Aleksander Dek

Prawo człowieka pracy. Losy ustawodawstwa społecznego w Polsce

[1932]

Okres rewolucyjny (1918-1923)

Listopad 1918. Na terenie Polski chaos zupełny. Okupanci austriacko-niemieccy uciekli w popłochu. W kraju tworzą się powoli nowe władze Polski Niepodległej. Na wschodzie rewolucja bolszewicka, niszcząca resztki rządów carskich, na zachodzie rewolucja niemiecka, rząd socjalistyczny, władcy tego kraju obaleni, książęta i cesarz niemiecki uciekają w popłochu z Niemiec.

Oto sytuacja, w jakiej powstaje Polska Niepodległa. Odbywało się to w atmosferze wstrząsów społecznych i nastrojów rewolucyjnych, jakich świat od dziesiątków lat nie przeżywał. W wielkich ruchach rewolucyjno-społecznych XIX w. klasa robotnicza brała udział jako grupa współdziałająca, bez własnej ideologii, bez tradycji i organizacji. Inaczej przedstawiała się sytuacja w roku 1918. Klasa robotnicza uczestniczyła w tych walkach, narzucając ruchowi swą ideologię, przestała już być jedynie współtwórcą, ale stała się siłą kierującą całym ruchem. Nic dziwnego, że jej żądania i jej ideały nadawały ściśle określony kierunek całemu ruchowi, wobec czego ustawodawstwo społeczne w żądaniach tych zajmowało miejsce naczelne, stanowiło konkretny program klasy robotniczej na dziś. Urzeczywistnienie ustawodawstwa socjalnego wysunęło się jako jedno z najważniejszych zadań rewolucji.

Klasy posiadające były w tym okresie faktycznie bezsilne. Można to było stwierdzić wszędzie, a także i w Polsce. Rzeczpospolita nie posiadała wówczas władzy, w każdym bądź razie władza ta była niesłychanie słaba.

Klasy posiadające nie mogły zdobyć się na poważniejszy protest przeciw rządowi ludowemu, walka zaś ich z tym rządem stanowiła raczej próbę sabotażu i wygłodzenia go aniżeli protest. Zamach styczniowy (Sapiehy w 1919 r.), ta kilkugodzinna tragifarsa, był dowodem bezsilności i braku orientacji polskich klas posiadających.

W tej sytuacji klasa robotnicza i jej przedstawicielka, Polska Partia Socjalistyczna, biorąca udział w Rządzie Ludowym, zrealizowała część swego programu w dziedzinie polityki społecznej na gruncie powstającego państwa burżuazyjnego. W ciągu istnienia Rządu Ludowego ukazało się kilka dekretów (Sejm jeszcze się nie zabrał), urzeczywistniających stare żądania klasy robotniczej. Przede wszystkim ogłoszono (23.XI.1918 r.) dekret o „8-godzinnym dniu pracy”. Następnie ogłoszono dekret „o urządzeniu i działalności inspekcji pracy” (3.I.1919), dekret o „obowiązkowym ubezpieczeniu na wypadek choroby” (11.I.1919) i dekret „w przedmiocie tymczasowych przepisów o pracowniczych związkach zawodowych” (8.II.1919 – dekret ten ukazał się wprawdzie po upadku rządu ludowego, został jednak opracowany jeszcze przez ten rząd). Wymieniamy najważniejsze ustawy tego okresu z dziedziny polityki społecznej. Punktem wyjścia tych ustaw było państwo demokracji burżuazyjnej, albowiem nie naruszały one w niczym zasadniczych podstaw jego ustroju, ograniczały jedynie samowolę kapitału i dawały klasie robotniczej potężny środek podniesienia życia materialnego i duchowego mas proletariackich.

Wspominaliśmy już, że burżuazja polska przyjęła te ustawy bez protestu. Była to rzecz zupełnie zrozumiała. Nie mogła przeciw nim wystąpić, nie mając odpowiednich sił, a ponadto – bała się potęgi ruchu robotniczego. W tym okresie lęku burżuazji przed klasą robotniczą robotnik przestał być „człowiekiem”, któremu mówiono „ty”, którego w razie najmniejszego oporu zamykało się w cyrkule lub posyłało do więzienia, ale stał się

„obywatelem robotnikiem”,

któremu, oczywiście, powinno się dać należne prawa.

W r. 1920 wojna z bolszewikami została ukończona, w marcu 1921 zawarto pokój ryski. Armia demobilizuje się powoli i staje się typową w czasie pokoju armią państwa burżuazyjnego. Powstaje nowy i silny ośrodek władzy, podpora tzw. ładu i spokoju. Tworzy się policję państwową, oczywiście, „bezpartyjną”, stojącą również na straży „bezpieczeństwa publicznego”. W Sejmie, wybranym w styczniu 1919, klasy posiadające mają silną reprezentację, przedstawiciele PPS są grupą stosunkowo nieliczną. Na zachodzie reakcja zaczyna również podnosić głowę, co wzmacnia samopoczucie również i naszej burżuazji. Stłumione zostają krwawo ruchawki komunistyczne w Niemczech (Monachium, Hamburg itd.), na miejscu komunistycznej republiki węgierskiej powstaje reakcyjna monarchia, z regentem na czele. „Czarne koszule” włoskie, pod wodzą Mussoliniego, przechodzą do ataku.

Wzrost reakcji na całym świecie jest widoczny i niewątpliwy.

Mimo to polityka społeczna polska rozwija się dalej, jakkolwiek w słabszym tempie. W maju 1922 r. Sejm uchwala ważną ustawę „o urlopach dla pracowników zatrudnionych w przemyśle i handlu”, w sierpniu 1923 ustawę „o opiece społecznej”, w lipcu 1924 dwie ustawy „o pracy kobiet i młodocianych” i ,,o zabezpieczeniu na wypadek bezrobocia”; nie wyliczamy ustaw mniej ważnych, których wydano znacznie więcej.

Jak fakt ten tłumaczyć? Reakcja światowa wzmaga się niewątpliwie (Mussolini przy władzy, zamordowanie prez. Narutowicza itd.), u nas zaś Sejm, w większości reakcyjny, mimo to zdobywa się na takie akty ustawodawcze? Czyżby burżuazja i jej stronnictwa uwierzyły w konieczność ochrony pracy jako „konieczność państwową”? Bynajmniej, powody były zupełnie innego rodzaju. Aż do roku 1924 Polska nie posiadała stałej waluty, środkiem obiegowym była „marka polska”, której wartość od powstania Rzeczypospolitej aż do początku r. 1924 stale spadała.

Drugie półrocze 1923, okres największej dewaluacji marki polskiej, było jednocześnie okresem największego obniżenia się płac robotniczych w Polsce. Klasy posiadające (przynajmniej ich część przeważająca), nie tylko nie odczuwały spadku wartości pieniądza, lecz osiągały z niego duże korzyści. Zorientowały się dość szybko, że marka polska nie może być ich walutą i dlatego stały się nią waluty o stałej wartości, przede wszystkim zaś dolar amerykański.

Wobec stałego spadku marki polskiej i obniżenia się poziomu płac robocizna stanowiła coraz mniejsze odsetki ogólnych kosztów produkcji. Nic więc dziwnego, że polskie klasy posiadające, jakkolwiek krzywym okiem patrzyły na ustawy uchwalone przez Sejm, przyjmowały je bez poważniejszego protestu, albowiem wydatki poniesione na ten cel w bezwartościowych markach polskich, były bardzo małe.

Masa robotnicza nie przyjmowała bynajmniej z rezygnacją swego stałego zubożenia i nędzy. Dowodem tego jest liczba strajków w tym okresie.


Jak widzimy, rok największego i najszybszego spadku marki polskiej był też rokiem największej liczby strajków. Nie brakowało też i innych powodów rozwoju polityki społecznej w okresie 1922-1924, a mianowicie niezałatwiona faktycznie sprawa reformy rolnej. Ustawa o reformie rolnej, uchwalona w lipcu 1920, a więc bezpośrednio przed inwazją bolszewicką, nie została wykonana z powodu interpretacji przez sądy, uniemożliwiającej jej wykonanie. Stronnictwa chłopskie, dążąc do wykonania reformy rolnej, musiały szukać poparcia w innych stronnictwach, przede wszystkim zaś w Polskiej Partii Socjalistycznej. Temu też zawdzięczać należy ich glosowanie w Sejmie za ustawodawstwem społecznym.

Odparte ataki (1924-1926)

W lutym 1924 kurs marki stabilizuje się faktycznie na poziomie 1800 tysięcy mk = 1 zł, kilka miesięcy później stan ten zostaje zalegalizowany ustawodawczo. Od lipca 1924 marka przestaje odgrywać rolę środka płatniczego, na jej miejsce wchodzi złoty polski jako pełnowartościowa waluta, oparta na zlocie.

Fakty te stanowią ważne daty w historii polskiej klasy robotniczej. Ustawy społeczne, uchwalone w lipcu 1924 (o których poprzednio mówiliśmy), są jak gdyby podzwonnym poprzedniego okresu. Złoty to nie marka bezwartościowa. Każdy grosik podwyżki płac to rzeczywiste zwiększenie kosztów produkcji, to zwiększony udział klasy robotniczej w dochodzie z niej płynącym. Płace realne podnoszą się. Walka o ustawodawstwo społeczne staje się coraz trudniejsza, polska polityka społeczna wkracza w fazę zupełnego zastoju.

Odchodzą w przeszłość czasy, gdy robotnik był „obywatelem-robotnikiem”. Stał się on znowu „siłą roboczą”, której każda minuta pracy była bardzo droga i cenna, ustalana według z góry obmyślanego planu.

Ową „sprawiedliwość społeczną”, jaką miała być ochrona pracy w myśl traktatów pokojowych, zastąpiło nowe słowo – „ciężary społeczne”. Wszystkie ustawy, uchwalone poprzednio, stały się nagle „ciężarami, rujnującymi życie gospodarcze”, którym przemysł podołać nie może. Hasło zmniejszenia ciężarów społecznych wysuwa się na czoło wszystkich żądań tzw. sfer gospodarczych.

Ciekawa jest taktyka poszczególnych gabinetów w tym okresie, od r. 1921 począwszy. W październiku 1921 złożył ówczesny minister skarbu p. Jerzy Michalski projekt ustawy „o naprawie skarbu”. Pan Michalski domagał się także usunięcia „krępującego” przepisu w ustawie o czasie pracy, w myśl którego czas pracy ponad 46 godzin tygodniowo jest zakazany ustawowo. O ile pracodawcy i robotnicy, za obopólnym porozumieniem, zgodzą się dobrowolnie na przedłużenie czasu pracy, wówczas miałoby to być dopuszczalne. Projekt ten wywołał jednak wśród klasy robotniczej taką burzę protestów, że p. Michalski musiał go faktycznie wycofać.

Późniejsze rządy, nauczone doświadczeniem, nie składały więcej tego rodzaju projektów. Polska Partia Socjalistyczna była zbyt silnym czynnikiem politycznym na terenie kraju i w Sejmie, by rządy te odważyły się (mimo zachęty prawicy i „sfer gospodarczych”) na tego rodzaju projekty. Nie składał ich rząd gen. Sikorskiego ani reakcyjny rząd „Chjeno-Piasta”, nie odważył się na to również gabinet prawicowy w istocie rzeczy, Władysława Grabskiego. O ograniczeniu ustawodawstwa społecznego w czasie gabinetu koalicyjnego, w którym uczestniczyła Polska Partia Socjalistyczna, nie było oczywiście mowy.

Takie koleje przechodziła polska polityka społeczna w okresie 1918-1926, tzn. do czasu przewrotu majowego. Jest to okres zamknięty w naszym życiu politycznym, wobec czego można dzisiaj już odpowiedzieć na pytanie, co dał on klasie robotniczej? Wynikiem tego okresu jest niewątpliwie nowoczesne ustawodawstwo społeczne, umożliwiające jej legalną walkę o byt, dzięki 8-godzinnemu dniu pracy, swobodzie koalicji (dekret o związkach zawodowych), ograniczeniu wyzysku pracy kobiet i młodocianych, dzięki prawu do zasiłku i pomocy na wypadek choroby (ustawa o ubezp. na wypadek choroby), które chroni ją od nędzy ostatecznej, dzięki ustawie o zabezpieczeniu na wypadek bezrobocia i tzw. akcji pomocy doraźnej po wyczerpaniu okresu zapomogowego.

Wszelkie próby ograniczenia świadczeń społecznych zostały zwycięsko odparte. Klasa robotnicza zdołała obronić zdobycze społecznie z lat 1918-22 także i w okresie kryzysu gospodarczego w roku 1924-26.

Obietnice i demagogia (1926-1928)

Przewrót majowy zmienia zupełnie sytuację polityczną Rzeczypospolitej i klasy robotniczej. Pierwszy premier rządów pomajowych, prof. Bartel, oświadcza wówczas w Sejmie (dnia 19 lipca 1926), iż „Rząd nie dopuści, aby w jakiejkolwiek mierze doznały szwanku słuszne prawa i interesy pracy, aby zapanował wyzysk tej pracy”.

Słowa te miały być zapewne dowodem, iż rządy pomajowe, jako rządy „fachowe i bezpartyjne”, niezwiązane ideowo z żadną partią polityczną okresu poprzedniego, będą „rządami sprawiedliwymi”.

Trzeba też stwierdzić, że rząd miał wówczas w ręku poważny instrument, dzięki któremu mógł ,,sprawiedliwie rządzić”, a były to tzw. pełnomocnictwa, tj. prawo wydawania rozporządzeń Prezydenta RP z mocą ustawową.

Okres 1926-28 to okres dobrej koniunktury gospodarczej na całym świecie, także i w Polsce. Tego rodzaju chwile ułatwiają realizację ustawodawczą polityki społecznej. Rząd, mając i koniunkturę, i prawo dekretowania, mógł to uczynić bez poważniejszych trudności, na które zazwyczaj narażone są rządy parlamentarne.

W marcu 1928 odbyły się wybory do Sejmu i Senatu. Obóz pomajowy wystąpił z własną listą wyborczą i pragnął, oczywiście, aby i klasa robotnicza oddała głosy na tę listę. Wobec tego trzeba było wytworzyć nastrój, że rządy pomajowe opiekują się sprawami polityki społecznej, czego dowodem miały być właśnie owe rozporządzenia. Ukazało się więc wiele takich rozporządzeń, wśród nich zaś tylko jedno o większym znaczeniu społecznym: ustawa „O ubezpieczeniu pracowników umysłowych”. Reszta, jak np. rozporządzenia o umowie o pracę robotników fizycznych i pracowników umysłowych, są albo uporządkowaniem formalnym istniejącego stanu faktycznego, i inne jak np. rozporządzenie „o bezpieczeństwie i higienie pracy”, ustawą ramową, której realizacja zależy od wydania kilkudziesięciu rozporządzeń wykonawczych. Dotychczas nie ukazało się ani jedno. Inne wreszcie, jak np. rozporządzenie „o opiekunach społecznych”, wymagałoby bardzo poważnych środków finansowych państwa i samorządów, których to środków dotychczas nie dostarczono.

Wspominaliśmy, iż reformą społeczną, mającą duże znaczenie, jest rozporządzenie o „ubezpieczeniu pracowników umysłowych”. Ubezpieczenia te istniały już w czasach zaborczych, w b. dzielnicy pruskiej i austriackiej, nie było ich natomiast w b. zaborze rosyjskim. Wobec tego przemysł tych dzielnic, w których ubezpieczenia te istniały, był bardziej obciążony, aniżeli w byłej dzielnicy rosyjskiej. Należało wobec tego „ciężary” te zrównoważyć przez wprowadzenie ich i w byłej dzielnicy rosyjskiej, trudno bowiem odbierać to, co dały władze zaborcze. A dotyczyło to sum dość znacznych, gdyż np. w byłym zaborze austriackim składka wynosiła 12% płacy, w byłym zaborze pruskim 8-10% płacy. Wprowadzenie zatem tej ustawy obniżało składkę w byłym zaborze austriackim (obecnie wynosi 10%) i ujednostajniało ciężary.

W okresie dekretów, mimo bardzo solennych zapowiedzi i przyrzeczenia, nie wydano dekretu o ubezpieczeniu na starość. Projekt był opracowany całkowicie, mimo to nie wszedł w życie. „Rząd sprawiedliwy” uląkł się gróźb „sfer gospodarczych” i przyrzeczenia nie spełnił.

Taki jest rezultat pięcio i półrocznej pracy ustawodawczej pierwszego okresu rządów pomajowych, nieskrępowanych trudnościami parlamentarnymi i zawdzięczających swe zwycięstwo klasie robotniczej.

Właściwe oblicze

Z ustąpieniem gabinetu prof. Bartla (w marcu r. 1929) kończy się pierwszy okres sanacji. Do steru przychodzi inna grupa, tzw. pułkownikowska. Sanacja, już na kilka miesięcy przed upadkiem prof. Bartla, ujawniła taktykę.

Próba rozbicia Polskiej Partii Socjalistycznej i patronowanie znanym wyczynom p. Rajmunda Jaworowskiego zdradzały niedwuznacznie zamiary sanacji. Zależało jej na osłabieniu PPS przez rozłam i spory wewnętrzne. Pan Rajmund Jaworowski miał stać się wodzem „odrodzonego socjalizmu”, jak to sam określał [mowa o rozłamowej, propiłsudczykowskiej PPS – dawna Frakcja Rewolucyjna –  przyp. redakcji Lewicowo.pl].

W lutym 1929 r. pan poseł Walery Sławek wygłosił w gronie przemysłowców łódzkich przemówienie, w którym zapowiedział otwarcie walkę Polskiej Partii Socjalistycznej, grożąc terrorem fizycznym jej przywódcom i „odebraniem beneficjów” w Kasach Chorych. PPS, jako najsilniejsze ugrupowanie robotnicze, miała większość w samorządach Kas Chorych na terenie b. zaborów rosyjskiego i austriackiego. Skoro PPS nie chce iść z sanacją – rozumował p, poseł Sławek – musi być za to ukarana: „zostaną jej odebrane Kasy Chorych”. Można było tłumaczyć zamiary te jako walkę z PPS i jednoczesne utrzymanie dotychczasowej przyjaznej linii sanacji wobec klasy robotniczej i tak też wielu ludziom się zdawało. Nie trzeba było jednak zbyt wielkiej bystrości politycznej, by przewidzieć, że to nie jest tylko zapowiedź walki z PPS, ale rozbrat zupełnie formalny i jawny z dotychczasowymi pozorami polityki przyjaznej dla całej klasy robotniczej, uprawianej za czasów prof. Bartla.

Rzecz charakterystyczna, że promotorem tej nowej ideologii sanacyjnej była grupa pułkownikowska. A więc ludzie, którzy w czasie zaborów byli członkami PPS lub jej sympatykami albo też pracowali w organizacjach współdziałających z PPS, jak np. POW. Oni właśnie podjęli się teraz dzieła, którego nie miał odwagi wykonać żaden z rządów przedmajowych – ataku na zdobycze społeczne klasy robotniczej z okresu 1918-1924.

Typowa rola renegatów socjalizmu.

Gdy raz weszli na drogę polityki kapitalistycznej, muszą bezwzględnością, ujawnioną w walce z klasą robotniczą, przełamywać nieufność swych nowych panów i zmazywać grzechy górnej i chmurnej młodości.

Aż do r. 1931 prowadzono tę akcję z dużą dozą zręczności, zawsze w imię walki tylko z PPS; czasem mawiano nawet, iż czynią to „w imię dobra – klasy robotniczej”. Pod osłoną tych haseł rozbijano ruch zawodowy, tworząc aż trzy własne ugrupowania robotnicze (Jaworowski, Moraczewski, NPR – Lewica). „W imię dobra klasy robotniczej” obniżano płace robotników rolnych, „w imię dobra klasy robotniczej” przyjmowano bez protestu do wiadomości stałe obniżanie płac robotników przemysłowych, ,,w imię dobra klasy robotniczej” zmniejszano stale liczbę osób pobierających zasiłki z Funduszu Bezrobocia, mimo zwiększającej się liczby bezrobotnych, i zlikwidowano doraźną pomoc państwową dla bezrobotnych.

Nadeszła jednak chwila, że trzeba było szukać innych argumentów; stało się to wówczas, gdy na porządku dziennym Sejmu znalazły się trzy ustawy, a mianowicie:

„projekt w sprawie zmian w ustawie o czasie pracy w przemyśle i handlu”, „projekt w sprawie zmian w ustawie o urlopach” i „projekt ustawy o ubezpieczeniu społecznym”.

Większość przepisów, zawartych w tych projektach, jest już zupełnie jawnym popieraniem interesów kapitalistycznych, ba, już nawet nie ogółu kapitalistycznego, ale jego grupy (dużej u nas), gospodarczo najbardziej ciemnej i zacofanej.

Projekt zmian ustawy o czasie pracy jest może najbardziej widocznym dowodem tego twierdzenia. Jest rzeczą powszechnie znaną, iż ulepszenie metod produkcji i jej sprawniejsza organizacja umożliwiają skrócenie dnia pracy bez zmniejszenia wyników tejże produkcji, tzn. ilości i jakości wyprodukowanych towarów. Klasa robotnicza, domagając się krótszego dnia pracy, broni się przeciw zwiększającemu się wyzyskowi, wynikłemu z ulepszenia technicznego i organizacyjnego metod produkcji. Z tych to powodów walka o 8-godzinny czas pracy była w świecie powojennym praktycznie przesądzona. W państwach europejskich (nawet dyktatorskich) 8-godzinny dzień pracy był zasadą powszechnie uznaną i bezsporną. Istniało i istnieje bardzo silne dążenie do skrócenia dnia pracy poniżej 8 godzin. Robotnicy w wielu krajach i w wielu zawodach potrafili to żądanie urzeczywistnić.

Rząd polski należał zawsze do najbardziej gorliwych zwolenników 8-godzinnego dnia pracy – jednak tylko w Genewie. Tam dopiero na niezliczonych konferencjach Międzynarodowego Biura Pracy wnioski rządu polskiego aż ociekały z nadmiaru przyjaznego stosunku do robotników. Przedstawiciele innych krajów mieli zastrzeżenia, wyrażali je w formie bardzo oględnej i ostrożnej, przedstawiciele polscy – nigdy. Z dumą udowadniali, iż Polska posunęła się dalej w sprawie skrócenia dnia pracy od innych krajów, dając 46 godzinny tydzień pracy, a więc o dwie godziny krótszy, aniżeli domaga się uchwała Międzynarodowej Konferencji Pracy w roku 1919 w Waszyngtonie.

Rząd polski zmienił nagle pogląd na sprawę czasu pracy. Przygotowano już nie tylko projekt przedłużenia tygodnia pracy do 48 godzin (a więc przedłużenie o dwie godziny), ale także szereg przepisów, które łamią wyraźnie samą nawet zasadę 48-godzinnego tygodnia pracy.

W myśl art. 2 projektu sanacyjnego w tych zakładach, „w których praca odbywa się normalnie przez pięć dni w tygodniu, czas pracy może być przedłużony do 9 godzin na dobę” (najwyżej do 45 godzin tygodniowo). Zezwolenia udzielać ma Ministerstwo Pracy, „jeżeli tego wymagają specjalne względy natury gospodarczej lub technicznej”. Jakże łatwo znajdą się i jak łatwo można wyszukać „specjalne względy gospodarcze”, by pan minister generał Hubicki lub jego następcy zgodzili się na dziewięciogodzinny dzień pracy.

Polska nie darmo uchodzi za kraj reakcji politycznej; obraz byłby jednak niezupełny i nieścisły, gdyby zabrakło dowodów, iż jest również krajem reakcji społecznej, i dlatego też w myśl tego projektu rządowego, zgłoszonego w Sejmie, 10-godzinny dzień pracy jest możliwy w przemysłach sezonowych.

Projekt głosi bowiem (art. 4a), „iż w zakładach pracy, w których praca jest uzależniona od pory roku i warunków atmosferycznych”, dzień pracy może być przedłużony do 10 godzin dziennie.

Sezon budowlany – to wiosna i lato. Wówczas dziesiątki tysięcy robotników budowlanych pracowałoby dziesięć godzin dziennie, w zimie zaś, w okresie przymusowego bezrobocia, gdy ani jeden robotnik budowlany nie pracuje, obniżono by dzień pracy, oczywiście, do 8 godzin. Tylko złośliwi partyjnicy mogliby wówczas twierdzić, iż robotnicy budowlani nie mieliby 8-godzinnego dnia pracy!

Ten przepis stosowano by nie tylko do robotników budowlanych, ale

do wszystkich robotników sezonowych,

tj. do tych, którym warunki atmosferyczne nie pozwalałyby na pracę w zimie lub w czasie niepogody.

Dla pracowników zatrudnionych w zakładach leczniczych – przewiduje projekt

60-godzinny tydzień pracy,

bez jakichkolwiek zastrzeżeń, nie krępując się już niczym.

Projekt przedłuża nie tylko czas pracy, lecz zmniejsza jednocześnie wynagrodzenie za godziny nadliczbowe. W myśl obowiązujących dotychczas przepisów, wynagrodzenie za pracę w godzinach nadliczbowych wynosi 50% przy zatrudnieniu do 2 godzin ponad czas ustawowy i 100% zarobku przy zatrudnieniu powyżej dwóch godzin. W myśl projektu wynagrodzenie to ma być obniżone o połowę, tzn. do 25% i 50% płacy.

Oto pierwszy dokument, świadczący o tym, iż sanacja popiera bez jakichkolwiek zastrzeżeń interesy kapitału. Nie mniejszym dowodem słuszności tego jest także i drugi projekt, zmieniający

ustawę o urlopach.

W myśl obowiązującej dotychczas ustawy robotnicy mają prawo do płatnego urlopu przez 8 dni po przepracowaniu roku i przez 15 dni po przepracowaniu 3 lat, w tym samym przedsiębiorstwie. Ustawa ta ma duże znaczenie społeczne, ustala bowiem zasadę, iż klasa robotnicza ma prawo do odpoczynku płatnego, podobnie jak i pracownicy umysłowi. Oczywiście, że w okresie kryzysu jest ona w małej mierze stosowana, gdyż niewielu robotników pracuje bez przerwy cały rok. Mimo to ustawa ta jest wielką zdobyczą klasy robotniczej, równającą ją z warstwą pracowników umysłowych.

Jest ona jednak dziełem nieskończonym, nawet w okresie dobrej koniunktury i dobrego stanu zatrudnienia. Skoro Sejm ustawę taką uchwalił, należało znaleźć fundusze i pomyśleć o możliwościach spędzenia urlopów przez klasę robotniczą, tworząc fundusze na budowanie domów odpoczynkowych, kolonii robotniczych itd. Niestety, na to się już większość burżuazyjna Sejmu nie zdobyła, nie pomyślały o tym także i samorządy.

I tę ustawę chce sanacja, korzystając z kryzysu, który odwraca uwagę od kwestii urlopów, „zreformować”, zmniejszając ustawowe urlopy robotników do 4 i do 8 dni. Nawet urlop ośmiodniowy jest bardzo krótki i niewystarczający do gruntownego odpoczynku, cóż więc dopiero 4-dniowy. Jest to typowe „mydlenie oczu”, celem chwalenia się zagranicą, że Polska ma ustawę o urlopach.

I te krótkie urlopy jednak nie mają gwarancji prawnej, gdyż w myśl projektu ustawy, „Minister Pracy może w drodze rozporządzeń zawieszać wykonanie przepisów ustawy niniejszej (o urlopach) na określony przeciąg czasu, nie dłuższy jednak niż na rok kalendarzowy”. Pan Minister musi mieć, oczywiście, powody do zawieszenia tej ustawy, dostarczają zaś ich „przypadki spowodowane koniecznościami państwowymi lub gospodarczymi”. Zawsze się takie „przypadki” znajdą, lub też usłużni pomocnicy wynajdą panom ministrom takie „konieczności”, iż prawo do urlopów zostanie zawieszone na rok, później zaś znowu na rok, i tak bez końca, a właściwie do końca – sanacji.

Jest rzeczą znaną, że najbardziej właściwym i najprzyjemniejszym okresem urlopów są miesiące letnie. Z tego powodu ustawa obowiązująca dotychczas głosi, iż co najmniej połowa pracowników ma prawo do urlopów w okresie od 1 maja do 30 września. Nawet i tego przepisu nie uszanowano, albowiem w myśl projektu sanacyjnego minister pracy miałby prawo „ustalania wyjątków”. Możemy być pewni, że wyjątki stałyby się regułą i klasa robotnicza korzystałaby z 4-dniowych urlopów w zimie lub późną jesienią.

Trzecim projektem, przygotowanym przez sanację, jest ustawa o ubezpieczeniu społecznym. Nie będziemy gromadzili na tym miejscu argumentów na temat znaczenia ubezpieczeń społecznych. Dają one klasie robotniczej skromne zabezpieczenie w czasie choroby, po wypadku przy pracy i w razie trwałej niezdolności do pracy, starości, również i rodzinie pozostałej po śmierci żywiciela. Oto program i żądania robotnicze w tej dziedzinie. Jednak ustawa nie może być tylko bezwartościowym świstkiem papieru, dla użytku tzw. propagandy zagranicznej, ale rzeczywistym prawem klasy robotniczej do świadczeń w wypadkach wyżej przytoczonych. Klasa robotnicza musi też mieć rzeczywisty i wyłączny wpływ na kierownictwo tych instytucji, tj. zakładów ubezpieczeń społecznych, zajmujących się udzielaniem świadczeń.

Ani jednego z tych żądań nie spełniono.

Niepodległa Polska dała klasie robotniczej jedną ustawę, która w dużej mierze urzeczywistniała nasze żądania w tej dziedzinie, tj. ustawę o ubezpieczeniu na wypadek choroby. Zniszczono jednak samorząd Kas Chorych. W r. 1929-30 wypędzono brutalnie i bezprawnie przedstawicieli klasy robotniczej z tych instytucji, odebrano im wszelki wpływ na nie. Rozporządzenie (ustawa) Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 29.XI.1930 uświęca ten stan rzeczy na drodze ustawowej. Przewiduje wprawdzie tzw. rady zarządzające, oddaje jednak faktycznie władzę w zakładach ubezpieczeń społecznych dyrektorom, zależnym całkowicie od władz państwowych. Owe rady zarządzające sprowadzono do roli widzów, bez jakiegokolwiek wpływu na los tych zakładów. Sanacja nie miała odwagi przeprowadzenia wyborów nawet do tych rad, mimo iż półtora roku minęło od wydania ustawy.

Zakłady ubezpieczenia od wypadków i zakłady ubezpieczenia inwalidzko-emerytalnego (w byłych zaborach austriackim i pruskim) przejęto wprawdzie z rąk biurokracji niemieckiej i austriackiej i oddano kierownictwo nimi biurokracji polskiej, nie zmieniono jednak ustaw państw zaborczych, poprzestając jedynie na bardzo nieznacznych poprawkach. Zdaje się, że 12-złotowe renty staną się normą, których Polska nie może przekroczyć. W byłych dzielnicach rosyjskiej i austriackiej nie wprowadzono dotąd ubezpieczenia na wypadek inwalidztwa i starości.

Wspomnieliśmy, że sanacja miała faktyczne możliwości spełnienia tego słusznego żądania klasy robotniczej i w okresie od r. 1926 przygotowano aż cztery projekty. Każdy z tych projektów jest gorszy od poprzedniego, ograniczając świadczenia i zwiększając wpływ pracodawców na kierownictwo zakładów udzielających tych świadczeń.

Ustawa o ubezpieczeniu na wypadek choroby pozostała dotychczas niezmieniona. Jednak tylko na papierze. W praktyce stało się inaczej. Po zniesieniu samorządu w Kasach Chorych, ograniczono świadczenia lekarskie, ograniczono zasiłki, utrudniając ich uzyskanie, zmniejszono liczbę lekarstw wydawanych przez Kasy Chorych, słowem: zarządzeniami komisarskimi pogorszono stan dotychczasowy. Gospodarka komisarska doprowadziła kasy chorych do ruiny. Na 250 milionów składek jest 100 milionów zł zaległości. Pracodawcy nie tylko nie wpłacają należnych składek, lecz zatrzymują także i tę część składek (%), które potrącają robotnikom.

To dzieło zniszczenia tak ważnych placówek było, zdaje się, niezupełne, wobec czego postanowiono załatwić się z nimi zupełnie formalnie, składając projekt ustawy o ubezpieczeniu społecznym.

Nie wystarczał sanacji stan dotychczasowy, zmniejszenie świadczeń przez zarządzenia komisarskie, kapitaliści domagali się bowiem ustawy, którą rzeczywiście wypracowano i złożono Sejmowi.

Na czym polega obniżka świadczeń w ubezpieczeniu chorobowym w stosunku do stanu obecnie obowiązującego?

W myśl ustawy dotychczasowej Kasy Chorych są obowiązane do udzielania świadczeń (pomocy lekarskiej, lekarstw i zasiłków) w ciągu 39 tygodni – nowy projekt zmniejsza okres świadczeń do 26 tygodni. Kasy będą miały prawo ograniczenia czasu pobierania zasiłków nawet do 13 tygodni, „jeżeli wskutek masowych zwolnień z pracy w okręgu działalności kasy liczba osób, pobierających zasiłki, przekracza normalną liczbę tych osób, w stopniu zagrażającym równowadze finansowej Kasy”. Co to znaczy? W pewnej okolicy wybucha np. epidemia grypy. Ubezpieczeni się leczą i otrzymują zasiłki. Jeżeli w Kasie jest większa liczba niezdolnych do pracy, wówczas ograniczy się czas pobierania zasiłków do 13 tygodni.

Dotychczasowa ustawa nakazywała udzielanie świadczeń bezpłatnie, projekt nakłada na ubezpieczonych obowiązek pokrywania części kosztów pomocy lekarskiej i lekarstw. Za lekarstwa opłacać się będzie 15% kosztów własnych, za poradę lekarską od 25 gr. do 1 zł. Do Kas Chorych zgłasza się zazwyczaj pewna liczba osób-symulantów, tzn. udających, że są chorzy. Są to zazwyczaj bezrobotni, którzy chcą otrzymać świadczenia. I cóż z tego wynika? Jeżeli jest nawet pewien odsetek symulantów, to z tego powodu ukarać należy ogół? Kasy staną się niejako przedsiębiorstwem kapitalistycznym: kto będzie miał pieniądze, będzie się leczył, a chorzy nie mający pieniędzy na zapłacenie porady – nie otrzymają jej.

Zasiłek chorobowy ma na celu umożliwienie ubezpieczonemu przetrwania okresu choroby. Już dotychczasowa ustawa przewiduje zasiłki zbyt niskie (60% płacy). Projekt sanacyjny obniża zasiłki wypłacane w czasie choroby do 50%, zasiłki zaś dla położnic obniża ze 100 proc. do 50 proc.

Prawo do renty inwalidzkiej przysługiwać będzie po „przebyciu” 200 tygodni składkowych, czyli bez mała czterech lat. Robotnik pracował rzeczywiście 200 tygodni, pracodawca potrącał mu składkę i może się zdarzyć, iż mimo to renty nie otrzyma, gdyż projekt uzależnia wypłatę rent od zapłacenia składki, tzn. robotnik płaci, pracodawca składki tej nie posyła do zakładu, lecz zatrzymuje ją u siebie (po prostu sprzeniewierza ją) i za to zostaje ukarany inwalida, któremu renty nie wypłaca się wcale.

Gdybyż przynajmniej renta przewidziana w projekcie rządowym dawała możliwość stworzenia sobie ludzkich warunków bytu. I tego też nie zapewnia. W pierwszym okresie renta wynosić będzie 12 zł. Dwanaście złotych miesięcznie da się człowiekowi choremu na utrzymanie jego i rodziny. Utrzymanie więźnia kosztuje u nas więcej, aniżeli wynosić ma, w myśl projektu rządowego, renta inwalidzka.

Renty te będą, oczywiście, wzrastały, a to w sposób następujący:

W państwach kapitalistycznych, w których istnieją ubezpieczenia inwalidzkie, skarb państwa dopłaca do rent dość znaczne dodatki z funduszów państwowych. W projekcie sanacyjnym przewidziano również dopłaty Skarbu Państwa, które będą wynosiły najwyżej po 4 zł miesięcznie. Dopłaty te otrzymywać będą inwalidzi pobierający niskie renty, tzn. zarabiający do 36 zł tygodniowo. Zarabiający powyżej tej kwoty, o ile będą inwalidami, nie otrzymają nic ze Skarbu Państwa.

Rentę starczą otrzymywać się będzie po ukończeniu 65 roku życia i zapłaceniu 750 składek tygodniowych. Wyjątek zrobiono dla górników, którzy rentę otrzymają w 60 roku życia i przebyciu 750 tygodni składkowych.

W r. 1930, gdy p. Prystor był ministrem pracy, przygotowano projekt, w którym prawo do renty starczej nabywało się po ukończeniu 60 roku życia i przebyciu 52 tygodni składkowych. Jak widzimy, p. Prystor, jako prezes rady ministrów, zapomniał o tym, co robił jako minister pracy.

W ogóle jest rzeczą niezmiernie charakterystyczną dla rozwoju sanacji w kierunku kapitalistycznym owa wysokość rent w rozmaitych projektach przygotowywanych za jej rządów. A mianowicie najniższa renta wynosiła:

w pierwszym projekcie min. Jurkiewicza z r. 1927 – 30 zł po 104 tygodniach składkowych;

w drugim projekcie min. Jurkiewicza z r. 1929 – 20 zł + 25% zarobku po 156 tygodniach składkowych;

w projekcie min. Prystora z r. 1930 – 20 zł + 25% zarobku po 156 tygodniach składkowych;

w projekcie min. Hubickiego z r. 1932 – 12 zł + 10% zarobku po zapłaceniu 200 tygodni składkowych.

Świadczenia wymienione są świadczeniami zasadniczymi, odpowiednio obniżono i inne, np. renty wdowie, sieroce itd.

Ten sam fakt stwierdzić można i w innych działach ubezpieczeń. Na przykład w ubezpieczeniu wypadkowym obniżano w każdym projekcie wysokość renty dla całkowicie niezdolnych do pracy.

W projekcie pierwszym min. Jurkiewicza do 80%;

w projekcie drugim min. Jurkiewicza do 80%;

w projekcie min. Prystora do 75%;

w projekcie min. Hubickiego do 66,3%.

W ogóle cała ustawa przepojona jest duchem antyrobotniczym. Ograniczenie świadczeń, podwyższenie składek przypadających na ubezpieczonych, oto jej zasady.

Dążenie to ujawnia się nie tylko w dziedzinie świadczeń, lecz także i w ustaleniu wysokości ubezpieczonych. Składka na ubezpieczenie na wypadek choroby była dotychczas podzielona w ten sposób, iż ubezpieczeni płacili 2/5, pracodawcy 3/5. W myśl nowego projektu składka ma być obniżona o 1/3, tzn. do 5% płacy, a pracodawcy i ubezpieczeni opłacać będą po połowie. Jeżeli dotychczas składka wynosiła np. 10 zł, wówczas pracodawca opłacał 6 zł, ubezpieczony zaś 4 zł, obecnie obaj mają płacić po 5 zł .W myśl projektu składka na ubezpieczenia te (tj. chorobowe, wypadkowe i inwalidzkie) wynosić ma 10,2% płacy, z czego ubezpieczeni płacić mają 4,4%, pracodawcy zaś 5,8%.

Pracodawcy płacili dotychczas na ubezpieczenie społeczne:

Górnym Śląsku – 7,3% płacy;

Poznańskiem – 8,3% płacy;

w Małopolsce i w byłej Kongresówce – 5,7% płacy.

Widzimy więc, iż znaczna część pracodawców albo oszczędzi bardzo znaczne sumy, albo też opłacać będzie zaledwie o 0,1% więcej, aniżeli dotychczas opłacała. Cały zaś ciężar finansowy ubezpieczeń przerzuca się na klasę robotniczą.

Oto na czym polegają dobrodziejstwa projektów sanacyjnych. Przedłużono czas pracy, skrócono urlopy pod pozorem zmniejszenia „ciężarów społecznych”, co miało znowu umożliwić wprowadzenie ubezpieczenia inwalidzko-emerytalnego.

Tymczasem okazuje się, iż ubezpieczenia te nie tylko że nie będą kosztowały pracodawców ani grosza, lecz że oni oszczędzą na nich bardzo poważne sumy.

W ustawie o ubezpieczeniu na wypadek choroby, jak również i w ustawie o ubezpieczeniu pracowników umysłowych, przyjęto i zrealizowano zasadę, iż zarządy i rady, kierujące tymi instytucjami, pochodzą z wyboru. 1/3 przedstawicieli wybierali pracodawcy, 2/3 zaś ubezpieczeni, każda grupa w głosowaniu proporcjonalnym.

Sanacja nie ma zaufania do przedstawicieli wybranych. Wobec czego projekt p. Hubickiego przewiduje: 1) we wszystkich zakładach (z wyjątkiem Kas Chorych do 75 tysięcy ubezpieczonych) tzw. nominatów, 2) zrywa wszędzie (pominąwszy Kasy do 75000 ubezpieczonych) z zasadą klucza 1/3:2/3 i oddaje znacznie większy odsetek mandatów pracodawcom, 3) podnosi czynne prawo wyborcze do 24 (dotychczas 20 lat w Kasach Chorych i 21 w zakładach ubezpieczeniowych pracowników umysłowych), 4) znosi zasadę proporcjonalności wyborów. Wobec strasznego rozbicia ruchu robotniczego większość mandatów otrzymać mogłyby grupy nie reprezentujące nikogo w obozie robotniczym.

Widzimy więc, że płacić na ubezpieczenia mają robotnicy, rządzić nimi będą pracodawcy i urzędnicy.

Wspomniane projekty nie zostały uchwalone przez Sejm. Natomiast w dużym stopniu pogorszona już została ustawa o zabezpieczeniu na wypadek bezrobocia. W r. 1929 uchwalił Sejm rozciągnięcie tej ustawy na robotników pracujących w zakładach pracy zatrudniających mniej niż 5 robotników. Rozporządzenie Prezydenta RP odroczyło wykonanie tego przepisu do stycznia 1933.

W ustawie, obowiązującej od 11 lipca 1932, sanacyjna większość sejmowa poszła jeszcze dalej, pogarszając szereg dotychczas obowiązujących przepisów, a mianowicie:

1)    prawo do zasiłków nabywa się po przepracowaniu 26 tygodni w ciągu ostatniego roku (dotychczas 20 tyg.). Wszyscy robotnicy sezonowi utracą faktycznie prawo do zasiłków;

2)    dotychczas miał Minister Pracy prawo do przyznawania zasiłków robotnikom, którzy pracują mniej niż trzy dni. Tego upoważnienia nie utrzymano w nowej ustawie, uzależniono jednak wypłatę zasiłków od stanu finansów Funduszu Bezrobocia;

3)    minister pracy ma prawo zwolnienia od obowiązku ubezpieczenia robotników zajętych w zakładach pracy czynnych krócej niż 6 miesięcy w ciągu roku oraz robotników zatrudnionych przy robotach melioracyjnych, które trwają krócej niż 8 miesięcy w ciągu roku;

4)    podniesiono wkładkę za robotników sezonowych do 4%, z czego ubezpieczeni płacić będą 2%;

5)    dotychczas Fundusz Bezrobocia miał w razie niedoborów prawo do zaliczki z funduszu państwowego, obecnie tylko „w granicach budżetu Ministerstwa Pracy”, czyli – nigdy;

6)    ograniczono znacznie prawo do dodatku rodzinnego (przy zasiłkach dla dzieci);

7)    uniemożliwiono faktycznie przedłużenie okresu pobierania zasiłków z 13 na 17 tygodni;

8)    obniżono do 6 zł najwyższy zarobek, który jest podstawą obliczenia zasiłków (dotychczas 10 zł).

Ustawa ta, jak w ogóle wszystkie uchwalone przez większość sanacyjną, daje bardzo szerokie uprawnienia rządowi. Wobec tego dopiero rozporządzenia na tej zasadzie wydane pozwolą ustalić ściśle, jak dalece ogranicza ustawę obowiązującą.

Na rozkaz Lewiatana

Przewrót majowy dokonany został przy czynnej pomocy klasy robotniczej. Bez strajku kolejarzy, bez czynnej pomocy robotników warszawskich i nastrojów przyjaznych klasy robotniczej w całej Rzeczypospolitej sanacja nie odniosłaby zwycięstwa w maju 1926. Było więc rzeczą zrozumiałą, iż ludzie, którzy nie chcieli nigdy walki z kapitalizmem, ale chcieli tylko jego „ulepszenia”, nie mogli nazajutrz po przewrocie, nie mając jeszcze aparatu państwowego w swych rękach, ujawnić właściwego oblicza. Zaczęło się od innej strony. Gospodarka bez kontroli Sejmu, wydawanie setek milionów bez zezwolenia Sejmu, gnębienie prasy, rozbijanie ruchu robotniczego w imię walki z partyjnictwem, to były metody pracy pierwszego okresu sanacji.

Jednocześnie zawierano sojusze z obszarnikami i przemysłowcami. Stałe pogarszanie własnych projektów ustaw społecznych, o którym mówiliśmy poprzednio, jest jak gdyby barometrem ich stosunku do klasy robotniczej i klas posiadających. Im późniejszy projekt, tym gorszy dla klasy robotniczej, tym korzystniejszy i tańszy dla klas posiadających. Po Brześciu i wyborach brzeskich w r. 1930 nie mogło już powstać żadne złudzenie, że sanacja jest grupą popierającą bez zastrzeżeń dążenia i interesy klas posiadających, mimo iż działacze „robotniczy”, jak pp. Jaworowski, Moraczewski i Bobrowski, byli jej zwolennikami. Sanacja, zerwawszy wszystkie nici z klasą robotniczą, musiała szukać tym silniejszego poparcia wśród klas posiadających. Mylnym byłoby jednak twierdzenie, iż to „poparcie” miałoby tylko charakter idealny, albowiem sanacja musiała spełniać obowiązki znacznie trudniejsze i ważniejsze, musiała służyć klasom posiadającym, popierając ich interesy, niszcząc to, czego od niej jej panowie żądali.

W październiku zeszłego roku organizacja wielkiego przemysłu złożyła rządowi memoriał, który jest programem społeczno-gospodarczym wielkiego przemysłu, obszarnictwa i banków. Memoriał ten, mimo jego poufności, otrzymała redakcja „Robotnika” i ogłosiła go w marcu br., bezpośrednio przed strajkiem powszechnym w dniu 16 marca br.

Przytaczamy najważniejsze wyjątki w sprawie ustawodawstwa społecznego. Zadania w tej dziedzinie są następujące:

Zniesienie 8-godzinnego dnia pracy

„a)  Zasadnicze ograniczenie ustawowe czasu pracy do 8 godzin na dobę i 48 godzin tygodniowo;

b) zwiększenie ilości godzin nadliczbowych do 330 godzin rocznie;

c) ustawowe upoważnienie dla Rady Ministrów do przedłużenia czasu pracy w wypadkach konieczności zarówno państwowych, jak i gospodarczych;

d) dopuszczenie przedłużenia czasu pracy ponad 8 godzin na dobę w przypadkach, gdy łącznie tygodniowy czas pracy nie przekracza 48 godz.;

e) dopuszczenie przedłużenia czasu pracy na podstawie umów zbiorowych;

f) obniżenie ustawowych norm wynagrodzenia za godziny nadliczbowe do 25-50% zamiast 50-100% normalnego wynagrodzenia;

g)    uwzględnienie w przepisach prawnych warunków naturalnych i gospodarczych w poszczególnych gałęziach wytwórczości przez dostosowanie rozkładu czasu pracy do okresów procesu produkcji oraz do zjawisk sezonów klimatycznych i gospodarczych”.

Jak widzimy, żądania w dziedzinie czasu pracy zostały w 100% spełnione.

W sprawie urlopów

,,a) Ograniczenie okresu urlopowego robotników od 2 do 6 dni płatnych rocznie (zamiast 8 i 15) i pracowników umysłowych od 10 dni do pełnego miesiąca, w zależności od liczby przepracowanych lat u jednego pracodawcy;

b) usunięcie w drodze nowelizacji niejasności przepisów, które dają pole do różnej interpretacji i są powodem niezliczonych sporów sądowych (kwestia odszkodowania za urlop, udzielania urlopów w okresie wypowiedzenia itd.)”.

I w tym wypadku rząd idzie całkowicie po linii żądań „sfer gospodarczych”.

Przeciw ubezpieczeniom społecznym

Lewiatan domaga się:

,,a) Ograniczenia świadczeń do norm istotnie najniezbędniejszych z punktu widzenia społecznego, obniżenia składek,

b)    ograniczenia zakresu osób podlegających ubezpieczeniu przez dopuszczenie zwolnienia od ubezpieczenia osób, które przez swą siłę gospodarczą powinny zabezpieczyć się same;

c)    zmniejszenia rozpiętości świadczeń i składek w drodze obniżenia górnej granicy zarobków;

d)    dopuszczenia ubezpieczeń zastępczych;

e)    przeniesienia ubezpieczeń od bezrobocia do zakresu opieki społecznej”.

W ubezpieczeniu na wypadek choroby Lewiatan chce ograniczyć składkę ubezpieczeniową do wysokości 5% rzeczywistego zarobku, przy czym m.in. projektuje całkowite wstrzymanie, np. na 2 lata, gromadzenia funduszów zapasowych, zredukowania okresu wypłacania zasiłków z 39 tygodni do 26 tygodni, pociągnięcia ubezpieczonych do udziału w kosztach pomocy lekarskiej, zmniejszenia wysokości zasiłku pieniężnego z 60% do 50% zarobku, zasiłku połogowego z 100% do 60%.

Podaliśmy żądania Lewiatana ściśle według relacji „Robotnika”. Były także i inne żądania, jak np. żądanie zniesienia żłobków fabrycznych dla niemowląt itd.

Nieomal wszystkie żądania spełniono, składając Sejmowi projekty ustaw, o których mówiliśmy. Żądania niespełnione można będzie zrealizować w sposób mniej głośny, tzn. w drodze rozporządzeń administracyjnych.

***

Nie przeżywaliśmy dotychczas w Polsce tak reakcyjnego okresu, jak w chwili obecnej. Klasa robotnicza nie chciała przyjąć milcząco do wiadomości zamierzeń sanacyjnych i dnia

16 marca,

porzucając pracę, zamanifestowała wolę obrony swych zdobyczy. W klubie BBWR nie było zgody i jednomyślności opinii w sprawie tych ustaw. Wobec tego starano się zwolnić od odpowiedzialności za nie i dążono do udzielenia rządowi pełnomocnictw do wydania tych projektów jako rozporządzeń Prezydenta R. P. W tym momencie byliśmy świadkami komicznej gry. Rząd domagał się załatwienia projektów przez Sejm, Sejm przez rząd w drodze rozporządzeń.

Nikt nie miał odwagi przyjęcia za nie odpowiedzialności, zwłaszcza że dzień 16 marca i strajk powszechny były ostrzeżeniami pod adresem obecnych władców Polski.

Wobec tego sprawę odroczono do jesieni. Odroczenie to nie jest jednak pogrzebaniem ich zamiarów. Lewiatan jest zbyt potężnym czynnikiem sił w Polsce, sanacja zaś zbyt od niej uzależniona, by można było mówić już o pogrzebaniu projektów mających na celu odebranie klasie robotniczej zdobyczy okresu rewolucyjnego.

Klasa robotnicza musi się przygotować do bardzo ciężkiej walki w tej sprawie. Dzień 16 marca wykazał, iż jesteśmy gotowi i zdolni do niej. Od siły proletariatu zależy najbliższa przyszłość i losy tych projektów. A wówczas rozstrzygnie się pytanie, czy silniejszy jest głos klasy robotniczej, czy też rozkaz Lewiatana.

Aleksander Dek
____________________
Powyższy tekst to cała broszura, wydana nakładem – związanego z PPS – Towarzystwa Wydawniczego „Światło”, Warszawa 1932. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *