Witold Jodko-Narkiewicz

W kwestii haseł programowych i taktyki

[1907]

Zaimponował nam rosyjski ruch rewolucyjny, zaimponował do tego stopnia, że utraciliśmy wobec niego wszelkie poczucie krytyki. Gdyby sprawa ta ograniczała się do mniej lub bardziej teoretycznego poglądu na rzecz, lub uczuciowego zachwytu i uwielbienia dla rewolucji rosyjskiej, to nie byłoby to zbyt wielkim nieszczęściem, z powodu którego trzeba by rozdzierać szaty. Niestety, tak nie jest. Bezkrytyczna i przesadna ocena ruchu rewolucyjnego w Rosji zrodziła przekonanie, że nasz ruch socjalistyczny jako ruch samodzielny nie ma żadnego znaczenia, ponieważ jest bezsilny, a jako taki musi się oprzeć o ruch rosyjski, szukać w nim natchnienia i naśladować go niewolniczo. Jednym słowem, wszelka samodzielność, wszelka odrębność powinna zniknąć i – im prędzej, tym lepiej.

Ten kierunek, aczkolwiek w różnej mierze, przejawił się i w PPS i w SD. Pierwsza wyrzekła się swego zasadniczego dążenia do niepodległości Polski, druga zaś złączyła się z rosyjską partią socjalno-demokratyczną w jedną organiczną całość. Po tej zasadniczej abdykacji – otwartej i szczerej u SD, zamaskowanej u PPS – wszelka samodzielność w jakimkolwiek bądź kierunku jest potępiana i prześladowana jako herezja drobnomieszczańska lub nacjonalistyczna, niezgodna z socjalizmem. Poza Rosją nie ma zbawienia dla socjalizmu polskiego! Oto najnowszy „pewnik” i zasada naszego ruchu socjalistycznego.

I chociaż rzeczywistość drwi sobie z tego nowego dogmatu, niestety nie robi to żadnego głębszego wrażenia z tej prostej przyczyny, że u nas ludzie drwią sobie z rzeczywistości! To się jednak zemści i okrutnie się zemści. Dziś już mnożą się fakty, świadczące, że tracimy posłuch u mas robotniczych, tracimy wpływ i w przyszłości tracić będziemy coraz bardziej. Taktyka nasza – zarówno jednej, jak i drugiej partii – to prawdziwe błędne koło strajków z przeważnie ujemnym rezultatem i zamachów z nieco pomyślniejszym rezultatem. Wprawdzie mówi się o ruchu zbrojnym, ale tylko mówi się, bo konkretnej roboty w tym kierunku ani śladu. Oto cały nasz dorobek rewolucyjny, cała nasza taktyka. I robi się to wszystko w imię solidarności z rewolucją rosyjską, wyświadczając prawdziwie niedźwiedzią przysługę zarówno rewolucji rosyjskiej, jak i interesom proletariatu polskiego.

Brak samodzielności i śmiałości w naszej taktyce naraził nas na utratę olbrzymiej ilości energii rewolucyjnej, wydanej na drobiazgi i błahostki, niegodne tego momentu dziejowego, jaki przeżywamy. A przecież można było inaczej poprowadzić sprawy! Lud Finlandii nie powtarzał za socjalistami rosyjskimi pacierza rewolucyjnego, nie naśladował niewolniczo Rosjan, nie wyczekiwał zbawienia od ruchu rosyjskiego, a robił to, co mu warunki nakazywały, i dziś już może się szczycić takimi rezultatami, które są dla nas jeszcze marzeniem. A przecież Finom nikt na świecie nie zarzucił, że zdradzili solidarność międzynarodową proletariatu. Czemu? Odpowiedź na to łatwa. Dlatego, że Finowie czynami dowiedli, w jaki sposób można dać sobie radę z carskim rządem. My zaś zdobyliśmy się tylko na konwulsje rewolucyjne, ale nie na czyn rewolucyjny. Czemu? Bo nie mamy wiary w siebie, bo samodzielności wszelkiej boimy się jak diabeł święconej wody.

Geneza tego zjawiska nie jest zbyt trudną do wykrycia i zrozumienia.

Ruch rewolucyjny rosyjski w swym założeniu i przejawach jest nader złożony i skomplikowany. Ująć go w jakikolwiek szablon lub schemat nie sposób. Napięcie i rozmach jego tak wielkie, że przeszły wszelkie nadzieje, wszelkie oczekiwania największych nawet optymistów. W rewolucji rosyjskiej mamy obok siebie takie przejawy, które żadną miarą nie można z sobą pogodzić, gdyż każdy z nich ze względu na swój charakter należy do zupełnie odmiennej epoki społecznej. Obok strajku powszechnego widzimy szereg rozmaitych zjawisk typowych dla Europy XV, XVI wieku. Obok walki na barykadach rozruchy agrarne, przypominające raczej epokę Razina lub Pugaczewa, a nie wiek XX. Wszystko to, razem wzięte, daje olbrzymi obraz o niezliczonej ilości barw, a z nich każdy może wybierać te, które mu się podobają. My, jako socjaliści, wybieramy barwy czerwone. Cóż więc dziwnego, że mamy przekonanie, iż rewolucja rosyjska, to par excellence rewolucja socjalistyczna. I tu właśnie tkwi cały błąd, całe nieporozumienie, dzięki któremu cała nasza taktyka w swym założeniu jest zupełnie błędną.

Rewolucja rosyjska, aczkolwiek socjaliści odgrywają w niej bardzo poważną rolę, ani robotniczą, ani socjalistyczną nie jest, bo nią być nie może. Już sam układ sił społecznych, stosunek liczebny klasy robotniczej do innych klas ludności, różnorodność narodów zamieszkujących państwo rosyjskie i całe mnóstwo najrozmaitszych czynników, wykluczają z góry przypuszczenie, by rewolucja rosyjska była czysto proletariacką rewolucją. Dotychczasowy przebieg wypadków potwierdza to najzupełniej.

Ruch rewolucyjny rosyjski rozpoczął się dziejowym pochodem robotników petersburskich z Gaponem na czele do Pałacu Zimowego. Pochód ten, aczkolwiek od niego datuje się rewolucja, nic wspólnego z socjalistami nie miał. Socjaliści odegrali w nim co najwyżej rolę widzów. Wprawdzie kule carskich żołdaków zrobiły swoje: zsocjalizowały do pewnego stopnia ciemne masy robotnicze, niemniej jednak pozostaje faktem, że początek rewolucji nie wyszedł od socjalistów. Zapominać o tym nie można.

Po rzezi petersburskiej fale rewolucji rozlały się po całym państwie. Strajk staje się hasłem ogólnym. W Królestwie Polskiem i w prowincjach nadbałtyckich proletariat przejawia największą organizacyjność i dojrzałość polityczną w tej walce strajkowej, natomiast Moskwa, największe przemysłowo-handlowe ognisko Rosji, nie może przeprowadzić strajku powszechnego, mimo, że burżuazja i inteligencja opozycyjna współczuje i popiera ten ruch materialnie i moralnie, czego nie można bynajmniej powiedzieć o Polsce. Równocześnie na Białorusi, Ukrainie powstają rozruchy antyżydowskie, w rdzennej zaś Rosji pogromy inteligencji opozycyjnej. Zjawiska te, jakkolwiek są w przyczynowym związku z ruchem rewolucyjnym, nie mogą jednak w żaden sposób służyć za dowód siły i uświadomienia proletariatu rosyjskiego. My zaś, porwani ogólną hipnozą zachwytu dla Rosji, świadomie zamykamy na to oczy, jak gdyby to była błahostka, wcale nie zasługująca na uwagę.

Niewiele poważniejszą rolę, jak podczas wypadków styczniowych w Petersburgu, odegrali socjaliści podczas buntu na „Potiomkinie”. Proletariat Odessy, miasta półmilionowego łącznie z uzbrojoną załogą najsilniejszego pancernika floty rosyjskiej, nie może się zdobyć na żaden poważniejszy czyn, chociaż mógł rozniecić płomień rewolucji na całym południu Rosji. Pytamy więc, gdzie wtedy byli i co robili rosyjscy socjaliści? Mieli przecież 12-calowe armaty w swych rękach, mogli zdobyć arsenały we wszystkich portowych miastach nad Czarnem Morzem. Co zrobili? Nic, dosłownie nic. „Potiomkin” odegrał rolę z opery „Latający Holender” i kapitulował w Rumunii.

Podobnież jak zmarnowano „Potiomkina”, zmarnowano poważną liczbę rozruchów wojskowych, z których można było wzniecić ogólną rewoltę w armii. Czemuż tego nie zrobiono? Co stanęło temu na przeszkodzie? Nic innego, jak nieudolność i słabość partii socjalistycznych rosyjskich.

Jednym słowem, z dotychczasowych epizodów walki rewolucyjnej jedyny tylko strajk powszechny w październiku dowiódł, że proletariat rosyjski, jeżeli chce, to może zmierzyć się z caratem, z tym jednak zastrzeżeniem, że walka ta będzie poparta przez wszystkie opozycyjne elementy społeczeństwa rosyjskiego.

Jeszcze skandaliczniejszym fiaskiem niż bunt na „Potiomkinie” skończyło się powstanie pod wodzą Szmidta. Miało ono wszelkie dane jeżeli nie do zupełnego obalenia caratu, to przynajmniej do zadania mu ciosu śmiertelnego. Schmidt miał trzy okręty wojenne i prawie całą dywizję w swych rękach, nie przeszedł jednak wcale do akcji zaczepnej i ograniczył się tylko na wysyłaniu depesz do cara, w których prosił o zwołanie konstytuanty, jak gdyby o takie rzeczy można było prosić. Zdaje się, jak świat światem, nikt w żadnej rewolucji nie uczynił niedołężniejszego użytku z siły zbrojnej.

Już bez porównania poważniejszym czynem było powstanie grudniowe w Moskwie. Był to krok prawdziwie rewolucyjny, ze wszech miar zasługujący na szacunek. Jednak i tego ruchu apoteozować bezkrytycznie nie można. Dziś jest powszechnie wiadomo, że rząd w chwili wybuchu nie miał nawet 4000 piechoty i 1000 konnicy, co w stosunku do ludności Moskwy, wynoszącej milion dwieście tysięcy, nie było siłą nie do zwyciężenia. Widzimy więc, że i w tym wypadku można było zrobić daleko więcej, niż było zrobione. A przecież powstanie w Moskwie – to, jak dotąd, najchlubniejsza karta rewolucji rosyjskiej.

Dowody słabości partii socjalistycznych znajdziemy i w innych formach walki. Taktyka socjalistów rosyjskich w sprawie wyborów do Dumy poniosła kompletną klęskę. Bojkot wyborów nie tylko nie został przyjęty przez szerokie sfery opozycji rosyjskiej, lecz odwrotnie. Opozycja liberalna przeprowadziła wybory i wywarła taki nacisk na proletariat rosyjski, iż ten, mimo hasła bojkotu, w bardzo wielu miejscowościach masowo poszedł do urn wyborczych. Tak więc, wbrew woli socjalistów, Duma stała się faktem. Dziś na nią jest zwrócona uwaga całej Rosji; dziś do pewnego stopnia ma ona w swych rękach ster wypadków i socjaliści, chcąc nie chcąc, muszą się bardzo poważnie liczyć z Dumą, tą „nędzną szopką rządową”, jak ją złośliwie nazywają.

Sądzimy, że przykłady te wystarczą aż nadto, by przekonać każdego, że ruch socjalistyczny rosyjski nie stanowi ani jedynego, ani też najważniejszego czynnika w rewolucji rosyjskiej. Widzieliśmy bowiem momenty, kiedy socjaliści bynajmniej nie byli awangardą ruchu, widzieliśmy, że ster wypadków przechodził do liberalnej opozycji; ba, widzieliśmy nawet takie momenty, kiedy proletariat rosyjski nie mógł się zdobyć na poważne i jednolite wystąpienie, chociaż odrębność klasowa wprost zmuszała go do tego. Ani Petersburg, ani Moskwa nie potrafiły świętować 1 maja w tak imponujący sposób, jak Warszawa lub Łódź. Są to fakty znane wszystkim i każdemu; mimo to u nas w Polsce zamyka się na nie oczy, uważa się je za niebyłe, gdyż mogą one narazić powagę ruchu rosyjskiego, który dla nas jest kotwicą zbawienia, podług powszechnego mniemania. Otóż mniemanie to, jako z gruntu fałszywe i błędne, należy wyrwać z korzeniem. Jest ono przekleństwem naszego ruchu, a jako takie cierpiane być dłużej nie może w żaden sposób. Skazuje ono nas na bezczynność, nie pozwala rozwinąć całej energii, zmusza do naśladownictwa bezmyślnego i szkodliwego.

Jak to, zawoła niejeden z czytelników, mamy zerwać solidarność z proletariatem rosyjskim? Bynajmniej. Solidarności zrywać nie potrzebujemy, lecz właśnie w imię tej solidarności musimy zerwać z dotychczasową taktyką biernego oglądania się na proletariat rosyjski. Bo i czymże jest właściwie solidarność, na czym polega, jak nie na współdziałaniu w dążeniu do wspólnego celu. To współdziałanie jednak w pierwszej linii jest zależne od rozwoju i środowiska społecznego, od konkretnych warunków, wśród jakich żyje proletariat danego narodu. Jest więc oczywiste, że współdziałanie partii socjalistycznych dwóch państw lub krajów nie może polegać na mechanicznym naśladowaniu, o ile warunki społeczne w obu państwach lub krajach nie są identyczne. Widzimy też w rzeczy samej, że taktyka socjalistów francuskich nie jest bynajmniej naśladowaniem taktyki socjalistów angielskich, taktyka socjalistów niemieckich nie jest naśladowaniem taktyki socjalistów francuskich. I inaczej być nie może. Gdyby solidarność międzynarodowa polegała na niewolniczym, mechanicznym naśladowaniu, to dotąd partie socjalistyczne nie wyszłyby z powijaków socjalizmu utopijnego.

Proletariat polski nie znajduje się w tych samych warunkach społecznych, co proletariat rosyjski. Wspólny ucisk caratu i kapitalizmu nie zmienia bynajmniej tego faktu. Daje to tylko wspólne ramy, ale treść społeczna, w nich zawarta, jest różna. Polska, pomijając już różnicę pod względem narodowościowym, co bynajmniej błahostką nie jest, znajduje się w innej fazie rozwoju kapitalistycznego, niż Rosja. Jest więc jasne, że i taktyka naszych partii socjalistycznych musi się różnić od taktyki partii rosyjskich, bo warunki społeczne wprost zmuszają do tego.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że dominującym czynnikiem rewolucji rosyjskiej jest kwestia agrarna, zwycięstwo rewolucji zdecydują chłopi, a nie robotnicy rosyjscy, u nas zaś sprawa ta przedstawia się zupełnie inaczej. Kwestia agrarna w naszym ruchu rewolucyjnym dotąd nie ma poważniejszego znaczenia. W Polsce klasa robotnicza jest najważniejszym czynnikiem rewolucyjnym. W Rosji prócz chłopów i robotników nie mniej pokaźną siłę reprezentuje opozycja liberalna, bardzo niejednolita pod względem społecznym i ideowym, lecz za to bardzo ruchliwa i umiejąca ocenić sytuację i dopasować się do niej. Złożyła ona dowody, że potrafi orientować się doskonale i wykorzystać w swoich celach owoce walki proletariatu rosyjskiego. Jako sojusznik jest siłą bardzo pożyteczną, jako przeciwnik bardzo groźną. Widzimy więc w rewolucyjnym ruchu rosyjskim trzy prawie równoważne czynniki: chłopów, robotników i opozycję liberalną. Faktycznie najpoważniejszym z nich są chłopi, dzięki jednak swej ciemnocie, bierności i braku rzeczywistej świadomości politycznej są i będą oni jeszcze długo mniej lub bardziej posłusznym narzędziem w rękach socjalistów lub liberałów. Nie jest nawet wykluczona i ta ewentualność, że i rząd może się oprzeć na chłopach, o ile szczerze zdecyduje się na poważne ustępstwa w kwestii agrarnej. Co się zaś tyczy dwu pozostałych czynników, to żadnemu z nich nie można przyznać decydującego wpływu na przebieg rewolucji. Znaczenie ich nie jest wielkością stałą, niezmienną. Fala rewolucyjna na przemiany wynosi na wierzch i oddaje ster wypadków to socjalistom, to liberałom. Cykl tych wahań dotąd jest dość prawidłowy. Kto ostatecznie będzie panem sytuacji, osądzić trudno. To jedno jest pewne, że szala zwycięstwa przesunie się na stronę tego, kto mieć będzie chłopów za sobą.

Wobec takiego ustosunkowania sił społecznych w rewolucji rosyjskiej powstaje samo przez się pytanie, na czym ma polegać nasze współdziałanie z rewolucją rosyjską, w jakim stosunku ma być nasza taktyka do taktyki socjalistów i do taktyki liberałów rosyjskich?

Pytanie to nie jest tak proste, jak to się pozornie wydaje. Dotąd współdziałanie polskiego ruchu socjalistycznego pod względem formalnym było naśladowaniem form i sposobów walki proletariatu rosyjskiego, pod względem zaś ideowym ulegało poważnemu wpływowi liberałów rosyjskich, zarówno bezpośredniemu, jak i pośredniemu. To ostatnie twierdzenie wyda się niejednemu z naszych czytelników co najmniej zbyt hazardowne, nie oparte na żadnych faktycznych podstawach. Niestety, że tak nie jest, mamy dowody. Od początku istnienia PPS zasadniczym jej hasłem politycznym było dążenie do niepodległości Polski. Wyrażało ono ani mniej, ani więcej, jak tylko to, że w Polsce gospodarzem nieograniczonym ma być robotnik i chłop polski. Wprawdzie przeciwnicy nasi z SD widzieli w tym tworzenie państwa klasowego i Bóg wie jeszcze jakie nieszczęścia i klęski dla proletariatu polskiego; lecz mniejsza z tym. Głupstwa SD mimo zręcznej obrony i protekcji socjalistów niemieckich pozostały głupstwami, które historia zapisała na konto jej rachunku. Niepodległość Polski była i jest hasłem par excellence socjalistycznym. Czemu więc PPS zrzekła się tego hasła, wprawdzie wstydliwie, ale bądź co bądź zrzekła się? Czy może zrzekła się z bojaźni przed caratem? Nie. Czy może pod wpływem socjalistów rosyjskich? I to nie. Wyrzeczono się tego hasła z obawy przed opinią społeczeństwa rosyjskiego, czyli, mówiąc wyraźniej, zrobiono to dla świętej zgody z liberalną opozycją rosyjską.

W Polsce, a szczególnie zaś w Rosji, głęboko zakorzeniło się przekonanie, że powstanie polskie w r. 1863 zadało śmiertelny cios ówczesnemu rosyjskiemu ruchowi opozycyjnemu. Dziś obawiamy się tego samego. Obawa ta okazuje się jednak zupełnie płonną, bo zrzeczenie się tego hasła nie pomogło ruchowi rosyjskiemu, a nas naraziło na poważne straty, gdyż dzięki niemu w drobiazgach nawet zmuszeni jesteśmy do ciągłego oglądania się na Petersburg, na Rosję, co naturalnie okropnie krępuje sprawność i energię naszego ruchu. Każdy z nas widzi i czuje, że ruch nasz idzie na manowce, że olbrzymia ilość sił rewolucyjnych marnuje się na strajki, których bezowocność z dniem każdym jest widoczniejszą dla wszystkich nawet dla najbardziej zacietrzewionych członków SD. Jednym słowem obecnie całą siłą pary pracujemy dla reakcji, w której objęcia rzucamy klasę robotniczą.

I wszystko to robi się dla solidarności z proletariatem rosyjskim! Proletariat rosyjski nie podziękuje nam za taką „solidarność”, która faktycznie nie jest niczym innym, jak trwonieniem sił najbardziej rewolucyjnego proletariatu w państwie rosyjskim. Z tego zaczarowanego koła strajków i demonstracji nie ma żadnego innego wyjścia, jak odrzucenie wszelkich kompromisów i wszelkich naleciałości, przemycanych do naszego ruchu pod firmą rewolucji rosyjskiej, niemniej jednak w rzeczy samej reakcyjnych i wstecznych.

Interesy ludu polskiego narzucają nam, rewolucja rosyjska żąda i konieczność dziejowa nakazuje nam jedno i to samo, a mianowicie rozwinięcie jak największej energii czynnej w walce z caratem. A dokonać tego możemy tylko wtedy, jeżeli taktykę naszą ściśle zastosujemy do konkretnych warunków społecznych, panujących w naszym kraju. One nam wskażą, co i jak mamy robić. Wyrazem tej samodzielności może być tylko niepodległość Polski, gdyż wszelkie autonomie, konstytuanty itd. nie są niczym innym, jak zamaskowanym kompromisem, ustępstwem dla liberałów rosyjskich, którzy z chwilowego sojusznika po obaleniu caratu staną się wrogiem rewolucji i którzy dziś już są gotowi do zdradzenia ludu rosyjskiego. Wysunięcie hasła niepodległości Polski samą siłą faktu zmusi nas do radykalnej zmiany naszej taktyki, z maruderów rewolucji zrobi nas jej przednią strażą; wtedy nie my od Rosjan, ale Rosjanie od nas czerpać będą otuchę i zapał.

Naturalnie nastąpi to wtedy, jeżeli na serio zechcemy zrealizować postulat niepodległości, jeżeli nie ograniczymy się wygłaszaniem tego hasła, lecz przystąpimy do organizowania ruchu zbrojnego. Dotychczasowe doświadczenie rewolucyjne jest najlepszym dowodem, że walka zbrojna jest możliwą, jest konieczną. Finlandia, prowincje nadbałtyckie i Moskwa dowiodły niezbicie, że zorganizowanie silnych oddziałów zbrojnych, walka w otwartym polu i na barykadach nie jest bynajmniej mrzonką, niedościgłym marzeniem. Dziś do tej walki nie brak nam niczego – prócz wiary w jej konieczność. Ludzi mamy dosyć i to takich, jakich nie ma bodaj obecnie żadna armia europejska. Wszakże mamy tysiące uczestników wojny ostatniej. Trzeba ich tylko odszukać i zorganizować. A co powiedzieć o robotnikach Warszawy, Łodzi, Zagłębia Dąbrowskiego, Radomia, którzy tyle razy szli w ogień i na bagnety carskich żołdaków, nie mając żadnej broni prócz wiary w świętość swojej sprawy. Dać im karabiny i będziemy mieli niezwyciężoną armię, dla której nie będzie nic niemożliwego.

Szanse naszego zwycięstwa w tej przyszłej walce rosną z każdym niemal dniem. Dezorganizacja armii carskiej zwiększa się w pożądanym tempie; agitacja nasza wciska się do koszar. Dziś już wszędzie mamy zwolenników wśród żołnierzy. Wprawdzie liczebnie nie przedstawiają oni takiej ilości, która już teraz mogłaby poważnie zaważyć w otwartej walce. Natomiast dzięki nim obecnie już możemy się zaopatrywać w broń i amunicję carską, a w decydujący moment przy ich pomocy możemy się dostać do wszystkich arsenałów i magazynów i zrobić z tego odpowiedni użytek.

Zresztą w tej jak i w wielu innych sprawach najważniejszym naszym, aczkolwiek mimowolnym, sprzymierzeńcem jest rząd carski. Rzezie, gwałty, knutowanie ludności robotniczej i chłopskiej na całej przestrzeni caratu muszą wydać owoce. Obecnie już są całe gubernie i prowincje, w których nie ma prawie niebitych, nieknutowanych, osobiście niepokrzywdzonych w ten lub inny sposób przez gorliwych obrońców caratu. Plon z tego posiewu my będziemy zbierać, jeżeli zechcemy.

Każdy nowy pobór rekruta w takich warunkach dokonany jest nowym etapem rozkładu armii, gdyż wnosi do niej tysiące uświadomionych jednostek, pałających gorącą chęcią zemsty za doznane krzywdy. Naszym zadaniem jest pomóc temu rozkładowi i wykorzystać go odpowiednio. Obecnie już można śmiało twierdzić, że z żołnierzy ostatniego poboru z prowincji nadbałtyckich, z Gruzji i wielkich miast całego państwa rząd nie będzie miał pociechy. Bunty wojskowe staną się zjawiskiem chronicznym.

Z dotychczasowych rozruchów żołnierskich nie potrafiliśmy skorzystać, bo z jednej strony zaskoczyły nas nieprzygotowanych, a z drugiej strony, w myśl naszej niewolniczej taktyki, oglądaliśmy się na Rosjan, ci zaś sami też nie wiedzieli, co robić i marnowali takie doniosłe fakty, jak rewoltę listopadową w Sewastopolu. Należy tu jednak podkreślić, że wykorzystanie buntów żołnierskich jest możliwe tylko wtedy, kiedy istnieje już zorganizowane pogotowie zbrojne. Jest bowiem powszechnie znane, że nawet najbardziej świadome wojsko nigdy nie przejdzie na stronę ludu, jeżeli ten lud przedstawia niezorganizowany, nieuzbrojony tłum, który rozprasza się po jednej lub co najwyżej kilku salwach. Taki tłum nie jest przeciwnikiem godnym szacunku dla uzbrojonego wojska. Historia wszystkich rewolucji i rozruchów potwierdza, że wojsko strzelające bezkarnie do manifestantów nieuzbrojonych, nigdy nie przeszło na ich stronę; natomiast wojska walczące z uzbrojonym tłumem przechodziły często na stronę tego tłumu. Zjawisko to jest zupełnie zrozumiałe. Wojsko wtedy tylko może przejść na stronę ludu, jeżeli widzi w nim faktyczną, zorganizowaną siłę, która daje gwarancje, że zdrada wojska będzie bezkarną. Tłum bezbronny nigdy tej gwarancji dać nie może.

Dlatego też sprawa zorganizowania pogotowia zbrojnego jest obecnie najważniejszym warunkiem dalszego rozwoju rewolucji, szczególniej u nas, w Polsce, gdzie agitacja socjalistyczna w miastach nie może być głównym naszym zadaniem z tej prostej przyczyny, że nasz proletariat fabryczny jest już klasowo i politycznie uświadomiony, walka zaś konkurencyjna z SD nie ma najmniejszego sensu, gdyż w walce tej ta partia zwycięży, która czynami a nie frazesami dowiedzie, że jest bardziej rewolucyjną. Czekać też w tej sprawie na Rosjan nie możemy, gdyż będzie to daremne marnowanie energii i czasu. Dumą proletariatu polskiego musi być dążenie, by on szedł na czele, a nie w ogonie ogólnego ruchu rewolucyjnego, co zresztą jest naturalne wobec tego niezaprzeczonego faktu, że proletariat polski pod względem politycznym stoi najwyżej, a napięcie rewolucyjne w Polsce jest największe, czego dowody mamy chociażby w masowym terrorze, który u nas stał się już niemal chlebem powszednim walki.

Przygotowanie do ruchu zbrojnego i ruch zbrojny są jednak możliwe tylko wtedy, jeżeli zasadniczym naszym dążeniem będzie niepodległość Polski; każde inne dążenie może być tylko obniżeniem ideału politycznego, co ze swej strony musi wywołać osłabienie i obniżenie napięcia taktyki rewolucyjnej, taktyka bowiem jest organicznie związana z programem. Tylko wielkie ideały mogą zrodzić wielkie czyny. Degradując się dobrowolnie i zniżając do poziomu przeciętnej guberni rosyjskiej, samą siłą rzeczy skazujemy się na bezsilność i daremną szarpaninę. Nasza „socjal-demokracja” jest tego żywym dowodem.

Wcielenie się do organizmu państwa rosyjskiego od szeregu lat jest jej zasadniczym dążeniem, niewzruszonym dogmatem jej wiary politycznej. I jaki tego rezultat? Taktyka jej to szereg błędów – nic więcej. Mania strajkowa, granicząca niemal z szaleństwem, bezmyślne demonstracje bezbronnego tłumu, terror ekonomiczny – oto metoda działalności rewolucyjnej SD. Dla uzasadnienia tej bezsensownej taktyki buduje się jeszcze bardziej wariackie teorie. Tak np. Róża Luksemburg w ostatniej swej broszurze – „Co dalej?” – zupełnie poważnie dowodzi, że demonstracje pokojowe są obecnie bardzo doniosłym czynnikiem rewolucjonizowania armii, ponieważ żołnierze, zabijając bezbronnych ludzi, muszą mieć wyrzuty sumienia, które prędzej czy później przerobią ich na rewolucjonistów. By twierdzić coś podobnego, trzeba być zupełnie pozbawionym wszelkiego sensu i rozumu. Takie pomysły doskonale pasują i dostrajają się do sławetnej doktryny Tołstoja o niesprzeciwianiu się złemu, ale nigdy żadną miarą nic wspólnego mieć nie mogą ani z socjalizmem, ani z rewolucją, ani z logiką.

Nie mniej klasycznym dowodem tej bezgranicznej bezsilności i nędzy umysłowej SD jest zachowanie się jej w sprawie bojkotu Dumy. SD zawzięcie i energicznie zwalczała wybory, rozpędzała zgromadzenia wyborcze, doprowadziła do kilku starć krwawych, które kosztowały niejedno życie ludzkie. Robiono to dla solidarności z taktyką proletariatu rosyjskiego, który wprawdzie sam z sobą się nie solidaryzował, gdyż każde miasto postępowało według swego widzimisię; lecz mniejsza z tym. Jakiż koniec tego? W cztery tygodnie po wyborach zjazd partii socjalno-demokratycznej rosyjskiej, z którą na owym zjeździe łączy się organicznie nasza SD, ogłasza światu, że bojkot wyborów był kapitalnym głupstwem. Zdaje się, że dalej już brnąć nie można. Podobnież skandalicznym jest zachowanie się SD w sprawie politycznej odrębności Kongresówki. Pod maską ultrasocjalizmu stoi ona w tej kwestii na stanowisku centralistycznych dążności państwowych burżuazji rosyjskiej, które tyle mają wspólnego z socjalizmem, co woda z ogniem. Nienawiść SD do wszystkiego, co Polskę przypomina, jest wprost komiczna. Samo słowo „Polak” jest dla niej wstecznym pojęciem, w którym tkwi feudalizm, jezuityzm, klerykalizm i Bóg wie jeszcze jakie zbrodnie.

Naturalnie wszystko to jest bardzo na rękę narodowej demokracji, dla której tak gorliwie pracuje „socjal-demokracja”. W ogóle cała taktyka SD nie jest niczym innym, jak fatalną komedią omyłek, której plonów nikt nie będzie zbierać, jeno reakcja. Zasadniczym błędem SD jest nie co innego, jak mechanicznie pojęta solidarność z ruchem rosyjskim. SD uchwyciła się form zewnętrznych tej solidarności, a przeoczyła jej treść, dzięki czemu fakty przyjmuje za urojenia, a urojenia za fakty, na przekor logice i rzeczywistości. Głupota jest nieśmiertelną, nie zna granic ani miary. SD musi więc iść po tej drodze do końca.

Istnieje jeszcze inny, wprost kategoryczny czynnik, który zmusza proletariat polski do dążenia do niepodległości Polski. Wypadki ostatnich dwu lat przyniosły pod pewnym względem głębokie rozczarowanie. Powszechnie spodziewano się, że rewolucja i rozkład caratu wywoła w Polsce poważny ruch narodowy, mniej lub bardziej radykalny społecznie, ale nieprzejednany i zasadniczo wrogi w stosunku do najazdu rosyjskiego. Ruch ten samą istotą rzeczy byłby sprzymierzeńcem proletariatu w walce z caratem. Straszny ucisk narodowościowy, który tak nieubłaganie tyle lat gnębił naród polski, wszystkie klasy społeczne bez wyjątku, zdawał się być dostateczną gwarancją tego ruchu. Nadzieja ta jednak okazała się zupełnie płonną. Wypadki szły, rewolucja rozwijała się i potężniała niemal z dniem każdym, a rewolucyjnego ruchu narodowego w Polsce jak nie było, tak nie ma; natomiast ku powszechnemu i nieprzyjemnemu zdziwieniu mamy silny ruch reakcyjny, występujący pod hasłami narodowościowymi. Zjawisko to jest tym bardziej znamienne, że równocześnie w Rosji widzimy poważną opozycję liberalną, która bierze bardzo czynny udział w walce rewolucyjnej, a nawet w pewnych momentach wysuwa się na pierwszy plan i ujmuje ster wypadków w swoje ręce. Fakt ten drażni i boleśnie dotyka ambicję i dumę rewolucjonistów polskich, gdyż stoi w jaskrawej sprzeczności z nadziejami i tradycjami rewolucyjnymi narodu polskiego. Polska po raz pierwszy musi oddać się pod kuratelę i protekcję rewolucyjnej Rosji dla własnego zbawienia. Na tle tego powstaje głębokie przekonanie, że prawo samodzielności i niepodległości Polski jest rzeczą przesądzoną raz na zawsze.

Bo i jakże tu myśleć o niepodległości Polski, jeżeli całe społeczeństwo polskie jest bierne pod tym względem i nie objawia żadnego zgoła entuzjazmu dla tej sprawy. Stąd wniosek jasny, że idea niepodległości Polski, ponieważ tak mało przejawiła żywotności, nie jest i nie może być niczym innym, jak tylko fantasmagorią polityczną, przeżytkiem przeszłości, tułającym się po mózgach jedynie tylko dzięki tradycji z dawno minionej epoki, nie mającej nic wspólnego z rzeczywistymi zadaniami i celami narodu polskiego doby dzisiejszej. Pogląd ten zakorzenił się dość głęboko wśród socjalistów rosyjskich i niemieckich. Opiera się on o ten nieulegający zaprzeczeniu fakt, że w istocie w Polsce nie ma rewolucyjnego ruchu narodowego, natomiast jest silny ruch reakcyjny.

Gdzie należy szukać przyczyny tego zjawiska?

Narodowa demokracja, która zorganizowała reakcję i stoi na jej czele, była w niezbyt jeszcze dalekiej przeszłości radykalną partią narodową. Była nią dotąd, dopóki reprezentowała inteligencję zawodową i drobnomieszczańskie sfery patriotyczne. Stosunek jej ówczesny do burżuazji i szlachty, aczkolwiek zasadniczo wrogim nie był, miał jednak cechy ostrej opozycji i antagonizmu wcale poważnego. W miarę jednak wzrostu ruchu socjalistycznego ulegał stałej zmianie w kierunku dążenia na prawo. Zmiana ta jest zupełnie zrozumiałą i logiczną. Narodowa demokracja początkowo sądziła, że wskutek słabości ruchu socjalistycznego będzie mogła zaprząc klasę robotniczą do swego rydwanu i mieć w niej posłuszne narzędzie w walce z najazdem rosyjskim. Socjalizm jednak rósł nadspodziewanie szybko, świadomość klasowa proletariatu rozwijała się i z dniem każdym stawało się coraz bardziej oczywiste, że klasa robotnicza nie będzie narzędziem w niczyich rękach, albowiem antagonizmy społeczne nie dadzą się zatuszować żadnymi frazesami o solidarności narodowej, o wspólnej walce z caratem. Narodowa demokracja szybko zorientowała się w sytuacji; zrozumiała ona, że w walce z najazdem nie proletariat, lecz drobnomieszczaństwo, burżuazja i szlachta musi podporządkować swe interesy społeczne, jeżeli chce na serio tej walki, i że w wolnej Polsce nikt inny tylko robotnik i chłop będzie panem i gospodarzem. I to właśnie zdecydowało i określiło dążenia i taktykę narodowej demokracji. Odrzuciwszy wszelkie pozory i maskę radykalizmu, jako sprzęt niepotrzebny i wręcz szkodliwy, ofiarowała swe usługi burżuazji i szlachcie do walki z rewolucyjnym proletariatem. Ewolucja ta jest zupełnie zrozumiałą i logiczną z punktu widzenia jej interesów klasowych.

Dziwić się temu zupełnie nie można. Klasy posiadające, aczkolwiek stroją się zwykle w szaty idealizmu politycznego, wszędzie na świecie, a szczególniej w Polsce, w polityce są konsekwentnie realistami i nigdy dla żadnego idealizmu nie poświęciły ani jednego źdźbła ze swych interesów klasowych. Arystokracja, szlachta i burżuazja często wysuwają wspólne cele, narzucają wspólne ideały polityczne wszystkim klasom danego narodu, lecz tylko z tym zamiarem i wtedy, kiedy mają zupełną pewność, że cały ciężar walki spadnie na klasy pracujące, a same one otrzymają lwią część zdobyczy. Tak było wszędzie i zawsze. Trudno wymagać od klas posiadających w Polsce, by stanowiły wyjątek z ogólnej reguły. Narodowa demokracja nie jest niczym innym, jak typową wyrazicielką interesów naszych klas posiadających i, jako taka, nie jest ani lepszą, ani gorszą od liberalnej opozycji rosyjskiej, której postępowość tak imponuje naszej opinii radykalnej, niestety w pewnej mierze i socjalistycznej. Cała różnica między nimi polega na tym, że liberałowie rosyjscy działają wśród społeczeństwa znajdującego się na pierwszych stopniach rozwoju kapitalistycznego, są w miodowych miesiącach swej polityki klasowej, muszą więc być radykalnymi. Narodowi demokraci zaś działają wśród społeczeństwa już bardzo daleko posuniętego w rozwoju kapitalistycznym, dzięki czemu ich stanowisko klasowe jest zbyt wyraźne, by pozwalało na paradowanie w szatach radykalizmu. Pewne złudzenia i wątpliwości w tej sprawie można było żywić do wybuchu rewolucji. Dziś jednak, kiedy mamy poza sobą prawie już dwuletni okres walki rewolucyjnej, złudzenia te mogą mieć tylko ślepi i ci, którzy rozmyślnie się chcą łudzić.

Przebieg wypadków dowiódł ponad wszelką wątpliwość, że jeżeli Polska będzie wolną, to tylko dzięki proletariatowi i nikt inny, tylko proletariat będzie w niej gospodarzem. Inna Polska jest dziś już absolutną niemożliwością, gdyż warunki społeczne wykluczyły to raz na zawsze. Nasze klasy posiadające doskonale zdają sobie sprawę z tego i dlatego właśnie nie tylko nie są zwolennikami niepodległości Polski, ale stanowczymi jej przeciwnikami, ponieważ są zmuszone do zajęcia takiego stanowiska przez swe interesy klasowe. Używają frazesów, haseł patriotycznych, rozdmuchują namiętności szowinistyczne, ale tylko dlatego, by w ten sposób odciągnąć od proletariatu drobnomieszczaństwo i chłopów, by izolować socjalistów i odwlec jak najdłużej godzinę powstania niepodległości Polski, groźniejszej dla ich interesów klasowych niż carat rosyjski. Ucisk narodowościowy dla burżuazji i szlachty wprawdzie zjawiskiem pożądanym nie jest, godzi się ona jednak z tym, o ile klasowe jej interesy nie doznają uszczerbku. Dziś ma ona do wyboru albo wspólnie z proletariatem zdobyć niepodległość i zrzec się przywilejów społecznych, albo oprzeć się o carat lub burżuazję rosyjską i zrzec się niepodległości, a natomiast utworzyć swe panowanie klasowe. Decyzja już zapadła zgodnie z jej interesami klasowymi. W Taurydzkim pałacu posłowie polscy uchylają się od udzielenia wotum nieufności gabinetowi Goremykina, podzielają stanowisko rządu w sprawie agrarnej itd. Zdaje się kwestia jest rozstrzygnięta wyraźnie, niedwuznacznie.

Trzeba jednak przyznać, że rozstrzygnięcie to zostało dokonane w myśl logiki dziejowej, która nie zna sentymentów i zgodnie z tradycją polityki klasowej naszych klas posiadających. Cała historia porozbiorowa jest najlepszym tego dowodem. Dziś nikt nie może zaprzeczyć, że w wieku XIX były takie momenty dziejowe, kiedy dążenie do niepodległości Polski miało wszelkie szanse powodzenia. Takim momentem przede wszystkim była rewolucja z 1830 r. Można było wtedy nie tylko odbudować Polskę, ale nawet dokonać zaboru Litwy, Białejrusi, Ukrainy, Wołynia i Podola. Czemu tego nie zrobiono? Bo szlachta tego nie chciała, ponieważ dokonać tego czynu można było tylko za cenę zrzeczenia się pańszczyzny, a o tym nawet słyszeć nie chciano. Szlachta abdykowała dobrowolnie z niepodległości Polski, przenosząc nad nią dalsze trwanie pańszczyzny. Wniosek stąd jasny, że jeżeli wtedy już niepodległość Polski nie dała się pogodzić z interesami klasowymi szlachty, to dziś nawet mowy być o tym nie może wobec wzrostu antagonizmów społecznych i świadomości politycznej proletariatu.

Wrogiem niepodległości Polski jest carat, liberalna burżuazja rosyjska i nasze klasy posiadające. Zgodne stanowisko tych trzech czynników w sprawie niepodległości Polski jest najlepszym dowodem, że niepodległość Polski jest dążeniem na wskroś rewolucyjnym, proletariackim i socjalistycznym.

Teraz musimy się jeszcze nad tym zastanowić, czy dążenie to jest możliwe do urzeczywistnienia. W jaki sposób proletariat polski ma zdobyć tę niepodległość Polski, jeżeli ma ona tylu przeciwników, z których każdy jeszcze przedstawia siłę, bodaj nie do zwyciężenia w obecnych warunkach? Pytanie to jest zbyt poważne, by można je pominąć milczeniem lub zbyć frazesem mniej lub bardziej rewolucyjnym. Postaramy się dać na nie odpowiedź zupełnie ścisłą, zgodną z faktycznym stanem rzeczy.

Zbadajmy, czy rzeczywiście w Polsce prócz proletariatu nie ma klas społecznych, które nie byłyby mniej lub więcej zainteresowane w odbudowaniu Polski. Jak widzieliśmy, szlachta i burżuazja są stanowczymi przeciwnikami niepodległości Polski na mocy swych interesów klasowych. Inaczej natomiast sprawa ta przedstawia się z punktu widzenia interesów klasowych drobnomieszczaństwa i chłopów. Niepodległość Polski jest dla nich nie tylko pożądaną, ale nawet konieczną. Jest to fakt, którego chyba dowodzić nie potrzeba. Czemu jednak, jeżeli to jest faktem, spyta czytelnik, nie ma u nas w Polsce ruchu drobnomieszczańskiego i chłopskiego, który dążyłby do odbudowania Polski? Odpowiedź prosta. Dlatego, że drobnomieszczaństwo i chłopi, dzięki swemu położeniu ekonomicznemu i niskiemu poziomowi świadomości politycznej, nie są w stanie wytworzyć samodzielnego ruchu politycznego. Logika dziejowa zmusza te klasy do odgrywania roli kopciuszka, muszą one iść w rydwanie klas panujących lub proletariatu odpowiednio do danej sytuacji politycznej i danych warunków społecznych. W Polsce drobnomieszczaństwo i chłopi są narzędziem w rękach narodowej demokracji. Zjawisko to jednak stałe nie jest, może i musi ono ulec radykalnej zmianie, jeżeli na serio zechcemy to zrobić.

Dotąd socjaliści polscy drobnomieszczaństwem się nie zajmowali, nie zwracali nań żadnej uwagi, natomiast narodowa demokracja pracowała gorliwie, nie szczędząc najbardziej patriotycznych frazesów i obietnic, w jakie mocno wierzy nasz drobnomieszczanin. Cóż więc dziwnego, że daje się on prowadzić na pasku narodowej demokracji, tym bardziej, że socjaliści nieraz bardzo dotkliwie drwili sobie z jego patriotycznych uczuć, czym specjalnie odznacza się nasza SD, która jest święcie przekonana, że wszelki patriotyzm to zacofanie, godne śmiechu i pogardy, a co najwyżej lekceważenia, ale nigdy szacunku. Takie postępowanie socjalistów jest bardzo pożądane dla narodowej demokracji, która zręcznie umie korzystać z naszych błędów.

Mimo to wszystko panowanie narodowej demokracji nad drobnomieszczaństwem nie opiera się na zbyt trwałych podstawach. Mamy na to dużo dowodów. Podczas wyborów drobnomieszczańska Warszawa poszła za narodową demokracją, w kilka dni później ta sama Warszawa, mimo zaciekłej kontragitacji ze strony narodowców, świętuje 1 maja w taki sposób, jak żadne miasto na świecie. Zaklinanie na wszystkie świętości narodowe, prośby i groźby narodowej demokracji nie pomogły, drobnomieszczaństwo stanęło po stronie proletariatu; mniej więcej to samo można było zauważyć w całym kraju. Zjawisko to jest znamienne, ponieważ mówi ono wyraźnie, że w pewnych wypadkach solidarność między drobnomieszczaństwem a proletariatem jest zupełnie możliwa. Od nas zależy, od naszej taktyki, czy w warstwach średnich mieć będziemy wroga, czy sprzymierzeńca.

Mniej więcej to samo da się powiedzieć o chłopach. Chłop jest realistą i żadnymi frazesami długo tumanić się nie da i, chociaż ma szacunek dla księży i jest szczerze religijnym, potrafi łatwo odróżnić agitację polityczną od religii. Do właściciela ziemskiego żywi niechęć i zawiść, bo pamięta pańszczyznę i chciwy jest na grunt. Idzie dziś wprawdzie za narodową demokracją, bo i za kim ma iść? – tym bardziej, że socjaliści do ostatnich czasów o wieś zbytnio się nie troszczyli, wobec czego narodowi demokraci, nie mając rywali, musieli zostać panami sytuacji. Agitacja socjalistyczna w ciągu ostatnich kilku miesięcy nie mogła wydać poważniejszych rezultatów już chociażby z tego względu, że, idąc na wieś, nie mieliśmy nawet programu agrarnego, zrozumiałego dla masy chłopskiej i ściśle dopasowanego do stosunków rolniczych naszego kraju. Nieudanie się strajku rolnego nie jest także zbyt wielkim nieszczęściem, którego nie można byłoby poprawić. Kwestia agrarna dotąd nie jest czynnikiem rewolucyjnym, ale tylko dlatego, że nieumiejętnie zabraliśmy się do rzeczy. O tym nie trzeba jednak zapominać, że z dniem każdym kwestia ta musi się stawać coraz bardziej palącą już chociażby ze względu na Rosję, gdzie chłopi są dziś najpoważniejszym czynnikiem rewolucji. Echa rozruchów agrarnych i rozpraw w Dumie, dotyczących nadziału ziemi czy w ten czy inny sposób, dochodzą do naszego chłopa i nie giną bez śladu.

Nie można tu pominąć milczeniem i tego faktu, że Liniewicz podczas rozruchów w armii mandżurskiej obiecał żołnierzom nadanie gruntów po powrocie z wojny. Obietnica ta doszła i do Polski przez żołnierzy Polaków. Wszystko to stwarza nastrój, który możemy odpowiednio wykorzystać. Narodowi demokraci doskonale wiedzą o tym, toteż drżą o swe panowanie nad chłopem. Dla lada błahostki ogarnia ich strach wielkooki, jak to widzieliśmy niedawno z powodu wyjazdu do Petersburga kilku chłopów, ciekawych Dumy i spraw agrarnych. Narodowa demokracja zdaje sobie dokładnie sprawę z tego, że jej wpływ na chłopów to tylko tymczasowa omyłka masy chłopskiej, oparta na ciemnocie i zręcznej demagogii, która w niedalekiej przyszłości musi zrobić fiasko. Deklamacje Nakoniecznych i Manterysów nie na wiele się zdadzą i nie zaciemnią tego faktu, że chłop ma głód ziemi i że dla zdobycia tej ziemi gotów iść nie tylko z socjalistami, ale z samym diabłem z piekieł. Naturalnie nie oznacza to bynajmniej, że mamy naśladować w tej kwestii Rosję; u nas stosunki agrarne są inne, więc program i działalność nasza musi być inna.

Widzimy więc, że stosunek nasz zarówno do drobnomieszczaństwa, jak i chłopów może ulec radykalnej zmianie, jeżeli potrafimy ocenić sytuację obecną i wyciągnąć odpowiednie konsekwencje. Izolowanie tych klas społecznych od wpływu narodowej demokracji nie jest rzeczą ani niemożliwą, ani też zbyt trudną do urzeczywistnienia. Jest więc jasne, że w decydującym momencie walki z caratem, jeżeli na serio zechcemy, na polu walki nie będziemy sami.

Otwarci i skryci przeciwnicy niepodległości Polski mają następującą metodę dowodzenia niemożliwości ruchu zbrojnego. Metoda ta polega na tym, że z całokształtu danych warunków konkretnych wybiera się i operuje się tylko tymi, które rzeczywiście stanowią bardzo poważne przeszkody, natomiast starannie zamilcza się o tych warunkach, które na tę mniemaną niemożliwość zupełnie inne rzucają światło. Naturalnie, ruch zbrojny, rozpatrywany z takiego punktu widzenia, jest zupełną niemożliwością, wprost absurdem, niegodnym poważniejszego zastanawiania się. Nie mniej rozpowszechnionym jest pogląd, że przyszły ruch zbrojny musi być w mniejszym lub większym stopniu naśladowaniem ostatniego powstania z 1863 r. Pogląd ten jest tak naiwny, że szkoda tracić słów na jego zbijanie. Jakim ma być ruch zbrojny i jakie ma mieć formy, samo życie wskazuje. W pierwszej linii należy zwrócić uwagę na armię. Agitacja wśród żołnierzy powinna być jednym z najważniejszych zadań; jedną z najdonioślejszych form tej agitacji powinien być terror, skierowany przeciwko bezpośrednim zwierzchnikom żołnierzy, znienawidzonym przez nich z tego lub innego powodu, a więc przeciwko podoficerom, feldfeblom, oficerom. Taki terror lepiej niż tysiące odezw i broszur przekona żołnierzy, że socjaliści są nie wrogami, lecz obrońcami i mścicielami wszystkich uciśnionych i pokrzywdzonych. Nie mniej poważną uwagę trzeba zwrócić na żywiołowe rozruchy wśród armii. W podobnych razach nasza taktyka powinna polegać na zaostrzeniu starć, nawet gdyby wskutek tego pojedynczy żołnierze skazani byli przez sądy wojenne na śmierć lub inne kary, to pozostali łatwiej i prędzej zrozumieją, że nie są niczym innym jak tylko ciemiężonymi niewolnikami mimo carskiego munduru, jaki noszą. Pożądane byłoby także w pewnych warunkach tworzenie spisków wojennych, które bez względu, czy będą uwieńczone pomyślnym skutkiem, czy nie, muszą w straszny sposób demoralizować armię. Po roku lub dwu latach takiej działalności armia carska nie będzie groźną dla proletariatu. Naturalnie pod tym warunkiem, jeżeli proletariat mieć będzie pogotowie zbrojne w postaci mniej lub bardziej silnych organizacji bojowych, gotowych w odpowiednim momencie do walki. Grudniowe dni w Moskwie dowiodły, że podobne pogotowie jest zupełnie możliwe.

Przy ocenie szans przyszłej walki zbrojnej nie możemy pominąć milczeniem tego, że prócz świadomej, bezpośredniej agitacji, rozkładającej armię, istnieje i działa coraz skuteczniej bardzo poważny czynnik, mianowicie coraz bardziej wzrastający nastrój rewolucyjny tych klas społecznych, które dostarczają caratowi olbrzymią większość żołnierzy. Ekspedycje karne różnych Orłowów, Rennenkampfów i tylu innych katów carskich wywierają taki sam wpływ na ludność poszczególnych guberni i prowincji, jaki wywarła rzeź styczniowa 1905 r. na robotników petersburskich. Jeżeli zaś należycie uwzględnimy, wykorzystamy te wszystkie warunki i wybierzemy odpowiedni moment do ogólnego wybuchu, to walka ta musi się skończyć zwycięstwem. Samo przez się rozumie się, że moment wybuchu musi być wspólny, jeżeli już nie dla całego państwa, to przynajmniej dla najważniejszych centrów. Po obaleniu caratu musimy natychmiast chwycić ster rządu w swe ręce, zdusić reakcję, proklamować niezależną rzeczpospolitą i zorganizować możliwie największą siłę zbrojną, by być gotowymi do dalszej walki, jeżeli nas zmuszą do tego okoliczności.

Po co nam wtedy niezależna Polska, jeżeli będziemy mogli iść ramię w ramię z demokratyczną Rosją? Odpowiedź na to łatwa. Po to, że układ sił społecznych w Polsce jest inny niż w Rosji. Ta demokratyczna Rosja musi być burżuazyjną; już teraz dobrze o tym wiedzą zarówno kadeci, jak i socjaliści rosyjscy; tylko my jedni z tego nie zdajemy sobie sprawy. Ustrój społeczny, na którym opierał się carat, nie zginie z upadkiem caratu. Wprawdzie nie jest wykluczone, że przez pewien czas proletariat rosyjski może być samowładnym, nieograniczonym panem Rosji; moment ten długo trwać jednak nie będzie, bo na to nie pozwoli układ sił społecznych i wzajemny ich stosunek. Proletariat rosyjski nie potrafił ani razu zmusić ludność Petersburga i Moskwy do uroczystego świętowania 1 maja, jakim cudem zmusi on Rosję do uznania swej władzy?

Przeciwko niepodległości Polski tylko jeden można podnieść zarzut, mianowicie, że Polska, składająca się z dzisiejszej Kongresówki, byłaby tworem drobnym w stosunku do swych sąsiadów. Zagadnienie to jednak nietrudno rozwiązać zupełnie pomyślnie. Polska, jako odrębne, niezależne państwo, może zawrzeć unię realną z Rosją lub ewentualnie z Austrią, co ze względu na Galicję jest bardzo prawdopodobne. Zresztą kwestia ta dziś bynajmniej palącą nie jest. Gdy wywalczymy niepodległość, to potrafimy w ten lub inny sposób rozwiązać problemat dalszego istnienia. Tak więc hasło niepodległości Polski z każdego punktu widzenia jest dziś jedynym rewolucyjnym, socjalistycznym hasłem. Wszystkie inne hasła – bez względu, skąd pochodzą i jak brzmią, nie są niczym innym, jak kompromisem, niegodnym rewolucyjnego proletariatu polskiego i tego momentu dziejowego, który przeżywamy i w którym walczymy.

Witold Jodko-Narkiewicz
________________________________________
Powyższy tekst to cała broszura, sygnowana pseudonimem A. Judym, Wydawnictwo dzieł społeczno-politycznych „Życie”, Warszawa 1907. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Publikowaliśmy już inny tekst Witolda Jodki-Narkiewicza: PPS – Frakcja Rewolucyjna a kwestie robotnicze [1908]

 

Witold Jodko-Narkiewicz (1864-1924) – urodził się w Słucku (obecnie Białoruś) w rodzinie inteligencko-ziemiańskiej. Usunięty z warszawskiego gimnazjum za udział w nielegalnych polskich kółkach samokształceniowych. W 1884 r. wstąpił do kółka prowadzonego przez działaczy I Proletariatu. Przebywał okresowo w Tartu (tam rozpoczął studia medyczne), w Warszawie i Lwowie, wszędzie prowadząc działalność socjalistyczną. Współredagował lwowskie pismo „Praca”, za co został aresztowany i wydalony z Austrii. Przebywał na emigracji w Paryżu, gdzie studiował prawo, które to studia ukończył w 1889 r. Na emigracji współpracował z redakcjami pism „Walka Klas” i „Przedświt”, został członkiem emigracyjnej Centralizacji II Proletariatu. Na przełomie lat 80. i 90. XIX wieku odszedł od programu tego środowiska, akceptując jako istotny postulat ruchu socjalistycznego konieczność walki o niepodległość Polski. Brał udział w pracach przygotowawczych do założenia PPS. Po wydaleniu z Francji przebywał w Londynie, gdzie był redaktorem „Przedświtu” i jednym z liderów Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich. Jako delegat PPS brał udział w kongresach II Międzynarodówki w Zurychu i Londynie, na tym drugim wszedł w skład Biura Kongresu. Wybrany do Centralizacji ZZSP, jednak przez IV zjazd organizacji usunięty z niej; w porozumieniu z Piłsudskim i Centralnym Komitetem Robotniczym PPS odpowiadał nieformalnie za kontakty z krajem. W tym okresie doktoryzował się w Bernie na podstawie rozprawy „Geschichte und System des utopischen Sozialismus in der polnischen Emigration der 30 und 40 Jahre”. Od 1898 r. ponownie przebywał we Lwowie, gdzie po podjęciu decyzji o likwidacji ZZSP został przez CKR PPS wybrany członkiem Komitetu Zagranicznego Organizacji Zagranicznej PPS. W czerwcu 1902 r. na VI Zjeździe PPS został wybrany do CKR. Po wybuchu wojny rosyjsko-japońskiej jako jeden z najbliższych współpracowników Piłsudskiego brał udział w rokowaniach z dyplomacją japońską, od której otrzymano pomoc w postaci broni i finansów w zamian za działania wywiadowcze i dywersyjne przeciwko Rosji. Od wiosny 1905 r. ponownie redagował „Przedświt”. Należał do frakcji „starych”, opowiadających się za walką zbrojną i nasiloną agitacją w duchu niepodległościowym. Po rozłamie w partii współtworzył PPS – Frakcja Rewolucyjna, jego projekt programu przegrał z projektem Feliksa Perla. Należał jednak do czołowych teoretyków i propagandystów PPS – FR. Na zjeździe PPS – FR w Wiedniu w sierpniu 1909 r. został wybrany do CKR, w którym zasiadał do roku 1914. Był delegatem PPS – FR na Kongres II Międzynarodówki w Kopenhadze. W latach poprzedzających wybuch wojny zajmował się głównie działaniami organizacyjnymi na rzecz przyszłych polskich sił zbrojnych. Po wybuchu wojny był jednym z liderów propagandy legionowej, prowadził też aktywność werbunkową i dyplomatyczną. W 1916 r. powrócił do czynnej działalności partyjnej, brał udział w XII zjeździe w Piotrkowie, współpracował z pismem „Jedność Robotnicza”, redagował czasopismo „Do Czynu”. Od roku 1918 wchodził w skład Warszawskiego Komitetu Robotniczego PPS. Po odzyskaniu niepodległości  został dyrektorem Departamentu Politycznego w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. W latach 1919-21 poseł Polski w Turcji, a w latach 1921-23 na Łotwie. Zmarł wskutek choroby, pośmiertnie oznaczony w 1930 r. Krzyżem Niepodległości. Pod kilkunastoma pseudonimami opublikował wiele artykułów oraz kilkanaście broszur i książek, m.in. „Konstytuanta w Warszawie a proletariat polski”, „Zadania ruchu rewolucyjnego w zaborze rosyjskim w chwili obecnej”, „Objaśnienie programu PPS”, „Program rolny PPS”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *