Warszawski Okręgowy Komitet Robotniczy PPS

Przed 22 maja. O sprawach samorządowych miasta stołecznego Warszawy

[1927]

Każda obywatelka, każdy obywatel chcąc spełnić sumiennie swój obowiązek względem miasta, powinien przed głosowaniem poświęcić na zaznajomienie się z treścią tej broszury pół godziny, zanim pójdzie do urny wyborczej.

Zbliżające się wybory do rady m. st. Warszawy kładą na każdego obywatela obowiązek bliższego zaznajomienia się ze sprawami miejskimi. Duża obojętność dla zagadnień samorządu, która do tej pory cechowała ogół ludności, musi ustać. Zerwać z nią winna przede wszystkim ludność pracująca, dla której kierunek i wydajność gospodarki gminnej jest sprawą niesłychanie doniosłego znaczenia.

W rozwijającej się już akcji wyborczej zarysowuje się jedna zasada, na którą w tym miejscu zwracamy uwagę, a która służy jako doskonały przykład stwierdzający brak zrozumienia spraw samorządowych nawet wśród tych grup i organów prasowych, które o poprawę gospodarki gminnej wołają. Jest to zasada, według której do nowej rady miejskiej i do nowego magistratu powinno się wybierać ludzi nie według ich kierunku społeczno-politycznego, lecz według ich kwalifikacji zawodowych. Doświadczony lekarz, zdolny inżynier, wykształcony pedagog, zdolny finansista lub agronom, według tej teorii winien mieć pierwszeństwo przed przedstawicielami takiej lub innej warstwy ludności, przed reprezentantem jej interesów lub przed działaczem społecznym. Niewątpliwie posiadanie wykształcenia fachowego jest ważną rzeczą, ale nie jest i nie może być sprawą zasadniczą przy wyborze do rady miejskiej.

Najlepszy lekarz przez to, że leczy cudownie chorych, nie daje jeszcze gwarancji, że walczyć będzie o powiększenie środków na urządzenie miejskich szpitali, na ich rozbudowę, na opiekę nad chorymi. Zdolny inżynier dobrze wykona powierzone mu przeprowadzenie ulicy, ale przede wszystkim w radzie miejskiej trzeba będzie rozstrzygnąć, czy ulica ma być wytknięta i uregulowana w myśl życzeń właścicieli placów, czy też zgodnie z potrzebami ubogiej ludności, czy mają być wzięte pod uwagę przede wszystkim interesy bogatych w śródmieściu kamieniczników, czy też interesy mieszkańców przedmieść Warszawy. Budowniczy może dobrze i sumiennie zbudować każdy budynek, którego budowli się podejmie, ale jego kwalifikacje fachowe nie mówią nam, czy będzie w radzie miejskiej bronił stanowiska kamieniczników i właścicieli placów, którzy domagają się budowania domów wielopiętrowych, z ciasnymi podwórkami podobnymi do głębokich studni, domów niezdrowych dla mieszkańców, ciemnych i dusznych, czy też będzie głosował z przedstawicielami ludności pracującej za budowaniem domów średnich, o pełnym dostępie światła i powietrza. Dwaj nauczyciele doskonale nauczający swoich przedmiotów różnić się mogą zasadniczo w sprawach oświatowych i kulturalnych zależnie od swych poglądów i swego stosunku do zagadnień społecznych. Zdolny finansista i organizator może w wieloraki sposób doprowadzić do dobrego stanu finanse gminy, ale dla ludności nie może być rzeczą obojętną, w jakim kierunku zostanie uczyniony nacisk podatkowy, jak będą podzielone ciężary, jak zostaną pieniądze zużyte. Gospodarstwo rolne prowadzone przez miasto również winno mieć wytkniętą linię rozwoju; na tym terenie również ścierały się i ścierać się jeszcze będą interesy ogółu ludności stolicy z interesami prywatnych producentów rolnych.

Wszystkie te przykłady wskazują na to, że przy wyborach do rady miejskiej przede wszystkim toczy się walka społeczna, która rozwija się na całej linii wszystkich zagadnień gospodarczych i kulturalnych. Tej prawdy nie zmieni i nie przekreśli wołanie o fachowców. Muszą oni znajdować się w urzędach, biurach i przy pracy wykonawczej. Reprezentacja ludności winna być powierzona rzecznikom jej interesów gospodarczych. Tylko takie ujęcie sprawy jest słuszne i właściwe. Każde inne jest fałszywym frazesem, szerzącym chaos i bałamuctwo.

W obecnym okresie rozwoju Warszawy, gdyż o Warszawę tylko w tej chwili nam chodzi, możemy ustalić, że dobro stolicy jako miasta, jest w zgodzie z potrzebami ludności pracującej i że gospodarka odpowiadająca tej ludności odpowiada zarazem potrzebom miasta. Odwrotnie. Podporządkowanie spraw miejskich interesom właścicieli kamienic i paskarzy prowadzi stolicę w bagno zastoju i musi się skończyć katastrofą.

Przykładem tutaj posłużyć może choćby gazownia. Miejskie zakłady gazowe w Warszawie walczą wciąż z wielkimi trudnościami. Ich budżet, zamykający się sumą 24 146 790 zł, jest zrównoważony, ale dyrekcja wciąż walczy z groźbą deficytu, broniąc się przed nim rozmaitego rodzaju redukcjami. Według niektórych poglądów należałoby wobec tego podnieść cenę gazu, który w Warszawie jest tańszy aniżeli w innych wielkich miastach i w ten sposób zabezpieczyć się przed niedoborem. Według innych należy zmniejszyć płace pracownikom i drogą tego rodzaju oszczędności zapewnić równowagę budżetu. Rada miejska przyjęła nawet na wniosek radnego Dymowskiego rezolucję, która domaga się poddania rewizji płac w gazowni. Naturalnie ani pierwsza droga, ani druga nie może doprowadzić do zamierzonego celu. Podwyższenie ceny gazu zmniejszy ilość jego odbiorców, a obniżenie płac zarobkowych, nie mogąc wpłynąć zasadniczo na stan finansowy przedsiębiorstwa, stanie się tylko źródłem niepokojów i tarć wewnętrznych, od których muszą być wolne instytucje miejskie.

Rozwiązanie leży na drodze uprzystępnienia gazu całej ludności stolicy. Jeśli każdy, choćby najuboższy mieszkaniec Warszawy, będzie miał możność zaprowadzenia u siebie instalacji gazowej, jeśli gaz stanie się dla niego artykułem pierwszej potrzeby, jeśli będzie miał łatwy do niego dostęp, jeśli jednym słowem gaz stanie się przedmiotem powszechnego użytku, wówczas gazownia będzie wolna od kryzysu. Interes ubogiej ludności zbiega się tutaj z interesem przedsiębiorstwa, a polityka rozumnych gospodarzy miasta powinna iść w tym przede wszystkim kierunku.

Sprawa cegielni jest drugim tego stanu wymownym przykładem. W interesie miasta leży wybudowanie cegielni, która zdoła obniżyć ceny cegły, a więc i budynków.

Wobec braku mieszkań i konieczności rozpoczęcia ruchu budowlanego, wobec braku kanalizacji na przedmieściach, jest to sprawa o pierwszorzędnym znaczeniu dla ludności i dla miasta. Ustępując przed oczywistą koniecznością magistrat przystąpił do uruchomienia własnej cegielni. I oto radny Hoser, należący do większości byłej rady miejskiej i jeden z jej kierowników, przewodniczący komisji finansowo-budżetowej, w referacie swym obejmującym budżet wydatków i dochodów nadzwyczajnych na rok 1927/8 domagał się zaniechania tego przedsięwzięcia. „Zamierzenie budowy cegielni miejskiej, mówił, nie wytrzymuje krytyki… Zakupione maszyny i kotły na sumę około zł 300 000 należy sprzedać, wybudowany dom administracyjny obrócić na inne cele” (,,Dziennik zarządu m. st. Warszawy”, nr 29-30). Oczywiście p. Hoserowi chodziło o właścicieli cegielni podmiejskich, bronił on ich interesów prywatnych przed akcją społeczną, podporządkowywał interes gminny interesom przedsiębiorców. Komisja finansowo-budżetowa znaczną większością głosów stanowisko p. Hosera podtrzymała. Na szczęście nie uzyskało ono uchwały plenum rady miejskiej wskutek energicznego i zaciętego oporu ze strony klubu radnych PPS.

W radzie miejskiej przez kilka miesięcy toczyła się, niezałatwiona ostatecznie wobec oporu lewicy wspomniana już sprawa domów. Nie leży w interesie miasta, aby w nim wyrastały wielkiej wysokości kamienice, aby ulice jego wyglądały jak głębokie i ciemne studnie. Nie leży to w interesie ludności. Natomiast jest to jednym z głównych postulatów właścicieli nieruchomości. Każdy właściciel placu chciałby go wykorzystywać do nieskończoności, wznosząc wielopiętrowe gmachy na niewielkiej przestrzeni, każdy właściciel kamienicy rad by przez nadbudówki powiększyć swe dochody, szpecąc miasto i pogrążając ludność w mroku i wilgoci. Według prawa rosyjskiego w większych miastach w Rosji nie wolno było wznosić domów wyższych niż szerokość ulicy, przy której go budowano. W roku 1894 Kronenbergowi udało się to prawo w stosunku do Warszawy uchylić, lecz obecnie sprawa ta została wznowiona i nowa rada miejska będzie musiała ją zakończyć. Na którą stronę zwycięstwo się przechyli, czyje dobro zwycięży – zależy to od wyniku wyborów.

Sprawa teatrów miejskich nasuwa tego samego rodzaju uwagi. Miasto zmuszone do prowadzenia w swoim zarządzie teatrów musi z tego powodu ponosić ogromne wydatki. Zamknięcie teatrów nie jest rzeczą ani łatwą, ani wskazaną. Pociągnęłoby ono za sobą duży jednorazowy wydatek i doprowadziłoby do zniszczenia ogromny majątek, jaki teatry przedstawiają, zrujnowałoby wielką organizację, której odnowienie wymagałoby szeregu lat, wyrzuciłoby na bruk setki ludzi, pozbawiłoby społeczeństwo wielkiego ośrodka kultury. Właściwie miastu w prowadzeniu Opery i Teatru Narodowego przyjść winno z pomocą państwo. Rząd jednak nie chce do tej pory wziąć na siebie tego ciężaru. Miasto musi szukać na własną rękę wyjścia z ciężkiej sytuacji, w jakiej się znajduje. Jedyny program, który prowadzi do celu, jest to program reprezentowany przez przedstawicieli ubogiej ludności. Należy teatry uprzystępnić szerokim warstwom ludności, należy dążyć do tego, aby ceny biletów były dostępne dla ludzi pracy. Garść burżuazji, drobna liczba bogaczy nie utrzyma teatrów. Utrzymać je może tylko wielka frekwencja, której dostarczą masy przy tanich biletach. Na tej drodze teatry mogą być uratowane. I oto znowu ratunku jednej z najpoważniejszych placówek kulturalnych szukać należy w masach i tylko polityka odpowiadająca położeniu tych mas może dać trwałe podstawy teatrom, polityka czyniąca z nich instytucję związaną z życiem warstw pracujących.

Z tych wszystkich uwag i spostrzeżeń wynika, że do nowej rady miejskiej w Warszawie winni wejść przede wszystkim przedstawiciele warstw pracujących. Minęły już te czasy, gdy za obywatela miasta uważany był tylko właściciel nieruchomości. Racjonalna gospodarka miejska musi pozostawać w harmonii z potrzebami ludzi pracy. Rozwój Warszawy leży na linii coraz ściślejszego zespolenia pracy gminy z potrzebami ogółu mieszkańców i tylko w oparciu o masy pracujące Warszawa rozwijać się może i powinna.

Nie trzeba już chyba przypominać, jak palącą sprawą dla mieszkańców Warszawy jest budowa piekarni miejskiej. Chleb, który spożywa obecnie ludność Warszawy, jest wypiekany w warunkach urągających wszelkim zasadom higieny. Piekarnie mieszczą się w brudnych norach, nieraz w bezpośrednim sąsiedztwie z ustępem, w ścianach, w podłogach gnieżdżą się roje robactwa. Ciasto rozczyniane jest rękoma. Ręce te nieraz są brudne i zakażone. Dostawa pieczywa z piekarni do sklepów odbywa się bez zabezpieczenia jakiegokolwiek przed zanieczyszczaniem. Przechodzi ono przez wiele rąk, nie jest ono chronione od pyłu i brudu. Ze sklepu konsument odbiera je z rąk, które dopiero co liczyły pieniądze, z rąk co chwila ślinionych, dotykających mnóstwa brudnych przedmiotów. Pieczywo jest najważniejszym artykułem spożywczym ludności, najbardziej potrzebnym. Konieczność dostarczania pieczywa wyrobionego i wypieczonego mechanicznie bez udziału rąk, opakowanego higienicznie, zabezpieczonego od zarazków, staje się coraz bardziej palącą. O budowę piekarni mechanicznej miejskiej wołała cała opinia publiczna i wreszcie magistrat, uzyskując pożyczkę w Banku Gospodarstwa Krajowego, musiał do budowy przystąpić. Oczywiście jednak budowa ta uderza we właścicieli piekarni, nie odpowiada ideologii zamożnego mieszczaństwa warszawskiego. Budowy piekarni nie można było nie uchwalić. Ale wspomniany już p. Hoser w taki sposób określił stosunek do tej sprawy swego obozu: „Jest to przedsięwzięcie (budowa piekarni) rujnujące przemysł piekarniany, hamujące zdrowy rozwój cząstki naszego życia gospodarczego. Prawdą jest, że przemysł ten stoi do dziś dnia na bardzo niskim stopniu rozwoju i zaopatrywanie Warszawy w higieniczny i czysto wypieczony chleb staje się kwestią palącą, lecz sanacja takich stosunków nie powinna iść drogą obraną przez radę miejską, lecz drogą udzielania premii przedsiębiorcom idącym po drodze postępu, oraz drogą udzielania długoterminowych pożyczek inwestycyjnych tym właśnie przedsiębiorcom” („Dziennik Zarządu m. st. Warszawy”, nr 29-30). Oczywiście p. Hoser zdaje sobie sprawę, że tego rodzaju program w naszych stosunkach jest utopijny, że nie doprowadzi do niczego, że ludność w dalszym ciągu spożywałaby chleb taki, jaki spożywała do tej pory. P. Hoser nie zwrócił nawet uwagi na zagadnienie ceny chleba. Nie zastanowił się nad tym, że idzie o chleb nie tylko czysty, ale i tani, że idzie o położenie kresu temu wyzyskowi, jaki piekarnie uprawiają. Piekarnia gminna, uspołeczniona, może jedyna położyć kres temu stanowi rzeczy. Przedstawiciel większości radzieckiej tylko o interesie piekarzy pamiętał. Teraz podczas wyborów o jego stanowisku pamiętać powinna ludność stolicy.

Budowa mleczarni miejskiej ciągnąca się przez lat wiele w radzie miejskiej, do ostatniej chwili przez radnych z większości sabotowana i odwlekana, sprawa Wydziału Zaopatrywania, któremu magistrat nie pozwolił stworzyć kapitału obrotowego, by Wydział Zaopatrywania, zmuszony do zaciągania pożyczek, nie mógł towarów swych sprzedawać taniej i stwarzać zbyt wielkiej paskarzom konkurencji, powiększają długi szereg dowodów, które wskazują na to, że przy wyborach do rady miejskiej stoczyć się powinna zasadnicza walka o kierunek gospodarki miejskiej, o zasady społeczne, o stosunek do bytu poszczególnych warstw ludności.

Jedną więc z głównych spraw, o które w dalszym ciągu w samorządzie warszawskim toczyć się będzie walka, jest system podatkowy. Warszawa jest miastem ludzi ubogich. Według ostatnich obliczeń płace 91 proc. ludzi zarobkujących nie przewyższają 250 zł miesięcznie, zaledwie 0,5 proc. zarabia powyżej 1000 zł miesięcznie. Przy olbrzymich wydatkach i potrzebach, jakie stolica posiada, znalezienie koniecznych funduszów bez zrzucania ciężarów na ludność biedną i bez zabijania zdolności podatkowej ogółu mieszkańców stanowi jedną z najtrudniejszych i najważniejszych zagadnień gminy. Dotychczasowa większość ze sprawą tą załatwiła się bardzo prosto. Starając się wyśrubować jak najbardziej podatki pośrednie, broniła się wszystkimi siłami przeciwko podatkom bezpośrednim. „Miasto st. Warszawa wykazuje nieuzasadnioną wstrzemięźliwość w obciążeniu nieruchomości” – stwierdza Minister Spraw Wewnętrznych w swym piśmie do magistratu z dn. 30 marca r. 1927, przy czym dodaje, że uznaje za konieczne podwyższenie przez miasto podatków nieruchomości do 50 proc. państwowego podatku. O tę wysokość powyższego podatku walczyli na próżno radni socjalistyczni w komisjach i na posiedzeniach plenarnych. Rada miejska odrzuciła ich wnioski, godząc się zaledwie na 37,5 proc. Głośna jest sprawa opłat za czyszczenie przewodów kominowych, której większość rady nie chciała rozpatrywać, jeszcze głośniejszą sprawa opłat za mechaniczne oczyszczanie miasta, do czego ta sama większość nie chciała bezwzględnie dopuścić, nie cofając się przed skompromitowaniem własnego magistratu, atakowaniem go w prasie i na publicznych posiedzeniach.

Gdy tego rodzaju zagadnienia podczas obrad rady miejskiej występowały, zacierały się różnice wyznaniowe. Najbardziej gorącym rzecznikiem interesów kamieniczników był radny Seidenbeutel, pod jego sztandarem jednoczyła się większość, gdy o kieszeniach kamieniczników była mowa.

Niewątpliwie gospodarka stolicy napotykała i napotykać będzie jeszcze na wiele trudności. Przez długi okres czasu spadek waluty uniemożliwiał wszelkie plany, przekreślał wszelkie rachuby. Rosnąca drożyzna łamała budżet, zmuszała często do postanowień dorywczych. Bezrobocie wtargnęło w mury stolicy, powiększając ubóstwo jej mieszkańców, a zarazem obciążając budżet miasta. Na ulicach pojawili się w wielkiej ilości bezrobotni i głodni, oczekując pomocy od gminy. Kryzysy i wstrząśnienia ogólne nie mogły pozostać bez wpływu na tok spraw samorządowych. Te trudności jednak powinny były pobudzić zarząd stolicy do większej energii i czujności, powinny były pracę jego zwrócić wprost ku obliczu nędzy i klęsk społecznych. Na to obecni kierownicy gospodarki miejskiej zdobyć się nie byli w stanie. Przystosowując się biernie do uderzeń idących z zewnątrz, zarząd naszej gminy nie spełnił tej roli, jakiej historia od niego wymagała.

Nasuwa się tutaj pytanie, jakie znaczenie i jaki wpływ posiadała w radzie miejskiej i w magistracie opozycja, a przede wszystkim najliczniejszy klub Polskiej Partii Socjalistycznej.

Przede wszystkim trzeba zdać sobie dokładnie sprawę ze stosunku sił w radzie miejskiej i w magistracie. Na 120 radnych klub radnych PPS posiadał 23 radnych, a na 16 członków magistratu – 3 ławników. Nie miała PPS swego przedstawiciela w prezydium magistratu, nie dopuszczony został jej ławnik do udziału w głównej komisji, jaką jest komisja budżetowa magistratu. Ten stan rzeczy z góry ograniczał rolę PPS tylko do podnoszenia uwag krytycznych i wnoszenia poprawek. Nie miała ona możności zwekslowania gospodarki miejskiej na inne tory niż te, na które ją wprowadzała rządząca większość. Nie było w mocy opozycji kierować gospodarką według swej woli. Nie byłaby ona wtedy opozycją. Ogólny kierunek polityki miejskiej musiał biec po linii wytkniętej przez większość.

Rzadko tę linię udało się wygiąć, tym bardziej że nie można było liczyć w sprawach zasadniczych na opozycję, tzw. Klubu Reformy Gospodarki Miejskiej, który prowadzony przez radnego Łypacewicza, właściciela kamienicy, w sprawach np. robotniczych zajmował niejednokrotnie stanowisko bardziej reakcyjne niż rządząca prawica i którego opozycja, trzeba powiedzieć, nosiła często charakter tylko natury osobistej.

Jednak mimo to wpływ klubu radnych PPS był dość znaczny. Z dumą można stwierdzić, że był większy, niż pozwalała na to jego liczebność. Choć klub PPS znajdował się w trudniejszym położeniu niż inne ugrupowania, gdyż robotnicy nie mogli poświęcać sprawom samorządowym tyle czasu co radni mieszczańscy, co adwokaci, lekarze, kupcy itd., to jednak klub często osiągał znaczne sukcesy. Stwierdzić można stanowczo, że bez klubu PPS do tej pory nie byłaby załatwiona sprawa mleczarni miejskiej, upadłaby sprawa cegielni, nie przystąpiono by do budowy piekarni, bez nacisku klubu PPS nie uruchomiono by w r. 1926 robót publicznych. Dzięki klubowi PPS prawa robotników miejskich były zabezpieczone i pozostały do tej pory nienaruszone.

Oczywiście jednak ogólna polityka musiała odpowiadać stanowisku większości, tym bardziej że, jak to już zaznaczono, socjaliści nie zostali dopuszczeni do bliższego udziału w pracy wykonawczej. Praca zaś samorządowa jest tego rodzaju, że opozycja, która uniemożliwia prowadzenie obrad, uchwalanie wniosków, przyjęcie budżetu, jako stały system, nie jest wskazaną i może stać się szkodliwą dla ludności. Na normalnym biegu spraw samorządowych zależy całej ludności. Wytrącanie życia samorządowego z normalnego biegu odbija się na niej bezpośrednio, gdyż w ręku władz miejskich znajdują się szpitale, ochrony, przytułki, przychodnie, opieka społeczna, instytucje użyteczności publicznej, z życiem samorządu związane jest życie codzienne tysięcy ludzi. Klub mający poczucie odpowiedzialności nie może nie brać tych względów pod uwagę i musi pamiętać o tym, by stanowisko jego nie zemściło się i nie stało się szkodliwym dla życia stolicy i jej mieszkańców.

Stanowisko, jakie klub radnych PPS w byłej radzie miejskiej zajmował, daje Polskiej Partii Socjalistycznej pełne prawo do wezwania pracującej ludności stolicy, by poparła jej walkę o nową radę miejską, by w akcji wyborczej koło niej się skupiła, by w dniu wyborów jej listę poparła. Ludność pracująca musi poprzeć Polską Partię Socjalistyczną. Jest ona jedynym stronnictwem, które na zasadzie swego udziału w byłej radzie miejskiej powinno w obecnych wyborach otrzymać głosy wszystkich ludzi pracy, którym zależy na rozwoju naszej gminy zgodnie z zasadami demokracji, zgodnie z interesami ogółu mieszkańców Warszawy.

Nie można przecież poprzeć Chrześcijańskiej Demokracji, która należąc do większości byłej rady miejskiej, wchodząc w skład Koła Narodowego, była jednym z głównych filarów dotychczasowego zarządu stolicy. W sposób demagogiczny grając na uczuciach ciemnych warstw ludności, Chrześcijańska Demokracja nie posiada żadnej ideologii, żadnego programu, żadnych podstaw. Pozornie lawirując pomiędzy prawicą a lewicą, jest w gruncie rzeczy tylko narzędziem prawicy, która posługuje się nią w celu osłabienia ruchu robotniczego. Popieranie Chrześcijańskiej Demokracji jest popieraniem prawicy, jest popieraniem spraw kamieniczników i paskarzy, wyzyskujących ludność materialnie, a za pomocą Chrześcijańskiej Demokracji starających się ją wyzyskać moralnie.

Chrześcijańska Demokracja idzie w sprawach samorządowych ręka w rękę ze Związkiem Ludowo-Narodowym, który w magistracie rozwinął i utrwalił w sposób niesłychany system protekcyjny. Nie mogąc znaleźć innej drogi do serca współczesnej Warszawy, nie posiadając języka, którym z ludnością należy się porozumieć, stronnictwa te wraz z innymi drobnymi grupami utworzyły Komitet Obrony Polskości Stolicy, który ma prowadzić ludność Warszawy do walki wyborczej w imię niebezpieczeństwa, jakie niby zagraża polskiemu charakterowi miasta. Ten frazes nikogo w błąd wprowadzić nie może. Polski charakter stolicy najpewniej i najtrwalej zabezpieczą tysięczne rzesze polskiego ludu pracującego, polski charakter stolicy nie zostanie nigdy nadwyrężony, gdy większość jej reprezentacji stanowić będą przedstawiciele ruchu robotniczego, który w obronie sprawy polskiej dojrzewał i wzrastał, który zakładał fundamenty niepodległej Polski. Obrona powierzona Związkowi Ludowo-Narodowemu i Chrześcijańskiej Demokracji w zbyt słabych znalazłaby się rękach i doprowadziłaby rychło do tego, że zamiast pracy nad rozwojem Warszawy, która liczy milion mieszkańców, posiada majątek wartości blisko 400 milionów złotych i stać się może ogromnym warsztatem życia narodowego, mielibyśmy bezpłodne krzykactwo i pustą frazeologię.

Chrześcijańska Demokracja nie jest obozem ludności pracującej. Jest agentem warstw posiadających i tak przy wyborach traktowana być powinna. Ale jednocześnie w sposób bezwzględny, w sposób najbardziej ostry i stanowczy wystąpić należy w czasie akcji wyborczej przeciwko komunistom. W ostatnich wyborach do rady miejskiej komuniści nie brali udziału, twierdząc, że nie mogą pracować razem z burżuazją. Stanowisko PPS ogłoszone było za zdradę sprawy robotniczej, w odezwach swych komuniści wzywali do bojkotowania wyborów. Dziś zmienili zdanie. Wprawdzie wtedy, w r. 1919, liczyli na najazd moskiewski, liczyli na to, że do władzy w Polsce dojdą, gdy Polskę zaleje ciemne żołdactwo, pchane z rozkazu Apfelbauma i Bronsteina-Trockiego. Gdy najeźdźców przepędzono znad Wisły, gdy zostali tu pobici, nasi komuniści zmienili taktykę. Gdy zawiódł ich bagnet, zaczęli próbować, czy nie zawiedzie ich pieniądz moskiewski. Po całej Polsce rozpełzli się agitatorzy komunistyczni, dobrze opłacani przez Moskwę, posłuszni jej wskazówkom. Prócz prowadzenia agitacji komunistycznej, która ma za zadanie szerzyć w Polsce sympatie dla Rosji, mają oni po większej części jeszcze obowiązek pełnienia służby szpiegowskiej. Płatny agitator moskiewski i szpieg w jednej osobie usiłuje kierować ruchem robotniczym, zepchnąć go na drogę nie mającą nic wspólnego ze sprawą robotniczą. Na przykładzie fabryk warszawskich obserwować można, jakie są dla robotnika polskiego rezultaty ich akcji. Najniższe zarobki, najgorsze położenie robotników jest tam, gdzie górę wzięli komuniści. Ponadto stan moralny robotników w zakładach tych jest taki, że z trudem wyobrazić sobie można akcję solidarną i planową w celu poprawy stosunków. Panuje ogólne przygnębienie. Robotnicy są zdolni do odruchów i krótkich wybuchów, nie mając właściwej organizacji, nie mają siły do podjęcia skutecznej walki. Z ich przedstawicielami, na których spoczywa podejrzenie, że są płatni przez Moskwę i że prowadzą akcję szpiegowską, nikt porozumiewać się nie chce. Oczywiście taki stan rzeczy jest na rękę przede wszystkim fabrykantom. Doszło do tego, że w niektórych fabrykach, jak np. w Pocisku, dyrekcja chętnie toleruje komunistów, bezwzględnie usuwając z fabryki każdego pepeesowca. Komuniści są dla niej najlepszą rękojmią bezwładu i rozbicia ruchu robotniczego. Warunki w Przędzalni i u Lilpopa potwierdzają nasze uwagi. Gdy robotnicy w Zbrojowni nr 2 usunęli delegację komunistyczną, zdołali ożywić swą akcję i osiągnąć pewne korzyści. Koło komunistów grupują się najbardziej nieuświadomione i najbardziej ciemne żywioły robotnicze. Tam, gdzie wzrasta świadomość, gdzie los się poprawa, tam komunizm pierzcha. Toteż w Austrii w wyborach w dn. 24 kwietnia r. b. komuniści doznali zupełnej porażki, socjaliści odnieśli zwycięstwo.

Prócz wielu dowodów na to, że komuniści nie mają na celu osiągnięcia realnych zdobyczy dla proletariatu, lecz że raczej chodzi im o rozbicie zorganizowanego ruchu robotniczego, wywołania bezcelowych, a zarazem szkodliwych awantur, posłużyć może właśnie ich stosunek do spraw samorządowych.

Niezwykle charakterystyczne są instrukcje dawane komunistom wybieranym do rad miejskich. Instrukcje te wyraźnie zmierzają do uniemożliwienia wszelkiej pracy w radach miejskich i do wywoływania możliwie wielkiej ilości awantur w celach demagogicznych. Socjalistyczna Partia Niemiec podała do wiadomości przedruk instrukcji wydanej przez centralę niemieckiej partii komunistycznej dla nowo obranych członków rad miejskich. Instrukcja ta w głównych zarysach przedstawia się następująco:

Radni obowiązani są na każdym zebraniu rady miejskiej i przy każdym punkcie porządku dziennego stawiać własne wnioski, choćby wnioski te były niemożliwe do zrealizowania. Wnioski te należy przy każdej sposobności powtarzać. Instrukcja zaznacza, że zachowanie się radnych komunistycznych musi się zasadniczo różnić od zachowania socjalistów. Każdy radny komunistyczny winien pamiętać, że nie jest on członkiem zebrania, który razem z innymi prawodawcami ma pracować, ale jest agitatorem wysłanym do obozu wrogiego, by spełniać nakazy swej partii.

Radny komunistyczny nie odpowiada przed swymi wyborcami, ale przed swą legalną lub nielegalną władzą komunistyczną.

Komunistyczni przedstawiciele powinni zachowywać się wyzywająco zarówno w stosunku do przedstawicieli burżuazyjnych, jak i socjalistów.

Komuniści na każdym posiedzeniu rady miejskiej winni stawiać wnioski nagłe i żądać zmiany porządku dziennego.

Przy każdym temacie należy mówić o ogólnym położeniu politycznym, a na uwagi przewodniczącego odpowiadać, że nie rozumie on spraw politycznych, gdyż żadna sprawa nie może być traktowana w oderwaniu od ogólnej sytuacji politycznej. Komunista powinien mówić, nie zwracając uwagi na przywoływanie do porządku przez przewodniczącego, ustępować powinien z mównicy tylko przed siłą fizyczną policji lub wojska.

Tam, gdzie komuniści są w mniejszości, nie powinni nigdy głosować za budżetem, w ostateczności niech głosują razem z reakcją przeciwko wnioskom budżetowym socjalistów, choćby to miało uniemożliwić gospodarkę miejską ze szkodą zaspokojenia najbardziej palących potrzeb ludności.

Tam, gdzie komuniści zdobędą większość, powinni obsadzić wszystkie stanowiska przez komunistów, pozbawić radę miejską demokratycznych więzów i zamienić ją na trybunę agitacyjną.

Oczywiście należy się z tym liczyć, że taka rada miejska zostanie rozwiązana. Wtedy należy się starać o otrzymanie większości w następnej radzie miejskiej, aby prowadzić politykę taką samą i doprowadzić do nowego rozwiązania rady i ustanowienia komisarza rządowego. Zadaniem komunistów będzie wtedy uniemożliwienie wszelkiej pracy temu komisarzowi.

Zadaniem gminy i rady miejskiej o komunistycznej większości nie jest wprowadzenie reform, ale wyzyskanie zarządu gminy do walki z rządem.

Taka jest ta instrukcja w najważniejszych swych punktach. Zmierza ona wyraźnie do wywołania awantur i zamieszek. Jest to także celem komunistów polskich, działających na rozkaz bolszewików z Moskwy.

Toteż przy obecnych wyborach w Warszawie nie powinien paść ani jeden głos uświadomionego robotnika na listę komunistyczną. Akcji komunistycznej powinien się przeciwstawić solidarnie cały świat pracy, jako ruchowi szkodliwemu, służącemu obcym celom i zadaniom.

Polska Partia Socjalistyczna w walce, którą prowadzi przeciwko komunistom, winna być poparta przez najszersze warstwy ludności. Trzeba pamiętać, że jedynie Polska Partia Socjalistyczna jest zdolna do skutecznego zwalczania komunistów, że tylko polski ruch socjalistyczny może wytępić szkodliwy dla polskiego proletariatu i polskiego życia komunizm. Winna zdawać sobie z tego sprawę przede wszystkim inteligencja pracująca i nie pozwolić na rozbijanie głosów. Wszelkie próby wyodrębnienia inteligencji pracującej z ogólnego ruchu nie mają sensu, nie prowadzą do niczego i osiągają wpływ i wynik ujemny. Charakter pracy w radzie miejskiej, zmaganie się interesów i tendencji rozwojowych różnych warstw i grup społecznych winny określać stanowisko wyborców. Nie tworzenie koterii, nie pchanie do rady miejskiej ambitnych jednostek, lecz oparcie się o wypróbowany w walce obóz polskiego socjalizmu, powinny być dążeniem wszystkich ludzi pracy i tym kierunkiem, który poprowadzi do realnych zdobyczy i do wielkiego zwycięstwa. Toteż nie mogą obudzić zaufania, nie mogą nikogo porwać i natchnąć entuzjazmem grupy inteligencji, rywalizując zawsze ze sobą zawzięcie. Nie znajdujemy tam wyraźnego programu gospodarczego prócz haseł mających świadczyć o dobrych chęciach, nie możemy odnaleźć fundamentów społecznych.

O Narodowej Partii Robotniczej Warszawy mówić nie warto.

Partia ta niezbyt chlubnie zapisana w historii polskich ruchów politycznych, rozbita, bez ideologii i programu, nie może ustalić swego kierunku i nie daje wyborcom gwarancji, że zachowa tę drogę, o której podczas agitacji wyborczej mówi.

Głosowanie na listę Polskiej Partii Socjalistycznej, listę robotników i inteligencji pracującej, jest jedynie wskazanym, dla ludności pracującej – koniecznym. Oczywiście Polska Partia Socjalistyczna nie będzie obiecywać, jak to niektóre organizacje już czynią, że po odniesieniu w wyborach zwycięstwa wypuszczać będzie na ulice woły pieczone, z których kto zechce, będzie mógł wykrajać sobie pieczeń na obiad. Lecz daje ona pewność, że polityka jej będzie uwzględniała przede wszystkim interesy ubogiej ludności, że będzie zmierzała do rozstrzygnięcia trudnych problemów gospodarczych zgodnie z interesami miasta i szerokich warstw jego mieszkańców. Polska Partia Socjalistyczna jest bowiem tym stronnictwem, które musi podjąć jak najbardziej energiczną walkę o rozpoczęcie ruchu budowlanego i położenie kresu bezrobociu, które domagać się musi najbardziej stanowczo bruków, kanalizacji i oświetlenia dla przedmieść, które, zdobywszy większą ilość miejsc w radzie miejskiej i magistracie, musi przeprowadzić reformę Wydziału Zdrowia Publicznego oraz Wydziału Opieki Społecznej i Szpitalnictwa, które podda rewizji system podatkowy, ożywi działalność Komitetu Rozbudowy, uczyni z Zakładów Zaopatrywania instytucję walki z drożyzną, skieruje Agril na drogę szeroko zakrojonej akcji na rzecz szpitali, ochron, szkół itd. Polska Partia Socjalistyczna jest tym stronnictwem, które dążyć musi do rozwinięcia żywej działalności oświatowo-kulturalnej wśród mas robotniczych. Polska Partia Socjalistyczna jest wreszcie tym jedynym stronnictwem, które, osiągnąwszy przy wyborach zwycięstwo, podda zmianie zasadniczej całokształt gospodarki miejskiej, uzgodni ją z potrzebami miasta i pracującej ludności, nie ulegnie wymaganiom kamieniczników, paskarzy i spekulantów Jej program, jej ideologia, stosunek do zagadnień społecznych, odcinając ją ostro od innych stronnictw, wyznacza wyraźnie linię, po której idzie jej polityka samorządowa. Przytoczone przykłady sprawę te dokładnie oświetlały. Trzeba, by wyborcy spełnili swój obowiązek.

Gospodarka miasta Warszawy winna być skierowana na inne tory. Teraz dokonać tego mogą robotnicy i inteligencja pracująca. Ci, co oddadzą swe głosy na listę Polskiej Partii Socjalistycznej, ci przyczynią się do jej zwycięstwa, zapewnią Warszawie rozwój i rozkwit, uczynią z niej wielkie ognisko twórczej pracy kulturalnej i społecznej.

Idźmy więc w dniu 22 maja wszyscy do urny wyborczej i oddajmy głosy na listę Polskiej Partii Socjalistycznej.

Czas najwyższy, by gospodarzem naszego miasta została ludność pracująca. Czas, by jej przedstawiciele objęli zarząd stolicy, czas, by Polska Partia Socjalistyczna, ten czołowy zastęp polskiej demokracji i polskiego ludu, weszła zwycięsko do zatęchłych sal warszawskiego ratusza.

Zwycięstwo PPS będzie największą gwarancją, że działalność naszej gminy nieść będzie polepszenie bytu jej mieszkańcom, że samorząd w Warszawie stanie się cennym dorobkiem naszej kultury i cywilizacji, warsztatem usilnej pracy na rzecz ludności, całego narodu i państwa.

Warszawa, maj 1927
________________________
Powyższy tekst to cała broszurka, Wydawnictwo Warszawskiego Okręgowego Komitetu Robotniczego Polskiej Partii Socjalistycznej, Warszawa, maj 1927. Od tamtej pory nie była wznawiana, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Obrazek wykorzystany w tekście pochodzi z PPS-owskiego pisma „Tydzień Robotnika” z lat 30.   

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *