Leon Kruczkowski

„Lud” i „naród”

[1937]

Jesteśmy szermierzami wolności. Jesteśmy szermierzami wolności ludu polskiego. Z tego dobrego tytułu czerpiemy nasze prawo zabierania głosu w dniach, kiedy pamięć Polaków zwraca się ku owej wielkiej jesieni, nabrzmiałej porodem Wolności: jesieni osiemnastego roku. Są między nami ludzie – pozdrawiamy ich pełnią naszego szacunku – ludzie, którzy w tamtych dziejowych wypadkach ważny i znaczny brali udział, a którzy sprawę wolności czynili już przedtem, w ciągu ostatnich lat niewoli, w trudzie i grozie walk podziemnych; i są tacy, którym w oczach została tylko nikła pamięć wydarzeń, widzianych bardzo młodymi, dziecięcymi nawet źrenicami. Jedni i drudzy, złączeni spójnią wyznawanych ideałów wolnościowych, zabieramy głos dzisiaj – dzisiaj właśnie, kiedy dziejące się dni w nabrzmieniu swoim, ważności swojej i napięciu, nie ustępują wcale tamtej sprzed dziewiętnastu lat jesieni; dzisiaj właśnie, kiedy sprawa wolności w Polsce – choć w odmienionych zupełnie warunkach – coraz oczywiściej dla każdego z nas wysuwa się na pierwsze bodaj, czołowe miejsce pośród całego splotu otwartych przed nami zagadnień.

Sprawa wolności w Polsce ma swoją długą i dramatyczną historię. Dwa słowa, dwa pojęcia są biegunami żywej osi tej historii; dwa słowa, dwa pojęcia: ludnaród. Pomiędzy tymi biegunami rozegrał się ongiś dramat upadku niepodległości; pomiędzy nimi szamotała się rzeczywistość Polska w ciągu długiego stulecia niewoli; pomiędzy nimi wreszcie rozpina się najistotniejsza treść dnia dzisiejszego, dzisiejszych walk

„Lud” – i – „naród”.

Stara Rzeczpospolita „narodu” szlacheckiego padła wśród głuchej drewnianej obojętności milionowych mas ludu chłopskiego. Wolność kraju, niezawisłość narodowa, mniej były warte w sumieniach klasy „dobrze urodzonego” jaśniepaństwa, niż prawo przywileju, prawo bata, twardą ręką dzierżonego nad zgiętym grzbietem chłopa-rodaka. Garść najlepszych, garść patriotów, którzy nadzieję ratowania wolności dostrzegli w odwołaniu się do mas ludowych – obóz „narodowego” wstecznictwa okrzyczał mianem „jakobinów”, mianem czerwonych burzycieli ładu społecznego, chociaż Kościuszkom i Kołłątajom daleko było do rewolucyjnej żarliwości Dantonów i Robespierrów. Między klasowym egoizmem „narodu” herbowego a nieruchomym żywiołem chłopskiej krzywdy sprawa wolności w Polsce została wtedy przegrana.

I oto, ilekroć potem w ciągu długiego stulecia miała ona odżywać na nowo, podźwigać się z dna niewoli, wzbiegać iskrami z popiołów – tragiczne akty dramatu dziejowego za każdym razem rozgrywały się pomiędzy tymi samymi dwoma biegunami polskiej rzeczywistości: pomiędzy sprawą ludu i sprawą narodu. Tak było w dniach powstania listopadowego, tak było w roku 1848 i w roku 1863. Za każdym razem próby odbudowania wolności z bronią w ręku kończyły się katastrofalnie; ludzie bowiem, którzy je podejmowali, wciąż ulegali tej samej tragicznej pomyłce: wierzyli w możność pojednania dla sprawy wolności sprzecznych jak ogień i woda żywiołów społecznych. Patriotyzm tych ludzi – bojowników powstań polskich – był wszechogarniającym i ponadklasowym. Zapominali oni, wpatrzeni w walki wolnościowe zachodniej Europy, że tam pojęcie patriotyzmu miało wówczas wyraźną treść społecznie rewolucyjną, a słowo „patriota” oznaczało człowieka-obywatela, walczącego przeciw despocji i tyranii własnych rządów i własnych klas zachowawczych – w imię wolności, demokracji i braterstwa ludów. Bojownicy powstań polskich tylko pozornie ginęli z ręki wroga; w rzeczywistości zapadali się „w próżnię międzyklasową”, w głuchą mogiłę mroku, otwartą między stanowym egoizmem panów ziemskich a odrętwieniem i obojętnością masy chłopskiej.

Ale mijały lata. Prawa rozwoju społecznego oraz dekrety rządów zaborczych zdejmują jarzmo niewoli pańszczyźnianej z karku chłopa polskiego. Powstaje równocześnie i rozrastać się zaczyna nowa, nowoczesna siła dziejowa: klasa robotnicza. Lud polski budzi się z wiekowego odrętwienia, prostuje spracowane grzbiety, podnosi głowy i patrzy przed się świadomszymi, śmielszymi oczyma. Ze stanu dotychczasowej niewiedzy i bierności przechodzi do postawy czynnej, do organizacji, do walki: walki nie tylko o swoje interesy, lecz w równym stopniu także o swoją godność ludzką, o swoje prawa człowieka i obywatela. Przeciw komu ta walka? W warunkach życia polskiego musiała ona być zarazem walką klasową narodową. Siły reakcji rodzimej, siły polskiego wstecznictwa miały za sobą potężne oparcie w despotyzmie państw zaborczych; ich przywileju, ich pasożytnego bytu strzegł żandarm w obcym mundurze. Już z tego choćby względu walka mas ludowych o wyzwolenie społeczne musiała u nas nierozdzielnie związać się z walką o niepodległość narodową. Zdawać się mogło, że w ten sposób ulegnie likwidacji owo rozdarcie, w jakim sprawa wolności w Polsce szamotała się pomiędzy biegunami „ludu” i „narodu”. Lecz stary dramat dziejowy odżyć miał w nowych, odmiennych warunkach. Samodzielność i rosnące uświadomienie społeczne warstw ludowych zatrwożyły klasy posiadające; szlachetczyznę i syte mieszczaństwo. Nic to, że organizujące się siły robotników i chłopów były jedynym czynnikiem, zdolnym bojowo przeciwstawić się potędze państw zaborczych i rzeczywiście, zwłaszcza na ziemiach podległych caratowi – od początku weszły na drogę walk społecznie i narodowowyzwoleńczych. Dla obozu „połaniecczyzny” i „dulszczyzny” polskiej obrona zagrożonej renty gruntowej, czynszu i dywidendy ważniejszą była po stokroć nad zagadnienie wolnego bytu narodowego. I wtedy właśnie zaczyna się w Polsce to niesłychanie czelne oszustwo polityczne, trwające do dnia dzisiejszego: obrońcy przywileju i członkowie towarzystw akcyjnych, plantatorzy buraków i bywalcy wytwornych klubów „obywatelskich”, przez swych lokajów ideologicznych z wielkim nakładem kosztów i energii przystąpili do szantażowania walczących mas ludowych słowami: „naród”, „narodowy”. Szantaż polegał na karceniu – w imię Boga i Ojczyzny – klasowości ruchów ludowych, szczególnie robotniczego, na przeciwstawianiu im grzmiącego hasła „jedności narodowej”.

Pierwszy lepszy właściciel stajni wyścigowej czuł się w prawie pouczać o patriotyzmie – bojowników w bluzach roboczych, ludzi z zastępu Montwiłłów i Okrzejów… To nic, że ci kulami tępili carskich żandarmów, podczas gdy tamten jeżeli strzelał, to chyba na polowaniu; to nic, że Okrzeje i Barony gnili w katorgach i ginęli na szubienicach, podczas gdy wytworni panowie Podfilipscy korzystali z każdej okazji, aby słać wiernopoddańcze wyrazy do Wiedniów i Petersburgów; w oczach szantażystów „narodowych” pierwsi uchodzili za wrogów ojczyzny, drudzy – za jej ozdobę, za wzorowych „patriotów”.

W ten sposób, w odmiennym zupełnie układzie, sprawa wolności w Polsce znowu znalazła się pomiędzy dwoma biegunami: ludu i „narodu”. Teraz jednak odwróciły się role i pojęcia. Lud, chłopski i robotniczy, samodzielny politycznie, uzbrojony w świadomość swych praw i dążeń, wiążąc swą przyszłość społeczną z przyszłością całego kraju, stanął do czynnej, realnej walki o wyjarzmienie i siebie i Polski zarazem. Stało się to, o czym na próżno marzyli niegdyś osamotnieni ludzie pierwszych polskich powstań. Lud poczuł się żołnierzem wolności. A „naród”? Pod sztandarem czy raczej szyldem „narodowym” skupiły się wszystkie żywioły ugody, trójlojalizmu i rezygnacji z prawa do niepodległości: ciemne siły reakcji społecznej, obszarnicy i groszoroby i całe polskie kołtuństwo. Czyż trzeba tu jeszcze raz przypominać tyle haniebnej pamięci aktów serwilizmu i manifestacji „uczuć wiernopoddańczych”, ozdabiających karty historii obozu, który z handlarską krzykliwością zmonopolizował dla siebie przymiotnik „narodowy?”. Czyż trzeba przypominać tych „narodowców” warszawskich i łódzkich, którzy w 1905 roku pomagali carskim żandarmom zabijać polskich robotników i dławić ich ruch wolnościowy? Czyż trzeba przypominać pokłony, przez tychże „narodowców” wybijane w przedpokojach rosyjskich generałów-gubernatorów w pierwszych dniach wojny światowej?

Zbyt znane są te dzieje i żadne aktualne koniunktury nie wykreślą ich z pamięci ludu polskiego. Gdyż dramat dziejowy nie został jeszcze dograny do końca. Sprawa wolności w Polsce nabrzmiewa dzisiaj znowu do wielkich rozstrzygnięć. Nie ukrywajmy, że grożą jej wielkie niebezpieczeństwa. Coraz duszniej robi się dziś w Europie, coraz nieznośniej zagęszcza się na naszym kontynencie atmosfera przedburzowa. Ciemne siły ginącego świata organizują swoje zbójeckie energie. Biada Europie, biada kulturze, biada życiu naszemu, jeśli uda im się energie te rozpętać nad nami! Polska jest krajem jednym z najbardziej narażonych w wypadku wielkiej konflagracji wojennej. Polska jest krajem, który wolność swą zawdzięcza siłom demokracji, zarówno własnej, jak i ogólnoeuropejskiej. Wolność ta, niezawisłość polityczna i duchowa, może być utrzymana i broniona tylko w stanowczym, zdecydowanym przeciwstawieniu się żywiołom zaborczości, awanturnictwa i krwawej mistyki plemiennej, żywiołom rozwścieklonych nacjonalizmów.

Lecz wolność kraju to wolność jego mieszkańców, wolność jego mas ludowych. Czarną przyszłość gotują Polsce ci, którzy o tym zapominają, wbrew całemu doświadczeniu naszych dziejów! Są tacy. To właśnie ci, którym słowo „naród”, wykrzykiwane z handlarskim natręctwem, nie schodzi z obłudnych ust. Którzy w imię „narodu” chcieliby masy ludowe w Polsce przycisnąć butem rodzimego „totalizmu”. Którzy każdy swój stragan, każdą swą lichą imprezę chrzcząc przymiotnikiem „narodowym”, wciąż odmienianym przez wszystkie przypadki – nie widzą, nie chcą widzieć rzeczywistego w tym kraju narodu: mas chłopskich i robotniczych, mas całego świata pracy.

Czas skończyć w Polsce z życiem rozszamotanym między biegunami ludu i „narodu”. Czas skończyć z oszukańczym przeciwstawianiem krzykliwych szyldów „narodowych” – klasowym walkom i dążeniom chłopa i robotnika. Lud jest narodem, chociaż nie reklamuje tego prostego faktu przy każdej okazji; chłop i robotnik są narodem, choć nie histeryzują „narodowo”. Ale dlatego właśnie nie pozwolą handlarskim nadużywaniem imienia narodu wyszantażować na sobie rezygnacji ze swych praw i pragnień – na rzecz tych, którzy nigdy z niczego nie chcieli dobrowolnie rezygnować! Klasowy interes chłopa, robotnika i pracownika jest zarazem – sam przez się – interesem narodowym – w pełnym, niesfałszowanym po kramarsku znaczeniu tego słowa.

Sprawa wolności w Polsce – dzisiaj znowu, jak przed dziewiętnastu laty – spoiście powiązana jest ze sprawą wolności w całym świecie cywilizowanym. Jeśli widzimy ją zagrożoną, musimy jej bronić. Groźnych ostrzeżeń nie brak ostatnimi czasy. Półtora roku temu w jarzmo zaborcy wszedł ostatni już niepodległy kraj w Afryce dalekiej. Od roku z górą żołdak zaborczy żelazną stopą depce ziemię półwyspu iberyjskiego. Ostatnio zaś w walce obronnej z najeźdźcą krwawić zaczęły umęczone Chiny. Nie wiadomo, kogo na jutro lub pojutrze upatrzyli „totalni” wrogowie wolności. Jeśli o Polskę chodzi, pytamy: z jakim czołem będą jej bronić ci, którzy dzisiaj – zbyt łatwo zapomniawszy o naszej własnej historii – jednoczą się duchowo ze współczesnymi zaborcami cudzych ziem, cudzych ojczyzn i zachłystują się uszczęśliwieniem czytając o operacjach wojennych, z których niejedna w znaczeniu swoim, w treści swojej, niczym prawie nie różni się od bitwy pod Maciejowicami! Sławią zbirów, z których niejeden tylko krojem munduru i brzmieniem mowy, w jakiej wydaje rozkazy, różni się od ponurej pamięci feldmarszałka Suworowa!

Nie, w tych ludziach, choć przeważnie głoszą się „narodowcami”, sprawa wolności w Polsce nie znajdzie rzetelnych, czystych w swoim sumieniu rzeczników. Na lud tylko może ona liczyć. Na lud, który ją wywalczył i który ją odżywia co dzień mozołem swojej pracy. Dla niego zaś – dla ludu – jedynym powietrzem oddychalnym, jedynym klimatem, w którym może on czuć się i być naprawdę narodem – jest klimat demokracji. Klimat rozwoju i wzrostu, klimat – jak Żeromski to określił – „wielkiego pracowiska postępu”, klimat dobrobytu i kultury, klimat prawa i sprawiedliwości: klimat Polski Ludowej.

Taką zdawała się wychodzić z więzów niewoli wtedy, owej jesieni przed laty dziewiętnastu – taką, wierzymy, wyjdzie na pewno z mroku dni dzisiejszych!

Leon Kruczkowski

______________________

Powyższy tekst to zapis przemówienia wygłoszonego 31 października 1937 r. w Krakowie podczas akademii poświęconej rocznicy utworzenia Rządu Lubelskiego. Pierwotnie ukazał się w Leon Kruczkowski – „W klimacie dyktatury”, Nakładem Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik”, Kraków 1938. Przedruk za tym źródłem.

Jeden komentarz nt. “„Lud” i „naród”

  1. “Od 1946 roku był posłem – kolejno: do KRN, na Sejm Ustawodawczy oraz na Sejm PRL I, II i III kadencji. W latach 1952-1956 przewodniczył sejmowej Komisji Oświaty, Nauki i Kultury. W latach 1952-1956 członek Prezydium Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Narodowego, od 1958 członek Prezydium Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu. Był odznaczony orderem Budowniczych Polski Ludowej. W 1953 otrzymał Międzynarodową Nagrodę Leninowską za Umacnianie Pokoju Pomiędzy Narodami.”

    To jest lewica demokratyczna i niekomunistyczna?
    Czy to jakiś inny Leon Kruczkowski?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *