Witold Jodko-Narkiewicz

Zadania ruchu rewolucyjnego w zaborze rosyjskim w chwili obecnej

[1907]

Cechą charakterystyczną chwili dzisiejszej jest powszechne niezdawanie sobie sprawy z tego, co jutro przyniesie, a zwłaszcza, co ono przynieść powinno. Chociaż bowiem trudno być prorokiem w czasach przełomowych, zwłaszcza w kraju przykutym do ciała tak nieobliczalnego, jak naród rosyjski, ale istnieje przecież sposób wybrnięcia z trudności zorientowania się w położeniu, nawet najbardziej zagmatwanym. Trzeba tylko zdawać sobie dokładnie sprawę z tego, do czego się w danej chwili dąży. O ile takie dążenia oparte będą na realnych interesach, a nie na wytworze fantazji tych, którzy je sformułowali, to będą one dawały wskazówkę, jak zachować się wobec każdego nowego wypadku, a sam bieg życia społecznego z nieubłaganą koniecznością zbliży dzień ich urzeczywistnienia. Tego pochodu ku ostatecznemu zwycięstwu nie mogą wtedy wstrzymywać chwilowe niepowodzenia, które wskazują tylko, iż się w danym razie źle zastosowało ogólną zasadę, i w ten sposób zapobiegają nowym wypadkom. Każde zaś zwycięstwo napawa ludzi otuchą, umacnia ich wiarę w dany program i w ten sposób powiększa ich siły.

Otóż tego u nas nie ma. Wszyscy ciągle czegoś oczekują, czegoś się spodziewają, ale te, mające w ich wyobraźni nastąpić, wypadki nie są bynajmniej owocem ich własnych czynów, celowo zmierzających ku określonemu celowi, lecz pochodzą zawsze z zewnątrz. I nie mamy tu na myśli kawiarnianych polityków, którzy jak szczupaki w stawie, nurzają się z rozkoszą w powodzi bajek, rozpuszczanych systematycznie przez urzędowe i prywatne agencje telegraficzne. Nie, to zjawisko da się zauważyć i u tych, którzy powinni by stanowić najpewniejszą siebie, gdyż na najbardziej rewolucyjnym opierającą się czynniku, sile. Nawet ta organizacja, której najzaciętszy przeciwnik nie odmówi, iż jest ona najpoważniejszą siłą rewolucyjną w społeczeństwie – Polska Partia Socjalistyczna – nie daje innych wskazań, jak tylko te, że należy oczekiwać powszechnej, całe państwo obejmującej rewolucji, która wszystko złe naprawi.

Gdyby dzisiejsza rewolucja była podobna do tego, co działo się w Europie Zachodniej przed r. 1830 i 1848, a u nas przed powstaniami, gdyby ona była ruchem narodu, niezróżniczkowanego jeszcze na klasy świadome swych interesów, w którym jedyna różnica między oddzielnymi częściami opozycji polega na tym, iż jedni chcą środków rewolucyjnych, drudzy zaś pragną działać bardziej pokojowo, gdzie jednak cel jest wspólny i jednaki – to podobna taktyka byłaby zupełnie na miejscu. Tam, gdzie nie ma wielkich różnic co do celu ruchu politycznego, tam cała taktyka rewolucjonistów powinna polegać na przekonaniu o wyższości tych, a nie innych środków. Tak też robili nasi spiskowcy przed każdym powstaniem, tak postępowali rewolucjoniści francuscy, gdy przygotowywali naród do obalenia rządów Burtonów, a później Ludwika Filipa.

Ale dziś sytuacja zupełnie jest odmienna. W ruchu rewolucyjnym państwa rosyjskiego bierze udział całe mnóstwo grup społecznych, z których każda dąży do czego innego. Jeżeli wziąć Rosję rdzenną, to mamy tam dwie siły, z których każda, aczkolwiek w odmienny sposób, bardzo poważnie przyczyniła się do stworzenia dzisiejszego położenia rewolucyjnego. Jedna z nich – liberałowie – zmierzają ku monarchii konstytucyjnej, która by ich uwolniła od ucisku i samowoli biurokratycznej, dała możność wywierania pewnego wpływu na rządy i pozwoliła rozwinąć się życiu narodowemu. Żądań społecznych ta klasa nie wystawia, o ile nie jest do tego zmuszona przez napierających na nią włościan i robotników, przy czym, zdając sobie sprawę z tego, że pewne ustępstwa ekonomiczne na rzecz ludu są konieczne, gotowa jest na nie przystać, starając się w zamian w jak największym stopniu odjąć politycznym urządzeniom w państwie ich charakter demokratyczny. Zupełnie co innego widzimy u robotników: ci chcą przede wszystkim demokratyzacji państwa, są zasadniczymi zwolennikami republiki i nie godzą się z monarchią, gdyż doświadczenie ich nauczyło, że nie mogą niczego się od niej spodziewać. Trzecia, występująca dopiero od pewnego czasu, grupa – włościaństwo – dusi się przede wszystkim z powodu braku ziemi i dąży do jej uzyskania wszelkimi siłami, zaś pod względem politycznym zaczyna dopiero pojmować, iż zniesienie despotyzmu leży w jej interesie. A poza tymi stronnictwami wielkorosyjskimi mamy cały splot partii i partyjek narodów nierosyjskich, które oprócz potrzeb politycznych i społecznych, mają jeszcze niezaspokojone dążenia narodowe i spotykają się pod tym względem u Wielkorosjan albo z obojętnością, z brakiem zrozumienia, albo wprost z niechęcią.

Wobec takiego położenia nie wystarcza dziś wcale powiedzieć: rewolucja, ale trzeba ściśle określać, na czym ta rewolucja ma polegać, co ona danemu stronnictwu przynieść powinna? Tego w chwili dzisiejszej u PPS nie widzimy, dlatego traci ona znaczną część tego wpływu, który wywierała dawniej nie tylko na proletariat, ale i na te wszystkie inne żywioły społeczne, niezupełnie zaślepione egoizmem klasowym i zdolne do walki o pewne ideały. Przypomnijmy sobie początek roku ubiegłego, gdy to rewolucja weszła w Cesarstwie w okres walki ostrej. Podczas wspaniałego ruchu robotniczego, jaki wybuchł wtedy po gaponowskiej demonstracji w całym Królestwie i na Litwie, PPS złożyła dowód wysokiego zmysłu politycznego, wysuwając na pierwszy plan hasło Konstytuanty Warszawskiej i w ten sposób upodobniając swoje dążenia do celów proletariatu rosyjskiego. Byliśmy wszyscy świadkami, jakie wrażenie wywarł lutowy strajk powszechny na całe społeczeństwo polskie, jak je zrewolucjonizował. Strajk szkolny i ruch w gminach za językiem polskim nie były przecież przez PPS wywołane, ale nie ulega żadnej wątpliwości, iż pozostały one pod wrażeniem męskiego i energicznego zachowania się proletariatu, w którym rej wodziła PPS. Była to chwila, gdy partia potrafiła streścić w sobie potrzeby kraju i cieszyła się dlatego ogromną popularnością. Ale to hasło Konstytuanty Warszawskiej nie tylko nie zostało pogłębione, nie tylko nie wyjaśniono, co ta Konstytuanta ma dać krajowi, jakie instytucje polityczne i reformy społeczne powinny być za jej pośrednictwem uzyskane, ale i samo hasło wkrótce przestało odgrywać w agitacji rolę widoczną, stało się formułą, którą się niekiedy powtarza, ale do której nie przywiązuje się tej wagi, jaką ona mieć powinna.

Najlepszy dowód tego mieliśmy przy wyborach do Dumy. Ten poroniony płód nieprawego związku pseudoliberałów rządowych ze zwykłymi reakcjonistami i chuliganami był przez PPS bojkotowany, ale wyłącznie z tego punktu widzenia, że Duma nie jest prawdziwym parlamentem. Nie zaznaczano zaś dostatecznie (były wyjątki, ale nieliczne, przeważnie na prowincji), że nam i prawdziwy parlament centralny nie wystarczy, gdyż żądamy swojego parlamentu, który byłby bardziej bezpośrednio zależny od proletariatu polskiego i  dawałby mu większą pewność zaspokojenia jego potrzeb. Ten błąd pociągnął za sobą i drugi: przy rozwiązaniu Dumy trzeba było znowu ograniczyć się do wyrażenia nadziei, że przyjdzie kiedyś rewolucja i da nam wszystko, czego potrzeba.

Wskutek tej różnorodności czynników składowych ruchu rewolucyjnego, o której mówiliśmy wyżej, ma on swój zupełnie odrębny charakter. Polega on na szeregu wybuchów, które są wprawdzie zwykle tłumione przez rząd, ale tak go osłabiają i terroryzują, że czyni on czasowe ustępstwa. Wskutek tego ludność przeżywa bezustannie okresy częściowych ulg oraz bezwzględnego gnębienia wszelkiej myśli wolnej. Ponieważ zaś nie wszyscy, nawet w sferach proletariackich, są świadomymi rewolucjonistami , więc podczas każdego takiego bardziej liberalnego okresu wielu ludzi ma chęć korzystania z tych odrobin swobody i praw politycznych, które dostają im się w udziale. Mówić tym ludkom: „nie róbcie tego, czekajcie, aż w całym państwie wybuchnie rewolucja”, nie określając w dodatku wyraźnie, co ta rewolucja przyniesie – nie wystarcza, szczególnie u nas, gdzie społeczeństwo stoi na dość wysokim, przynajmniej w porównaniu z Rosją, stopniu kultury. Dążność samozachowawcza zwycięża i ludzie idą tą drogą, która wydaje im się praktyczną. Co zaś najgorsze, że ludzie ci zniechęcają się wtedy do partii socjalistycznej i wpadają w ręce stronnictw wrogich sprawie proletariatu i postępu. Tak stało się np. podczas wyborów do Dumy, gdy w samej Warszawie na sto tysięcy wyborców głosowało sześćdziesiąt tysięcy, podczas gdy mowy być o tym nie może, by wpływ Narodowej Demokracji sięgał tak daleko. I tu znowu partia socjalistyczna stanęłaby na daleko pewniejszym gruncie, mogłaby z większą łatwością przekonywać przeciwników lub obojętnych, gdyby dla wszystkich widocznym było, że ona w swym działaniu kieruje się chęcią zdobycia pewnych instytucji politycznych, bez których kraj cały nie może się rozwijać.

Przykładów podobnych można by znaleźć jeszcze wiele, ale na razie ograniczymy się tym jednym. Teraz zaś zajmijmy się rozpatrzeniem stanu, w jakim znajduje się dziś i kraj nasz, i jego ludność.

Wszystkim rewolucjom towarzyszy kryzys ekonomiczny. Znane są wymownie przez współczesnych opisywane cierpienia ludu paryskiego podczas Wielkiej Rewolucji w 1848 r., za czasów Komuny. I dziś mamy to samo zjawisko, tylko że jest ono daleko powszechniejsze, szersze, brutalniejsze, że się tak wyrazimy. Kraj nasz cieszy się bowiem wysoce rozwiniętym kapitalizmem, wskutek czego wszelkie zakłócenie tak zwanego porządku społecznego w niezmiernie ostry sposób daje się odczuwać całej ludności. Wielki przemysł jest organizmem bardzo subtelnym i skomplikowanym, wrażliwym na najdrobniejsze wpływy; wszelki zastój w przemyśle wywołuje już nie jak dawniej zubożenie, ale zupełną ruinę i nędzę dziesiątków, setek, tysięcy rodzin robotników, majstrów, inżynierów, a za tym i bankructwo licznej rzeszy drobnomieszczaństwa, które złączone było węzłami ekonomicznym z fabryką i jej pracownikami.

Kryzys ekonomiczny sroży się w kraju naszym z małymi przerwami już od dwóch lat. Zdecydowany przeciwnik ruchu rewolucyjnego, ale jednocześnie dobry znawca naszych stosunków przemysłowych, p. W. Żukowski (w broszurze pt. „Polityka interesów”) utrzymuje, że w r. 1904 część wielkich przedsiębiorstw przemysłowych Królestwa dała wprawdzie 88 milionów rubli dochodu czystego, ale za to reszta 83 miliony strat, a w samym Zagłębiu Dąbrowskim za czas od 1 lipca 1904 do 1 lipca 1905 robotnikom wypłacono o 4 miliony rubli mniej niż w roku poprzednim.

Przyczyny, które spowodowały kryzys, są bardzo różnorodne. Mamy tu więc i zubożenie ludności wiejskiej, postępujące w całym państwie rosyjskim od dawna z zatrważającą szybkością, i wywołane wojną oraz pustkami w skarbie zmniejszenie zamówień rządowych, za pomocą których dawniej sztucznie hodowano pewne gałęzie wielkiego przemysłu, i mnóstwo czynników drobniejszych, ale będących w związku z wojną i okresem rewolucyjnym. Papiery rządowe i akcje przedsiębiorstw prywatnych spadły do tego stopnia, że Rosja dzisiejsza da się pod tym względem porównać chyba z na wpół dzikimi republikami południowoamerykańskimi. Włochy, państwo, które przed 10 laty mało opinię nieledwie bankruta, obniżają procent od swych pożyczek z 5% na 3,5%, gdy Rosja jednocześnie płacąc 5%, dostaje zamiast 100 franków tylko 88, a na spekulowaniu akcjami zakładów przemysłowych Sormowa, Huty Bankowej itp. giełdziarze niemieccy milionowe porobili fortuny, rujnując jednocześnie mnóstwo zarówno niemieckich, jak polskich i rosyjskich dawnych właścicieli tych papierów. Na tym nie koniec: ludzie zamożni tłumnie porzucają kraj nasz, rozpuszczając służbę, która powiększa szeregi proletariatu, wynoszą za granicę kapitały i zmniejszają w ten sposób rynek wewnętrzny na wszelkie produkty. Ten rynek kurczy się też nieustannie, a rząd wedle możności przyczynia się do tego, rozpuszczając po kraju ekspedycje karne, które rujnują gospodarstwa, okładając gminy oddzielnych  włościan, właścicieli ziemskich i inteligencję miejską kontrybucjami. Dodajmy, że na brak pieniędzy cierpi nie tylko rząd, ale i miasta, które tracą znaczne sumy na utrzymanie więźniów, dozorujących ich żołnierzy itp., i muszą z tego powodu zaniedbywać roboty publiczne.

Stan rzeczy byłby daleko jeszcze gorszy, gdyby nie energia zorganizowanej części klasy robotniczej, która z wytężeniem wszystkich sił opiera się swej ruinie, nie dopuszczając do obcinania zarobków, przedłużania dnia roboczego itp., a często nawet zdobywając lepsze od poprzednich warunki bytu. Gdyby nie to, kryzys przybrałby bez wątpienia daleko szersze rozmiary, gdyż robotnik nie miałby za co kupować produktów, co ze swej strony sprowadziłoby ruinę licznych jednostek z drobnomieszczaństwa, a odbiłoby się nawet i na wielkim przemyśle. W ten sposób strajki, zarówno odporne, jak i zaczepne, chociaż w niektórych poszczególnych wypadkach mogły być prowadzone bez należytego uwzględnienia stanu rynku, jednak w ogóle chronią kraj od stoczenia się do ostatecznej ruiny.

Drugą dolegliwością, która coraz silniej daje się społeczeństwu we znaki, jest bandytyzm. Na objaw ten złożyły się dwa czynniki, od dawien dawna określające i treść, i formy naszego bytu społecznego. Z jednej strony posiadamy, jak każde społeczeństwo kapitalistyczne, liczne zastępy „lumpenproletariatu” (czarnej seciny, jakby się teraz należało wyrazić), który skoncentrowany jest szczególniej w wielkich miastach, z drugiej – brak nam najzupełniej tych wszystkich instytucji, które na Zachodzie choć w części przeciwdziałają zdziczeniu pewnych warstw ludności, więc dobrych szkół, ochronek, prawodawstwa fabrycznego, a nade wszystko jawnie i na szeroką skalę działających organizacji robotniczych, które by pokryły kraj siecią stowarzyszeń zawodowych, klubów towarzyskich, związków gimnastycznych, śpiewackich, naukowych, kooperatyw spożywczych i wytwórczych itp., zrzeszeń robotniczych, wytwarzających wśród szerokich mas ludowych zdrową atmosferę pracy, wesołości, walki przekonaniowej, która najskuteczniej opiera się chuligaństwu. I nie dość, że nie mamy tych wszystkich korzyści wysoko rozwiniętego współczesnego ustroju kapitalistycznego, ale w dodatku na naszym ciele społecznym rozrasta się wstrętna narośl administracji carskiej, i politycznie, i moralnie niewiele różniącej się od pachołków jakiegoś chana środkowoazjatyckiego. Urzędnicy, policjanci, sędziowie i nauczyciele, których kraj nasz znosi, są organizacją wrogów społeczeństwa, nienawidzących, gnębiących i demoralizujących wszystkie warstwy społeczne; gdy zaś ludzie ci prowadzą politykę klasową i udzielają swej opieki klasom posiadającym, czynią to w sposób urągający najbardziej podstawowym zasadom sprawiedliwości, demoralizują protegowanych, upokarzają, wyzuwają z godności ludzkiej uciśnionych.

Przy takich stosunkach nic dziwnego, że bandytyzm kwitł u nas zawsze, nie tylko wbrew usiłowaniom policji, ale często przy jej czynnym współdziałaniu, jak to się nawet niekiedy przy rozprawach sądowych uwidoczniało. Nie przybierał on co prawda form dzisiejszych, ale tylko dlatego, że interesy handlowe i przemysłowe nie mogą się pogodzić ze zbyt daleko idącym brakiem bezpieczeństwa publicznego i, jeżeli nie obawa przed odpowiedzialnością, to wszechpotężna łapówka zmuszała policję do jakiego takiego pilnowania porządku w większych centrach. Ale przyszedł dzisiejszy ruch rewolucyjny i pozbawił policję tej resztki powagi, jaką posiadała. W dodatku czuje ona, że i jej rządy już długo trwać nie będą, i nie jest bynajmniej  zainteresowana w dobrym administrowaniu krajem, który w niedalekiej przyszłość prawdopodobnie sam się będzie rządził. Wreszcie, doświadczenie pokazało, że chuligani są częstokroć jedynymi, nieraz bardzo skutecznym, obrońcami „porządku państwowego”, stanowią zatem cenny materiał, który powinien być zachowywany, nie zaś tępiony lub choćby krępowany w ruchach. Ten stosunek władzy do „lumpenproletariatu” nie jest już dziś tajemnicą dla nikogo, najmniej zaś dla naszych bandytów, którzy też korzystają ze sposobności, póki mogą. Można powiedzieć, że dzisiaj  istnienie urzędnictwa, policji i wojska w kraju naszym nie stanowi żadnej przeszkody dla bandytów. Władze cywilne zajęte są wyłącznie polityką, a żołnierze, jeśli są świadkami napadu, chwytają za karabiny i palą… w przechodzącą Ryfkę Perlmutter lub Kacpra Guzika, po czym zajście kończy się tym, że „winny zdołał zbiec, ofiara zaś postrzału zmarła w drodze do szpitala”. Choć to może będzie wyglądało na żart (dość zresztą ponury), ale śmiało można powiedzieć, że jeżeli wszyscy mieszkańcy Królestwa nie są dotąd ograbieni, to tylko dlatego, że nie wszyscy ludzie bez zajęcia mają ochotę stać się bandytami, nie wszyscy bandyci posiadają brauningi i nie wszyscy uzbrojeni bandyci natykają się na bezbronnych. I czy nie wygląda to na urągowisko, że po 6 miesiącach mordów i grabieży przed paroma tygodniami, ku szalonej radości Kurierków, zamknięto zaledwie 30 nożowców, morderców i opryszków, i to tylko dzięki temu, że więzienia opróżniły się nieco po wypuszczeniu drobnej cząstki spomiędzy 8000 osób, zamkniętych za przekonania polityczne!

Tak przedstawia się żywot naszego społeczeństwa pod względem materialnym; jego strona duchowa nie jest o wiele lepszą. Pomimo prawdziwego głodu na bibułę, który daje się zauważyć we wszystkich sferach, ruch wydawniczy osłabł zupełnie. Księgarze nie wiedzą bowiem wcale, co wolno sprzedawać, a co jest zakazane, wydani są na łaskę pierwszego lepszego komisarza policji, od widzimisię którego zależy zamknięcie księgarni, a nieraz i jej właściciela; prasa zaś przy każdym nowym paroksyzmie wściekłości lub strachu Skałłona bywa dziesiątkowana. Odczyty, prelekcje publiczne, kursy popularne łamią się z największymi trudnościami, a szkoła prawie nie istnieje. Ankieta, urządzona niedawno przez czasopismo „Szkoła polska”, wykazała, że po ukończeniu szkoły ludowej zaledwie pięć procent dzieci umie czytać i pisać! Gimnazja i szkoły wyższe są zamknięte lub uczęszcza do nich garść dzieci urzędników i zrusyfikowanych Żydów. Szkoła zaś prywatna istnieje tylko w zarodku. Przeszkadza jej rozwijać się 11 kacyków, którzy rządzą krajem, a zresztą nie może być przecież o tym mowy, by wykształcenie całego narodu mogło polegać wyłącznie na dobroczynności prywatnej. W najlepszym razie można się w ten sposób zdobyć na kilkanaście szkół średnich i pewną ilość niższych, które stanowić będą pożądany dodatek do szkoły państwowej, nigdy jej jednak w całości nie zastąpią.

Dodajmy, te dolegliwości powyższe nie spadną wyłącznie na jedną jakąś klasę, ale dają się we znaki, choć w różnym stopniu, wszystkim. Kryzys ekonomiczny wśród burżuazji wywołuje samobójstwa i defraudacje, robotników nęka głodem i wpycha do szeregów lumpenproletariatu; brak bezpieczeństwa groźny jest nie tylko dla posiadaczy kas ogniotrwałych; robotnik nieżonaty może sobie z tego wiele nie robi, ale ojciec rodziny nie jest nigdy pewny, czy wróciwszy z fabryki zastanie swoich przy życiu, a brak oświaty ciężko odbije się na nas wszystkich w przyszłości, gdy wyrośnie pokolenie pozbawione najelementarniejszego wykształcenia.

Wynikiem tego wszystkiego jest rosnące w różnych warstwach społeczeństwa zdenerwowanie, rozpacz, gotowość pójścia za kimkolwiek, kto wskaże drogę wyjścia, choćby ona była praktyczną tylko pozornie. Wiemy bardzo dobrze, że przy wyborach do Dumy głosowała znaczna ilość robotników. Ci sami, którzy w tak imponujący sposób usunęli się od głosowania w kurii robotniczej, później wzięli kartkę i oddali ją, gdy odbywało się głosowanie całej ludności. I oddali ją na kogo? W najlepszym razie na bezsilną i zawierającą sporo elementów konserwatywnych partię Postępowych Demokratów, w wielu zaś wypadkach na najgorszych wrogów klasy robotniczej – Narodowych Demokratów. To są fakty, które wynikają niezbicie ze statystyki wyborczej, wskazującej, że udział w głosowaniu był u nas większy niż w innych prowincjach państwa. Teraz zaś jesteśmy świadkami, jak Endecja organizuje się w całym kraju, wciągając do Macierzy szkolnej, Sokołów i różnych związków ekonomicznych masy nieświadomego drobnomieszczaństwa, przygotowując grunt dla przyszłej reakcji. A obok niej wyrasta nowy, jeszcze groźniejszy dla świadomego proletariatu konkurent – Demokracja Chrześcijańska, bardzo energicznie i umiejętnie organizująca masy w kooperatywach itp. związkach.

My zaś, widząc to wszystko, pocieszamy się piosenką rosyjską, że „wnet nasz pan przyjedzie, pan wszystkich rozsądzi” – a panem tym ma być rewolucja. Moglibyśmy co prawda pocieszać się tym jeszcze, iż stan wojenny i reakcja nie pozwalają wrogom naszym korzystać zbyt wydajnie z naszych pomyłek. Ale i ta nadzieja zwodniczą jest, naprzód dlatego, że stronnictwa reakcyjne pomimo stanu wojennego rosną widocznie na siłach, po wtóre – gdyż właśnie nasze usiłowania mogą prędzej czy później przełamać opór rządu i doprowadzić do pewnego rozluźnienia ucisku. Jeżeli zatem chcemy, by wtedy z naszej pracy nie korzystali tylko zwolennicy kontrrewolucji, to powinniśmy już dziś starać się o zajęcie w społeczeństwie jak najsilniejszego stanowiska, o skupienie pod naszym sztandarem jak najliczniejszych rzesz. A to jest możliwe tylko przy posiadaniu i  wprowadzeniu w czyn zasad politycznych, które by rzeczywiście odpowiadały potrzebom kraju.

Dodajmy, że oprócz wszystkich wyżej wymienionych dolegliwości, istnieje jeszcze jedna, może w swym działaniu najdotkliwsza. Cała istota każdego z nas przepełniona jest tą nienawiścią do rządu i nadzieją wydobycia się spod jego ucisku, które nagromadzały się w ciągu długich lat, a wybuchły jasnym płomieniem z chwilą rozpoczęcia się wojny. Wiara w szybki i bliski upadek caratu, która powstała wtedy w tylu sercach, została zawiedziona. Carat żyje, a nawet gnębi nas nie mniej niż przed dwoma laty. Ale z drugiej strony, coraz widoczniejsze stają się jego słabość, i nadzieje, chwilowo przytłumione, rozkwitają na nowo, zagrzewając ludzi do czynu.

Przez pewien czas można było sądzić, że Duma, wymuszona na rządzie przez ruch rewolucyjny, stanie się grobem wolności. Wszystkie partie socjalistyczne państwa i znaczna część postępowców mieszczańskich wzywały do bojkotowania tego „kozackiego” parlamentu, jak go nazywano, do sprzeciwiania się siłą zejściu się ludzi, których zadaniem musiało być uśpienie ruchu rewolucyjnego. Usiłowania te spełzły na niczym, Duma zeszła się i, chociaż jednocześnie rząd potrafił utopić we krwi wybuchy rewolucyjne w Moskwie, Kraju Nadbałtyckim i na Kaukazie, jednak zdawało się, że ruch wcale nie upadł: Duma nie była bynajmniej „kozacką”, lecz kadecką, i chociaż tych 520 ludzi nie wyszło z pałacu Taurydzkiego na ulicę, by z brauningami w ręku wyruszyć na Peterhof, ale ich obecność raczej podsycała ruch rewolucyjny, niż go tłumiła. Jedynym objawem pewnego osłabienia ruchu było częściowe zaniechanie działalności terrorystycznej ze strony Socjalistów Rewolucjonistów, ale jednocześnie rosyjscy Socjalni Demokraci po raz pierwszy od czasu swego istnienia rozpoczęli na szeroką skalę akcję manifestacyjną, polegającą na szeregu imponujących demonstracji, włościanie buntują się na ogromnej przestrzeni kraju, a w armii podniosła się nowa fala niesubordynacji, miejscami nawet buntu.

Toteż nadzieje na pomyślny wynik ruchu rewolucyjnego nie znikają u nas i to jest, obok wzrostu świadomości i organizacji socjalistycznej, najbardziej realna zdobycz czasów ostatnich. Ale właśnie ten fakt, że posuwamy się naprzód tylko pod względem wzrostu sił, którymi rozporządzamy, żeśmy dotychczas nie zdołali wydrzeć wrogowi ani jednego ustępstwa zasługującego na uwagę i mającego widoki trwałości, że zaś z drugiej strony warunki, wśród których żyje ogromna większość społeczeństwa, stają się coraz nieznośniejszymi, wszystko to zmusza nas do bardzo wyraźnego nakreślenia sobie drogi, po której iść należy.

Przede wszystkim zdajmy sobie sprawę ze stosunku rządu do ruchu rewolucyjnego. Powiedzieliśmy wyżej, że sądząc z dotychczasowego biegu wypadków, rządowi nie uda się stłumić rewolucji. Twierdzenie to należy uzupełnić drugim: rząd dotychczas zdecydowany jest nie ustępować. Chociaż pp. w rodzaju Pobiedonoscewów, Trepowów i Skałłonów zewnętrznie mało są podobni do markizów francuskich z czasów Wielkiej Rewolucji, ale mają z nimi to wspólne, że podczas okresu rewolucyjnego „niczego się nie nauczyli i niczego nie zapomnieli”. Są oni dotąd pewni, że w końcu będą musieli zatriumfować. Przyczynia się do tego charakter samej rewolucji, która nie polega, jak dawniej, na jednym potężnym wybuchu, wymiatającym z państwa wszystkie stare rupiecie, ale na szeregu starć różnorodnych. Z wszystkich tych starć rząd dotąd wychodził zwycięsko i, będąc przeświadczony, że zawsze tak będzie, robi ustępstwa tylko pozorne, pozostawiając starą samowolę w całej jej potędze. Nawet groźba bankructwa finansowego nie skłoniła go dotąd do ustępstw zasadniczych, gdyż i tu praktyka mu dowiodła, że może liczyć na bankierów zagranicznych, byle mu się udało choć na pewien czas stworzyć pozory spokoju. Do tego zaś potrzeba sprowokować rewolucjonistów do wybuchu przedwczesnego w miejscu, gdzie oni nie są jeszcze gotowi, i odnieść nad nimi łatwe zwycięstwo. Zdaje się, że Trepow przygotowywał coś podobnego w ostatnich czasach i że popsuli mu szyki białostoccy chuligani, którzy wyruszyli do boju za wcześnie.

Drugim, prawdziwie groźnym niebezpieczeństwem jest niezadowolenie w armii, ale i tu udawało się zawsze caratowi, za pomocą podwyższenia pensji itp. ulg, załagodzić sprawę. Zaś pieniędzy dla wojska nie zabraknie rządowi nigdy, a przykład Turcji pokazuje, że organizm państwowy na wskroś przegniły może długie lata istnieć, opierając się na bagnetach ciemnego i karnego żołdactwa.

Liczenie zatem na to, że rząd prędzej czy później zmęczy się i zacznie ustępować naprawdę, musi, dziś przynajmniej, być uważane za niebezpieczną mrzonkę.

Przy tym zastanówmy się, czy te ustępstwa, które w chwili dzisiejszej są w państwie rosyjskim na porządku dziennym, mogą rzeczywiście zadowolić proletariat polski i zapewnić krajowi naszemu jako tako normalny rozwój? O co idzie w tej chwili w Rosji? O zniesienie absolutyzmu i zaprowadzenie ustroju konstytucyjnego. Kogo to u nas zaspokoi? Z wyjątkiem jednej może Socjaldemokracji Królestwa Polskiego, wszystkie partie polityczne wypowiedziały się w duchu decentralistycznym, a i „esdecy” nasi uważają za potrzebne pokryć swą centralistyczną nagość figowym listkiem autonomii, która wprawdzie świeci tylko w ich programie, a nie pociąga za sobą żadnych działań, ale w każdym razie świadczy o tym, że i oni obawiają się płynąć otwarcie przeciwko prądowi. Tymczasem w Rosji nie tylko rząd dotąd odnosi się do myśli o autonomii tak samo, jak do oderwania Polski od Rosji (świadczą o tym okólniki rządowe, którymi uzasadniano zaprowadzenie stanu wojennego w Królestwie), ale i wśród partii rewolucyjnych i opozycyjnych nie widać wcale zrozumienia naszych potrzeb.

Rzeczywiście, Socjalni Demokraci rosyjscy na ostatnim swym zjeździe połączyli się w jedną całość z naszą SDKPiL, co pozwala im obojętnie odnosić się do kwestii odrębności kraju naszego. O tym, by masy włościaństwa rosyjskiego rozumiały tę sprawę (nie mówimy oczywiście o oddzielnych deputowanych do Dumy, ale o ogóle), nie ma dotąd mowy. Kadeci już parę razy uchwalali, że Królestwu potrzebna jest autonomia, ale i oni nie prowadzą żadnej agitacji w tym kierunku. Jedni Socjaliści Rewolucjoniści wypowiedzieli się wyraźnie i za niepodległością Polski, i za nadaniem Konstytuanty, która by miała równe prawa z Konstytuantą rosyjską, ale partia ta w chwili dzisiejszej nie wpływa rozstrzygająco na bieg wypadków.

Możemy zatem liczyć tylko na siebie, i to w podwójnym słowa tego znaczeniu. Nie dość bowiem, że nie da nam dobrowolnie potrzebnego nam ustroju politycznego, bez którego ludność nasza dusi się i karłowacieje, ani rząd, ani opozycja rosyjska, ale i w łonie samego społeczeństwa naszego lud tylko na swych siłach polegać może. Jedyna partia, z którą na serio liczyć się trzeba w chwili dzisiejszej, poza zorganizowanym w szeregach socjalistycznych proletariatem i włościaństwem, Narodowa Demokracja, złożyła bowiem niedwuznaczne dowody, że pojmuje ona autonomię tylko jako ograniczanie praw ludu. W ostatnich dniach istnienia Dumy podniosła ona to hasło, gdyż obawiała się uwłaszczenia włościan, a w przyszłości będzie jej zależało na tym, by stworzyć w Królestwie instytucje, które by jak najdalej odbiegały od ideału demokratycznego – powszechnego, czteroprzymiotnikowego prawa głosowania, nieograniczonej swobody zebrań, stowarzyszeń prasy itd. Taka zaś autonomia równałaby się zdaniu kraju całego na łaskę i niełaskę liberalnych rosyjskich ministrów, którzy by, występując jako obrońcy „polskiego chłopa i polskiego robotnika”, mieli otwarte pole do najwstrętniejszej demagogii.

Myśli powyższe staną się jeszcze wyraźniejsze, gdy rozpatrzymy szczegółowo, co nas może oczekiwać w najbliższej przyszłości i jakie stąd wynikają dla naszego zorganizowanego proletariatu zadania.

Nie będziemy bawili się w proroctwa, ponieważ jednak polityka cała polega na przewidywanych, opartych na tym, co się dzieje w danej chwili, więc z góry skazani jesteśmy na rozpatrzenie dwóch możliwości: albo państwo rosyjskie będzie dalej słabło pod ciosami opozycji wszelkiego rodzaju, przy czym nie zdobędzie się ono na reformy, które by potrafiły tę opozycję przejednać i uspokoić, albo też, owszem, w Rosji powoli zostaną zaprowadzone urządzenia konstytucyjne i zapanuje ład burżuazyjny, prawdopodobnie coś w rodzaju tego, co widzimy w monarchiach Europy Środkowej.

Powiedzmy od razu, że pierwszy wynik wydaje nam się daleko prawdopodobniejszym. Rzeczywiście, sądząc z dotychczasowego przebiega rewolucji w całym państwie, mało można mieć nadziei, by rząd zechciał i potrafił dać ludności to, co by ją mogło zadowolić. Ponieważ zaś siły rewolucji zbyt są słabe, by powalić despotyzm jednym wielkim zamachem, więc najprawdopodobniej przyszłość państwa rosyjskiego będzie polegała na szeregu gwałtownych, konwulsyjnych starć, które będą osłabiały państwo coraz bardziej, nie stwarzając jednak instytucji prawdziwie parlamentarnych, konstytucyjnych, zapewniających państwom dzisiejszym, do czasu – siłę i trwałość. Wśród biurokracji rosyjskiej, przez cały długi okres kryzysu nie znalazł się ani jeden człowiek, który by potrafił pogodzić interesy państwa z potrzebami ludności, żądnej chleba i swobody, który by zorganizował żywioły konserwatywne, ale pojmujące, że wszystko po staremu iść nie może, i przy ich pomocy przeprowadził tę ilość reform, jaka jest niezbędnie potrzebna dla dobrobytu i szczęścia, choćby bardzo umiarkowanego, ludności. Jeżeli kogo organizowano, to morderców, by w potokach krwi żydowskiej, studenckiej lub robotniczej utopić ruch rewolucyjny. Przecież nawet tacy październikowcy po krótkim, choć bardzo buńczucznym wystąpieniu na scenę, stracili wszelki wpływ dzięki prowokacyjnej, jawnie wrogiej wszelkim zaprzysiężonym przez cara reformom, poetyce rządu. Co zaś dzieje się w Rosji rdzennej, znajduje swe odbicie na kresach. Gdzie jest stronnictwo rządowe wśród Ormian, Gruzinów, Łotyszów, Litwinów itp.? Czy rząd spróbował choćby przeciągnąć na swą stronę tak rdzennie konserwatywną partię jak Narodowa Demokracja? Nie, i dodajmy, że nie zrobi tego nigdy (przynajmniej w dotychczasowej swej formie), gdyż pierwszym warunkiem przejednania tych konserwatystów nierosyjskich byłoby oddanie im zarządu nad prowincjami kresowymi i zaprowadzenie tam pewnego, choćby względnego, spokoju. Tego zaś administracja rosyjska nie potrafi i nie zechce zrobić. Pamiętamy, że na utrzymanie administracji w samym Królestwie idzie rocznie 40 milionów rubli; jeżeli dodamy do tego drugie tyle łapówek (któryż urzędnik rosyjski nie podwaja swej pensji łapówkami?), to zobaczymy dopiero, jakie olbrzymie interesy są w grze, pojmiemy, dlaczego tak wytrwale biurokracja rosyjska obstaje przy swoim!

Pamiętać też należy, że obok oficjalnego rządu rosyjskiego zorganizował się obecnie drugi, na wpół potajemny, ale stokroć od tamtego niebezpieczniejszy. Jest to organizacja czarnych sotni, mająca na czele Trepowa, Pobiedonoscewa, prawdopodobnie paru członków rodziny cesarskiej, a sięgająca swymi krwią zbryzganymi łapami do każdego cyrkułu, „stanu”, do wielu pułków rekrutująca zwolenników w więzieniach kryminalnych, domach publicznych, szynkach. Organizacja ta powstała właściwie i przejawiła się po raz pierwszy po ogłoszeniu manifestu 30 października, gdy szło o sprowokowanie rozlewu krwi, który miał wykazać, że Rosja nie dojrzała do konstytucji i nie życzy jej sobie. Odtąd działa ona bezustannie i dziś już stanowi potęgę samoistną, którą nie łatwo byłoby złamać ministrowi liberalnemu. Do tego „rządu w rządzie” wszyscy „prawdziwie rosyjscy ludzie” wyciągają błagalne ramiona, on każdej chwili może rzucić ich na tego przeciwnika, który zostanie im wskazany. Nie ulega wątpliwości, że ten spisek kontrrewolucyjny przysłuży się państwu rosyjskiemu w ten sam sposób, jak wszystkie podobne spiski w państwach despotycznych. I we Francji podczas Wielkiej Rewolucji szlachta i żołdacy konspirowali pod kierunkiem królowej, Marii Antoniny, aż im głowy pospadały. Tym razem co prawda głów jest trochę za dużo, by je można było z taką łatwością pozdejmować, ale każdy taki rząd poboczny odznacza się tym, że nie ma poczucia odpowiedzialności, przeto daleko łatwiej może popełniać głupstwa. Gdyby się zatem wśród ministrów rosyjskich znaleźli nawet mężowie stanu, to zadanie ich będzie niezmiernie utrudnione wskutek istnienia spisku chuliganów.

Cóż zatem będzie? Oto Rosją wstrząsać będzie jedna awantura po drugiej, nędza, zwątpienie i dzikość będą się ciągle powiększały, finanse dojdą do ostatecznej ruiny, a państwo całe coraz bardziej będzie się upodobniało do Niemiec po wojnie 30-letniej albo do Turcji dzisiejszej. Ale wojna 30-letnia odbyła się przed 250 laty, a całości Turcji strzeże zazdrość wzajemna mocarstw europejskich. Rosja zaś ma sąsiadów potężnych, którzy muszą kiedyś wysnuć odpowiednie wnioski z jej słabości. Dla Austrii np. sprawa pozbycia się rywala, który nie dopuszcza jej do półwyspu bałkańskiego i w samej Austrii knuje ciągłe intrygi panslawistyczne, jest bardzo ważną. Jeżeli zatem Rosja w dalszym ciągu pogrążać się będzie w anarchię, to doczeka się ona prędzej czy później interwencji innych państw.

Jedyną rzeczą, która mogłaby ocalić Rosję od takiego wyjścia, byłaby rewolucja, wybuchająca w całym państwie i na tyle potężna, by mogła zdruzgotać carat, rozpętać zupełnie siły ludowe i stworzyć na gruzach dzisiejszej monarchii Romanowów wolną republikę. To jest cel, do którego dążą już obecnie wszystkie partie socjalistyczne państwa i który coraz głębiej przenika świadomość proletariatu. I, jeżeli cel ten zostano osiągnięty, to zadane nasze wcale nie będzie trudne. Ustaną wtedy wszelkie dzisiejsze doktrynerskie spory o wyższości lub niższości autonomii czy też federacji, o jednej lub dwóch konstytuantach. Wyobraźmy sobie, że z Warszawy wypędzono Skałłona, a korpusy rosyjskie częścią połączyły się ze zbuntowanym ludem, częścią zostały wytępione lub broń złożyły, że w reszcie państwa podobny proces się odbył, że wtedy przed zwycięskim ludem warszawskim staje mówca, usiłujący go przekonać, że odrębna, niczym nieograniczona władza prawodawcza nie jest „naukowa” i że należy ograniczyć się skromną, gospodarczo-administracyjną autonomijką, że władzę, którą się już raz ujęło w swe ręce, trzeba złożyć znowu u stóp ministrów petersburskich i „nowy zaprowadzić ład”. O ile by się taki śmiałek znalazł, wątpimy bardzo, by mógł przed jakimkolwiek zgromadzeniem w całym kraju dokończyć swoje przemówienie. Ustrój polityczny, uchwalony i wprowadzony w życie przez proletariat Polski, wyzwolony z kajdan niewoli, będzie na tyle zbliżony do tego, co socjalizm uważa za ideał – do niepodległej republiki demokratycznej – ile pozwoli całokształt stosunków politycznych. I, jeżeli te stosunki będą wymagały federacji z resztą dzisiejszego państwa rosyjskiego, to ona nastąpi, jeżeli nie – Polska ukonstytuuje się jako odrębne, demokratycznie rządzone państwo.

Niestety, doświadczenie nie pozwala nam spodziewać się w bliskiej przyszłości takiego wyniku. Rosja zbyt jest rozległa, ludność jej zbyt różnorodna, niedostatecznie wyszkolona politycznie, by mogła powstać jednocześnie na całym obszarze państwa. Przy tym rząd ma w swym ręku, oprócz armii i biurokracji, jeszcze jeden potężny czynnik – czarne sotnie – ciemne reakcyjne masy, za pomocą których zawsze dotąd udawało mu się sprowokować to tu, to ówdzie wybuch, i stłumić ruch, gdy jeszcze siły rewolucji nie były dostatecznie przygotowane. A jeżeli zważymy, że nawet najlepsza część społeczeństwa – partie socjalistyczne – dotąd nie potrafiły porozumieć się ze sobą i przyznać każdemu narodowi, co mu się należy, to śmiało powiedzieć możemy, że błędem byłoby z naszej strony, gdybyśmy całą taktykę proletariatu polskiego przystosowali do jednej możliwości – do mającej niebawem zwyciężyć i rozstrzygnąć wszystkie kwestie rewolucji.

A jeżeli rewolucja, zasadniczo zmieniająca cały ustrój Rosji, nie nastąpi, to prędzej czy później należy oczekiwać wkroczenia armii mocarstw ościennych. Mówiliśmy już, że interwencja zostanie wywołana przez rosnącą słabość Rosji, jako państwa militarnego, i apetyt na „zaokrąglenie granic” oraz osłabienie sąsiada ze strony innych mocarstw. Istnieje jeszcze jeden wzgląd, który przemawia może nawet silniej od powyższego za interwencją. Dzisiejsze państwa pomimo granic, ceł, a w tym wypadku i paszportów, nie są wcale, jak dawne, oddzielone od siebie murami chińskimi. Toteż stan wewnętrzny Rosji odbija się coraz silniej na życiu państw Europy Zachodniej. Miliardy, pożyczone państwu oraz utopione w przemyśle rosyjskim, są w ciągłym niebezpieczeństwie, poddani obcy wystawieni na bankructwo lub utratę życia, ruchy agrarne rosyjskie zaczynają już w Galicji znajdywać naśladowców, a rzezie, dokonywane przez chuliganów i wojsko rosyjskie na bezbronnej ludności, doprowadzają nerwy europejskie do stanu, przy którym hasło zniszczenia tego gniazda niepokojów łatwo może znaleźć entuzjastyczne przyjęcie. Nie będziemy utrzymywali, że Europa dla względów etycznych wkroczy do Rosji; nie, rządy współczesne dalekie są od podobnego sentymentalizmu, ale w rządach zasiadają praktyczni ludzie i gdy ci przekonają się, że Rosję należy i można zaczepić, to nie omieszkają wyzyskać wszystkiego, co da im oręż przeciw wrogowi, tak samo, jak trzeźwy Bismarck wezwał, w imię wzniosłej zasady wszechwładztwa narodów, Węgrów do rewolucji, wtenczas gdy rozpoczął wojnę z Austrią.

Jeszcze przed paroma miesiącami sprawa interwencji mocarstw była tylko straszakiem, którego używała, bez najmniejszego zresztą powodzenia, Narodowa Demokracja, w celu namówienia robotników polskich, by się spokojnie zachowywali. Dziś zaczyna o tym mówić cała Europa. Sygnał do tej zmiany frontu dany został przez zajścia w Białymstoku, które ujawniły, do jakiego stopnia bezsilności doszedł rząd centralny.

Z tą możliwością interwencji powinniśmy się liczyć. Nie będziemy się bawili w wielką politykę ani uzależniali naszej taktyki od tego, co dwory i dyplomacje w danym wypadku poczynią, ale byłoby to taktyką ślepców, gdybyśmy zechcieli zamykać oczy na rzeczy, które stają się coraz prawdopodobniejsze, dlatego tylko, że się nam te rzeczy nie podobają. Otóż trzeba, żeby ci dyplomaci nie mogli traktować kraju naszego jak sztuki sukna, z której każdy wykrawa sobie część ubrania, jaka mu jest w dane chwili najpotrzebniejsza. O tym, żeby zwalczyć milion bagnetów, które będą się o naszą skórę spierały, myśleć nie możemy, ale możemy zawczasu wyrobić w obcych przekonanie, że nie jesteśmy kąskiem, który by można było z łatwością strawić. Trzeba, by przeświadczenie o potrzebie odrębnych instytucji politycznych dla kraju naszego do tego stopnia wżarło się w mózgi i serce naszego proletariatu i tak się przy każdej sposobności przejawiało na zewnątrz, żeby nie mogło być mowy o przetworzeniu Królestwa w kilkanaście dowolnie wykrojonych landratur pruskich i starostw galicyjskich. Powinniśmy być siłą polityczną i móc w razie potrzeby, choćby kosztem największych ofiar, tę siłę przejawić. Usposobienie ludności, na której terytorium wojna się toczy, nie jest dzisiaj wcale rzeczą mało ważną, a przyłączenie kraju, który będzie ciągłym zarzewiem niepokojów i buntów, nie może się nikomu uśmiechać.

Aby zaś tego dopiąć, trzeba, żeby nasza działalność, skierowana ku osiągnięciu dla Królestwa usamodzielnienia politycznego, była jak najostrzejszą. Umyślnie nie używamy tu ani wyrazu autonomia, ani federacja, ani niepodległość, gdyż w gruncie rzeczy nie idzie przecie dziś o dokładne określenie przyszłych form politycznych kraju naszego, ale o ich ogólny kierunek. Ci zatem wszyscy, którzy są przeświadczeni, że proletariatu polskiego nie może zadowolić centralistyczna rosyjska konstytucja, dążyć powinni, by już dziś te ich chęci wyraźnie i niedwuznacznie się przejawiły. Tylko wtedy, gdy ogólny kierunek naszej proletariackiej polityki znany i odczuty będzie przez szerokie masy, tylko wtedy potrafimy sprostać naszym zadaniom w każdym położeniu. Niepodobna bowiem przewidzieć dzisiaj, w jakiej roli wkroczą do Królestwa armie austriacka i niemiecka, śmiesznym byłoby też nakreślać z góry plan działania w takim wypadku. Jeżeli jednak parę milionów mężczyzn będzie u nas wiedziało, że nie powinni spocząć, póki nie dostaną wolnych i odrębnych instytucji politycznych, i jeżeli wśród nich będzie działać złączona z nimi duchem, silna i jednolita partia socjalistyczna, to sprostamy najtrudniejszemu zadaniu.

Takie są ogólne wskazania, które można nakreślić, rozpatrzywszy się w dzisiejszej sytuacji politycznej. Chociaż jednak logika i dotychczasowa historia państwa rosyjskiego mówi nam, ze nie posiada ono tych danych, które mogłyby zamienić je na „praworządne” mocarstwo konstytucyjne, musimy się jednak liczyć i z tą możliwością. Polityka nie jest arytmetyką, w której wynik operacji cyfrowej z góry może być przewidziany, bo w życiu i cyfry nie są pewne, i ci, którzy nimi operują, nie zawsze są w swych czynach obliczalni. Ponieważ zaś istnieją w Rosji i jednostki, i partie (Kadeci, nasi narodowi demokraci), które mocno są zainteresowane w dojściu państwa do względnego porządku i spokoju, więc nie jest wykluczone, że po pewnym okresie szarpaniny będziemy mieli konstytucyjkę, prawdopodobnie bardzo nawet daleką od skromnych żądań, wystawianych przez kadetów, ale zawsze konstytucyjkę.

Wszystkie pisma socjalistyczne, jakie wychodzą w Polsce, potępiają jednogłośnie i wyrażają się z wielką nieufnością o takiej konstytucji. Najkonsekwentniej robi „Robotnik”, który używał co prawda niesłusznych argumentów, nazywając kadecką Dumę „kozacką”, ale miał to za sobą, że nie bawił się nigdy w ugodę z konstytucjonalizmem kadeckim. Socjaldemokratyczny „Czerwony Sztandar” chwieje się między chęcią wzięcia raz nareszcie udziału w spokojnej, zachodnioeuropejskiej agitacji socjalistycznej, a poczuciem bezpłodności podobnych marzeń [1]. O Bundzie i jego pismach mówić nie będziemy, gdyż partia ta, jako samodzielna organizacja proletariatu żydowskiego, coraz mniejszy wpływ wywiera na wypadki polityczne od czasu zastosowania taktyki pogromów przez rząd rosyjski. W ogóle zaś opinia socjalistyczna kraju naszego nie jest przychylnie usposobiona dla konstytucji umiarkowanej, która byłaby równoważnikiem sił działających w państwie.

Ale z tego, że my czegoś nie chcemy, nie wynika jeszcze, by to nie miało nastąpić. Gdy to nastąpi, to możemy z góry przewidzieć, jaki charakter będzie miała podobna konstytucja. Każdy rząd ustępuje tylko przed koniecznością i daje wtedy tylko te reformy, które są nieodzownie potrzebne dla pozbycia się tego, co jest dlań najniebezpieczniejszym. Jest to, że się tak wyrazimy, ustępowanie po linii najmniejszego oporu. Otóż jedyna rzecz, z którą rząd nie może sobie dać rady, jest to rosnąca ruina finansowa. Finanse dzisiejsze państwa rosyjskiego wystarczają dla utrzymania despotyzmu wewnątrz kraju, tak jak jeszcze bardziej skrachowane finanse tureckie pozwalają jednak sułtanowi rządzić absolutystycznie – ale mocarstwowe stanowisko nie może być przy tym zachowane. Jeżeli zatem rząd rosyjski przyjdzie do przekonania, że same gwałty nie wystarczą, ale że trzeba obok tego zrobić jakieś ustępstwa, by dojść do posiadania Dumy, choćby nawet opozycyjnej, ale nie nieprzejednanej, to postara on się uspokoić liberałów rosyjskich, może też część przynajmniej włościan. Da on zatem pewne swobody polityczne, ściśle odmierzone i dobrze obwarowane elastycznymi paragrafami karnymi, zbierze nową Dumę i powoła ministerium liberalne, które będzie jeszcze daleko energiczniej poskramiało socjalistycznych mówców i redaktorów, niż to czynił pan Muromcew w stosunku do Aładinów i Anikinów; wreszcie, co jednak najtrudniejsze jest do wykonania, postara się zaspokoić głód ziem choć wśród części włościaństwa.

Co da taka konstytucja naszemu robotnikowi lub włościaninowi? Nie będziemy wpadali w anarchistyczne złudzenie, jakoby nic nam z tego przyjść nie mogło, a dzisiejszy stan despotyzmu lepszy był od swobód połowicznych. Tylko słabi i głupi nie potrafią użyć swobód jako oręża prowadzącego do dalszych zwycięstw, a silna i świadoma swych zadań partia socjalistyczna zawsze je wyzyska z korzyścią dla siebie. Ale na co chcemy zwrócić uwagę, to na tę okoliczność, że właśnie w kraju naszym, dla naszego proletariatu takie wyjście byłoby niepożądane, gdyż w bardzo małym stopniu polepszyłoby sprawę.

Rzeczywiście, zastanówmy się, czego proletariatowi kraju naszego w tej chwili najbardziej potrzeba? Pod względem politycznym przede wszystkim swobód politycznych i pewności, że one będą wykonywane. Robotnicy nasi bronią dziś co prawda energicznie prawa strajkowania za pomocą brauningów, ale taki stan rzeczy długo trwać nie może, a po wtóre swoboda nie wyczerpuje się jedną kwestią strajków. My musimy mieć prawo zbierania się, tworzenia związków, istnienia jako olbrzymia, pierwsze skrzypce w kraju trzymającą partia polityczna. A o tym nie może być mowy, póki krajem będą rządzili urzędnicy rosyjscy, choćby nawet nad nimi stał jakiś Jermołow, Szypow czy nawet Muromcew. Zgraja, która od 75 lat wysysa lub obdziera naszą ludność, zbyt do tego przywykła, by mogły ją utrzymać w karbach kartki papieru, złożone w archiwach państwa, a liberalni ministrowie tak samo zechcą mieć „porządek” oraz „spokój” u nas, jak działa Trepów lub Goremykin. Dopóki zatem istnieć będą w Polsce urzędnicy rosyjscy, dopóki stać będzie ogromna armia rosyjska, dopóty u nas życie, mienie i swoboda jednostki będą zagrożone, nawet przy równoczesnym istnieniu konstytucji.
.
Przekonywające nauki daje nam pod tym względem przykład innych zaborów. Zacofanie i reakcyjność Galicji przypisać należy w znacznym stopniu poprzednim rządom biurokracji wiedeńskiej, która przez 100 lat systematycznie rujnowała i ogłupiała kraj, a i dziś rząd austriacki otacza najbardziej zacofane żywioły w Galicji swą opieką, gdyż ma w nich wiernych i  posłusznych wykonawców swej woli. A co się dzieje w zaborze pruskim, gdzie przecież rządzą konstytucyjni urzędnicy pruscy i gdzie istnieje powszechne, bezpośrednie, równe i tajne głosowanie do parlamentu? Na Górnym Śląsku mamy tę samą konstytucję, co w Saksonii, ale jak jest wykonywana w jednym, a jak w drugim kraju! A przecie najgorszy urzędnik pruski sumienniejszy będzie w wykonywaniu prawa od rosyjskiego stupajki. Toteż nawet przy konstytucji sądownictwo rosyjskie będzie tą samą, co teraz, karykaturą, a szkoła rządowa – katorgą, w której dzieci nasze torturowane będą cieleśnie i moralnie.

Wyjściem z tego błędnego koła może być tylko zdobycie dla ziem polskich instytucji politycznych demokratycznych, a jednocześnie odrębnych i znajdujących się w ręku ludności miejscowej. Tylko wtedy, gdy ludność kraju naszego będzie sama układała prawa, jakimi ma być rządzona, i będzie je wykonywała, możemy mieć niejakie gwarancje lepszego bytu. Pewności i wtedy mieć nie będziemy, owszem, możemy z góry przewidzieć, że w parlamencie czy tam sejmie autonomicznym polskim niejedna reakcyjna uchwała zapadnie, że urzędnicy nasi sympatycznie dla socjalizmu nie będą usposobieni, ale tego nie można przecież porównywać ze stanem dzisiejszym.

Drugą potrzebą proletariatu w społeczeństwie dzisiejszym, to jest zanim proletariat nie zapanuje nad całym narodem, jest możność wywierania jak największego wpływu na władzę prawodawczą i rząd. I tu konstytucja da nam bardzo mało. Cóż bowiem ministrowie zasiadający w Petersburgu będą sobie robili z naszych najwspanialszych zgromadzeń, uchwał, demonstracji? Będzie to dla nich tylko jedną więcej wymówką dla zaprowadzenia lub utrzymania w Polsce wszelkiego rodzaju rozporządzeń wyjątkowych. Na parlament petersburski będziemy też mogli wpływać tylko przez garstkę naszych posłów, a i to w tym wypadku, jeżeli przezwyciężymy nasz dzisiejszy wstręt do Dumy i zaczniemy brać udział w wyborach. Tylko wtedy, gdy w Warszawie zbierze się jakieś ciało prawodawcze, gdy będzie istniał rząd odeń zależny, proletariat będzie mógł rozwinąć cały ten aparat manifestacyjny, który z takim powodzeniem stosowany bywa przez naszych towarzyszy w Europie Zachodniej.

I pod względem społecznym proletariat nie może spodziewać się wielkich rzeczy, nawet w razie ustąpienia rządu przed naporem rewolucji. Na pierwszy plan została bowiem obecnie wysunięta w Rosji kwestia włościańska, która i u nas odgrywa rolę wielką, ale nie jest wcale jedyną. Byłoby rzeczą niezmiernie pożądaną, gdyby się udało zdobyć dla naszych włościan pewną ilość gruntu, gdy tego rodzaju reforma przeprowadzona zostanie w całym państwie, choć i tu grozi nam niebezpieczeństwo, że reformę wcielać będą urzędnicy rosyjscy, którzy potrafią ją tak spaskudzić, jak to zrobili z uwłaszczeniem w r. 1864. Jeżeli chcemy mieć możność zdobycia w bliskim czasie demokratycznej ochrony pracy, ubezpieczenia od choroby, kalectwa itp., odpowiadających rozwojowi naszego przemysłu, urządzeń, to musimy wprzód uzyskać parlament, który by znajdował się pod bezpośrednim wpływem naszego zorganizowanego proletariatu.

Jednym słowem warunkiem korzystania z konstytucji jest zdobycie jednoczesne instytucji politycznych samorządnych. Otóż trzeba przyznać, że w tym kierunku mało u nas albo nic się nie robi. Każda partia polityczna kraju naszego ma w swym programie żądanie decentralizacji, ale żadna nie rozwinęła dotąd w tym kierunku działalności skutecznej. Przyczyna jest bardzo prosta. W rzeczywistości jedynie proletariat, jako klasa, potrzebuje odrębności politycznej. Inne klasy mają, co prawda, tak samo jak i robotnicy, potrzeby narodowe, które tylko przy politycznym wyodrębnieniu mogą być zaspokojone, ale przeszkadza im egoizm klasowy. Rozumieją one dobrze, że parlament warszawski znajdowałby się pod daleko większym wpływem proletariatu polskiego niż petersburski i obawiają się olbrzymiego spotęgowania ruchu socjalistycznego, które nastąpi niechybnie w Polsce wyodrębnionej. Dlatego ludzie ci i chcieliby autonomii, i boją jej się.

Pozostaje proletariat, który jest wraz z częścią włościaństwa jedynym prawdziwym obrońcą odrębności politycznej we wszelkiej formie. I tu, jeżeli nasza polityka ma iść w parze z interesami, to musimy, daleko potężniej niż dotąd, podnieść nasz głos. Półtora roku minęło od chwili, gdy PPS wystawiła hasło Konstytuanty Warszawskiej, która by miała  nieograniczoną możność nakreślenia konstytucji dla Królestwa Polskiego, ale, musimy to przyznać, nic dotąd w tym kierunku nie zostało zrobione. Samo nawet hasło nie zostało wyjaśnione i nie jest dla mas zrozumiałe, jak również owa federacja z Rosją, o której tyle rozprawiono na ostatnim zjeździe PPS. A cóż dopiero mówić o jakiejś celowej i świadomej polityce, zdążającej ku uzyskaniu odrębnego sejmu dla kraju naszego z odrębnymi, niezależnymi od centrum ministeriami, z własnymi skarbowością, szkolnictwem, wojskiem. Ani tych myśl nie spopularyzowano, ani nic się w tym kierunku nie robi.

Tymczasem wszelka zdobycz polityczna może być wynikiem tylko walki. Jeżeli świadoma część proletariatu naszego – partia socjalistyczna – na każdym kroku zacznie składać dowody, że wyodrębnienie kraju jest dla niej sprawą również życiową, jak swoboda polityczna i ustrój konstytucyjny, to dopiero wtedy zacznie istnieć podstawa dla uzyskania wszystkich wyżej wymienionych instytucji politycznych. Inaczej będziemy mieli to samo, czego w tej chwili świadkami jesteśmy. Proletariat rosyjski nie zajmuje się kwestią odrębności kresów, gdyż nie przekonaliśmy go faktami, że mamy potrzeby idące w tym kierunku, a kadeci wykręcają się od dawnych obietnic sianem, gdyż widzą przed sobą tylko reakcyjnych i nieszczerych endeków.

Pamiętajmy że przez całe 10 tygodni trwania Dumy rosyjska opinia publiczna przyzwyczajała się uważać Narodową Demokrację za przedstawicielkę polskich dążeń narodowych. Ponieważ zaś partia ta zdradzała się często ze swą reakcyjnością, więc nie dziwota, że i u kadetów, i u socjalistów rosyjskich, i w szerokich masach wyrobiło się przeświadczenie, jakoby w Polsce tylko elementy konserwatywne żądały autonomii. Cóż zaś przy takim stanie rzeczy mówić o federacyjnym stosunku kraju naszego do reszty państwa? O tym, że PPS ma w swym programie na dziś żądanie ustroju federacyjnego, wie mała garstka osób, które badają pilniej prądy polityczne, istniejące wśród obcych narodów, a ta garstka nie będzie przecie rozstrzygała w walce, która się teraz toczy. Żeby uświadomić pod tym względem masy ludowe oraz liberalne rosyjskie, trzeba będzie dużo pracy, a przede wszystkim trzeba czynów. One to stanowią najlepszy agitacyjny środek, a ich właśnie brak.

Jeszcze ważniejszym jest to zadanie w stosunku do naszego własnego społeczeństwa. I tu PPS powinna dojść do tego, by wyrwać z rąk ND monopol reprezentowania polskich dążeń narodowych. Nie idzie nam tu wcale o zachęcanie do polemiki z ND, gdyż ta prowadzona jest w stopniu zupełnie wystarczającym. Ale w chwili dzisiejszej jedna ND występuje w roli obrońcy interesów narodowych. W rzeczywistości zaś jest to partia, która broni tylko klasowych interesów pewnych grup społecznych, a interesy narodu, jako całości, gotowa jest przy pierwszej sposobności zdradzić, jak to np. uczyniła w Galicji, gdy zachęcała do sojuszu z rusińskimi moskalofilami, byle zwalczyć bardziej demokratycznie nastrojonych rusińskich narodowców. Otóż ten monopol, prawem kaduka przez ND zagarnięty, przynosi nam ciężkie szkody poza obrębem kraju naszego, a wewnątrz tumani ludziom głowy.

Gdyby PPS była partią w rodzaju Socjaldemokracji Królestwa Polskiego, w takim razie dla niej taka rola przedstawicielki nie tylko potrzeb politycznych i społecznych ludu, ale zarazem i tych dążeń, które obchodzą kraj cały, nie byłaby możebną. Ale proletariat zszeregowany pod sztandarem PPS zdaje sobie sprawę z tego, że nie tylko powinien być wolnym, mieć demokratyczny ustrój państwowy i jak największą sumę dobrobytu, ale że jednocześnie powinny być zaspokojone jego potrzeby narodowe. Program PPS też wyraźnie mówi o niepodległej republice demokratycznej, jako celu dążeń politycznych, i o odrębnych instytucjach politycznych, ustanowionych przez Konstytuantę Warszawską, jako haśle, z którym w chwili dzisiejszej do boju idziemy. Z rozpatrzenia chwili dziejowej, którą przebywamy, wynika, że jak najostrzejsze podkreślenie tych dążeń jest koniecznością, jeżeli chcemy, by rewolucja dała nam wyniki odpowiadające bohaterskim wysiłkom ludu, tym krwawym ofiarom, które on codziennie składa. Z punktu widzenia interesów partii jest to również koniecznością, gdyż może ona w ten sposób dojść do sił o wiele przewyższających te, którymi dziś rozporządza. Jednym słowem wszystko przemawia za potrzebą taktyki, która by w daleko większym stopniu uwzględniła całokształt naszych dążeń politycznych, niż to dotychczas czyniono.

Rewolucja dała świadomemu proletariatowi kraju naszego siłę, jakiej nigdy nie posiadał. Pozwoliła mu stokrotnie rozszerzyć kadry organizacyjne, do kolosalnych rozmiarów doprowadziła cały aparat agitacyjny i propagandystyczny, którym on rozporządza. Czas najwyższy, by na podstawie wszystkich tych, już do boju wyprowadzonych sił zdobyte zostało to, co się ludowi naszemu należy.

Witold Jodko-Narkiewicz
_________________________
Powyższy tekst to cała broszura, sygnowana pseudonimem A. Wroński, wydana nakładem „Życie” – wydawnictwo dzieł społeczno-politycznych, Warszawa 1907. Od tamtej pory nie była wznawiana, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł, tekst na potrzeby Lewicowo.pl udostępnił Jarosław Tomasiewicz.

Publikowaliśmy już dwa inne teksty Witolda Jodko-Narkiewicza:

 

Przypis:
1. Charakterystyczny pod tym względem jest artykuł w nr. 81 „Czerwonego Sztandaru”, w którym redakcja wyraźnie zupełnie zachęcała robotników do podawania masowych petycji do Dumy. Jednocześnie zaś to samo pismo popierało taktykę „bolszewików” rosyjskich, którzy bojkotują Dumę bezwzględnie!

 

Witold Jodko-Narkiewicz (1864-1924) – urodził się w Słucku (obecnie Białoruś) w rodzinie inteligencko-ziemiańskiej. Usunięty z warszawskiego gimnazjum za udział w nielegalnych polskich kółkach samokształceniowych. W 1884 r. wstąpił do kółka prowadzonego przez działaczy I Proletariatu. Przebywał okresowo w Tartu (tam rozpoczął studia medyczne), w Warszawie i Lwowie, wszędzie prowadząc działalność socjalistyczną. Współredagował lwowskie pismo „Praca”, za co został aresztowany i wydalony z Austrii. Przebywał na emigracji w Paryżu, gdzie studiował prawo, które to studia ukończył w 1889 r. Na emigracji współpracował z redakcjami pism „Walka Klas” i „Przedświt”, został członkiem emigracyjnej Centralizacji II Proletariatu. Na przełomie lat 80. i 90. XIX wieku odszedł od programu tego środowiska, akceptując jako istotny postulat ruchu socjalistycznego konieczność walki o niepodległość Polski. Brał udział w pracach przygotowawczych do założenia PPS. Po wydaleniu z Francji przebywał w Londynie, gdzie był redaktorem „Przedświtu” i jednym z liderów Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich. Jako delegat PPS brał udział w kongresach II Międzynarodówki w Zurychu i Londynie, na tym drugim wszedł w skład Biura Kongresu. Wybrany do Centralizacji ZZSP, jednak przez IV zjazd organizacji usunięty z niej; w porozumieniu z Piłsudskim i Centralnym Komitetem Robotniczym PPS odpowiadał nieformalnie za kontakty z krajem. W tym okresie doktoryzował się w Bernie na podstawie rozprawy „Geschichte und System des utopischen Sozialismus in der polnischen Emigration der 30 und 40 Jahre”. Od 1898 r. ponownie przebywał we Lwowie, gdzie po podjęciu decyzji o likwidacji ZZSP został przez CKR PPS wybrany członkiem Komitetu Zagranicznego Organizacji Zagranicznej PPS. W czerwcu 1902 r. na VI Zjeździe PPS został wybrany do CKR. Po wybuchu wojny rosyjsko-japońskiej jako jeden z najbliższych współpracowników Piłsudskiego brał udział w rokowaniach z dyplomacją japońską, od której otrzymano pomoc w postaci broni i finansów w zamian za działania wywiadowcze i dywersyjne przeciwko Rosji. Od wiosny 1905 r. ponownie redagował „Przedświt”. Należał do frakcji „starych”, opowiadających się za walką zbrojną i nasiloną agitacją w duchu niepodległościowym. Po rozłamie w partii współtworzył PPS – Frakcja Rewolucyjna, jego projekt programu przegrał z projektem Feliksa Perla. Należał jednak do czołowych teoretyków i propagandystów PPS – FR. Na zjeździe PPS – FR w Wiedniu w sierpniu 1909 r. został wybrany do CKR, w którym zasiadał do roku 1914. Był delegatem PPS – FR na Kongres II Międzynarodówki w Kopenhadze. W latach poprzedzających wybuch wojny zajmował się głównie działaniami organizacyjnymi na rzecz przyszłych polskich sił zbrojnych. Po wybuchu wojny był jednym z liderów propagandy legionowej, prowadził też aktywność werbunkową i dyplomatyczną. W 1916 r. powrócił do czynnej działalności partyjnej, brał udział w XII zjeździe w Piotrkowie, współpracował z pismem „Jedność Robotnicza”, redagował czasopismo „Do Czynu”. Od roku 1918 wchodził w skład Warszawskiego Komitetu Robotniczego PPS. Po odzyskaniu niepodległości  został dyrektorem Departamentu Politycznego w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. W latach 1919-21 poseł Polski w Turcji, a w latach 1921-23 na Łotwie. Zmarł wskutek choroby, pośmiertnie oznaczony w 1930 r. Krzyżem Niepodległości. Pod kilkunastoma pseudonimami opublikował wiele artykułów oraz kilkanaście broszur i książek.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *