Leon Kruczkowski

Na próbie

Do tej teatralnej sali wchodzi się wprost z ulicy. Żadnego tam przedsionka czy korytarza, żadnego westybulu, jakie są w każdym „prawdziwym” teatrze. Wprost z wyboistej, gliniastej ulicy wiejskiej otwierasz zwykłe drewniane drzwi, przekraczasz wydeptany płaski próg i już jesteś w dużej, o nagich bielonych ścianach, surowej hali, jedynie pod sufitem przystrojonej girlandami wstęg z kolorowej bibuły.

Na odsłoniętej scenie syczy w górze wielka lampa żarowo-gazowa. Jej mocne zielonawe światło jaskrawo spływa na grupę szarych postaci ludzkich, skupionych pośrodku sceny dokoła rosłego, młodego mężczyzny, który właśnie, oparty na sztabie żelaznej…

Na sali jest o wiele mroczniej niż na scenie. Zielonawy brzask jako tako oświetla tylko parę pierwszych, nierównych rzędów krzeseł i prostych ław: głowa przy głowie obsiadło je ze trzy tuziny młodych dziewcząt. Reszta widowni jest pusta, rozpływa się w cieniach i mgle tytoniowego dymu, gdzie pod ścianami w głębi stoją i siedzą tu i ówdzie postacie męskie, z jarzącymi papierosami w rękach, gwarzą szeptem lub patrzą w milczeniu ku scenie.

A tam właśnie młody, barczysty człowiek, oparty na sztabie żelaznej, twardym natężonym głosem wyrzuca z piersi szorstkie, zwięzłe słowa:

„I że gdzie pójdziesz w ten kraj, czy się obrócisz ku północy, czy ku południowej stronie, wszędzie napotkasz takich samych jako Czartkowscy panowie i taką samą wszędzie chłopską nędzę i uciemiężenie, niewolę i wyzucie z praw! Choćbyś ta zaszedł i na Wołyń daleki, skąd ja, ludzie kochani, lat temu prawie cztery dziesiątki spod pańskich batów uciekłem…”.

Ten człowiek, to – pamiętacie może? – kowal Derkacz. Szare postacie, otaczające go na scenie, to chłopy pańszczyźniane z Brodni. A wszystko razem, co się tu dzieje w świetle syczącej nad sceną lampy żarowej, to próba „generalna” z „Kordiana i chama” w Domu Ludowym w Markowej, pow. przeworskiego.

Próba generalna przed występem – nie byle gdzie! – w „samym” Przemyślu.

Występ ten nie będzie zresztą premierą. Zespół teatralny markowskiego Koła Młodzieży Wiejskiej „Wici” ma już za sobą cztery spektakle „Kordiana i chama”; trzy na miejscu, w Markowej, jeden – w powiatowym Przeworsku. Wszystkie odbyły się pół roku temu, w zimie. A teraz – teraz jest połowa czerwca. Pilny czas sianokosów. „Aktorzy” do ósmej wieczór, póki słońca, pracują przy sianach. Więc próba zaczyna się dobrze po dziewiątej i potrwa – chyba gdzie do drugiej w nocy. Ostatnia próba przed niedzielnym występem w przemyskim Domu Robotniczym.
Próba „z udziałem autora”.

***

Czy wiecie, co to znaczy zrealizować w warunkach wiejskich czterogodzinny przeszło montaż teatralny, wymagający ponad 50 osób zespołu, 13 zmian scenerii, mnóstwa kostiumów historycznych, oraz – sprężystej i wytrawnej, pomysłowej reżyserii? Czy zdajecie sobie sprawę z wielkości wielorakiego wysiłku, jakiego wymaga przedsięwzięcie tak bardzo nowe na wiejskim terenie, tak bardzo – powiedzieć można – nowoczesne, tak bardzo różne od dotychczasowej tradycji naszych scenek wiejskich, tradycji owych „Błażków opętanych”, „Żydów w beczce”, „Zagród Sobkowych” i „Chłopów arystokratów”, sztuczydełek, stanowiących do wczoraj jeszcze „żelazny kapitał” repertuaru „ludowego?”

Mówi mi o tym Mieczysław Flejszar, reżyser teatru markowskiego, jego ambitny, zdolny i niewyczerpanie energiczny organizator i kierownik.

– Teraz, wiecie, to jeszcze pół biedy: tych kilka prób przed wyjazdem do Przemyśla. Ale zeszłej jesieni i z początkiem zimy mieliśmy tu całe tygodnie harówki. A nie zapominajcie, że aktorzy nasi to w większości ludzie ciężkiej, chłopskiej pracy. Mimo to znajdują w sobie jeszcze dość werwy, ochoty i zapału, aby w najtrudniejszych warunkach tworzyć tu ten nasz społeczny, młodowiejski teatr. Bo warunki są rzeczywiście bardzo trudne. Ot, na przykład: widzicie tego młodego człowieka pod ścianą? To jeden z najlepszych naszych aktorów. Mieszka w sąsiedniej wsi, w Wysokiej, stąd od nas prawie półtorej mili. Każda próba kosztuje go – w obie strony licząc – bez mała 20 kilometrów pieszej drogi. I to nocą, przeważnie polnymi ścieżkami. No więc, wyobraźcie sobie, jak te „spacery” musiały wyglądać jesienią i w zimie! A prób robiliśmy wtedy ze trzydzieści… Na szczęście, duch w naszej gromadzie dobry. Przy tym, nie pracujemy dla jakiejś bezimiennej publiczności, jak to przeważnie teatry po miastach. Nasza publiczność, to prawie wyłącznie chłopi, miejscowi i okoliczni. Zimą, jak wiecie, graliśmy „Kordiana i chama” w Przeworsku. Tamtejsza mieszczaneria zbojkotowała przedstawienie, ale za to chłopstwo wybiło salę tak szczelnie, jak tylko się dało, z górą 600 głów. Piechotą i furmankami, choć plucha w ten dzień była jak na złość obrzydliwa, zgarnęli się ludziska z wiosek okolicznych. I to jest nasza największa satysfakcja; świadomość, że jesteśmy naprawdę przydatni, że zaspokajamy bardzo realne, mocno już rozbudzone potrzeby, że znajdujemy w masie ludowej szczery i żywy oddźwięk dla naszych poczynań.

Zamyślam się. Bo rzeczywiście, jest się nad czym zastanowić. Na wsi polskiej dzieją się rzeczy, o których w miastach wie się tak mało, lub nie wie się wcale… Ot, chociażby ten teatr w Markowej. Młodzież, która go tworzy, daleko za sobą zostawiła dzień wczorajszy. Jej praca, to już nie jest ta uboga myślą, pusta i bzdurna, przygodna zabawa w „kumedyje”, jaka przez tyle lat wczorajszego „patronackiego” okresu pracy kulturalno-oświatowej na wsi była jedyną formą zaspokajania, czy może raczej okpiwania, „oszwabiania” teatralnych potrzeb chłopa. To już wyjście – raz na zawsze – z opłotków bezmyślnego dreptania i przytupywania w miejscu – na szeroki, twardy i trudny gościniec samodzielnego kształtowania świadomości kulturalnej w masie chłopskiej. To już nie prostaczkowate konsumowanie odpadków z pańskiego stołu oficjalnej twórczości, owych sztuczek „ludowych”, produkowanych przez dobrych wujaszków literatury – ale ambicja budowania własnej, pełnowartościowej sztuki, powiązanej spoistymi nićmi z losami, z życiem, z dążeniami wsi dzisiejszej i – jutrzejszej.

***

Wczesny czerwcowy świt szarzeć zaczyna w oknach sali, kiedy kończymy tę próbę. Trzy tuziny młodych dziewcząt, które uczestniczyły w niej w charakterze „publiczności”, podnoszą się z krzeseł i ław. To słuchaczki kursu żeńskiego z Uniwersytetu w Gaci, wsi graniczącej przyjaźnie z Markową. Otulają się w płaszcze i szale, żegnają się, wychodzą gromadkami. Mają przed sobą przeszło 4 kilometry drogi na „górę” gacką, gdzie siedziba Uniwersytetu. Nie pośpią dzisiaj zbyt wiele. O siódmej rano będą już w świetlicy na wykładzie…
Ba, ale są tu i tacy, co wcale dzisiaj spać nie będą. Na pustej i przyciemnionej scenie „sztab” zespołu odbywa jeszcze walną, ostatnią naradę. Dwaj młodzi najdalej za godzinę wyjadą rowerami do Przemyśla. Bagatela! 50 kilometrów szosą… Muszą być w mieście przed południem, aby załatwić jeszcze przeróżne formalności, związane z niedzielnym występem.

A reszta?

Reszta za kilkanaście godzin wyruszy na noc czterema drabiniastymi wozami, wymoszczonymi słomą. Oto mi będą współczesne pojazdy Tespisa! Wiejski teatr, ciągnący taborem 7 mil do dużego miasta – przyznacie, że to u nas dość niezwykłe wydarzenie…

„Sztab” jeszcze przez parę kwadransów omawia szczegóły „wyprawy”. Jest o czym myśleć: ludzie, dekoracje, rekwizyty… Ach, gdyby mieć do dyspozycji choć jeden obszerny autobus!

Gdyby…

Ileż gorzkich refleksji nasuwa mi się, gdy z boku obserwuję tę gromadkę naradzających się młodych ludzi, pełnych talentów i zapału, a mających na każdym kroku tyle trudności do pokonania! Tak bardzo zdanych wyłącznie, wyłącznie na siebie!

Choć kto wie, może właśnie dlatego są oni pokoleniem, pierwszym chłopskim pokoleniem w Polsce, które już nie potrzebuje „patronów” i „opiekunów”, pokoleniem, samodzielnie stającym do wielkich swych zadań: przebudowy życia polskiej wsi. Może dlatego właśnie tyle w nich ambicji i godności, zaufania do własnych sił, śmiałości myślenia i działania. Może dlatego właśnie tak bardzo są inni, tak bardzo odmienni od swoich przodków, chłopów pańszczyźnianych z doby „Kordiana i chama…”

Tak bardzo nowi i tak gotowi do odegrania większej znacznie, ważniejszej roli, niż role Deczyńskich i Adamusów, których z głębokim odczuciem grywają dzisiaj na scenie swego młodowiejskiego teatru!

***

Kiedy około drugiej w kilkoro wychodzimy z budynku Domu Ludowego, szarzeje już nad ziemią wczesny letni brzask. Chłód nadranny zaciąga od łąk, pachnących sianem. W dole uśpiona wieś: domostwa, sady, szosa… Idąc powoli, gwarzymy przyciszonymi głosami.

Nagle spostrzegam coś, co na moment wstrzymuje mi kroki. Daleko, na wyniosłości horyzontu, gdzie wschodnia strona nieba objęta już białymi smugami świtania, płonie spokojnie mocne wyraziste światło. Niżej siwe, leciutkie pasemka mgły… Wygląda to, jakby tam w białym fantastycznym morzu stał na kotwicy wysoki, tajemniczy okręt.

To góra gacka. Dom Wiejskiego Uniwersytetu. Snadź dziewczęta doszły już na miejsce i na chwilę wznieciły światła w sypialniach.

Długo patrzę, olśniony niespodziewanym zjawiskiem. Ależ to jest jak wizja niematerialna, wyczarowana nagle z łona nocy! Wizja, przejmująca do głębi konkretnością swojej prawdy.

Świećcie, światła na górze gackiej! To wy, to wy z wysoka jesteście śmiałą lampą, zapaloną o wczesnym świtaniu nad rozległą chłopską okolicą. To wy, pomiędzy niebem i ziemią, czuwające jak okręt wysoki, w nadrannej godzinie, pełnej jeszcze złych cieniów, dołami przytajonych.

Przez was i dla was – dzień jutrzejszy wsi.

Leon Kruczkowski
_____________________________
Powyższy tekst przedrukowujemy za Leon Kruczkowski – „W klimacie dyktatury”, Nakładem Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik”, Kraków 1938. Książka zawiera teksty publikowane na łamach prasy w latach 1934-1938.

Publikowaliśmy już dwa teksty Leona Kruczkowskiego:

„Lud” i „naród” [1937]

Dlaczego jestem socjalistą? [1938]

Na podobny temat warto także przeczytać teksty o inicjatywach ruchu ludowego, m.in. z tych samych terenów, które opisuje Kruczkowski:

Ignacy Solarz: Czas już na nową nutę [1938]

Stefan Jaracz: Otwórzcie chłopom drzwi do państwa [1937]

Jan Strzelecki: Pomnik chłopskiego radykalizmu [1958]

Zofia Solarzowa: Z doświadczeń w wiejskim uniwersytecie ludowym [1938/39]

Piotr Świetlik: Współdziałanie chłopskie [1938]

Remigiusz Okraska: Folklor i awangarda (O Jędrzeju Cierniaku)

Franciszek Gil: Rodzi się nowa wieś [1939]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *