Jan Strzelecki

Pomnik chłopskiego radykalizmu

[1958]

Będzie tu mowa o książce, książce nie byle jakiej, która wchodzi na godne miejsce w szeregu politycznej pamiętnikarskiej literatury. Przedłuża ona w dzień dzisiejszy doniosły nurt piśmiennictwa zaczęty żywotami chłopskich działaczy z końca XIX wieku, znaczony w dwudziestoleciu pomnikowym zbiorem nagrodzonych przez „Wiadomości Literackie” „Pamiętników chłopów” i bogatymi autobiografiami, na których Józef Chałasiński oparł swe „Młode pokolenie [chłopów]”. W tym literackim szeregu doniosłych dokumentów kultury ludowej i narodowej w Polsce tom Jana Stryczka [1] jest zjawiskiem pierwszorzędnej wagi. Nie tylko ze względu na zasięg wspomnień i doświadczeń, literacki walor i rozległość obserwacji. Nie tylko dlatego, że tom ten sięga w teraźniejszość i przynosi świetne szkice do obrazu przemian gospodarczych, społecznych i obyczajowych we współczesnej, powojennej wsi. Jest ponadto i przede wszystkim – całą bogatą wagą swego świadectwa – poważnym dokumentem społeczno-politycznym, źródłowym przyczynkiem do historii najnowszej chłopskiego radykalizmu.

Okolica, z której pochodzi autor, długoletni działacz „Wici”, sekretarz Ludowego Stronnictwa, żołnierz i spółdzielca – to okolica przeludnionych wsi Rzeszowszczyzny, sąsiadujących dziedzicznie z folwarkami Potockich z Łańcuta. To klasyczny teren chłopskiego ruchu, chłopskiego wrzenia i chłopskiego rewolucjonizmu drugiego dziesiątka międzywojennych lat. Radykalizm klasyczny, oparty na przeciwstawieniu interesów wsi i pańskiego folwarku, wchłaniało się tu wcześnie, wraz z krajobrazem dzieciństwa: „Gdy byłem jeszcze małym »bizonem«, wracałem jednego razu samotnie z Łańcuta. Szedłem sobie i rozmyślałem patrząc z góry, z szosy, na pola folwarków: Górne, Dolne i Głuchów. Patrzyłem na nasze okolice w nizinie, przez którą płynie rzeka nasza, Wisłok, i żal mi się zrobiło moich wsi znajomych: Dębiny, rozciągniętej jak kiszka, przyciśniętej z jednej strony do białobrzeskich pastwisk, a z drugiej strony do łąk, na których pełno było smug napełnionych wodą. Żal mi było Białobrzegów, które, rozcięte do połowy korytem Wisłoka, miały pola zalewane prawie kilka razy w roku. Żal mi było i Głuchowa, który, mimo że koło niego były wspaniałe folwarczne pola, zepchnięty był na niziny i pola o wiele gorsze, i do tego zalewane przez dziką Głuchówkę. I przede wszystkim żal mi było naszego Zakrzacza. […] I zamarzyło mi się o tym, co by to zrobić, ażeby przenieść te nasze wioski z tych dolin na te górki, gdzie by woda nigdy nie wylała. I jużem sobie upatrzył, w której to okolicy umieściłbym Zakrzacze, a w której Dębinę. A nie przyszło mi na myśl, ażeby hrabiego skrzywdzić. Chciałem mu dać za to nasze pola […] zepchnięte w najgorsze miejsca, o najgorszej glebie” [2].

To był krajobraz, który wychował radykalnych wiciarzy z Woli Dalszej, rodzinnej wsi autora, Grodziska, Rakszawy, Węglisk, wiosek znanych szeroko z tego, że dużo w nich było „bojowo nastawionych i twardych ludowców i wiciarzy”. Przecież to właśnie w Grodzisku w roku 1933 odbyła się słynna „rewolucja na oślep”, bitwa chłopów z policją, zakończona pacyfikacją całej okolicy, która wysłała regularne kolumny pospolitego ruszenia na pomoc mieszkańcom Grodziska. Trudno oprzeć się chęci zaprezentowania mało znanego obrazu z międzywojennych zbiorów klasowej, chłopskiej batalistyki, godnej scen z „Ogniem i mieczem”. „Droga wypadła po większej części przez lasy, i to nocą. Nagle, z daleka, z kierunku Kosiny, doleciał nas śpiew »Gdy naród do boju«. To szła Kosina. Trzystu kosiniaków na pomoc Grodziskowi. Szli uzbrojeni, bo mieli niektórzy karabiny z oberżniętymi lufami, a kilku młodych wiciarzy, których znałem, miało pistolety i granaty nie wiadomo skąd. […] We świtaniu wyszliśmy z lasów i zobaczyliśmy Grodzisk. Nadszedł jakiś łącznik, kazał nam maszerować do wsi, bo przygotowywany jest ostatni atak, zanim policji nadciągną większe posiłki. Powiedział, gdzie są umieszczone karabiny maszynowe, by, gdy zaczną strzelać, wiedzieć, że to nasze. Były to karabiny ćwiczebne organizacji »Strzelca« z okolicznych wiosek, bo i »Strzelec«, pupilek sanacji, brał udział w rewolucji w Grodzisku. Zrzedły nam ogromnie miny […] Ale ambicja nie pozwalała nam wracać. Trzeba było zobaczyć rewolucję, więc pomaszerowaliśmy dalej. Przed nami wyłoniło się z wąwozu przecinającego naszą drogę auto pełne policji i pomknęło w kierunku posterunku. […] Dopiero po przybyciu na miejsce zobaczyliśmy, co tu było narodu i że ludzie nie przyszli, jak my, z gołymi rękami. Cała okolica posterunku była dosłownie nabita ludźmi. Uzbrojenie było rozmaite. Niektórzy mieli szable kawaleryjskie, pamiętające jeszcze pierwszą wojnę światową, pistolety różnego kalibru, karabiny długie i krótkie. Widziałem i maszynowe karabiny ręczne, ale najgroźniej chyba wyglądała typowa broń chłopska: kosa na sztorc, a jeszcze groźniej sierpy przybite gwoździem do drąga. Ta broń to chyba nie miała jeszcze zastosowania w buntach chłopskich i została po raz pierwszy zastosowana w rewolucji grodziskiej” [3].

Widać więc, że nie było żartów z tą buntarską okolicą. A zaczęło się wszystko od niepoważnej z historycznego punktu widzenia przyczyny. Komendant posterunku policji w Grodzisku zakazał strzelania z nabijanych prochem moździerzy w czasie najlegalniejszej procesji Bożego Ciała. Sam natomiast nakazał strzelać do nie chcącego się rozejść tłumu.

Trudno się było powstrzymać od ekspozycji tego obrazu, godnego poczesnego miejsca w galerii narodowego malarstwa. Ale właściwie to nie na tę stronę chłopskiego radykalizmu chcieliśmy zwrócić uwagę. Bo powiedzmy sobie, że ta strona chłopskiego rewolucjonizmu Rzeszowszczyzny została już ostatnio wyeksploatowana na wielu centralnych dożynkach, weszła w ubiegłych latach do żelaznego repertuaru państwowych akademii urządzanych z okazji Zielonego Ludowego Święta i że to jej oficjalne uznanie współistniało harmonijnie z systematycznym nieuznawaniem doniosłej historycznej i współczesnej roli i znaczenia społeczno-gospodarczych instytucji radykalnego chłopskiego ruchu. Wokół tych właśnie instytucji, tworzonych zapałem i wysiłkiem międzywojennego pokolenia, wokół Solarzowego uniwersytetu, spółdzielni zdrowia w Markowej, mleczarskich spółdzielni, Kas Stefczyka, spółek drzewnych, a nade wszystko wokół unoszącego się nad nimi archaizującego Solarzowego ducha rozgorzała po wojnie dyskusja, w której bez trudu powiedziano wiele słusznych tez na temat przeżytkowego charakteru agraryzmu, złudzeń spółdzielczej republiki, niedoceniania robotniczo-chłopskiego sojuszu, obaw przed społeczną rewolucją. Dyskusja ta byłaby o wiele płodniejsza, gdyby nie posłużyła jako forpoczta administracyjnej likwidacji bogatego dorobku Stryczków, bogatego dorobku form społecznego życia wsi. Upierano się wtedy, że wszystkie te instytucje były formami samopomocy pochodzącymi z okresu klasowego ucisku i że stają się zbędne wobec skutków wielkich rewolucyjnych przemian, które doprowadziły do tego, że samo państwo staje się z urzędu najwyższą formą ludowej samopomocy. I dlatego książka Stryczka przynosi tak bogatą listę smutnych strat. Chłop w myśl tamtych minionych koncepcji wchodzić miał w okres budowy socjalistycznego społeczeństwa bez żadnego wkładu własnych instytucji, które by warto rozwijać po zdobyciu władzy. W rewolucyjnym folklorze robotniczego ruchu widniał jako pomocny sojusznik w politycznych czy gospodarczych bataliach zasadniczej rewolucyjnej siły – dostarczał strajkującym robotnikom chleba, gnębiony był przez tę samą władzę, ten sam ustrój, tę samą policję. Ale na socjalistyczne obywatelstwo przychodził bez żadnego uznanego instytucjonalnego dorobku. Socjalistyczne instytucje otrzymać miał dopiero, z góry, za zrządzeniem ludowego państwa, wraz z obszernym ideologicznym komentarzem uzasadniającym konieczność wyzbycia się innych niż walki z sanacyjną policją tradycji.

Trudno, czytając ten bogaty tom sześćdziesięcioletniego już dziś byłego wiciarza, nie podkreślić tych właśnie spraw, gdyż Jan Stryczek należy do ludzi, którzy najlepsze lata swego życia strawili na uczestnictwie w tworzeniu i umacnianiu społecznych i kulturalnych instytucji, stanowiących dumę chłopskiej radykalnej demokracji lat trzydziestych.

Wieś dzisiejsza, którą rysuje Stryczek, jest wsią przemienioną do gruntu dwoma wielkimi dziełami powojennych rewolucyjnych przemian – reformą rolną i rozbudową przemysłu, która otworzyła okno na zarobek dla wsi Rzeszowszczyzny. Ten świetny obserwator, głęboki znawca i miłośnik wsi śledzi skutki tych fundamentalnych procesów w wielu dziedzinach życia swego rodzinnego środowiska. Doskonale zdaje sobie sprawę, w jakiej mierze te właśnie przemiany wyrównały społeczną strukturę wsi, wzmogły siłę i znaczenie pogardzanego dawniej, biedniackiego i fornalskiego Jawornika. Ale jednocześnie opisuje z głębokim żalem kolejny zanik współtworzonych przez siebie form chłopskiego życia. Z jaką goryczą i jednocześnie z nadzieją, że coś musi się przecież zmienić, polemizuje z przeciwnikami gackiego Uniwersytetu Ludowego! Z jakim żalem mówi o zlikwidowaniu spółdzielni zdrowia w Markowej! Szczyciła się nią przecież cała chłopska Rzeszowszczyzna, nauczyciele wiejscy widzieli w niej wymowną i najserdeczniejszą odpowiedź autorowi „Przepióreczki” i „Ludzi bezdomnych”. Była nie tylko mocnym, skrupulatnie zbudowanym, gospodarsko skalkulowanym faktem – była również niezmiernie cennym, promieniującym szeroko symbolem rzetelnego, chłopskimi rękami tworzonego postępu. Karty książki Stryczka są dlatego najwymowniejszym z możliwych aneksów do nowego, popaździernikowego programu rolnego. Ten program jest przecież restytucją praw i obowiązków radykalnej spółdzielczej chłopskiej demokracji, restytucją instytucji, wypracowaną przez lata trudnego, pełnego rewolucyjnych wstrząsów rozwoju podłańcuckiej wsi. Te instytucje były i są do dziś fundamentem zbiorowej chłopskiej dumy, doniosłym wkładem w postęp cywilizacyjny i kulturalny całego narodu.

Myślę, że warto to powiedzieć właśnie w dniach, w których we wsiach Rzeszowszczyzny odbywają się uroczyste obchody rocznic dawnych chłopskich bojów. Trzydziestolecie „Wici” wymaga czegoś więcej niż szeregu obchodów i okolicznościowych dekoracji za dzielną walkę z sanacyjną policją. Wymaga twórczego, tak potrzebnego dzisiejszej chwili wchłonięcia rzetelnego dorobku wypracowanych przez wiciarzy bogatych form społecznego i gospodarczego życia wsi. Za nami jest już okres swoistej wykładni haseł robotniczo-chłopskiego sojuszu, która sprawiała, że w życiu wsi powstawała społeczna próżnia. W tamtym okresie Stryczkowie stawali się zbędni. Dziś są potrzebni. Potrzebni z całym swym ogromnym doświadczeniem społecznej pracy wsi, z całym zasobem gospodarskich nawyków działaczy samorządnej chłopskiej spółdzielczości. Są dziś potrzebni z całym swym głębokim przekonaniem o rdzennym związku między rozwojem różnorodnych form chłopskiej spółdzielczości a kształtowaniem się zrębów socjalistycznego społeczeństwa. Przecież tym ludziom nie była obca nawet idea spółdzielczości produkcyjnej! Nieraz się nad nią zastanawiali, jak i nad wszystkim, co mieć mogło wpływ na podniesienie poziomu społeczno-cywilizacyjnego wsi. Doszli nawet do przekonania, że „kwestia ta byłaby możliwa, gdyby to było organizowane, zwłaszcza u nas, w małych formach, w ściśle dobranym gronie, o podobnych zapatrywaniach i jednakowej chęci do pracy”.

Jan Stryczek, odsunięty od społecznej działalności, zajmował się w niedawnych latach pleceniem koszy. Sądzę mimo to, że swoim życiem i swoją książką zbliża się do wysokiej rangi nieoficjalnych budowniczych Polski Ludowej, przetwarzającej w nowy kształt najlepsze tradycje radykalnej chłopskiej demokracji.

Jan Strzelecki

_____________________________

Powyższy tekst pierwotnie opublikowano w roku 1958, następnie zamieszczono go w dwóch różniących się nieco wydaniach zbioru tekstów autora pt. „Kontynuacje” (pierwsza wersja – dwa wydania z lat 1967 i 1974; druga – 1990). Przedrukowujemy go za „Kontynuacje (2)”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1990.

 

Przypisy:

1. Jan Stryczek, Chłopskim piórem, Warszawa 1957.

2. Tamże, ss. 56-57.

3. Tamże, s. 313-314.

 

Jan Strzelecki (1919-1988) – socjolog, działacz społeczny i polityczny. W latach 1937-39 pracownik i członek redakcji lewicującego pisma „Orka na Ugorze”. W czasie okupacji związany najpierw z Polską Ludową Akcją Niepodległościową, rozbitą przez Gestapo, a następnie z młodzieżowym środowiskiem skupionym wokół podziemnego socjalistycznego pisma „Płomienie”, którego był redaktorem (współredagował również miesięcznik „Młodzież Socjalistyczna”), z ugrupowaniem Polscy Socjaliści, później z PPS-WRN. Aresztowany przez Gestapo, lecz wykupiony z niewoli. Zaangażowany w pomoc Żydom. Żołnierz podziemnych sił zbrojnych, uczestnik powstania warszawskiego, dwukrotnie ranny. Po wojnie pracownik naukowy uniwersytetów w Łodzi i Warszawie, w 1946 r. aresztowany na kilka tygodni przez UB pod zarzutem działalności w Zrzeszeniu WiN. Od roku 1946 członek Rady Naczelnej PPS oraz przewodniczący Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej i redaktor jej organu – pisma „Płomienie”. W roku 1946 opublikował manifest „O socjalistycznym humanizmie”, będący m.in. polemiką z sowiecko-PPR-owską wizją socjalizmu. Tekst ów, opublikowany w wyżej wzmiankowanej broszurze, a w okrojonej wersji w piśmie „Wiedza i Życie” (po latach został wznowiony w jeszcze innej wersji w książce Strzeleckiego pt. „Kontynuacje (2)”, Warszawa 1990) , wywołał ożywioną dyskusję oraz przyniósł gwałtowne ataki na osobę autora (prym w nich wiódł Adam Schaff, a W. Gomułka określił tę ideę jako „wyciągnięcie ręki do zgody z reakcją”), w efekcie których stracił funkcję przewodniczącego ZNMS i usunięto go z PPS, a całą koncepcję określano po roku 1948, w okresie stalinizmu, jako reakcyjną i burżuazyjną. Po utworzeniu PZPR był jej szeregowym członkiem, angażował się jednak w rozmaite inicjatywy krytyczne wobec polityki władz, m.in. Klub Krzywego Koła (okresowo jego prezes). Uczestnik protestów w marcu ’68, od początku lat 70. związany z zalążkami opozycji demokratycznej, usunięty za to z PZPR w roku 1979. Wybitny socjolog – bliski współpracownik prof. Stanisława Ossowskiego, za poglądy politycznego usunięty w 1952 r. z Uniwersytetu Warszawskiego, następnie zatrudniony w IFiS PAN, doktoryzował się w 1964 r., habilitował w 1984. Autor licznych esejów, książek i rozpraw naukowych. Działacz „Solidarności” i doradca jej władz, współpracownik francuskiego zespołu naukowego pod kierownictwem Alaina Touraine’a, badającego fenomen ruchu społecznego „Solidarność”. Po wprowadzeniu stanu wojennego internowany, zwolniony ze względów zdrowotnych. W latach 80. zaangażowany w liczne inicjatywy solidarnościowego podziemia. W nocy z 29 na 30 czerwca 1988 r. został brutalnie pobity, w efekcie czego wkrótce zmarł. Odznaczony Krzyżem Walecznych (1944), a pośmiertnie Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył go Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski (2006).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *