daje im to zachętę do szybszego rozradzania się, przy tym śmiertelność wśród nich zmniejsza się. Skutkiem tego, liczba robotników szybko wzrasta, wzmaga się współzawodnictwo o pracę, a to pociąga za sobą obniżenie zarobków. Jeżeli jednak zarobki są zbyt małe i nie pozwalają zaspakajać najnieodzowniejszych potrzeb, to śmiertelność w klasie robotniczej wzrasta, liczba małżeństw zmniejsza się, część robotników emigruje. Wobec zmniejszonej liczby robotników, płaca musi wzrosnąć. Średnio więc robotnicy muszą zadawalać się płacą, która zaledwie wystarcza na życie; płaca ciągle waha się koło tego poziomu, nie może przez dłuższy czas być ani wyższą, ani niższą. Lassalle nazwał to „żelaznym” i „okrutnym” prawem płacy roboczej: żelaznym – ponieważ w ustroju kapitalistycznym nie da się złamać, okrutnym – ponieważ skazuje robotników na nędzną płacę, na głodowe niemal zarobki.

Zapytamy się jednak, czy istotnie wzrost i zniżka płacy zależą od szybszego lub powolniejszego wzrostu ludności? Na zasadzie tego, co już wyżej mówiliśmy, musimy odpowiedzieć przecząco. „Złe” i „dobre” czasy, ożywienie i zastój w przemyśle nic nie mają wspólnego z naturalnym rozmnażaniem się ludności. Przecież w okresie ożywienia bardzo liczna ludność robotnicza korzysta z lepszego zarobku; gdy ożywienie przejdzie, to nagle okazuje się, że ludzi jest „za dużo”. Za dużo ich jest – w stosunku do potrzeb kapitalistów, podczas gdy przed kilku miesiącami jeszcze kapitaliści może się skarżyli, że jest ich za mało i sprowadzali robotników zza granicy.

Przypuśćmy, jak tego chce „żelazne prawo” płacy roboczej, że pod wpływem lepszych zarobków ludność pracująca szybko się rozmnaża. Czy z tego wynika, że płaca po pewnym czasie musi upaść? Bynajmniej. Wszak zanim młode pokolenie stanie do pracy, upłynąć musi kilkanaście lat (czas ten może być przedłużony przez prawodawstwo zakazujące dzieciom pracy zarobkowej). Przez ten czas życie gospodarcze na pewno przebędzie niejedną zmianę! Rozwój zaś przemysłowy jest tak szybki, że znacznie wyprzedza przyrost ludności, i po kilkunastu latach może się okazać, że podczas ożywienia przemysłowego mimo znacznego wzrostu ludności, robotników jest „za mało”. Zresztą twierdzenie, że wyższe zarobki pociągają za sobą szybsze rozmnażanie się ludności nie jest słuszne. Lepsze zarobki (wraz z innymi czynnikami, jak krótszy dzień roboczy, poprawa warunków higienicznych itp.) wpływają na zmniejszenie śmiertelności, ale nie wywołują większej płodności. Najliczniejsze rodziny spotykamy zwykle nie w najlepiej, lecz przeciwnie – w najgorzej płatnych warstwach robotniczych. Jako przykład możemy wskazać, że r. 1875 w stanie Massachusetts (Ameryka Półn.) z 393 zbadanych rodzin robotniczych te, które miały około 1600 rubli rocznego dochodu, liczyły o jedno lub dwoje dzieci mniej, niż te rodziny, których zarobek wynosił około 400 rubli. Od r. 1877 procent urodzeń w Anglii stale się zmniejsza; podczas gdy w r. 1877 na 10 tysięcy ludności wypadało 360 urodzeń, to w r. 1895 – tylko 304. A przecież w tym okresie byt materialny ludności na pewno nie pogorszył się, lecz, przeciwnie, poprawił.

„Żelazne prawo” płacy roboczej mówi o koniecznych środkach utrzymania jako o czynniku, który określa średnią wysokość płacy roboczej. Anglicy nazywają to stopą życiową (standard of life). Istotnie czynnik ten jest niezmiernie ważny i objaśnia nam wiele faktów. Różnica stopy życiowej, to jest tego poziomu potrzeb, do którego robotnicy przyzwyczaili się, wyjaśnia nam, dlaczego np. irlandzki robotnik zadawala się płacą, za jaką Anglik nigdy nie zgodziłby się pracować. Różnica stopy życiowej w znacznej mierze tłumaczy nam, dlaczego kobiety i dzieci poprzestają na płacy, z której mężczyzna dorosły wyżyć by nie mógł, dlaczego płaca robotników wiejskich jest niższa od płacy robotników miejskich. Albo też inny przykład: „W czasach najgorszego zastoju, kiedy tysiące mechaników i kotlarzy, mularzy i blacharzy szuka zajęcia, daremnym by było, jak wie o tym najchciwszy nawet przedsiębiorca, ofiarowywać im pracę za 10 lub 15 szylingów (5 lub 7 rub. tygodniowo). Zanim zgodzą się zgwałcić do tego stopnia przekonanie swoje o tym, co im się w ich fachu należy, gotowi są raczej pracować jako wyrobnicy lub chwytać się chwilowych robót za tę samą płacę albo i niższą od tej, którą w swoim zawodzie odrzucają” (S. i B. Webb, „Teoria i praktyka angielskich związków zawodowych”, przekład niem., t. II, str. 218).

Należy zauważyć, że, chociaż ekonomiści zazwyczaj łączyli teorię „funduszu zarobkowego” z teorią „koniecznych potrzeb”, jednakże właściwie ta ostatnia czyni wyłom w pierwszej. Jeżeli bowiem stopa życiowa robotników rozstrzyga ostatecznie o płacy, to tzw. fundusz zarobkowy nie jest z góry określoną sumą, ale musi się do stopy tej przystosować. Oto mały przykład: „W fabryce Marki pod Warszawą angielska firma Posselt i sp. płaciła z początku dziewczętom rubla dziennie. Przekonawszy się, że zarobek ten był w naszych stosunkach wyjątkowo wysokim, obniżono go niebawem do zwykłej normy” (Daszyńska, Zarys ekonomii społecznej, str. 311). Zatem –pierwotnie wyznaczony „fundusz zarobkowy” okazał się tu zbyt wysokim w stosunku do stopy życiowej robotnic; fabrykanci też, z niemałą zapewne uciechą, obniżyli go. Gdyby dziewczęta strajkiem zadokumentowały dążenie do wyższej stopy życiowej, to fabrykantom wypadłoby się z tym pogodzić…

Ekonomiści dawniejsi, mówiąc o poziomie koniecznych potrzeb, mieli na myśli potrzeby w danym miejscu i czasie najniższe. Płaca nie wystarczająca na opędzenie tych potrzeb, po prostu przerzedza szeregi robotnicze, zwiększając wśród nich śmiertelność i emigrację. Czyż jednak stopa życiowa robotników nie może wzrastać, czyż koniecznie musi być tak niską? Zależy to od siły, świadomości i organizacji klasy robotniczej.

Jeżeli robotnicy nie przeciwstawiają fabrykantom woli zbiorowej, nie działają gromadą, to nie mogą skutecznie ani bronić swej stopy życiowej, ani tym bardziej podwyższyć jej. Robotnik pojedynczy, sprzedając kapitaliście swą siłę roboczą, musi w końcu zgodzić się na najgorsze warunki: nie może bowiem czekać – głodny żołądek nie pozwala na to; obawia się, że fabrykant z łatwością znajdzie, zamiast niego, wielu innych chętnych do pracy; nie ma pojęcia o warunkach rynku, o stanie interesów fabrykanta itd. Stopa życiowa całego tłumu robotników niezorganizowanych nie jest czymś określonym, chociażby dlatego, że na tłum ten składa się mnóstwo jednostek z najrozmaitszymi przyzwyczajeniami i potrzebami. Stopa życiowa przejawia się tu instynktownie, nieświadomie, podlegając wszelkim wahaniom ślepo działającej konkurencji. Podnosić się może tylko bardzo powoli, w ciągu całych dziesiątków lat, pod wpływem takich czynników, jak długoletni pomyślny stan interesów, rozpowszechnienie oświaty itd. Ale też bardzo łatwo kapitalizm może obniżyć stopę życiową robotników, wprowadzając do fabryk gromady kobiet i dzieci, przedłużając dzień roboczy, zastępując robotników wykwalifikowanych wyrobnikami, zmieniając samodzielnych rzemieślników w robotników najemnych itd. Dopiero kiedy proletariat rozpoczyna świadomą walkę, postać rzeczy ulega zmianie. Robotnicy zaczynają oddziaływać na stosunki, zamiast ślepo się im poddawać. Dzięki ruchowi zawodowemu, stopa życiowa przybiera kształty bardziej określone, wyraźniejsze; ogół świadomie formułuje wspólne swe potrzeby, broni ich i korzysta z każdej sposobności, aby udział swój w produktach własnej pracy podwyższyć.

Mówiliśmy już, że przeciwnicy strajków twierdzą z całą stanowczością: jeżeli podwyżka płacy może nastąpić, to nastąpi sama przez się bez walki zawodowej, bez strajku. Jest to pogląd zupełnie fałszywy. Fabrykanci dobrowolnie nie zrobią ustępstw robotnikom, choćby interesy ich były w jak najbardziej kwitnącym stanie. Przeciwnie, właśnie wtedy najodpowiedniejsza jest pora do wywalczania sobie ustępstw. Fabrykanci w Królestwie Polskim i w Rosji mają ogromne zyski: dywidenda wynosząca kilkanaście procent, jest pospolitym zjawiskiem, 30, 40 i 50% zysku w przemyśle spotykamy często, a niekiedy zysk dochodzi do 100%. Śmiesznym jednak byłoby spodziewać się, że kapitaliści zrzekną się bez przymusu choć cząstki ogromnych swych zysków. Toteż widzimy, że płaca robocza najwyższa jest nie w tych gałęziach przemysłu, w których przedsiębiorcy robią najlepsze interesy, lecz w tych, gdzie robotnicy mają najsilniejsze organizacje i najenergiczniej walczą o polepszenie bytu. „Podczas gdy (w Anglii) właściciele browarów, wielcy składnicy środków spożywczych, fabrykanci mydła, właściciele wielkich magazynów konfekcji, fabrykanci maszyn do szycia, fabrykanci bicyklów i kół pneumatycznych, sprzedawcy wód mineralnych w ciągu ostatnich ośmiu lat kolosalne zbierali zyski, to zatrudniani przez nich robotnicy, prawie całkiem pozbawieni organizacji, otrzymywali płacę raczej niższą niż wyższą od średniego poziomu Królestwa (W. Brytanii). W wielu z wymienionych gałęzi przemysłu stosunki są takie, że nie pozwalają robotnikom na jako tako przyzwoite utrzymanie” (S. i B. Webb, t. II. str. 319).

Jeżeli robotnicy, chcąc byt swój polepszyć, tylko na swoją działalność zorganizowaną liczyć mogą, to również tylko zbiorowy ich opór przeciwdziałać może pogarszaniu warunków bytu. Kapitaliści, mając do czynienia z tłumem bezradnym, nie połączonym wspólną myślą ani wspólnym dążeniem, korzystają z każdej sposobności, aby płacę zniżyć i w ogóle wyzysk spotęgować. Jeżeli jednak wiedzą, że spotkają zacięty opór, to nie będą się z tym tak kwapili. Wprawdzie nieraz, w czasach zastoju, kiedy fabrykanci bankrutują lub zmniejszają produkcję, a mnóstwo robotników na próżno poszukuje pracy, nie zawsze można skutecznie oprzeć się zniżce płacy. Ale bardzo często od energii robotników zależy, czy zniżka ta będzie mniejsza lub większa. Silna organizacja robotnicza, w najgorszych nawet czasach, może do pewnego stopnia trzymać na wodzy zapędy kapitalistyczne.

***

Dawniej utrzymywano, że strajki nie mogą wpłynąć na podwyższenie płacy, bo ta z góry jest określona niezłomnymi, naturalnymi prawami. Ale życie samo pokazało, że pogląd ten jest niesłuszny, bo robotnicy nieraz jakoś dawali sobie radę z tymi rzekomo „niezłomnymi” prawami. Często więc używano, a i dzisiaj używa się innych dowodów. Przeciwnicy strajków powiadają: „Robotnicy mogą wprawdzie uzyskać podwyżkę płacy, ale to im nie przyniesie korzyści. Podwyżka płacy pociągnąć musi za sobą albo wzrost ceny towarów, albo zmniejszenie zysków. W pierwszym wypadku, to jest w razie wzrostu ceny towarów, robotnicy tracą, jako spożywcy, to, co zyskali jako wytwórcy; innymi słowy, otrzymują wprawdzie większą płacę, ale też drożej muszą płacić za wszystkie towary. W drugim wypadku, to jest jeżeli zyski przedsiębiorców zmniejszyły się, robotnicy też na tym tracą. Przemysł bowiem, pozbawiony takiego bodźca jak wysokie zyski, rozwija się wolniej, „nagromadzanie kapitału” słabnie, tak, że po pewnym czasie płaca musi upaść. Niektórym gałęziom przemysłu wzrost płacy roboczej grozi wprost ruiną; wobec wzrostu kosztów produkcji (których częścią jest płaca robocza), konkurencja z zagranicą stanie się niemożliwa, fabrykanci albo wczas wycofają kapitały z tych gałęzi przemysłu, albo też zbankrutują. Tak czy owak, robotnicy niedługo będą się cieszyli z wzrostu płacy, wkrótce bowiem odczują złe tego skutki”. Zobaczymy, czy rozumowanie takie jest słuszne.

Przypuśćmy, że płaca ogółu robotników wzrosła i że skutkiem tego ceny wszystkich towarów poszły w górę. Gdyby robotnicy byli wyłącznymi nabywcami towarów, to położenie ich w niczym by się nie zmieniło: zwyżkę bowiem płacy równoważyłby wzrost wydatków. Ale nie wolno nam zapominać, że towary wytworzone przez robotników służą do zaspakajania potrzeb całego społeczeństwa „W Anglii np. – mówią Webbowie –robotnicy najemni stanowią 4/5 (80%) całej ludności, spożywają jednak najwyżej trzecią część lub dwie piąte (33-40%) rocznego wytworu, reszta przypada w udziale klasom posiadającym i inteligencji” (t. II, str. 296-7, przyp.). Jeżeli więc, skutkiem podwyżki płacy, ceny wszystkich towarów wzrosną, to jakież będzie następstwo? Wzrost cen w części tylko dotknie robotników, w części tylko zrównoważy podwyżkę płacy; resztę będą musiały zapłacić klasy posiadające. Przypuśćmy, że płaca wzrosła o milion, co wywołało odpowiednią zwyżkę cen towarów; jeżeli klasa robotnicza spożywała dotychczas 40% całego wytworu, to wzrost cen dotknie ją w odpowiednim stosunku, to jest będzie musiała płacić za towary o 400 tys. drożej. Reszta, 600 tys., będzie dla niej oznaczała czysty zysk; udział jej w wytworze pracy narodowej powiększy się o tę sumę.

Ale w rzeczywistości nie dzieje się tak, aby płaca równomiernie i jednocześnie wzrastała we wszystkich bez wyjątku gałęziach wytwarzania. Zobaczymy, co będzie w razie częściowego wzrostu płacy i ceny towarów. Jeżeli robotnicy zdobędą większą płacę w tych gałęziach przemysłu, w których jako spożywcy nie odgrywają żadnej lub prawie żadnej roli, to oczywiście na wzroście cen odpowiednich towarów nie stracą nic albo prawie nic. Jeżeli np. podniesie się cena drogich win, likierów, cygar hawańskich, sukien balowych, biżuterii itp. przedmiotów zbytku, to to klasy robotniczej wcale nie dotknie. Jeżeli, skutkiem podwyżki płacy wzrasta cena tych przedmiotów, które wchodzą w zakres spożycia klasy robotniczej tylko niewielką częścią, to ogół proletariatu niewiele na tym traci. Wprawdzie pewna część robotników będzie musiała drożej płacić za te towary, ale to nie zrobi im wielkiej krzywdy; wzrost wydatków będzie nieznaczny, natomiast korzyść, którą inni robotnicy z wyższej płacy odnoszą, niezmiernie tę niedogodność przeważy.

Oczywiście, jeżeli drożeją towary codziennego i powszechnego użytku, to to klasie pracującej mocno daje się we znaki. Bardzo też często fabrykanci, chcąc usprawiedliwić drożyznę takich towarów, zwalają winę na robotników. Płaca robotników naszych – powiadają –wzrosła do tego stopnia, że musieliśmy podwyższyć ceny. Robotnicy zatem krzywdzą spożywców, nie oni – broń Boże! Ale należy zwrócić uwagę na dwie okoliczności, które sprawę w innym przedstawiają świetle. Oto po pierwsze, robotnicy zdobywają sobie podwyżkę płacy najczęściej wtedy, kiedy już ceny towarów poszły w górę. Korzystają więc z pomyślnej sytuacji i powiększają dochód swój o sumę, która by w innym wypadku została w kieszeni nie spożywców, lecz przedsiębiorców. Po wtóre, gdyby wzrost ceny odpowiadał ściśle wzrostowi płacy, to wydatek spożywców powiększyłby się nieznacznie. Kapitaliści jednak, skarżąc się na wysokość płacy, jednocześnie w bez porównania większym stopniu podnoszą cenę towarów, a tym samym i zyski swoje. Ogromna drożyzna węgla w ostatnich latach przyniosła właścicielom kopalń bajeczne zyski, podczas gdy wzrost płacy górników był stosunkowo bardzo nieznaczny. A jednak wyzyskiwacze ci z właściwym kapitalistom bezwstydem zwalali winę na górników! Już Adam Smith (ekonomista angielski z XVIII w.) zauważył, że klasy posiadające chętnie skarżą się na wysokie zarobki, ale wysokie zyski uważają za rzecz bardzo pożądaną i naturalną.

Rozpatrzyliśmy więc stosunek wzrostu płacy do wzrostu cen towarów. Nie zawsze jednak kapitaliści mogą ciężar powiększonej płacy przekładać na barki spożywców. Nie mogą tego zrobić, jeżeli panuje wśród nich silna konkurencja, zwłaszcza jeżeli fabrykanci zagraniczni będą dostarczali tańszych wyrobów. Tak samo, jeżeli wysokie ceny odstraszą spożywców, to jest jeżeli zapotrzebowanie się zmniejszy, to ceny niebawem wrócą do dawnego poziomu. Wtedy następstwem podwyższonej płacy może być uszczuplenie zysków kapitalistycznych. Albo przedsiębiorcy sami, albo inni kapitaliści (np. kupcy, jeżeli przystaną na zmniejszenie udzielanego im przez fabrykantów rabatu) – poniosą koszty podwyższonej płacy. Ponieważ w ogóle zyski ich są bardzo znaczne, więc wypadnie im się pogodzić z tą „ofiarą” bez żadnej szkody dla społeczeństwa. Ogół tylko zyskać na tym może, że udział robotników w plonach ich pracy nieco wzrośnie. Wprawdzie kapitaliści krzyczeć będą, że to rujnuje przemysł – ale w końcu będą musieli pogodzić się z losem. Przecież widzimy, że rozwój przemysłowy najsilniejszy jest nie tam, gdzie stopa zysku odznacza się największymi rozmiarami (jak np. w Rosji,) ale tam, gdzie jest znacznie niższa (np. w Anglii).

Naturalnie w tych rodzajach przemysłu lub poszczególnych zakładach, które istnienie swe opierają wyłącznie na bezlitosnym wyzyskiwaniu siły roboczej, znaczniejsze polepszenie bytu pracujących może na wyzyskiwaczów sprowadzić bankructwo. Tak np. kapitalistyczny „przemysł domowy”, gdyby w nim prawodawstwo rozciągnęło energiczną i troskliwą opiekę nad robotnikami, w znacznej części musiałby upaść. Nie byłoby w tym nic złego, owszem byłoby bardzo pożądane, żeby przedsiębiorstwa tego rodzaju znikły i ustąpiły miejsca wyższym formom przemysłowym.

Jak widzimy, wzrost płacy roboczej i w ogóle polepszenie warunków pracy (skrócenie dnia roboczego itd.) może być bodźcem do postępu przemysłowego. Niskiej płacy towarzyszy zwykle mała wydajność pracy, robotnik źle płatny nie może najczęściej pracować intensywnie, to jest z należytym wytężeniem, napięciem sił, z należytą starannością. W zamian za małą płacę daje przedsiębiorcy mało pracy, albo też pracę gorszą, niestaranną. Toteż praca taka może się okazać kosztowniejszą od pracy lepiej wynagradzanej, ale za to intensywniejszej. Znany przedsiębiorca angielski Brassey, który w różnych krajach kierował budową dróg żelaznych, powiada, że wolał zatrudniać kopaczów angielskich z płacą 2 rs. 40 kop. dziennie, niż francuskich z płacą 1 rs. 20 kop.: pierwsi bowiem robili przeszło dwa razy więcej. Już zresztą Artur Jung, pisarz z XVIII w., zrobił spostrzeżenie, że rolnik angielski, otrzymując dziennie 1 rs. 50 kop., kosztuje taniej, niż Irlandczyk z płacą 50 kop. Dodać jednak trzeba, że nie we wszystkich gałęziach przemysłu wzrost płacy w jednakowym stopniu podnosi wydajność pracy; przy tym skutek ten zwykle nie następuje od razu, lecz dopiero po pewnym przeciągu czasu, kiedy polepszenie bytu zdoła wywrzeć dodatni wpływ na zdrowie i usposobienie robotnika. Tam, gdzie natężenie pracy doszło już do wysokiego stopnia, wzrost płacy może już wcale nie wpłynie na jego spotęgowanie albo tylko nieznacznie. Ale fabrykanci mają inny sposób podniesienia wydajności pracy i zmniejszenia kosztów wytwarzania: oto mogą lepiej zorganizować pracę, zastosować ulepszenia techniczne itd. Przedsiębiorcy często dlatego tylko nie używają maszyn, że im się to, wobec taniości rąk roboczych, nie opłaca. Fabrykanci tylko wtedy zastosują maszynę, gdy koszty nabycia jej i utrzymania będą mniejsze od kosztów pracy ręcznej. Jeżeli więc płaca wzrośnie, to będą musieli wprowadzić te ulepszenia techniczne, których by w innym wypadku nie wprowadzili. Niska płaca robotników rolnych jest jedną z przyczyn małego zastosowania maszyn w rolnictwie europejskim. W Ameryce Północnej, gdzie płaca rolników jest stosunkowo wysoka, maszyny w rolnictwie są bardzo rozpowszechnione. Historia przemysłu pokazuje nam, że niejedno ważne ulepszenie techniczne, niejeden wynalazek powstał pod wpływem strajków, jako następstwo podwyższonej płacy lub skróconego dnia roboczego.

Widzimy więc, że wzrost wydajności pracy bardzo często wynagradza kapitalistom podwyżkę płacy. Robotnikowi więcej się płaci, ale też wytwarza on więcej. Tak np. podług Böhmerta zarobki przędzalników angielskich są przeciętnie o 50% wyższe niż szwajcarskich. Mimo to koszty wytwarzania w przędzalnictwie angielskim były mniejsze, gdyż w Szwajcarii wypadało 4 robotników na 1700 wrzecion, podczas gdy w Anglii – 3 robotników na 2500 wrzecion (przytoczone u Daszyńskiej str. 312). Robotnik w polskim przemyśle tkackim i przędzalniczym zarabia więcej niż w rosyjskim; według Janżuła różnica ta wynosi nie mniej jak 50%. Ale praca robotnika polskiego jest o tyle wydajniejsza, że, przy wytwarzaniu funta przędzy, koszty pracy w Polsce wynoszą od 66 kop. do 1 rb. 20 kop., podczas gdy w Moskwie 80 kop. do 1 rb. 50 kop. Pomimo zatem większej płacy, robotnik polski jest mniej dla fabrykanta kosztowny.

***

Ekonomiści burżuazyjni, dowodząc istnienia naturalnych, niezłomnych praw płacy roboczej, chcieli w ten sposób powiedzieć, że robotnicy żadnymi środkami walki i organizacji nie mogą polepszyć swego położenia. Lassalle przyjął ich teorię płacy, ale wyprowadził z niej inny wniosek. Tak – mówił – proletariat nie może w niczym polepszyć swego położenia, póki jest proletariatem, póki musi sprzedawać kapitalistom swą siłę roboczą. W dziedzinie ekonomicznej robotnicy nic zdziałać nie mogą, tutaj bowiem ciąży nad nimi jarzmo „żelaznego prawa” płacy roboczej. Ale robotnicy są obywatelami państwa, są większością narodu i mogą wyzwolić się na drodze politycznej. Powinni więc korzystać ze swej siły politycznej i domagać się od państwa kredytu na zakładanie stowarzyszeń wytwórczych; dzięki tym ostatnim, przestaną być najemnikami, a tym samem zniknie panowanie „prawa żelaznego”.

W artykule tym pokazaliśmy, że robotnicy nie są bezsilni w dziedzinie ekonomicznej, że mogą na płacę wywierać wpływ w kierunku pożądanym. Toteż strajki i w ogóle walka zawodowa nie są tak bezskuteczne, jak sądzili ekonomiści burżuazyjni i Lassalle. Przeciwnie, jak to dziś powszechnie jest uznane przez socjalistów, działalność zawodowa, strajki i w ogóle walka ekonomiczna stanowią niezbędny i pożyteczny czynnik ruchu robotniczego. To pewne jednak, że nawet dla polepszenia bytu w ramach dzisiejszego ustroju społecznego działalność taka nie wystarcza. Nie możemy tu szerzej rozwodzić się nad tą kwestią. Zaznaczymy tylko, że po pierwsze, robotnikom niefachowym bardzo trudno walczyć skutecznie za pomocą strajków, gdyż panuje wśród nich wielka konkurencja, to samo tyczy się robotników przemysłu „domowego” itd.; po wtóre, kryzysy przemysłowe wielce osłabiać muszą ruch zawodowy; po trzecie, kapitaliści wzmacniają jeszcze swą siłę ekonomiczną za pomocą karteli i syndykatów (związków), z którymi walka jest o wiele trudniejsza niż z przedsiębiorcami niezorganizowanymi. Dlatego też, nie zaniedbując walki ekonomicznej, robotnicy domagają się reform społecznych, ustaw i urządzeń państwowych, które by miały na celu polepszenie bytu mas pracujących. Prawodawstwo fabryczne nie tylko nie osłabia ruchu zawodowego, ale, owszem, wzmacnia go. Za dowód posłużyć mogą górnicy i tkacze angielscy; udało im się wytworzyć potężne organizacje zawodowe dopiero wtedy, gdy prawodawstwo polepszyło warunki bytu w ich fachach.

Oczywiście, robotnicy-socjaliści nie poprzestają na dążeniu do podwyższenia płacy, w ogóle do poprawienia bytu w dzisiejszym ustroju społecznym. Celem naszym ostatecznym jest zmiana zasadnicza tego ustroju, a więc usunięcie pracy najemnej i płacy roboczej, zastąpienie ich przez pracę stowarzyszoną i udział każdego w owocach tej pracy!

Feliks Perl
____________________
Powyższy tekst Feliksa Perla to cała broszura pt. „Płaca robocza a strajki”, Towarzystwo Wydawnictw Ludowych, Warszawa 1906. Od tamtej pory nie była wznawiana, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *