Witold Jodko-Narkiewicz

PPS – Frakcja Rewolucyjna a kwestie robotnicze

[1908]

Ochrona pracy, jak sama nazwa wskazuje, ma na celu postawienie pracy w korzystniejszych warunkach, zdobycie jak najlepszego bytu dla wszystkich pracowników. Żeby tego celu dopiąć, lud pracujący, jak wiadomo, używa dwóch środków: z jednej strony usiłuje on, za pomocą organizacji zawodowej i walki ekonomicznej, uzyskać od tak zwanych pracodawców, czyli od kapitalistów różnego rodzaju, polepszenie swego bytu; z drugiej – stara się zmusić państwo, by wydało ustawy, które by mu ten lepszy byt zapewniały. Ustęp programu, który zamierzamy obecnie rozpatrzyć, zajmuje się wyłącznie ustawami mającymi na celu ochronę pracy, dlatego musimy wprzód rozejrzeć się, przynajmniej w najogólniejszych zarysach, w tym, jaki charakter powinna nosić walka ekonomiczna, zawodowa, zmierzająca do tego samego celu.

Tam, gdzie nie ma organizacji robotniczej, tam każdy robotnik umawia się osobiście o warunki pracy z przedsiębiorcą. Uczeni burżuazyjni uważają podobny stosunek za jedynie normalny, utrzymując, że tylko wtedy obie strony są zupełnie wolne i że z tej wolnej umowy dwóch przedsiębiorców, z których jeden ma kapitał, drugi pracę – niezmierzone głębie szczęśliwości ludzkiej wyniknąć muszą. Oczywiście, że jest to zupełnym fałszem: niepodobna bowiem utrzymywać, że obie strony znajdują się w jednakowych warunkach; kapitalista sam przez się tyle posiada zasobów pieniężnych, co kilka lub kilkanaście tysięcy robotników, których on zatrudnia, przeto ma on tyleż razy większą od każdego z nich potęgę i przy wolnej umowie każdego poszczególnego robotnika z kapitalistą, robotnik po prostu zdany jest na łaskę i niełaskę kapitału. W dodatku kapitalista ma wielką łatwość porozumiewania się ze swymi kolegami, w celu wywierania tym większego nacisku na robotników, wreszcie ma on po swej stronie różne potęgi społeczne: kościół, prasę i, co najważniejsze, państwo, które wspomaga go skutecznie.

Jednym słowem, dopóki walka prowadzona jest przez każdego poszczególnego najmitę z kapitałem, dopóty ci najmici z góry skazani są na najgorsze warunki bytu. Ale stosunek ten może być do pewnego stopnia zmieniony, o ile robotnicy potrafią zrzeszyć się, stworzyć organizację, która by obejmowała jak największą ich ilość.

I dlatego to zasadniczym dążeniem robotników w walce z kapitałem powinno być zastąpienie umowy osobistej przez umowę zbiorową. Dopiero wtenczas, gdy fabrykant lub właściciel ziemski nie pertraktuje z każdym poszczególnym najmitą, ale z całą ich zbiorowością, szanse robotnika polepszają się, uzyskuje on możność zdobycia lepszych warunków pracy. Umowa zbiorowa znosi bowiem konkurencję między robotnikami, zapobiega temu, żeby obok jednego, stawiającego wysokie żądania, zjawiło się zaraz tysiąc innych, którzy zadowolą się mniejszym. Po wtóre, zapewnia ona każdemu robotnikowi pomoc wszystkich pozostałych, gdyby przedsiębiorca zechciał go skrzywdzić.

Dlatego to przedsiębiorcy tak zacięcie występują przeciwko umowom zbiorowym. Nawet gdy zgadzają się oni na jakie ustępstwa, chcą mieć do czynienia z każdym robotnikiem z osobna, nie zaś z całą ich organizacją. A w interesie robotników leży, przeciwnie, zawieranie umów całymi wielkimi, zorganizowanymi masami i, o ile można, nie z jednym tylko przedsiębiorcą, ale z wszystkimi od razu. Najkorzystniejszą dla proletariatu jest taka umowa, która obowiązuje cały fach – zarówno przedsiębiorców, jak najmitów.

Ale to jest tylko forma zewnętrzna umowy. Zajrzyjmy do jej treści. Otóż przede wszystkim robotnik dążyć powinien do jak największego zrównania warunków pracy w całym zawodzie i w całym kraju. Dopóki kapitalista wie, że w mieście takim a takim płace są niższe niż u niego, to zawsze będzie on dążył do odpowiedniego obcięcia zapłaty u siebie, raz dlatego, żeby nie pozwolić swemu koledze ciągnąć większe zyski (które pozwoliłyby mu taniej sprzedawać wyroby), po wtóre, ponieważ spodziewa się otrzymać z tamtego miasta tańszego robotnika. Warunki pracy powinny być zrównane i to pod każdym względem: czasu pracy, jej ogólnych warunków, oraz płacy.

Najważniejszą kwestią jest zrównanie dnia roboczego (i jego skrócenie, o którym później mowa). Wtedy bowiem warunki kulturalne wszystkich pracowników danego zawodu stają się jednakowe, powstają u nich podobne potrzeby życiowe, wspólna walka znakomicie staje się ułatwioną. Co się tyczy ogólnych warunków pracy, to mają one prawie takie same znaczenie. Jeżeli np. w stolicy kraju praca wykonywana jest wyłącznie przez mężczyzn, a na prowincji zatrudniona jest w tym samym zawodzie wielka ilość kobiet lub dzieci, to możemy być pewni, że i płaca robotników stołecznych wkrótce się pogorszy, a dzień roboczy zostanie przedłużony. To samo tyczy się pracy nocnej i jej wynagrodzenia, środków ostrożności zapobiegających wypadkom itp. rzeczy, które nazywamy ogólnymi warunkami pracy. Pod żadnym pozorem nie należy dopuszczać, by one były w jednej miejscowości gorsze, niż w innej, przy czym przy organizacji obejmującej kraj cały, zupełnie możebne jest dopięcie tego celu.

Pozostaje kwestia płacy. Tu ujednostajnienie warunków jest trudniejsze. Płaca robotnicza zależną jest bowiem od potrzeb robotnika i od ceny produktów. Otóż wiadomo, że w wielkich miastach życie jest droższe, niż na prowincji, tam zatem robotnicy powinni być lepiej płatni. Oczywiście, iż uzyskanie wysokich płac i na prowincji jest rzeczą pożądaną, ale nierówność pod tym względem nie jest tak groźna, gdyż przedsiębiorca w stolicy nie może zawsze mieć nadziei, że dostanie on robotników z prowincji, którzy zadowolą się mniejszą płacą i w ten sposób zrobi wyłom w umowie, zawartej przez całą organizację. Gdy bowiem robotnik z prowincji przeniesie się do miasta stołecznego, to potrzeba nauczy go prędko, ile powinien żądać, nawet gdyby go do tego od razu nie skłoniła organizacja. Zaś przedsiębiorca stołeczny, choć płaci więcej, ale ma za to inne wygody – nie ponosi kosztów przewozu produktów, ma wszelkie maszyny i narzędzia pomocnicze pod ręką itd.

Zatem pewna, niezbyt znaczna nierówność płac może być dopuszczona, pod warunkiem, żeby ona była ściśle określona i zawarta w umowie zbiorowej, dokonanej przez całość organizacji zawodowej danego fachu. Po wtóre, umowa ta musi być stałą. Nie oznacza to, żeby umowa miała obowiązywać na wieki, owszem, musi ona być odnawianą i zmienianą co pewien czas, gdyż wiadomo, że ceny produktów zmieniają się ciągle i życie drożeje coraz bardziej. Ale umowa powinna być zawieraną na pewien określony przeciąg czasu, z prawem obustronnego wymówienia w pewnym terminie. Dążeniem przedsiębiorców jest obniżanie płac w czasach zastoju, przy czym jednak w chwilach wzmożonej produkcji nie chcą oni dawać robotnikom odpowiedniej zwyżki. Jest to tym dla robotnika niebezpieczniejsze, że czasy wytężonej produkcji są zwykle czasami drożyzny, jeżeli nie wszystkiego, to przynajmniej wielu rzeczy, np. mieszkań, węgla itp. Tu zaradzić mogą tylko obowiązujące taryfy płac, co oczywiście możliwe jest tylko przy bardzo silnej i sprężystej organizacji, obejmującej znaczną większość pracowników danego fachu. Np. drukarze austriaccy, którzy są znakomicie zorganizowani, mają umowę, która podlega rewizji co pewien czas.

Drugą, również ważną sprawą w tej kwestii jest zastąpienie płacy akordowej przez dzienną. I tu uczeni i pisarze burżuazyjni nie przestają pisać hymnów na cześć pracy akordowej, przy której „uczciwy, pracowity” robotnik może niby to zarobić daleko więcej, niż przy dniówce. Tymczasem jest to wierutnym fałszem, gdyż doświadczenie pokazuje, że gdy tylko robotnicy, pracujący na akord, przywykną do produkowania większej ilości wyrobów, do większego natężenia sił, to następuje potem zniżka płac. O tym robotnicy już w tylu fachach się przekonali, że nie potrzeba tego wcale dowodzić. Przeto, przy akordzie zwyżka płacy będzie tylko chwilowa; wkrótce zostaje ona usunięta i robotnik wtedy pracuje więcej, niż dawniej, wytęża i niszczy swe siły, a ma ten sam zarobek. Przy akordzie bowiem robotnicy z natury rzeczy starają się wyrobić jak najwięcej, wskutek czego przedsiębiorcy mogą się obejść mniejszą ilością pracowników i korzystają z tego. Dlatego też należy zawsze dążyć do zastąpienia akordu przez dniówkę.

O ile jednak organizacja nie jest w stanie tego dopiąć, to powinna ona domagać się bezwzględnie, by płaca akordowa była jednostajna dla wszystkich i by taryfa była przejrzysta, łatwa do poznania przez ogół robotników. Jeżeli bowiem robotnicy dopuszczą do tego, by jeden z nich dostawał więcej za tę samą pracę, niż drugi, albo by taryfa była tak trudna do zrozumienia, że robotnik w dniu wypłaty nie może sam skontrolować, czy dostaje swą należność, to pozwolą oni przedsiębiorcom na największe nadużycia i los ich stanie się rzeczywiście pożałowania godnym.

Drugim ważnym żądaniem przy płacy akordowej jest specjalne wynagradzanie robót pomocniczych, które nie są włączone do akordu. Np. górnicy w kopalni węgla płatni są od ilości wydobytego węgla, a mają jednocześnie rozmaite czynności, które zupełnie nie są opłacane, a jednak są nieodzowne, np. stawianie podpórek z drzewa (tzw. podsadzki) w korytarzach. Nie dostając za nie wynagrodzenia, górnik stara się stracić na nie jak najmniej czasu, wskutek czego wystawia częstokroć swe życie na niebezpieczeństwo. Już niejeden górnik stracił żywot z powodu tej chciwości właścicieli kopalń. W każdym fachu są takie darmowe roboty, za które bezwarunkowo należy domagać się zapłaty.

Wreszcie, wypłata powinna odbywać się jak najczęściej. Nic bowiem nie ma gorszego, jak oddalone od siebie terminy wypłat, między którymi robotnicy zadłużają się z musu. Przy życiu na kredyt niemożliwe staje się dla robotnika przystosowanie swych wydatków do dochodów, częstokroć nie wie on dobrze, ile właściwie jest winien, wreszcie, płaci za wszystko drożej. Sklepikarze wyzyskują bowiem jego położenie, zmuszają go do brania produktów droższych i nie pozwalają mu nigdy wyjść z długów. Zaś przedsiębiorca zarabia na tym, gdyż trzyma w ręku kapitał przez dłuższy przeciąg czasu i zaoszczędza sobie procenty.

Tymi ogólnymi uwagami nie wyczerpaliśmy oczywiście całej, tak złożonej sprawy walki ekonomicznej proletariatu. Ale wystarczą one jako dopełnienie do tego, co mamy powiedzieć o ustawodawstwie tyczącym się ochrony pracy.

W celu ochrony pracy Polska Partia Socjalistyczna dąży do następujących reform:

1. Ośmiogodzinny najwyżej dzień roboczy, bez wyjątków i zastrzeżeń; zupełny wypoczynek raz w tygodniu, wynoszący co najmniej 42 godziny.

Im bardziej kraj jaki jest zacofany ekonomicznie, im ciemniejszy i biedniejszy robotnik, tym dłużej on pracuje, i na odwrót, w krajach o silnie rozwiniętym przemyśle, o klasie robotniczej dobrze zorganizowanej i świadomej swych potrzeb, liczba godzin pracy (tak zwany „dzień roboczy”) jest najkrótsza. W Rosji, gdzie panuje największa nędza i wyzysk, dzień roboczy jest dłuższy niż w Polsce, w Polsce dłuższy niż w Niemczech, w Niemczech – niż we Francji, a najkrócej pracuje robotnik angielski, amerykański, australijski.

Nic w tym dziwnego. Przedłużanie dnia roboczego, choćby ponad siły robotnika, tyle daje zysków przedsiębiorcom, że wszystkimi siłami starają się oni do tego doprowadzić. Przy płacy od dnia jest to zupełnie zrozumiałe: jeżeli robotnik będzie za tę samą zapłatę dłużej pracował, to da przedsiębiorcy większe dochody. Ale to samo dzieje się przy akordzie. Fabrykant czy obszarnik przedłuża dzień roboczy, albo nawet, korzystając z nieświadomości robotników, nie zmusza ich, ale pozwala im dłużej pracować. Robotnicy są z tego zadowoleni, gdyż zarabiają wtedy więcej i choć wytężają do ostatnich granic swe siły, ale pocieszają się nadzieją lepszego wynagrodzenia. Tymczasem po pewnym czasie kapitalista zmniejsza płacę przy lada sposobności; robotnikom znowu zagląda w oczy widmo głodu i, chcąc wyjść na swoim, postanawiają pracować jeszcze dłużej. W ten sposób kapitał może do nieskończoności podnosić wyzysk pracy robotniczej.

Jakie są tego skutki, o tym wiemy wszyscy dobrze. Nadmiernie długa, wytężona praca, przytępia siły fizyczne i umysłowe robotnika. Ciało jego słabnie, przestaje być odporne na choroby i lada głupstwo wali go na łóżko, wtrąca do nędzy ostatecznej. Żeby utrzymać zanikającą energię życiową, szuka on pokrzepienia w wódce, która na razie podnieca go, ale potem sprowadza jeszcze większe osłabienie. Życie robotnika, i tak krótsze przeciętnie od życia człowieka zamożnego, skraca się jeszcze bardziej, wydaje on potomstwo słabe i chore, z góry skazane na wszelkie udręczenia cielesne. To samo dzieje się z jego umysłem, który tępieje, staje się niezdolnym do jakiego dłuższego wysiłku. Dlatego to widzimy, że w krajach o długim dniu roboczym ruch proletariatu nie jest nigdy stały, systematyczny, ciągły, jakim być powinien i jakim jest już w tylu miejscach. Robotnicy mogą tam, w przystępie rozpaczy, rzucić się na zarząd fabryczny, wymordować znienawidzonych kierowników pracy, poniszczyć przy tym budynki fabryczne, a nawet, jak się to w bardziej dzikich okolicach dzieje, sklepy spożywcze zostające pod ich własnym zarządem, aby, gdy potem ten wybuch zostanie siłą zbrojną stłumiony, zgiąć znowu pokornie kark pod stare, tylko jeszcze silniej zaciśnięte, jarzmo. Takie żywiołowe wybuchy z zabijaniem ludzi i niszczeniem maszyn zdarzały się i w Anglii przed 100 laty (na początku dziewiętnastego wieku), w Niemczech przed r. 1848, ale dziś zastąpione one zostały przez daleko wyższe i skuteczniejsze formy ruchu robotniczego.

Długi dzień roboczy nie tylko na klasie robotniczej źle się odbija, przynosi on szkodę całemu społeczeństwu oraz samemu przemysłowi. Robotnik, który długo pracuje, jest wycieńczony do tego stopnia, że pracuje źle i niedbale, nie może wydoskonalić się w swym fachu i daje, wskutek tego, produkt gorszego gatunku. Nie jest on w stanie dozorować maszyn należycie i psuje je często. Produkcja krajów o długim dniu roboczym ustępuje zawsze co do jakości wyrobom krajów, w których praca jest krótsza. Przy tym fabrykantom brak podniety do zaprowadzania maszyn bardziej udoskonalonych. Wolą oni konkurować ze swymi sąsiadami, posiadającymi lepszą technikę, nadmiernym przedłużaniem dnia pracy i obcinaniem płacy i bez tego nędznej. Długa praca jest jednoznaczna z produktami tandetnymi, a zwykle przy tym drogimi, gdyż pomimo taniości robotnika ogólne koszty produkcji są wysokie z powodu drogiego remontu maszyn i ich złej jakości. A jednocześnie wytwarza się coraz liczniejsza klasa ludności zbiedzonej i zdziczałej, słabej fizycznie i duchowo. Pijaństwo rozwija się coraz bujniej, gdyż robotnik wymęczony niezdolny jest do innej rozrywki, jak tylko do hulanki, która zabiera mu całą niedzielę, a często i poniedziałek. Stąd rosną występki wszelkiego rodzaju, a państwo, żeby je poskromić, nie umie wynaleźć nic innego, jak więzienia, policję, sądy. Kraje o długim dniu roboczym mają największą ilość ludzi niezdolnych do pełnienia służby wojskowej z powodu słabego rozwoju fizycznego, najwięcej występków, najmniej gazet, książek, szkół, są one, przy równej ilości mieszkańców, słabsze ekonomicznie i politycznie od swych sąsiadów.

To są przyczyny, dla których pierwszym i najważniejszym zadaniem ruchu robotniczego jest skrócenie dnia roboczego.

Hasłem w tej walce jest obecnie wszędzie 8-godzinny dzień pracy. Nie oznacza to oczywiście, żebyśmy mieli uważać 8 godzin trudu za szczyt szczęścia, poza którym już nic lepszego nie widzimy. Owszem, nauka wykazuje, że już dziś przy 6 godzinach pracy społeczeństwo miałoby się bardzo dobrze, byle ona była prowadzona rozumnie. Ale na razie osiągnięcie dnia 8-godzinnego byłoby wielkim postępem, a używanie jednakowego hasła we wszystkich krajach w takim stopniu przyczynia się do spotęgowania ruchu, że zatrzymano się na tej ilości.

Przyjrzyjmy się, jakie by skutki wyniknęły z zaprowadzenia ośmiogodzinnego dnia roboczego? Przede wszystkim powiększyłaby się ilość ludzi zatrudnionych. Znaczna część dzisiejszej rezerwowej armii pracy stanęłaby przy warsztacie lub przy pługu, znalazłaby zarobek, którego dziś jest pozbawiona, Już to jedno wpłynęłoby na podniesienie płac, wskutek zmniejszenia konkurencji między robotnikami. Dlatego to skrócenie dnia roboczego jest dla nas korzystne, nawet bez odpowiedniej podwyżki płacy, która zresztą wtedy prędzej czy później musi nastąpić.

Dalej, robotnik krócej pracujący, znajdzie czas na kształcenie się, zajmowanie się sprawami swego zawodu, polityką. W stowarzyszeniu, do którego będzie on uczęszczał, czy w tajnej organizacji, w gazecie i broszurze, którą przeczyta, znajdzie on podnietę do dalszej walki o swe prawa, a jednocześnie, uzyskawszy możność szlachetniejszej, niż dawniej, zabawy, będzie on miał większe potrzeby i, aby je zaspokoić, zdobędzie sobie lepsze wynagrodzenie.

Organizacja robotnicza może się naprawdę rozwijać tylko tam, gdzie robotnicy wyzwolili się od nadmiernie długiej pracy, która odbierała im wszystkie chwile, nie poświęcone snowi. A ta organizacja ze swej strony daje ludowi nową podnietę do zdobywania lepszych warunków bytu.

Jednocześnie robotnik staje się zdrowszym, silniejszym, odporniejszym na choroby. Ilość wypadków przy pracy zmniejsza się od razu, gdyż praktyka pokazuje, że zdarzają się one najczęściej w tych właśnie ostatnich godzinach, kiedy na wpół śpiący robotnik pracuje jak w gorączce. Zmniejszają się wydatki społeczeństwa, wywołane chorobami, kalectwem, śmiercią niezliczonych ofiar nadmiernie długiej pracy. Zmniejsza się pijaństwo, rośnie ilość ludzi, którzy czytają pisma, książki, chodzą do teatru. Zmienia się wygląd mieszkania robotniczego, które przestaje być odwiedzanym tylko w nocy noclegiem: zjawiają się lepsze meble, biblioteczki, rośnie czystość, wygoda i potrzeba piękna. Jednym słowem, podnosi się stopień kultury olbrzymich, milionowych rzesz ludności i całe społeczeństwo przeradza się, wstępuje na wyższy stopień cywilizacji.

Przy tym, co niezmiernie ważne jest dla rozwoju przemysłu, powiększa się znacznie zbyt na produkty, które znajdują nabywców w kraju, na rynku wewnętrznym. Rośnie bowiem ilość ludzi posiadających stały zarobek, rosną też potrzeby całej ludności pracującej. Przemysł, który dawniej z trudem musiał szukać zbytu poza granicami kraju, znajduje nabywców w kraju samym i rozwija się daleko lepiej i prawidłowiej. Można z zupełną pewnością powiedzieć, że przemysł państw Europy Zachodniej nigdy by się nie rozwinął do dzisiejszej okazałości, gdyby nie posiadał on licznej, dobrze płatnej i mającej rozwinięte potrzeby klasy robotniczej. Ponieważ zaś jednocześnie powiększa się zręczność i inteligencja robotników, ich umiejętność obchodzenia się z narzędziami i maszynami, więc przemysł w ogóle podnosi się na wyższy stopień rozwoju.

Trzeba dodać, że robotnik, który krótko pracuje, jest w stanie wyprodukować więcej od swego kolegi, wycieńczonego nadmiernie długą pracą. I tu praktyka pokazuje, że robotnik Anglik wykonywa daleko więcej w ciągu godziny od Niemca, a ten ostatni od Rosjanina. Więc początkowe straty fabrykantów wyrównują się z czasem, a zmniejszenie wydatków na remont maszyn i podniesienie się jakości produkcji daje im w wyniku czysty zysk.

Tu można by się zapytać, dlaczegóż fabrykanci opierają się tak skróceniu dnia roboczego? Odpowiedź jest bardzo prosta: te wszystkie korzyści zjawiają się wtedy, gdy w całym jakim zawodzie godziny pracy staną się krótsze. A żeby to nastąpiło, trzeba zgody wszystkich przedsiębiorców danego zawodu, do czego oni nie są zdolni, o ile ich kto do tego nie zmusi. I dlatego to ten, tak ważny dla ludzkości, postęp, może być dokonany tylko pod naciskiem proletariatu, który czy to walką ekonomiczną, czy polityczną zdobywa sobie krótszy dzień pracy.

Nie potrzebujemy chyba dodawać, że, żądając 8-godzinnego dnia pracy, tym samym jesteśmy za skróceniem go z 12 godzin na 11, z 11 na 10 itd. – tam, gdzie od razu 8 godzin uzyskać nie można.

Ale samo skrócenie dnia roboczego nie daje jeszcze robotnikowi dostatecznego wypoczynku. Musi on oprócz tego mieć jeden dzień w tygodniu zupełnie wolny od pracy. Sama natura wymaga tego, co przejawiło się najlepiej w tym, że u wszystkich narodów kuli ziemskiej i we wszystkich religiach znajdujemy jednodniowe święto w tygodniu, z zakazem pracy. Ale kapitalizm uznaje religię tylko o tyle, o ile ona służy jego celom i on to pierwszy zaprzągł ludzi do pracy bezustannej, nie dbając o różne niedziele, soboty i piątki, które duchowni tych lub owych wyznań pragnęli zachować dla wypoczynku. I tu znowu dopiero pod naciskiem ruchu robotniczego oddane zostaje ludzkości to, co stanowi naturalną, nieodzowną jej potrzebę.

Program nasz mówi o 42 godzinach wypoczynku. Ma to na celu zapobieżenie, by przedsiębiorcy nie zmuszali robotników do pracy ani w nocy poprzedzającej, ani w następującej po dniu wypoczynku. W Anglii związki zawodowe zdołały już wymusić na kapitalistach przerywanie roboty co sobotę, o godzinie 12 w południe, przy czym odpoczynek trwa do 6 rano w poniedziałek. Przy wytężonej pracy robotnika dzisiejszego dopiero angielski wypoczynek staje się prawdziwym, gdyż robotnik wtedy może poświęcić popołudnie sobotnie na załatwienie wszelkich interesów, żona jego kupuje wtedy wszystko, co potrzeba, a niedziela może być poświęcona naprawdę zabawie i jest obchodzona przez wszystkich. W Anglii w niedzielę ani jeden sklep nie jest otwarty i cały proletariat, bez najmniejszego wyjątku, odpoczywa lub bawi się (oczywiście, że w niektórych zawodach praca  nie może być przerywana w niedzielę. Ale w takim wypadku prawo powinno stanowić, by przedsiębiorca obowiązany był najmować na niedzielę robotników, którzy by za osobnym wynagrodzeniem zastępowali zwykłych pracowników. A i ci pracujący w niedzielę powinni mieć inny dzień w tygodniu wolny. W ten sposób został zaprowadzony obecnie we Francji wypoczynek niedzielny).

2) Zakaz pracy nocnej z wyjątkami dopuszczonymi przez robotnicze związki zawodowe.

Jeszcze większą potrzebą od wypoczynku niedzielnego jest wypoczynek nocny. Od setek milionów lat cała natura ożywiona przywykła spać w nocy, wskutek czego stało się to potrzebą naszego organizmu, której naruszać nie można bezkarnie. I jeżeli w niektórych wypadkach potrzeby produkcji zmuszają ludzkość do nieprzerywania pracy w nocy, to powinno to być ograniczone do wypadków konieczności bezwzględnej i odpowiednio wynagradzane. Człowiek, który w dzień śpi, a w nocy pracuje, cierpi od takiego trybu życia i musi wynagrodzić sobie to bardziej posilnym i obfitym pożywieniem, większym ciepłem w mieszkaniu i odpowiednimi wygodami.

Dlatego praca nocna powinna być w zasadzie zniesiona. Te zaś zawody, w których ona może być dopuszczona, nie są bynajmniej tak liczne i powinny być wyraźnie w prawie wymienione. W żadnym razie nie może być pozostawione policji czy administracji rozstrzyganie, dla kogo ma być pod tym względem robiony wyjątek.

Do rodzajów pracy, która musi trwać bez przerwy, albo odbywać się właśnie w nocy, należą: te zakłady przemysłowe, gdzie technika nie pozwala na przerwanie produkcji, np. wielkie piece, których na niedzielę gasić niepodobna; służba komunikacyjna, którą w nocy można ograniczać, ale niepodobna przerywać, na wielkich liniach kolejowych, przy telegrafie, w wielkich centrach miejskich; praca czyniąca zadość potrzebom duchowym, więc drukowanie i rozsyłanie gazet, które rano wychodzą i są koniecznością dzisiejszego życia politycznego, zarówno dla kapitalisty, jak i robotnika; przygotowywanie produktów spożywczych, potrzebnych do rannego posiłku ludności i parę drobniejszych zawodów.

Otóż te wyjątki powinny być przede wszystkim płatne specjalnie, według taryfy daleko wyższej od zwykłej, po wtóre praca nocna wraz z dzienną nie powinny przewyższać określonego przez prawo lub umowę dnia roboczego. Jeżeli zatem jaki robotnik ma pracować w nocy, to nie dość, że powinien być za to osobno wynagradzany, ale oprócz tego jego praca dzienna powinna być o tyleż skrócona. Tylko wtedy bowiem praca nocna nie będzie zbyt wielkich szkód przynosiła organizmowi, wtedy też zapobiegnie się takim nieszczęściom, jak wykolejenie pociągów, pochodzące stąd, że maszynista po całodziennej pracy siada na lokomotywę, aby odbyć nocną zmianę.

Zakaz pracy nocnej kobiet i robotników młodocianych (do lat 18) bez żadnych wyjątków.

3) Zakaz pracy dzieci do lat 15, specjalne ustawy ochronne dla uczniów i robotników młodocianych (od 15 do 18 lat).

4) Zakaz pracy dla kobiet i robotników młodocianych w zawodach szczególnie dla ich zdrowia szkodliwych.

5) Uwalnianie kobiet od pracy na 4 tygodnie przed i 6 tygodni po połogu z wypłacaniem przez ten czas zarobków.

Przystępujemy teraz do zupełnie nowej rzeczy, mianowicie do ochrony pracy, która tyczy się nie wszystkich ludzi, ale tylko kobiet i dzieci. I tu nasuwa się zaraz pytanie, dlaczego robimy jakiś wyjątek, dlaczego zajmujemy się właśnie kobietami i dziećmi, a nie stosujemy tych żądań, które powyżej zostały wymienione, do wszystkich ludzi ? Przyczyny po temu są dwojakie.

Po pierwsze, praktyka ruchu robotniczego pokazała nam, że kobiet, a tym bardziej dzieci, nie da się tak dobrze zorganizować, jak mężczyzn. O dzieciach nie potrzeba tego chyba dowodzić, co się zaś kobiet tyczy, to wiekowa niewola tyle wdrożyła w nie przyzwyczajeń uległości, braku samodzielności i odporności przeciwko uciskowi, następnie tak one są dotąd upośledzone pod względem praw osobistych i politycznych, że nie są one w stanie tak energicznie walczyć z wyzyskiem, jak mężczyźni. Wskutek tego z góry musimy przewidzieć, że kobiety-robotnice na polu walki zawodowej daleko mniej uzyskają od mężczyzn. Przy tym nie zawsze może im pomóc współdziałanie ich towarzyszy pracy, robotników-mężczyzn, gdyż w jaki sposób np. mogą zorganizowani stolarze lub metalowcy zmusić właścicielki szwalń i zakładów modnych do polepszenia losu robotnic? Wskutek tego musimy dla robotnic zdobywać pewną ochronę drogą walki politycznej, za pomocą prawodawstwa. Nie oznacza to oczywiście, byśmy mieli zaniedbywać organizowania zawodowego kobiet. Owszem, będzie się ono odbywało i już dziś nasze towarzyszki pracy robią pod tym względem coraz większe postępy we wszystkich krajach, ale podczas gdy mężczyźni niejedno mogą uzyskać przez samą walkę ekonomiczną, to dla kobiet musimy zdobywać pewne przepisy prawne, które by ich pracę broniły od nadmiernego wyzysku.

Po wtóre, praca kobiet i dzieci robi dziś pracy męskiej konkurencję, której skutki często są fatalne. Produkcja kapitalistyczna tym się różni od dawnej, że wprowadziła ona różne zajęcia przy maszynach, które nie wymagają wcale siły, tylko zręczności, albo nawet po prostu istoty ludzkiej, będącej w stanie poruszać palcami. Do tych zajęć kapitalizm zaczął używać kobiet i dzieci. Z początku dawało to rodzinom robotniczym zarobki dodatkowe, które w połączeniu z płacą mężczyzny powiększały jej dobrobyt. Ale prędko pokazały się straszne skutki tego systemu. Kapitaliści zaczęli coraz bardziej obniżać płace wszystkich pracujących i zastępować mężczyzn przez kobiety i dzieci. Doszło do tego, że całe rzesze mężczyzn dorosłych były bez pracy, podczas gdy ich żony, siostry i dzieciaki zabijały się pracą po nad siły, za marnym wynagrodzeniem. Historia pierwszych lat kapitalizmu daje nam wstrząsające obrazy nędzy i cierpień, które stąd wynikały. Dzieci, które ledwo na nóżkach się trzymały, zanoszone były do maszyny przez rodziców, których jedynym dochodem był zarobek tych maleństw, całe pokolenia wyrastały bez szkoły, a nędza i zdziczenie rosły coraz bardziej.

Co się dzieci tyczy, to zapobiec temu mogły tylko prawa, bezwzględnie zakazujące używania ich do pracy najemnej przed dojściem do pewnego określonego wieku. Po długiej walce udało się zdobyć odpowiednie przepisy, po części dzięki temu, że dla wszystkich stało się jasne, ile całe społeczeństwo tracić musi, jeżeli pokolenia za pokoleniami dzieci będą składane w ofierze nienasyconemu potworowi kapitalizmu. Co się zaś kobiet tyczy, to sprawa była cokolwiek bardziej złożona.

Przez pewien czas niektórzy robotnicy, widząc złe dla siebie skutki konkurencji pracy kobiecej, domagali się zupełnego zniesienia pracy najemnej kobiet, powrotu kobiety do „domowego ogniska”, którego pilnowanie jakoby stanowi jedyny cel jej życia. Poglądy takie wypowiadane były przez delegatów robotniczych jeszcze na zjazdach dawnego Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników. Ale nie mogły one mieć widoków powodzenia. Nierozumnym i płonnym byłoby walczenie z rozwojem społecznym, który musi się odbyć i daje ludzkości możność przejścia do stanu wyższej kultury. Kapitalizm, dając zatrudnienie olbrzymiej ilości kobiet, nawet przy dzisiejszym stanie ich sił, wyrywa kobiety z ich dawnego położenia zależności, umożliwia im zrównanie się społeczne z mężczyznami i pozwala ludzkości skupić siły obu płci dla zaspokojenia znacznie większej, niż dawniej, ilości potrzeb. Kapitalizm w ten sposób stwarza warunki przyszłego społeczeństwa, w którym kobieta będzie z mężczyzną zupełnie równouprawnioną i które da ludzkości dobrobyt, o jakim dziś nawet śnić nie możemy. Walczyć z tym, znaczyłoby to samo, co walczyć z maszyną i chcieć cofnąć się do dawnej, rzemieślniczej wytwórczości.

Więc nie w usunięciu kobiety od produkcji leżało wyjście, ale w uwolnieniu robotnicy od tych wyzysków, którym zaradzić ona sama nie może, co przy jednoczesnym organizowaniu jej i wciąganiu w wir walki ekonomicznej i politycznej, powinno odbić się korzystnie na położeniu materialnym pracujących obu płci.

A teraz przejdźmy do żądań w tym zakresie.

Rozróżniamy zatem trzy rodzaje osób, co do których powinna być stosowana specjalna ochrona: dzieci niżej lat 15, robotnicy młodociani, mający 15 do 18 lat i kobiety dorosłe. Każdy z nich wymaga osobnych przepisów.

Co się dzieci tyczy, to praca najemna powinna im być stanowczo i bezwzględnie zakazana. Jest to jedyny sposób zapobieżenia wyzyskowi, któremu one podlegają i wszystkim jego złym skutkom. Dzieci powinny mieć jedno tylko zajęcie – szkołę, w której byłyby na koszt państwa i gminy nakarmione, a jeśli potrzeba, to i odziane oraz obute, gdzie nabędą wiadomości mające z nich z czasem zrobić świadomych swego położenia w społeczeństwie obywateli. Wiemy dobrze, że znaczna ilość rodziców, nie pojmujących swego własnego interesu, będzie się temu opierała, że będzie pomagała fabrykantom w robieniu szacherek, za pomocą których obecność dzieci w fabryce zostałaby ukryta (angielscy inspektorowie fabryczni nieraz opisują, jak przy ich przybyciu do fabryki, dzieci, niby stado wróbli, rozbiegały się na wszystkie strony), ale nie powinniśmy na to zważać. Gdy fabrykantom uniemożliwione zostanie używanie dzieci, zostaną oni zmuszeni dać zajęcie starszym, których nie będą w stanie tak, jak dzieci wyzyskiwać; ogólna suma zarobku klasy robotniczej powiększy się wtedy, a jednocześnie wzrośnie odporność proletariatu. Zmniejszy się bowiem ilość robotników bez pracy, zniknie ta ich część, której dotąd niepodobna było zorganizować.

Co się robotników młodocianych tyczy, to zarówno im, jak i kobietom powinno być zakazane pracowanie w tych zawodach, które są dla ich zdrowia szczególniej szkodliwe. Tam, gdzie panuje kurz, wydobywają się gazy, jest zbyt gorąco lub zimno, tam nie powinien znajdować się młody organizm, który jeszcze nie rozwinął się należycie. Co zaś do kobiet, to wiedza medyczna od dawna już zwraca na to uwagę, jak szkodliwie odbija się na ich zdrowiu wielogodzinne stanie, tymczasem zmuszają je do tego przedsiębiorcy w wielkich magazynach, a samo zajęcie nakazuje im to w wielu fabrykach. Wszystkie te, szkodliwe dla kobiet i młodocianych rodzaje zajęć, powinny być specjalnie wymienione, a zatrudnieni tam być powinni tylko dorośli mężczyźni.

To samo tyczy się pracy nocnej, która, jak nadmieniliśmy, musi być ograniczona do najmniejszych rozmiarów, a jeżeli ma być wyjątkowo dopuszczana, powinna być bardzo wysoko wynagradzaną. Takiego wynagrodzenia kobiety i młodociani nie uzyskają przy dzisiejszych warunkach, przeto zatrudnianie w nocy powinno być zupełnie wzbronione, tym bardziej, że wymaga tego wzgląd na ich zdrowie. Grają tu rolę również względy moralności, które mają dla nas zawsze znaczenie, dopóki nie doszliśmy jeszcze do tej wyższej moralności, jaka zapanuje pod wpływem ustroju socjalistycznego.

Wreszcie konieczne są jeszcze specjalne przepisy dla uczniów i kobiet brzemiennych. Uczniowie nie powinni być posyłani do nauki wieczorem. Dla wielu, sytych i zamożnych polityków, „wieczorna szkółka” dla młodzieży jest szczytem dobrodziejstw, które pragnęliby oni zlać na klasę robotniczą. Tymczasem jest to wierutnym nonsensem kazać chłopakowi, który naharował się cały dzień, iść wieczorem do szkoły. Będzie on tam drzemał i nic nie skorzysta, i daleko lepiej byłoby, żeby przeleciał się z kolegami na świeżym powietrzu. Szkoła powinna odbywać się w dzień, a praca wyrostków i młodych dziewcząt niech zostanie odpowiednio skrócona. Tylko taka szkoła przyniesie korzyść i warta jest tych wydatków, które są na nią łożone.

Następnie, wykształcenie fachowe powinno być nabywane nie w terminie, ale w warsztacie szkolnym, pod kierunkiem wytrawnych, teoretycznie i praktycznie wykształconych robotników. Dawniej termin był rzeczywiście szkołą, w której chłopiec uczył się swego fachu. Ale dziś rzemiosło jest w upadku, zajmuje się ono częstokroć tylko pewnymi czynnościami dodatkowymi, wielka ilość majstrów jest pogrążona w ostatniej nędzy, ma mało roboty i uczeń tam przez kilka lat terminu dowiaduje się niewiele, trudni się często robotami nic z fachem wspólnego nie mającymi i wychodzi nie uzbrojony bynajmniej w te wiadomości, które mu są potrzebne. Mają temu zapobiec szkoły rzemieślnicze i przemysłowe, ale w nich główna uwaga zwrócona jest na teorię, a zajęcia w warsztatach traktowane są niewystarczająco. Wyjściem z tego byłoby tylko założenie wielkiej ilości warsztatów-szkół, gdzie by chłopcy gruntownie i praktycznie fach poznawali, a zarazem kształcili swój smak, tak że wychodziliby zupełnie wykwalifikowani. I w tym wypadku wiemy, że spotkamy się z oporem wielu drobnych majsterków, dla których wyzyskiwanie terminatora jest jedynym źródłem istnienia, ale w interesie ogółu robotniczego leży zmiana systemu.

Co zaś do kobiet brzemiennych, to bezwarunkowo powinna im być zakazana praca na pewien czas przed i po połogu (4 tygodnie przed i 6 tygodni po). Jest to hańbą dla dzisiejszej tak zwanej cywilizacji, że kobieta brzemienna jest przez nią gorzej traktowaną, niż za czasów niewolnictwa i pańszczyzny (wtedy bowiem panowie we własnym interesie uwalniali kobiety od pracy). Ponieważ zaś dobrowolnie pracodawcy nic tu nie zrobią, więc powinno prawo wkroczyć, nakazać uwalnianie kobiet na ten czas, z wypłacaniem im całkowitej płacy i z obowiązkiem przyjęcia ich do roboty po powrocie do zdrowia. Leży to nie tylko w interesie kobiet i ich rodzin, ale i całego społeczeństwa, które zapobiegnie w ten sposób wielu poronieniom, rodzeniu dzieci z góry skazanych na niedołęstwo i wynędznieniu fizycznemu milionów żon i matek.

6) Ścisłe przepisy, dotyczące higieny miejsc pracy i bezpieczeństwa pracujących.

Nie potrzebujemy chyba długo rozwodzić się nad tym punktem. Każdy z nas zna z doświadczenia te ponure katorgi, w których życie nam upływa w smrodzie, zaduchu, upale nadmiernym lub zimnie, w kurzu i wśród wyziewów wszelkiego rodzaju. Czy w warsztacie rzemieślniczym, czy w wielkiej fabryce, kopalni, hucie, czy w stodole lub młocarni wiejskiej, wszędzie widzimy zupełne naigrawanie się ze zdrowia, całości osób i życia pracowników. Więzień kryminalista, który odsiaduje swą karę, postawiony jest w lepsze warunki zdrowotne (higieniczne) od robotnika naszego.

Nie dość tego, że praca u nas podkopuje zdrowie robotnika, wycieńcza jego siły i czyni go przedwcześnie starcem, ale częstokroć odbiera mu ona zupełnie możliwość zarabiania, a nawet i samo życie. Ilość wypadków, spowodowanych przez niedbałość lub chciwość przedsiębiorców, jest u nas tak wielka, że towarzysz Ludwik Waryński mógł w roku 1885, w wielkim procesie Proletariatu przypomnieć sądowi wojennemu, że ilość wypadków okaleczenia i śmierci przy pracy w fabrykach Królestwa jest stosunkowo większa, niż ilość ran i śmierci u żołnierzy podczas wojny rosyjsko-tureckiej! Zatem wstąpienie do fabryki jest u nas rzeczą bardziej niebezpieczną, niż udanie się na wojnę!

Wyliczać tu wszystkich przepisów, które powinny być zaprowadzone dla zapewnienia higieny (zdrowia) robotników w kopalniach, fabrykach, warsztatach, handlach, kolejach i na wsi nie będziemy, gdyż musielibyśmy cały tom napisać. Zwrócimy tylko uwagę, że nie może być nawet mowy o tym, by dzisiejszy rząd rosyjski polepszył te stosunki. Po pierwsze nie zechce on nigdy tego zrobić, gdyż zanadto dba o interes kapitalistów, po wtóre – nawet to, co zrobi, nie będzie nigdy wykonywane, gdyż wszelkie podobne przepisy mają wartość tylko wtedy, gdy wykonanie ich jest kontrolowane, gdy o nadużyciach wolno pisać i mówić, oraz gdy istnieje silna organizacja robotnicza, która przestrzega ich wykonywania. Dziś Anglia ma najlepszy inspektorat fabryczny, ale też na jego straży stoi milion osiemset tysięcy zorganizowanych zawodowo robotników! I te ustawy ochronne, które my zdobędziemy, będą tyle warte, ile znaczenia mieć będzie nasza organizacja.

7) Zarządzenia mające na celu ograniczenie i stopniowe wyparcie chałupnictwa (kapitalistycznego przemysłu domowego).

Męczeńska droga, na którą weszło rzemiosło od chwili powstania fabrycznego przemysłu, nie wszędzie i nie zawsze była jednaka. W jednych wypadkach, po krótkiej walce, zwyciężył wielki przemysł. Wyroby tkackie np. produkowane były wyłącznie niegdyś sposobem rzemieślniczym, a dziś jest to jeden z najbardziej scentralizowanych przemysłów. Patrząc na podobne do fortec gmachy fabryczne Scheiblerów i Poznańskich, nie pamiętamy już wcale o drobnych warsztacikach tkackich sprzed kilkudziesięciu lat, na miejscu których one powstały, a jednak ileż to cierpień i nędzy ludzkiej kosztowało zanim te warsztaciki zniszczone zostały przez dzisiejsze kolosy fabryczne! Przez ile lat ci dawni niezależni tkacze oszczędzali, odejmowali sobie ostatni kęs od ust i harowali wraz z całą rodziną dniami i nocami, aż nareszcie ulegli w nierównej walce i jedni ujęli kij żebraczy, drudzy zaciągnęli się w szeregi proletariatu i przestali istnieć jako niezależni wytwórcy. W wielu fachach dziś, w naszych oczach walczą z fabryką resztki rzemieślników, często już tylko rozproszone po głuchych zakątkach wiejskich (np. kapelusznicy, goździarze, kosiarze itp.). Ale w niektórych wypadkach rozwój idzie zupełnie inną drogą.

Z powstaniem wielkich miast i w ogóle ze wzrostem ludności powiększyło się znacznie zapotrzebowanie na różne przedmioty, wyrabiane dawniej przez drobne warsztaty, jako to ubranie, obuwie itp. Ale większość publiczności nie była w stanie kupować towaru dobrego, lecz drogiego, dostarczanego przez rzemieślników. Tej potrzebie produktów rzemieślniczych, masowo i tanio wyrabianych, trzeba było jakoś uczynić zadość. Zjawiły się zatem wielkie pracownie, przy których wyrób mógł być tańszy z powodu oszczędności na pomieszczeniu, świetle, taniego, hurtowego zakupywania materiałów surowych. Potem niektóre z tych warsztatów zaczęły stosować pracę maszynową. Istnieją już dziś fabryki obuwia, gdzie większa część wyrobu dokonywana jest przez maszynę, a rzemieślnik łączy tylko ze sobą części maszynowo odrobione i wykańcza produkt; są już fabryki gotowego ubrania, w których maszyny wykrawają od razu materiał na setki par spodni, kamizelek itp. Ale inni przedsiębiorcy woleli nie ryzykować tak wielkiego kapitału; oddawali oni robotę pośrednikom, zaopatrywali ich w surowy materiał, dawali im zaliczki i ci dopiero wyrabiali produkt u siebie, używając do tego robotników mało wykwalifikowanych, a więc tańszych. Często nad wyzyskiwanym robotnikiem widzimy tam trzy warstwy kapitalistów i półkapitalistów: engrossistę (kupca hurtownika), pośrednika i majsterka, który musi „wypocić” z robotnika wprost nieprawdopodobną ilość pracy, żeby i samemu wyjść na swoim i zadowolić dwie, siedzące na jego karku, pijawki.

W ten sposób powstało chałupnictwo, które też w Anglii nazywa się „wypacaniem” (sweating). W jednych fachach zastępuje ono wielki przemysł, w innych – istnieje obok przemysłu, jak np. w tymże tkactwie. Daje ono kapitaliście tę korzyść, że ryzykuje on daleko mniej od właściciela fabryki lub wielkiego warsztatu; w razie kryzysu lub w sezonie, gdy zapotrzebowanie jest mniejsze, puszcza on na los szczęścia znaczną część swych ofiar, nie ponosząc tych strat, które groziłyby mu, gdyby musiał trzymać maszyny, mieszkanie itd. bezczynnie przez pewien czas.

Oczywiście, że chałupnictwo utrzymuje się tylko dzięki nadmiernemu wyzyskowi pracy ludzkiej i przedłużaniu dnia roboczego, które mają zastąpić zyski, dawane gdzie indziej przez maszynę. Toteż klasa robotnicza wszędzie prowadzi zaciętą walkę z tym systemem, domagając się, żeby robota odbywała się tylko w wielkich warsztatach, z pominięciem wszelkich pośredników.

Walka z chałupnictwem nie jest jednak bynajmniej łatwa, gdyż robotnicy, wyzyskiwani przez majsterków, stanowią żywioł najbiedniejszy, przeto najpotulniejszy i najłatwiej dający się wyzyskiwać. Dlatego też nawet w krajach bardzo wolnych dotąd nie udało się chałupnictwa zupełnie wykorzenić, a i u nas nie powinniśmy łudzić się, że dojdziemy do tego za jednym zamachem. Powodzenie, zdobywane tu i ówdzie za pomocą zastraszania majstrów i robotników, nie daje żadnej rękojmi zwycięstwa, na terror społeczeństwo kapitalistyczne może bowiem zawsze odpowiedzieć terrorem, i gdy chałupnictwo ma grunt pod nogami, będzie ono odnawiało się po każdym ciosie, który mu zadamy.

A gruntem tym jest wielka masa robotników ciemnych, nie rozumiejących swego interesu, oraz brak postanowień tyczących się ochrony pracy. Ponieważ jednak i jedno, i drugie nie jest bynajmniej złem, które by nie dało się usunąć, więc walkę z chałupnictwem powinniśmy prowadzić nadal, z wiarą, że w końcu uda nam się zupełnie je wytępić.

Przede wszystkim trzeba zatem przeniknąć do tych nieszczęsnych mas wyzyskiwanych, zorganizować je i oświecić. To da nam najtrwalszą podstawę dla dalszej walki, podstawę, której żadna reakcja zniszczyć nie zdoła.

Dopiero istnienie silnej organizacji robotniczej może doprowadzić do urzeczywistnienia żądań, stawianych w sprawie chałupnictwa, zmusić przedsiębiorców do założenia warsztatów i nieoddawania roboty do domu. Żeby zaś to zwycięstwo uczynić ostatecznym, konieczne są ustawy, które by uniemożliwiały „wypacanie” z robotników nadmiernej ilości pracy. Więc powinien być do pracy domowej (prowadzonej nie na własne potrzeby, ale dla kapitalisty) ściśle zastosowany zakaz pracy nocnej kobiet i dzieci, należy zaprowadzić tam określony (najlepiej 8-godzinny) dzień roboczy dla wszystkich robotników, ograniczenie pracy robotników młodocianych. Dalej muszą być pilnowane przepisy o rozmiarach warsztatów, wentylacji i innych zarządzeniach, mających na celu zdrowie robotnika.

Gdy będziemy w stanie zmusić państwo do zaprowadzenia podobnych przepisów, wytępimy doszczętnie chałupnictwo, opiera się ono bowiem wyłącznie na nadmiernym wyzysku. I tu zatem widzimy, jak ściśle związane są pewne zdobycze polityczne z ogólnym naszym położeniem.

8) Zniesienie kar fabrycznych.

Kary fabryczne mają na celu utrzymanie porządku w fabryce. Otóż nie ulega wątpliwości, że nowożytny przemysł nie może istnieć bez regularności w produkcji i bez ścisłego przytrzymywania się pewnych przepisów. W dawnym warsztacie, gdzie nie było podziału pracy, każdy robił swoją sztukę, nie troszcząc się o innych i nie było maszyn, tam czeladnik mógł przerwać pracę bez wielkiej szkody. Dziś o tym mowy być nie może: maszyna nie może być odstąpiona ani na minutę, bez narażenia całej fabryki na straty, a często życia wielu ludzi – na niebezpieczeństwo. Regulamin fabryczny musi zatem istnieć i powinien być sposób zmuszenia tych, którzy pracują, do trzymania się jego przepisów.

Ale pytanie, czy kary fabryczne są właśnie najlepszym z tych sposobów? Przede wszystkim, kary są nakładane przez inżynierów, majstrów, sztygarów – ludzi zupełnie od robotników niezależnych, którzy zatem mogą często kierować się fantazją, upodobaniem lub nienawiścią do tego czy owego robotnika i robotnicy. I praktyka pokazuje nam, że bywa tak w większości wypadków. Szczególniej mają tu do cierpienia robotnice, zwłaszcza młode i ładne, jeżeli nie są powolne bezczelnym propozycjom tych panów. I to już jedno czyni kary fabryczne środkiem samowoli. Następnie kary te określane są przez zarządy fabryczne i często tak są wysokie, że zjadają znaczną część zarobku robotnika, co już wskazuje, że nie są słuszne, bo któż by dobrowolnie narażał się na stratę znacznej części swego jedynego dochodu? Widocznie zatem kary nakładane są za takie rzeczy, których ustrzec się niepodobna. Wreszcie, co się dzieje z pieniędzmi uzbieranymi z kar? Znajdują się one w rozporządzeniu zarządów fabrycznych, które postępują z nimi zupełnie do woli i używają ich na cele nic wspólnego z potrzebami robotników nie mające.

Jednym słowem, kary są środkiem demoralizowania robotników i wyciągania im z kieszeni pieniędzy. Rozum mówi zatem, że powinny one być zniesione, a to może nastąpić najlepiej w ten sposób, że zakazane zostanie fabrykantom ściąganie jakichkolwiek opłat pieniężnych z robotników. Co się zaś tyczy porządku w fabryce, to może on być utrzymany innymi, daleko skuteczniejszymi sposobami. Wystarczy, by przez samych robotników wybrana została komisja (w tajnym głosowaniu), która miałaby pieczę nad porządkiem, a nie ulega wątpliwości, że wszystko będzie szło tak, jak należy. O ile zaś ta komisja uzna za stosowne nakładać kary pieniężne za pewne przekroczenia (np. przynoszenie wódki do fabryki, czesanie się kobiet przy warsztatach przędzalnianych, od czego można stracić i włosy i kawał skóry z głowy, palenie fajki w kopalni, od czego cały szyb może wylecieć w powietrze itp.), to uzbierane w ten sposób pieniądze powinny iść do kasy związku zawodowego danego fachu. Takie kary byłyby na pewno daleko skuteczniejsze, a nie nosiłyby cechy niesprawiedliwości.

9) Państwowe ubezpieczenie robotników od wypadków przy pracy, od braku pracy, niezdolności do pracy, starości i choroby; zaopatrzenie wdów i sierot; demokratyczna organizacja ubezpieczeń, oparta na współudziale związków zawodowych robotniczych w kierowaniu odpowiednimi instytucjami.

Jedną z najstraszniejszych dolegliwości ustroju kapitalistycznego jest niepewność położenia proletariatu. Nawet w tych zawodach, gdzie robotnicy wywalczyli sobie względnie wysoką płacę i dobre warunki pracy, każdy robotnik zależny jest ciągle od ślepego trafu, który może go każdej chwili wtrącić w otchłań nędzy. Choroba, kalectwo, starość, u kobiety połóg – od wszystkiego tego uchronić się niepodobna, a każdy z tych wypadków może zawsze robotnika dobrze mającego się zamienić na nędzarza, bez innych widoków, jak kij żebraczy. Nie ma ani jednego fachu, który byłby wolny od tej zmory, i jeżeli istnieje pod tym względem jakaś różnica, to tylko ta, że jedni bardziej, drudzy mniej narażeni są na te, nie dające się odwrócić nieszczęścia. I dlatego konieczne jest, by najliczniejsza i najważniejsza część ludzkości zabezpieczona była przynajmniej przed nędzą, jeżeli już społeczeństwo nie jest w stanie uwolnić jej od chorób, nieodłącznych od wielu zawodów, od kalectw, które jej grożą, wreszcie od śmierci wynikłej z wypadku.

Celowi temu służyć ma ubezpieczenie od choroby, wypadków przy pracy itp. Robotnik, który zachoruje, powinien dostawać przez cały czas choroby utrzymanie, wdowa i sieroty po zmarłym robotniku – zapomogi itp. Takie ubezpieczenia istnieją już w wielu państwach i, chociaż nigdzie nie odpowiadają rzeczywistym potrzebom robotników, ale w każdym razie choć do pewnego stopnia zadanie swe spełniają. Nasz proletariat stoi pod tym względem może w najgorszym położeniu z wszystkich krajów przemysłowych i pierwszym zadaniem państwa u nas, z chwilą, gdy wywalczymy sobie ustrój odpowiadający naszym potrzebom, będzie zaprowadzenie państwowego ubezpieczenia od wszystkich klęsk żywiołowych, to jest takich, których niepodobna od siebie odwrócić.

Program nasz mówi, że to ubezpieczenie powinno być państwowe, to znaczy, że jego koszta powinno całe państwo ponosić, że pensje, wypłacane starcom, zapomogi chorym itp., nie powinny iść z kieszeni robotników, ale z podatków opłacanych przez cały naród. Jest to jedyna słuszna zasada. Proletariat jest podstawą całego narodu, bez jego pracy nic by nie istniało, on jest klasą najliczniejszą i najciężej pracującą, słuszne więc, żeby pieniądze na zapobieżenie jego cierpieniom szły z kieszeni ogółu. Przy tym w interesie narodu leży, żeby jak najmniej nędzarzy istniało, żeby bieda nie pchała ludzi do zbrodni, żeby klasa robotnicza była jak najzdrowsza i najbardziej oświecona. Dopięcie tego celu w tak wysokim stopniu odbiłoby się na pomyślności całego narodu, a koszta na to wyłożone wróciłyby się z nawiązką.

Tymczasem zwykle tak nie jest. W Niemczech np., gdzie istnieje ubezpieczenie od wypadków, starości, niedołęstwa i choroby, koszta pokrywane są w części przez składki samych robotników, w części przez pracodawców i tylko w części przez państwo. W Austrii są kasy chorych, ale łożą na nie tylko robotnicy (dwie trzecie wydatków) i pracodawcy (jedna trzecia), i w innych państwach zwykle tak samo się dzieje. Jest to sprzeczne z zasadą, że państwo powinno zaspakajać te potrzeby społeczne, bez których niepodobna się obejść. A ubezpieczenie należy bezsprzecznie do takich potrzeb.

Dalej, powiedziane jest w programie, że ubezpieczenie oparte być powinno na organizacji demokratycznej i że związki zawodowe mają mieć udział w kierowaniu nim. Otóż to jest warunek nieodzowny, jeżeli urzędy ubezpieczeniowe mają odpowiadać swemu celowi. Urzędy te powinny być tanie, urządzone bez wszelkiej zbytecznej pisaniny i kancelaryjnych formalności, trzeba, żeby poszkodowany dostawał ulgę natychmiast, bez szykan i przeszkód. A to nastąpi tylko w tym wypadku, jeżeli zarządy będą się składały nie z urzędników nadmiernie przejętych poczuciem swej godności, niezależnych od robotników i nie dbających o nich, ale z wybrańców samych robotników. W Austrii walne zgromadzenie kasy chorych składa się w dwóch trzecich częściach z delegatów robotniczych, w jednej trzeciej – z delegatów przedsiębiorców, bez udziału żywiołu urzędniczego. To już wielki krok naprzód w porównaniu z Niemcami, gdzie rozstrzygającą rolę gra biurokracja. Toteż większa część kas chorych w Austrii jest w ręku socjalistów, lekarzami zostają socjaliści i kasy te funkcjonują na tyle dobrze, ile jest możliwe przy ich urządzeniu.

Wreszcie, o ile by ubezpieczenie opłacane było nie z funduszów państwowych, ale ze składek, to państwo powinno koniecznie przyczynić się nie tylko ponoszeniem części kosztów, lecz i oprócz tego wyłożeniem dużego funduszu na założenie tych kas. Przypatrzmy się bowiem choć trochę, na czym takie kasy polegają. Weźmy np. kasę chorych. Żeby wyliczyć, ile pieniędzy potrzeba na jej prowadzenie, trzeba najprzód obrachować, ile przypuszczalnie może być chorych w ciągu roku, potem, ile wyniosą wydatki na jej utrzymanie, na lekarzy, zarząd, lekarstwa i szpitale, wreszcie wziąć sumę płac robotników, którzy podlegają ubezpieczeniu i z tego wywnioskować, jaki procent powinien być odtrącany z każdego zarobku na pokrycie wydatków. Otóż niech przyjdzie jaka epidemia, a cały ten rachunek staje się błędnym, gdyż wydatki podnoszą się niesłychanie. Kasie wtedy zagraża bankructwo, a w ciągu roku nie czas robić nowy obrachunek i podnosić składki. Zresztą, gdyby opłaty robotnicze miały wszystkim, nawet takim nadzwyczajnym wydatkom sprostać, to musiałyby one być olbrzymie. Na to jedna rada – mieć duży, wiele milionów wynoszący fundusz zapasowy, który oczywiście tylko z kas państwowych może być uzyskany.

Wszystkich szczegółów organizacji ubezpieczenia nie jesteśmy w stanie podać, wymieniamy tu zatem tylko rzeczy najważniejsze.

Przy ubezpieczeniu od wypadków stosowana bywa zwykle zasada, mocno krzywdząca robotników. Mianowicie, w razie wypadku, który pociąga za sobą zupełną niezdolność do pracy, robotnik nie otrzymuje pensji równającej się całemu swemu poprzedniemu zarobkowi, ale mniej, np. dwie trzecie. W ten sposób człowiek, który dawniej zarabiał 45 rubli na miesiąc, teraz, gdy jest chory i potrzebuje bardziej troskliwej opieki, dostaje tylko 30 rb. Zaś w razie częściowej utraty zdolności do pracy, np. utraty dwóch palców, złamania nogi itp. wypłacana bywa połowa, jedna czwarta, jedna piąta część, ale nie pierwotnego zarobku, tylko tego już zmniejszonego. Oczywiście, że powinno to ustać, a odszkodowanie musi być całkowite.

Po wtóre, robotnikom, którzy częściowo stali się niezdolnymi do pracy, grozi zawsze utrata i tej drobnej pensyjki, o ile zarząd ubezpieczenia dowie się, że zarabiają oni tyleż, co poprzednio. Wskutek tego robotnicy zwykle przyjmują kapitał, zamiast pensji dożywotniej. Ale kapitał ten bywa obrachowywany śmiesznie skąpo, zamiast bowiem wypłacić kalece od razu pensję za 20 albo 25 lat, daje mu się tylko za 5 lat, czyli zwykle drobną sumkę, która wkrótce zostanie wydana. Tymczasem zasadą powinno być, że pensja raz przyznana, cofniętą być nie powinna, tak samo, jak to czynią prywatne towarzystwa ubezpieczenia od wypadków, gdyż kaleka jest zawsze fizycznie upośledzony i nawet, jeżeli dostanie zarobek, grozi mu w bliskiej często przyszłości niezdolność do pracy.

Ta sama zasada wypłacania całkowitego zarobku powinna być stosowana w razie choroby i niezdolności do pracy.

Ubezpieczenie na starość wprowadzone jest dotąd dla całego państwa tylko w Niemczech. Ale jest ono tam tak śmiesznie małe i wydają je w tak późnej starości, że stanowi ulgę tylko dla małej garstki ludzi. Dość powiedzieć, że starzec 65-lctni, po 40 latach pracy, dostaje na miesiąc 10 do 20 marek (5 do 10 rb.)! Takie ubezpieczenie powinno być w państwie demokratycznym tym samem, czym są dziś w państwach militarnych emerytury. Inwalida pracy przynajmniej na ten sam szacunek zasługuje, co inwalida wojskowy lub biurokratyczny, odpowiednio też powinien być wynagradzany. I ilość lat, wymaganych dla otrzymania emerytury, jest za wysoka. Jeżeli urzędnik ma zapewnioną spokojną starość po 35 latach pracy względnie lekkiej, to robotnik, pracujący fizycznie, powinien uzyskiwać emeryturę najwyżej po 30 latach.

Tu jeszcze raz powtórzymy, że wszystkie instytucje zajmujące się ubezpieczeniem powinny być kierowane przez zarządy wybierane w powszechnym głosowaniu przez robotników ubezpieczonych. Tylko wtedy będą one prowadzone dobrze i tanio, tylko wtedy nie staną się źródłem zepsucia. Jeżeli bowiem zostaną one w rękach urzędników państwowych, to partie burżuazyjne nie omieszkają używać ich jako narzędzia przekupstwa; ci robotnicy, którzy by głosowali na partie burżuazyjne, będą suto opłacani, podczas gdy socjaliści dostaną suchy chleb.

Do tego rzędu urządzeń państwowych należy zaliczyć też opatrzenie wdów i sierot po robotnikach. Odpowiednie pensje powinny być wypłacane przez urząd ubezpieczenia od śmierci, przy czym działałyby te same zasady, co i przy udzielaniu zapomóg rodzinom urzędników lub oficerów.

Przechodzimy wreszcie do ubezpieczenia od braku pracy. Polega ono na tym, że wszyscy robotnicy, którzy utracili pracę i nie mogą jej znaleźć, dostają przez cały czas bezrobocia odszkodowanie, równające się całości lub znacznej części ich poprzedniego zarobku. Urząd ubezpieczenia od braku pracy powinien być złączony z urzędem pośrednictwa pracy i statystyki (obrachunku) bezrobotnych. Wtedy będzie on w stanie dokładnie i każdej chwili wiedzieć, czy robotnicy zgłaszający się po zapomogę mają do niej prawo, czy też chcą oni tylko w łatwy sposób uzyskać pieniądze. Ponieważ jednak w czasach kryzysu przemysłowego ilość bezrobotnych wzrasta niepomiernie i utrzymanie ich mogłoby stać się niemożliwe nawet dla najbardziej zasobnej w fundusze instytucji, więc w pewnych wypadkach państwo powinno sięgnąć do środków bardziej energicznych. Do takich należy rozpoczynanie wielkich robót publicznych (budowa dróg, kanałów, gmachów użyteczności publicznej), które by odciągnęły znaczną część bezrobotnych. Potężnym środkiem zapobiegania brakowi pracy podczas kryzysu byłoby jeszcze zmniejszenie dnia roboczego, choćby tylko czasowe, ale obowiązkowe, to jest uchwalone przez parlament. Przy współudziale państwa, rad prowincjonalnych i gminnych, można by w znacznym stopniu zmniejszyć tę straszną klęskę, jaką jest brak pracy dla klasy robotniczej.

Jakie znaczenie ubezpieczenie od braku pracy miałoby dla proletariatu, a zwłaszcza dla proletariatu walczącego – dla socjalistów i organizacji zawodowych, to rzuca się od razu w oczy. Uwolnieni od obawy, że znajdziemy się bez chleba, moglibyśmy z daleko większą niż dzisiaj łatwością uzyskać od kapitalistów te wszystkie ustępstwa, które stanowią nasz program, wciągnęlibyśmy do walki politycznej olbrzymie rzesze, które dziś z powodu ostatecznej nędzy nie są do niej zdolne, przekształcilibyśmy z wielką szybkością dzisiejsze społeczeństwo w ten świat pracy, dobrobytu i zadowolenia powszechnego, do którego dążymy. Ale dlatego też z góry powinniśmy wiedzieć, że ubezpieczenie od braku pracy jest rzeczą najtrudniejszą z wszystkich i że nie osiągniemy go od razu, tylko w ciągłej, niestrudzonej walce.

Dziś ubezpieczenia od braku pracy niema jeszcze w żadnym państwie. Ale w Belgii i Francji zaprowadzono już w wielu gminach urządzenia, które stanowią przejście do tej reformy. Jest to tak zwany System Gandawski (od miasta Gandawa w Belgii, które go pierwsze zaprowadziło); polega on na tym, że wszystkie stowarzyszenia zawodowe, które zaprowadziły ubezpieczenie od braku pracy dla swych członków i wypłacają im pensje podczas bezrobocia z własnych składek, otrzymują od rady miejskiej zapomogę w stosunku do własnych wydatków. Ta zapomoga wynosi często dwa razy tyle, co sumy wydatkowane przez samo stowarzyszenie, co pozwala im dosięgnąć dość znacznej wysokości. System Gandawski nie jest jeszcze całkowitym ubezpieczeniem, korzystają z niego bowiem tylko robotnicy zorganizowani; ale jest on w każdym razie wielkim krokiem naprzód. Oczywiście, że tam, gdzie reforma ta jest zaprowadzona, ilość członków stowarzyszeń zawodowych wzrasta bardzo szybko i coraz większe masy robotnicze korzystają z tego dobrodziejstwa. W wielu gminach, posiadających większość rady gminnej socjalistyczną, już podobne urządzenia istnieją.

Musimy tu zaznaczyć, że nie wszystkie partie socjalistyczne mają w swym programie żądanie ubezpieczenia od braku pracy. Np. niemiecka socjalna demokracja nie uznaje tej reformy, sądząc, że niepodobna będzie jej uzyskać bez socjalnej rewolucji. W Szwajcarii, przeciwnie, partia socjalno- demokratyczna nie tylko posiada odpowiedni punkt w programie, ale nawet w r. 1894 postawiła wniosek wpisania „prawa do pracy” do konstytucji szwajcarskiej, czyli skorzystała w tym celu z prawa inicjatywy. Wniosek ten był podpisany przez 52 000 obywateli; w głosowaniu powszechnym, które nastąpiło, wniosek upadł, ale zgromadził 75 880 głosów. Przeciw wnioskowi głosowała cała burżuazja oraz większość włościan, którzy nie rozumieli jeszcze wtedy, że wyjściem z ich ciężkiego położenia jest tylko współdziałanie z klasą robotniczą miejską.

10) Oznaczenie minimum płac, na podstawie porozumienia władz ze związkami zawodowymi. Równa płaca dla mężczyzn i kobiet za równą pracę.

Walka ekonomiczna z pracodawcami toczy się w większości wypadków o dwie sprawy: skrócenie dnia roboczego i podwyższenie płacy. O pierwszym mówiliśmy już, przejdziemy teraz do drugiego.

Zwykły zatarg między robotnikami jednego przedsiębiorstwa a jego właścicielem, kończący się strajkiem, stanowi najprostszą formę walki o płacę. Częsty bardzo w początkach ruchu robotniczego, traci on na znaczeniu i staje się coraz rzadszym w miarę rozwijania się organizacji robotników i pracodawców. Gdy bowiem kapitalista widzi, że większość robotników danego zawodu należy do organizacji, wie on z góry, że przegra sprawę i ustępuje, o ile warunki ekonomiczne pozwalają mu na to. Ale ustępuje on ze złością w sercu, zaczyna więc porozumiewać się ze swymi kolegami i wkrótce powstaje obok robotniczej, organizacja kapitalistów. Wtedy już położenie staje się groźniejsze, obie strony są ostrożne i walka, o ile następuje, jest próbą sił, kończy się, na pewien czas, zwycięstwem wszystkich wyzyskiwaczy lub wyzyskiwanych. Ale jak w jednym, tak w drugim wypadku wynikiem walki staje się taryfa płac, obowiązująca cały zawód. Do takiej taryfy płac dochodzi i bez strajku, o ile tylko robotnicy są zorganizowani.

Ona jedna daje im zapewnienie niejakiej trwałości tych ustępstw, które zostały już zdobyte. Dopóki bowiem wyższe płace istnieją tylko w kilku fabrykach, gdy w innych panuje jeszcze wynagrodzenie głodowe, dopóty robotnicy mogą być pewni, że i fabrykanci lepiej płacący, przy pierwszej sposobności postarają się zrzucić z siebie jarzmo, które utrudnia im konkurencję z towarzyszami w zawodzie.

Celem naszym powinno być zawsze wywalczenie taryfy płac, oczywiście jak najkorzystniejszej dla nas. To jest właśnie owe minimum płac (płaca najniższa), o którym mówi program, gdyż dopuszcza ono wynagradzanie robotników powyżej taryfy (mogą być okoliczności, które skłonią fabrykanta do tego), ale nie dozwala płacić niżej umowy.

Związki zawodowe angielskie, które pierwsze zastosowały tę metodę, używały i dotąd używają, dla zapewnienia trwałości płac, tego sposobu, że nie dozwalają swym członkom pracować poniżej taryfy. Sposób ten jest do pewnego stopnia skuteczny nawet wtedy, gdy związek nie obejmuje wszystkich robotników zawodu, ale tylko ich znaczną część. Fabrykanci liczą się bowiem z wymaganiami związku i w większości milcząco uznają jego taryfę. Ale oczywiście, nie zawsze on wystarcza i pożądane jest zmuszenie wszystkich, albo większości fabrykantów, do formalnego uznania taryfy związku.

O ile w takim wypadku wynika zatarg między robotnikiem (lub grupą robotników), a fabrykantem, to rozstrzyga go sąd, którego orzeczenia są dla obu stron obowiązujące. Sąd taki składa się w połowie z przedstawicieli kapitalistów, w połowie z robotników. U drukarzy austriackich, których organizacja może być uważaną za wzorową, cennik (taryfa) obowiązuje na pewien czas, po czym następuje rewizja. Wykonywania cennika pilnują mężowie zaufania, wybierani przez drukarzy w każdej drukarni, którzy zanoszą skargi do sądu cennikowego. W Galicji są dwa takie sądy – w Krakowie i Lwowie, w których zawsze przewodniczącym jest pracodawca, a wiceprzewodniczącym robotnik, lub odwrotnie. Od orzeczenia sądu przysługuje apelacja do wyższej instancji, zasiadającej w Wiedniu i działającej na tych samych zasadach.

Jeszcze wyższą zdobyczą jest uznanie przez prawodawstwo taryfy robotniczej, jako minimum, poniżej którego płacić nie wolno. W Austrii nie ma dotąd odpowiedniego prawa, lecz od pewnego czasu utarł się tam zwyczaj, że sądy rozstrzygają zatargi o płacę na podstawie taryf uznanych przez związki zawodowe, o ile one panują w znacznej większości przedsiębiorstw należących do zawodu. Ale celem naszej walki politycznej w tej sprawie powinno być zawsze zupełnie formalne stwierdzenie przez prawo, że w każdym zawodzie obowiązuje, jako minimum, taryfa płac związku zawodowego. Oczywiście, że taryfy te powinny być co pewien czas rewidowane, ze względu na podnoszenie się cen produktów, które czyni życie bardziej drogim, oraz wobec rosnącej coraz bardziej siły związków zawodowych.

Tyle o płacy minimalnej. Co się tyczy płacy kobiet, to powiedzieliśmy już wyżej, jak groźną konkurencję dla robotników stanowią kobiety, które pracują za niższym wynagrodzeniem od męskiego. Wymieniliśmy też sposoby zapewnienia pracy kobiet możliwej ochrony i zmuszenia fabrykantów do używania w niektórych wypadkach pracy mężczyzn dorosłych. Ale to nie wystarcza i najskuteczniejszym sposobem usunięcia nędzy, grożącej całemu proletariatowi z powodu nadmiernego wyzyskiwania robotnic, jest wprowadzenie w życie zasady, że kobieta za równą pracę powinna dostawać równą płacę z mężczyzną. Dążyć do tego powinniśmy zarówno przez walkę ekonomiczną, jak starać się zmusić prawodawstwo, by zasada ta stała się prawem. Wtedy dopiero nastąpi prawdziwa równość między obiema płciami i choć robotnica nie przestanie być wyzyskiwana, ale będzie nią na równi z mężczyzną, przez co pracodawcy nie będą mieli możności obcinać płace mężczyznom, grożąc im, że ich zastąpią przez potulne kobiety.

11) Sądy przemysłowe i rolnicze, złożone w połowie z przedstawicieli robotników, w połowie z przedsiębiorców, dla rozstrzygania zatargów wynikających z umowy o pracę.

Po tym, cośmy powiedzieli, zrozumiałe jest znaczenie sądów przemysłowych i rolniczych. Powinny to być zebrania delegatów robotników miejskich i wiejskich oraz pracodawców, którzy by w równej liczbie zasiadali dla sądzenia zatargów o płacę, dzień roboczy, wymówienie itp., na podstawie taryf płac ułożonych przez związki zawodowe, i innych praw, określających stosunek pracy do kapitału. Tego rodzaju sądy (tylko przemysłowe) istnieją np. w Austrii, ale mają tam tę złą stronę, że przewodniczy w nich urzędnik. Nie byłoby to niczym, gdyby ten urzędnik był sędzią, wybieranym przez ludność (jak szwajcarscy sędziowie); w innym razie z góry można przewidywać, że nie zawsze zachowa on się bezstronnie, dopóki zatem tego nie ma, należy dążyć do sądów, składających się tylko z dwu zainteresowanych stron.

Oczywiście, że najlepszy skład sądu nie zda się na nic, jeżeli robotnicy nie będą zorganizowani. Wtedy bowiem może się zdarzyć, iż do sądu zostanie wybrany lizus dyrekcyjny, który gorzej będzie sądził swych kolegów od niejednego fabrykanta, albo że robotnik zasiadający w sądzie zostanie przez kapitalistów sterroryzowany. Żeby temu zapobiec, powinny być wydane ustawy, które by zapewniły nietykalność takiemu delegatowi robotniczemu, ale najlepsza ustawa nie pomoże, jeżeli sami robotnicy nie potrafią obronić swego przedstawiciela. I tu, jak we wszystkim, widzimy, iż silna organizacja jest nieodzownym warunkiem reform socjalnych.

Udawanie się do sądów przemysłowych i wiejskich nie powinno pociągać za sobą żadnych wydatków, a ich urzędowanie ma być pozbawione wszelkiego biurokratyzmu, czyli różnych zbytecznych, zajmujących czas i kosztujących pieniądze formalności, cechujących postępowanie urzędników.

Ale tu może powstać pytanie, czy zaprowadzenie takich sądów nie zmniejszy walki klasowej i nie obniży świadomości klasowej robotników? Otóż tego obawiać się bynajmniej nie potrzebujemy. Walki klasowej nie wywołujemy my, wynika ona z samych stosunków społeczeństwa kapitalistycznego. Tam, gdzie robotnik jest dobrze zorganizowany i rozumie swój interes, tam potrafi on coraz dalej posuwać swe żądania, będzie korzystał z każdej rewizji taryfy, żeby otrzymać coś więcej, a sądy będą dla niego tylko środkiem utrwalenia zdobyczy już uzyskanych. A nawet dla słabego ruchu sądy takie byłyby krokiem naprzód, gdyż obroniłyby robotników od wielu nadużyć. Co zaś najważniejsze, za pomocą takich sądów robimy wyłom w dzisiejszym państwie burżuazyjnym, zdobywamy swoją placówkę socjalistyczną, mającą charakter państwowy. Sądy przemysłowe i wiejskie oraz komisje układające minimum płacy, to tyleż szkół, w których proletariat wyrabia się, przygotowuje do przyszłej swej roli odnowiciela społeczeństwa. Wreszcie, takie sądy wyrabiają w proletariuszach poczucie godności robotniczej. W początku będą one bowiem na pewno wystawione na ataki ze strony kapitalistów, na próby przekupienia albo sterroryzowania delegatów robotniczych. Walka z tymi zasadzkami wyrobi ludzi o silnym charakterze, których nam w jak największej ilości potrzeba.

12) Inspektorat przemysłowy i rolniczy, wybierany przez robotników. Inspektorki dla pracy kobiecej.

Im większe jest prawodawstwo ochrony pracy w jakimś państwie, tym bardziej palącą staje się potrzeba wyznaczenia ludzi, którzy by pilnowali rzeczywistego wykonywania ustaw i posiadali zarazem możność zmuszenia pracodawców (fabrykantów i obszarników) do pilnowania się tych ustaw. Takimi ludźmi są, a raczej powinni być, inspektorowie fabryczni i rolniczy. Dziś już są oni zaprowadzeni prawie wszędzie, gdyż nawet dzisiejsze państwo kapitalistyczne przekonało się, że niepodobna przypuszczać, by policja czegoś podobnego naprawdę dopilnowała, sądy zaś zajmują się przekraczaniem praw tylko w tym wypadku, gdy zostaną do tego wezwane.

Inspektor fabryczny powinien zatem dbać o to, by nie pracowały w fabryce dzieci poniżej wieku, dozwolonego przez prawo, by robotnik miał dostateczną ilość powietrza, maszyny nie mogły kaleczyć ludzi, by fabryka odpowiadała wymaganiom higieny (zdrowotności) itp. Powinien on mieć władzę karania fabrykantów, którzy by nie słuchali jego zarządzeń zgodnych z prawami, i zmuszania ich do wykonywania odpowiednich zmian. Wreszcie, zadaniem jego jest prowadzić statystykę stosunków fabrycznych, tj. dokładny spis wypadków przy pracy, wysokości płac, długości dnia roboczego, ilości strajków itp.

Ale trzeba, żeby inspektorowie dobrze te czynności spełniali, trzeba, żeby oni brali na serio swe zadanie, nie dawali się przekupywać fabrykantom i bronili naprawdę robotnika. Tymczasem wiemy z własnego doświadczenia, że tak wcale nie bywa. Prawie można by powiedzieć, że gdyby np. naszych inspektorów fabrycznych znieść, to robotnicy niewiele by na tym stracili. W innych państwach jest lepiej, ale daleko i tam do ideału, z wyjątkiem jednej Anglii, gdzie inspektorowie najsumienniej spełniają swe obowiązki. Rada na to jedna – wybieranie inspektorów przez samych robotników. Tylko ludzie opłacani przez państwo, więc pozbawieni trosk materialnych, posiadający charakter urzędowy, a zależni od robotników, którzy mogliby, w razie złego spełniania obowiązków, nie wybrać ich ponownie (wybory powinny odbywać się jak najczęściej), będą odpowiadali wysokim zadaniom inspektoratu pracy.

Dla kobiet robotnic (w mieście i na wsi) powinny istnieć inspektorki, również wybierane. Wiele bowiem rzeczy kobieta pozna lepiej od mężczyzny, o wielu nadużyciach się dowie, gdy przed mężczyzną będą one pod wpływem wstydu ukryte.

Władza inspektorów i inspektorek powinna być jak najrozleglejsza. Muszą oni mieć prawo wchodzenia do fabryki o każdej porze dnia i nocy, odbywania rewizji, przesłuchiwania świadków, wstrzymywania, jeżeli to potrzebne, produkcji, wreszcie nakładania kar na pracodawców i zmuszania ich, w razie potrzeby, do największych zmian w budowie fabryki, ustawieniu maszyn itp.

I tu musimy przypomnieć, iż najlepszy inspektorat fabryczny, a tym bardziej rolniczy, zdziała bardzo mało, jeżeli nie będzie mu nieść pomocy sprężysta organizacja robotnicza. Niepodobieństwem jest, by inspektor sam dowiedział się o wszystkich nadużyciach w fabrykach w jego okręgu. Trzeba zatem, żeby organizacje zawodowe pilnie śledziły wszystkie przekroczenia prawa, donosiły o nich inspektorom, a oprócz tego pilnowały, by inspektorowie rzeczywiście zajmowali się nimi. Tylko wtedy inspektorat pracy spełni swe zadanie.

Jeszcze jedna uwaga. Dzisiejsi inspektorowie nie dość, iż nie są wybierani, ale w dodatku są zwykle ludźmi, którzy nie znają stosunków przemysłowych. Na urzędy te naznaczają w większości wypadków prawników. Tymczasem nie dość znać prawo, ale trzeba rozumieć wewnętrzne życie fabryki, technikę przemysłu, jego potrzeby i tajemnice. Toteż inspektorami powinni być inżynierowie i robotnicy, którzy by zaznajomili się dokładnie z prawodawstwem ochrony pracy.

13) Zapomogi państwowe i gminne dla giełd pracy i sekretariatów robotniczych.

Giełdy pracy są to instytucje mające na celu ułatwianie robotnikom pozbawionym pracy znalezienia zajęcia, a pracodawcom potrzebującym robotników uzyskania takowych. W tym celu giełdy pracy prowadzą spis wszystkich robotników bez zajęcia i miejsc wolnych w przedsiębiorstwach. Różnią się one od zwykłych biur stręczenia pracy tym, że nie są prowadzone przez prywatne osoby, i że nie biorą od robotników wygórowanych opłat, z których biuro stręczeń utrzymuje się. Giełdy pracy są zakładane przez stowarzyszenia zawodowe i w początkach zwykle przez nie były utrzymywane.

Skupienie w ręku samych robotników pośrednictwa pracy ma dla proletariatu wielkie znaczenie. Prywatne biura wyzyskują nieraz nędzarzy, pozbawionych zarobku, w haniebny sposób, a co gorsze, są często w ręku kapitalistów narzędziem walki z klasą robotniczą, gdyż dostarczają im łamistrajków i prowadzą czarne listy, do których przedsiębiorcy wpisują robotników znanych ze swych przekonań socjalistycznych, kierowników strajków i w ogóle agitatorów robotniczych. Żeby móc łatwiej uprawiać ten niecny proceder, przedsiębiorcy w wielu krajach zakładają własne biura, które specjalnie zajmują się wyszukiwaniem łamistrajków, prowadzą ich spis i dostarczają ich przedsiębiorcom w żądanej ilości.

Ale giełdy pracy, żeby się rozwinąć, muszą mieć środki odpowiednie. Wtedy bowiem mogą one nie pobierać żadnych opłat od zgłaszających się i oczywiście skupiają w swym ręku daleko większą ilość zamówień z obu stron. Otóż Francja była pierwsza, w której, pod wpływem socjalistów, rady miejskie zaczęły zaprowadzać giełdy pracy, utrzymywane przez miasto, ale znajdujące się, jak dawniej, w ręku robotników. Zarządy tych giełd wybierane są przez zarządy stowarzyszeń zawodowych, a opłacane przez radę miejską. Na tym nie koniec. Żeby ułatwić urzędowanie giełdom pracy, miasta francuskie zaczęły im budować wspaniałe gmachy, w których znajduje się szereg pokoi dla wszystkich stowarzyszeń robotniczych, pomieszczenie dla ich biur, archiwów i bibliotek, a zwykle i wielka sala na zgromadzenia publiczne. W ten sposób powstały prawdziwe domy ludowe, w których robotnicy mogli bezpłatnie zbierać się, radzić o swych sprawach, załatwiać interesy fachu.

Można sobie wystawić, jak podobne urządzenia są korzystne dla robotników! Pozbyć się troski o znaczną część wydatków i oprócz tego mieć w swym ręku pośrednictwo pracy, to jest ogromny postęp, który zawdzięczać można było oczywiście tylko demokratycznemu urządzeniu państwa i dojrzałości politycznej proletariatu francuskiego. Za przykładem Francji potworzyły się giełdy pracy we Włoszech, Belgii i innych państwach.

Co prawda, zdarzało się, że zwyciężała reakcja, i rada miejska, w której większość dostawali konserwatyści, zaczynała przyczepiać się do giełdy pracy, a nawet zamykała ją w razie większego jakiegoś zatargu pracy z kapitałem. Ale to nie zmienia bynajmniej istoty rzeczy. Oczywiście, że podobne urządzenie możliwe jest tylko tam, gdzie socjaliści mają większość, albo poważny wpływ, ale przy powszechnym głosowaniu musi to prędzej czy później nastąpić w mnóstwie gmin. Obecnie we Francji i w innych państwach demokratycznych istnieją tysiące giełd pracy z zapomogami rządowymi.

Giełdy pracy rozwinęły się na tyle, że dziś są| one w stanie regulować w wysokim stopniu podaż pracy. Prowadzą one statystykę zapotrzebowania robotników w różnych miejscach kraju, porozumiewają się w tym celu i skierowują robotników tam, gdzie na nich jest większy popyt. Oczywiście, że w razie strajku giełdy pracy nie wysyłają ani jednego robotnika do miejsca walki.

Co się tyczy sekretariatów robotniczych, to zostały one zaprowadzone po raz pierwszy w Szwajcarii. Sekretarz pracy jest tam urzędnikiem państwowym, który ma za zadanie układanie statystyki stosunków robotniczych, czyli zbieranie wiadomości o    wszystkim, co się robotnika i jego stosunku do kapitału tyczy. Sekretarz robotniczy zbiera i ogłasza dane o płacy robotniczej, godzinach pracy, strajkach, ich przyczynach i skutkach, stowarzyszeniach zawodowych, ich dochodach, wydatkach i działalności itp. Wszystkie te wiadomości mają ogromne znaczenie dla prawodawców i w ogóle ludzi zajmujących się polityką. Z nich dopiero można wnioskować o prawdziwym stanie stosunków robotniczych w kraju. Otóż szwajcarski sekretariat robotniczy opłacany jest przez rząd, który pokrywa też koszta jego kancelarii i druku sprawozdań, a wybierany na zjeździe wszystkich stowarzyszeń zawodowych państwa. Znowu więc mamy tę charakterystyczną cechę prawdziwej demokracji: instytucję państwową, zależną od samych robotników.

Jest inny rodzaj sekretariatów pracy. Są to urzędy, zakładane przez stowarzyszenia zawodowe, głównie w Niemczech i     Austrii, których zadaniem jest udzielanie robotnikom wskazówek w razie zatargów z pracodawcami, albo z urzędami ubezpieczenia. I to jest rzeczą użyteczności publicznej, gdyż przeciętny robotnik nie jest w stanie znać wszystkich paragrafów praw o ochronie pracy, potrzebuje on zatem porady i wskazówek. Toteż w gruncie rzeczy i takie sekretariaty powinny otrzymywać zapomogi od gmin. Ponieważ jednak Austria, a szczególniej Niemcy, dalekie są od demokratyzmu, więc tam o pomocy państwowej lub gminnej mowy jeszcze niema. Sekretariaty robotnicze są tam instytucjami czysto partyjnymi lub zawodowymi. Oddają one wielkie usługi ruchowi robotniczemu, gdyż często, a szczególniej na prowincji, taki sekretarz jest jedynym człowiekiem, który nie potrzebuje obawiać się prześladowania kapitalistów, gdyż nie pracuje w fabryce, ale jest opłacany przez stowarzyszenie zawodowe, może przeto poświęcać się agitacji.

14) Ministerstwo pracy.

Już podczas rewolucji 1848 r. zostało założone we Francji ministerstwo pracy. Było to bez wątpienia ustępstwo ze strony burżuazji na rzecz robotników, ale z drugiej strony też sposób uśpienia ich czujności. Masa robotnicza bynajmniej jeszcze wtenczas nie była przejęta socjalizmem i łatwo dawała się przekonać, że postępowi burżuazyjni politycy dobrze jej życzą. Reakcja, która przyszła po rewolucji, zmiotła i to ustępstwo. Dziś rzecz ma się zupełnie inaczej. Domagając się ministerstwa pracy, wiemy, że nie potrafi ono zaspokoić wszystkich naszych życzeń, ale, znajdując się pod ciągłą kontrolą proletariatu, będzie musiało ułatwić nam nasze zadania i utoruje drogę do niejednej reformy. Takie ministerstwo pracy istnieje obecnie we Francji; jest ono wynikiem ogromnego spotęgowania wpływu partii socjalistycznej na całą maszynę państwową.

Ministerstwo pracy ma za zadanie scentralizowanie wszystkiego, co rząd centralny czyni i czynić może w sprawie ludu roboczego. Przede wszystkim jemu powinny być poruczone wszelkie roboty państwowe, które dotąd rozdzielone były między różne zarządy. Roboty te powinny być prowadzone wszędzie tak, by robotnicy przy nich zatrudnieni jak najmniej byli wyzyskiwani, co najłatwiej da się osiągnąć, gdy będą one kierowane z jednego punktu, według tych samych zasad. Dalej, do ministerstwa tego należy inspektorat pracy, zarówno przemysłowej, jak rolniczej. Trzecim ważnym zadaniem jest statystyka pracy, zbieranie cyfrowych wiadomości o jej położeniu w całym kraju, wreszcie nadzór nad prawodawstwem ochrony pracy, nad porządnym wykonywaniem ubezpieczenia od chorób, wypadków itp. To byłyby stałe zajęcia ministerstwa, do których praktyka i rozwój zdobyczy ruchu robotniczego z każdym rokiem coś dodawać będą. Poza tym idą czynności ułatwiające reformy socjalne, przygotowywanie projektów praw tyczących się stosunku pracy do kapitału, przy czym oczywiście spodziewać się nie należy, że to ministerstwo zastąpi nas pod tym względem. Nie, wnioski praw nie od kogo innego, tylko od posłów socjalistycznych zawsze będą wychodziły, ale zgromadzenie danych cyfrowych, rozpatrzenie się dokładne w sposobie wykonywania praw, na podstawie wiadomości zebranych z całego kraju, to będzie zadaniem ministerstwa pracy. Zwłaszcza mieć to będzie znaczenie podczas kryzysów, kiedy trzeba natychmiast zaradzić złemu za pomocą robót publicznych, skracania godzin pracy itp. Rzeczy te wymagają zawsze gruntownego praktycznego rozpatrzenia, co dotychczasowe ministerstwa zaniedbywały. Przy istnieniu ministerstwa pracy projekt odpowiedni może być we wszystkich szczegółach opracowany i natychmiast podany parlamentowi do uchwalenia, podczas gdy dotąd zwykle bywało, iż zanim różne kancelarie po różnych ministerstwach rzecz rozpatrzyły, to już kryzys minął.

15) Obwarowanie ustaw ochronnych odpowiedzialnością karną przedsiębiorców.

Każda ustawa ochrony pracy wywołuje ze strony kapitalistów zaciekły opór. Krzyczą oni wtenczas, iż przemysł narodowy lub rolnictwo zginie, gdyż nie wolno będzie trzymać robotnika 12 godzin przy robocie, albo wyzyskiwać pracę 8-letnich dzieciaków, kobiet w poważnym stanie itp. Krzyki te po paru latach wprost śmiesznymi się wydają, gdy prawo zostanie wprowadzone, a przemysł „narodowy” nie tylko nie upada, ale jeszcze bardziej się rozwija, jak to pokazuje przykład krajów o najbardziej postępowej ochronie pracy, a mających zarazem najbardziej rozwinięty przemysł.

Ale panowie pracodawcy nie zadowalają się oporem przeciwko projektowi prawa. Gdy ono zostanie już uchwalone i wprowadzone w życie, starają się oni obchodzić je wszelkimi sposobami, używając do tego i przekupywania urzędników i terroryzowania robotników, którzy mogliby ich zdradzić. Tak zwane „poszanowania dla prawa” idzie w kąt, gdy w grę wchodzi „święty” kapitał i niejeden fabrykant z najzimniejszą krwią patrzeć będzie na maszynę źle zabezpieczoną, która w każdej chwili urwać może rękę lub głowę robotnikowi, jeżeli ochrona tej maszyny pociąga za sobą trochę znaczniejsze wydatki. Otóż zwykle, gdy podobne przekraczanie ustawy przez kapitalistów wychodzi na jaw, okupują się oni śmiesznie małymi karami pieniężnymi, często daleko mniej wynoszącymi od wydatku, który musiałby dla zadośćuczynienia wymaganiom prawa być poniesiony.

Taki stan rzeczy powinien być zniesiony. Tylko wtedy ustawy ochrony pracy będą naprawdę wykonywane, gdy panowie Poznańscy, Handkowie i inni wędrować będą do więzienia za zbrodnie, które się u nich popełniają. I trzeba, żeby właśnie odpowiedzialność padała na właściciela fabryki, nie zaś, jak dotąd, na inżyniera lub majstra, który jest tylko jego ślepym narzędziem. Jeszcze większe niż w wielkich fabrykach znaczenie ma to w drobnych fabryczkach, w kopalniach, na wsi przy młocarniach i sieczkarniach, gdzie igranie z życiem robotnika przybiera najpotworniejsze rozmiary.

Dodajmy, że taka sama odpowiedzialność karna powinna spadać na wszystkich tych, którzy w jakikolwiek sposób uszczuplają prawa polityczne robotników. Wydalenie pracownika za to, że należy on do stowarzyszenia robotniczego, do partii socjalistycznej, że przemawia na zgromadzeniach lub napisze artykuł – powinno być ostro i bezwzględnie ścigane. Jeżeli bowiem urzędnikowi nie wolno uszczuplać praw obywatelskich, to to samo tyczy się osób prywatnych. Wszelkimi tego rodzaju sprawami sądy powinny zajmować się czy na skutek skargi prywatnej, czy też doniesienia prokuratorii, która, o ile będzie wybieralną (jak w Szwajcarii), potrafi zmusić kapitał do prawdziwego szanowania prawa.

16) Zupełna wolność zmów i strajków robotniczych.

Obok krótszego dnia roboczego i płacy, sprawa wolności strajków wysuwa się ciągle na pierwszy plan w codziennej walce klasy robotniczej. Jest ona jedną z tych rzeczy, które napotykały na najzaciętszy opór ze strony kapitału i wykonawcy jego woli – rządu. Już w średnich wiekach za zmowy wieszano, wbijano na pal i ćwiartowano czeladników. A w postępowej Anglii jeszcze na początku ubiegłego wieku uczestników koalicji (zmów) zsyłano do Australii i tam sprzedawano po 1 szylingu (50 kop.) za sztukę krwiożerczym plantatorom (właścicielom ziemskim) w długoletnią niewolę. A i dzisiaj, chociaż prawodawstwo wszędzie już samego faktu strajku nie uważa za przestępstwo, jednak rządy i burżuazja potrafią tysiącznymi sposobami gnębić robotników, którzy ośmielają się wspólnie żądać lepszych warunków pracy.

Wolność strajków wymaga przede wszystkim ogólnej wolności politycznej w kraju. Póki tej nie ma, póki prasa, stowarzyszenia, zgromadzenia robotnicze są krępowane, póki nie ma parlamentu z powszechnym głosowaniem, ministrów odpowiedzialnych, sędziów i urzędników wybieralnych, dopóty wolność strajków istnieć będzie tylko na papierze. Życie będzie robiło swoje i cała maszyna państwowa będzie na usługach kapitału, nie dbając o przepisy prawne, których nie będzie komu dopilnować. Więc pierwszym warunkiem wolności strajków jest jak najszersza wolność polityczna i zdemokratyzowanie państwa.

Ale to nie wystarcza. Są jeszcze liczne sposoby przeszkadzania strajkom, którym należy tamę położyć. Wymienimy tu najważniejsze.

Najprzód idzie sprawa wymówienia pracy. Przedsiębiorcy domagają się, żeby robotnicy nie mieli prawa porzucić roboty, zanim nie upływie termin wymówienia. Z tym można by się jeszcze zgodzić. Porządna organizacja robotnicza nie obawia się wymówienia. Przystępuje ona do strajku na zimno, po dokładnym obliczeniu wszelkiego za i przeciw, a obowiązek trzymania się obu stron terminu wymówienia ma dla nas tę wartość, że wtedy robotnicy są zabezpieczeni przed zaskoczeniem ich nagłym lokautem (wydaleniem robotników przez pracodawcę). Ale idzie o to, jakie skutki mają wyniknąć z porzucenia pracy przed upływem terminu. Trzeba bowiem być z góry przygotowanym na to, że nie zawsze da się zachować termin przy strajku, a zwłaszcza ma to znaczenie dla poszczególnych robotników lub grup, które oburzone zachowaniem się przedsiębiorcy porzucają pracę natychmiast po dokonaniu przez niego jakiego nadużycia. Otóż zwykle tych ludzi sądy ścigają karnie za złamanie kontraktu. Jest to krzyczące nadużycie. Dlaczego bowiem fabrykant, którego złe interesy zmuszają do zamknięcia fabryki lub czynią bankrutem, nie jest karany więzieniem, tylko robotnik, który porzuca pracę dla szlachetnych pobudek? Wszelkie porzucanie pracy przed terminem powinno dawać pracodawcy tylko prawo wytoczenia robotnikowi procesu cywilnego, żądania od niego odszkodowania pieniężnego za straty, poniesione przez fabrykanta, tak samo, jak robotnik dostaje tylko odszkodowanie pieniężne za wydalenie przed terminem. Gdyby zaś porzucenie pracy miało być ścigane karnie, to należałoby żądać, by fabrykant, wydalający robotnika przed terminem, był również karany więzieniem, nawet w tym wypadku, jeżeli on wydala robotnika zupełnie słusznie, np. za przestępstwo popełnione w ścianach fabryki.

Dalej, strajk jest skuteczny tylko wtedy, jeżeli do fabryki nie napłyną łamistrajki. Żeby temu zapobiec, tworzy się organizację, ale oprócz tego, podczas samego strajku robotnicy powinni mieć prawo odmawiania każdego od wstępowania do roboty. Do tego służą tzw. pikiety, czyli posterunki strajkujących, którymi obstawiana bywa dana fabryka, kopalnia, dwór dziedzica. Otóż te pikiety powinny mieć zupełną swobodę stania na ulicy i przekonywania łamistrajków. Tymczasem policja, nawet na Zachodzie, aresztuje ich często i istnieją tam specjalne prawa, ograniczające swobodę pikietowania. Jedna Anglia posiada dość znaczną wolność pod tym względem, ale i tam pikietujący bywają więzieni. I tu powinna istnieć zupełna swoboda, wszelkie przepisy specjalne muszą być zniesione, a policjant, który by poważył się ruszyć pikietującego, srogo karany.

U nas, a niekiedy i w krajach konstytucyjnych, władze przychodzą na pomoc kapitalistom za pomocą wydalania z miasta strajkujących, jako pozbawionych pracy „włóczęgów” i odsyłania ich na miejsce stałego pobytu. Tu przypominamy, cośmy mówili, jak bezsensownym jest to rozróżnianie ludności „stałej” od „niestałej”. Jest to zabytek średniowiecczyzny, którego właściwy cel pokazuje się dopiero podczas strajku. W Anglii, gdzie dawno o tym zapomniano, nie są możliwe podobne nadużycia, gdyż każdy zamieszkujący daną miejscowość uważany jest za jej mieszkańca równoprawnego. I my u siebie będziemy musieli zacząć przebudowę społeczeństwa od wymiecenia wszystkich tych ohydnych resztek starej, policyjno-despotycznej gospodarki, zniesienia podziału ludności na stałą i niestałą, meldunków, książeczek legitymacyjnych, służbowych itp.

Innym sposobem, używanym przez kapitalistów przy udziale władzy, jest wydalanie robotników z domów fabrycznych lub dworskich. Wielu z nas było świadkami strasznego położenia wyrzuconych na mróz i niepogodę robotników w małym miasteczku lub na wsi, gdzie rodziny robotnicze nie mogą znaleźć przytułku. To nadużycie powinno być zniesione, a i dziś, dopóki nie mamy możności zmieniania praw, musimy srogo je karać. Środkiem przeciwko temu byłby przepis prawny, zakazujący umieszczania rodzin w domach fabrycznych i dworskich inaczej, jak za długim kontraktem, z wypowiedzeniem nie mniejszym od sześciomiesięcznego, które oczywiście nie mogłoby być przerwane przez strajk.

Gdy to wszystko nie pomaga, występuje zwykle na scenę siła brutalna, wojsko, „proletariusz w mundurze”, którego zadaniem jest przekonywać kulką lub pchnięciem bagnetu swego brata w bluzie czy w siermiędze o potrzebie „świętych praw kapitału”. Tu oczywiście jedynie wtedy nastąpi zmiana, gdy wojsko zostanie zniesione, zaprowadzona milicja i gdy tej milicji użyć nie będzie można, jak tylko za zgodą parlamentu lub rady gminnej. Póki zaś wojsko istnieje, to należy przeprowadzić przynajmniej zakaz używania żołnierzy jako łamistrajków, co jest choćby z tego względu oburzające, że stawia tychże żołnierzy w ohydnym położeniu.

Wreszcie, świat kapitalistyczny, nie mogąc zapobiec strajkom, stara się przynajmniej odjąć im jedną bardzo skuteczną broń, mianowicie bojkot. Polega on na tym, że produkty firmy, w której wybuchł strajk, są bojkotowane, czyli że wzywa się publiczność, żeby ich nie kupowała, póki zarząd nie ustąpi i nie zaprowadzi zmian, żądanych przez strajkujących robotników. Bojkot bywa niekiedy bardzo skuteczny: jeżeli organizacja robotnicza jest liczna, a produkty wyrabiane przez fabrykę rozchodzą się wśród robotników, to powodzenie może być zupełnie pewne, a następuje ono i w innych wypadkach, jeżeli opinia publiczna stanie po stronie strajkujących. Otóż wiele prawodawstw uważa bojkot za przestępstwo i karze tych, którzy do niego wzywają. I to powinno być oczywiście zniesione, a bojkot uznany za wykonywanie prawa, które powinien mieć każdy obywatel.

Inne, niezliczone sztuczki, używane przez burżuazję, mogą być wykrywane i uniemożliwiane wtedy, gdy są pilnie śledzone i badane przez organizację robotniczą.

Tym zakończymy omawianie żądań tyczących się ochrony pracy, przypominając jeszcze raz, że jeżeli uzyskanie każdego z punktów programu zbliży klasę robotniczą do ostatecznego zwycięstwa, to tylko dlatego, że ułatwi jej walkę. Sam cel socjalizmu jednakże bynajmniej przez to nie zostanie jeszcze osiągnięty, gdyż wyzysk, jakkolwiek w zmniejszonej postaci, będzie nadal istniał. Żeby zaś celu naszego dopiąć, trzeba posunąć się jeszcze o krok dalej – wywłaszczyć dotychczasowych wywłaszczycieli, znieść własność prywatną i zorganizować ją na korzyść społeczeństwa. Wstępem do tej rewolucji będzie wykonanie żądania niniejszego:

Wreszcie Polska Partia Socjalistyczna żądać będzie przejścia pod zarząd zdemokratyzowanych władz krajowych niektórych środków wytwarzania i komunikacji, jak koleje żelazne, kopalnie, huty, przedsiębiorstwa, zmonopolizowane przez związki fabrykantów, o ile ukrajowienie to będzie korzystne dla ogółu spożywców oraz dla robotników zatrudnionych w tych przedsiębiorstwach.

Witold Jodko-Narkiewicz

_____________________________

Powyższy tekst stanowi fragment książki (sygnowanej pseudonimem A. Wroński) „Objaśnienie programu Polskiej Partii Socjalistycznej”, Wydawnictwo Polskiej Partii Socjalistycznej – Frakcja Rewolucyjna, Nakładem Józefa Wesołowskiego, Kraków 1908. Wznowiona została w roku 1913. Od tamtej pory prawdopodobnie nie była wznawiana, przedruk na podstawie wydania z 1908 r., ze zbiorów Remigiusza Okraski. Poprawiono pisownię wedle obecnych reguł, tytuł pochodzi od redakcji Lewicowo.pl. 

 

 

Witold Jodko-Narkiewicz (1864-1924) – urodził się w Słucku (obecnie Białoruś) w rodzinie inteligencko-ziemiańskiej. Usunięty z warszawskiego gimnazjum za udział w nielegalnych polskich kółkach samokształceniowych. W 1884 r. wstąpił do kółka prowadzonego przez działaczy I Proletariatu. Przebywał okresowo w Tartu (tam rozpoczął studia medyczne), w Warszawie i Lwowie, wszędzie prowadząc działalność socjalistyczną. Współredagował lwowskie pismo „Praca”, za co został aresztowany i wydalony z Austrii. Przebywał na emigracji w Paryżu, gdzie studiował prawo, które to studia ukończył w 1889 r. Na emigracji współpracował z redakcjami pism „Walka Klas” i „Przedświt”, został członkiem emigracyjnej Centralizacji II Proletariatu. Na przełomie lat 80. i 90. XIX wieku odszedł od programu tego środowiska, akceptując jako istotny postulat ruchu socjalistycznego konieczność walki o niepodległość Polski. Brał udział w pracach przygotowawczych do założenia PPS. Po wydaleniu z Francji przebywał w Londynie, gdzie był redaktorem „Przedświtu” i jednym z liderów Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich. Jako delegat PPS brał udział w kongresach II Międzynarodówki w Zurychu i Londynie, na tym drugim wszedł w skład Biura Kongresu. Wybrany do Centralizacji ZZSP, jednak przez IV zjazd organizacji usunięty z niej; w porozumieniu z Piłsudskim i Centralnym Komitetem Robotniczym PPS odpowiadał nieformalnie za kontakty z krajem. W tym okresie doktoryzował się w Bernie na podstawie rozprawy „Geschichte und System des utopischen Sozialismus in der polnischen Emigration der 30 und 40 Jahre”. Od 1898 r. ponownie przebywał we Lwowie, gdzie po podjęciu decyzji o likwidacji ZZSP został przez CKR PPS wybrany członkiem Komitetu Zagranicznego Organizacji Zagranicznej PPS. W czerwcu 1902 r. na VI Zjeździe PPS został wybrany do CKR. Po wybuchu wojny rosyjsko-japońskiej jako jeden z najbliższych współpracowników Piłsudskiego brał udział w rokowaniach z dyplomacją japońską, od której otrzymano pomoc w postaci broni i finansów w zamian za działania wywiadowcze i dywersyjne przeciwko Rosji. Od wiosny 1905 r. ponownie redagował „Przedświt”. Należał do frakcji „starych”, opowiadających się za walką zbrojną i nasiloną agitacją w duchu niepodległościowym. Po rozłamie w partii współtworzył PPS – Frakcja Rewolucyjna, jego projekt programu przegrał z projektem Feliksa Perla. Należał jednak do czołowych teoretyków i propagandystów PPS – FR. Na zjeździe PPS – FR w Wiedniu w sierpniu 1909 r. został wybrany do CKR, w którym zasiadał do roku 1914. Był delegatem PPS – FR na Kongres II Międzynarodówki w Kopenhadze. W latach poprzedzających wybuch wojny zajmował się głównie działaniami organizacyjnymi na rzecz przyszłych polskich sił zbrojnych. Po wybuchu wojny był jednym z liderów propagandy legionowej, prowadził też aktywność werbunkową i dyplomatyczną. W 1916 r. powrócił do czynnej działalności partyjnej, brał udział w XII zjeździe w Piotrkowie, współpracował z pismem „Jedność Robotnicza”, redagował czasopismo „Do Czynu”. Od roku 1918 wchodził w skład Warszawskiego Komitetu Robotniczego PPS. Po odzyskaniu niepodległości  został dyrektorem Departamentu Politycznego w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. W latach 1919-21 poseł Polski w Turcji, a w latach 1921-23 na Łotwie. Zmarł wskutek choroby, pośmiertnie oznaczony w 1930 r. Krzyżem Niepodległości. Pod kilkunastoma pseudonimami opublikował wiele artykułów oraz kilkanaście broszur i książek, m.in. „Konstytuanta w Warszawie a proletariat polski”, „Zadania ruchu rewolucyjnego w zaborze rosyjskim w chwili obecnej”, „Objaśnienie programu PPS”, „Program rolny PPS”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *