Ignacy Daszyński

Mowa za powszechnym, równym, bezpośrednim prawem wyborczym

[1905]

Wysoka Izbo! Szanowni panowie! Trzy czynniki, jak wiadomo, wpłynęły decydująco, jako zasadnicze motywy, na stanowisko rządu austriackiego w kwestii reformy wyborczej, a były nimi: zwycięskie postępy rewolucji proletariatu w Rosji, bunt szlachty na Węgrzech i stanowisko korony wobec niej, a w końcu także powód wewnętrzny: zorganizowany ruch robotniczy w Austrii. W jaskrawej łunie pożaru, który niszczy dom niewoli, carat, nie tylko robotnicy spostrzegli jasno i wyraźnie odsunięcie ich od wszelkich praw, swoją polityczną nędzę, lecz na szczęście państwa, na szczęście wielu a wielu instytucji państwowych, przekonał się także rząd, że dłużej już nie śmie zwlekać z decyzją w sprawie powszechnego, równego i bezpośredniego prawa wyborczego.

Równocześnie z chwilą, kiedy rząd miał w tej kwestii powziąć jasne i stanowcze postanowienie, musiał sam, a z nim razem cały świat, przejść do przekonania, że panowanie szlachciców, że republika szlachecka wszędzie jest bezpłodną, że pod względami politycznym, społeczno-politycznym, kulturalnym i gospodarczym jest ona upadłą wielkością i że trzyma się w państwie tylko siłą swego przywileju, i że stała się czynnikiem hamującym dla każdego państwa współczesnego.

Z pewnością nie radykalizm skłonił koronę przeciw szlachcicom na Węgrzech – i chciałbym natychmiast dodać – także przeciw szlachcicom wszelkich narodowości u nas, wysunąć na pierwszy plan reformę wyborczą, prawem ludu odświeżyć stanowisko korony, umocnić je, pojąć dziejową konieczność, wstąpić do szeregu państw nowożytnych – bez strat, bez wstrząśnień, bez rewolucji…

Nie przywykliśmy bowiem do radykalizmu korony, a tym mniej do radykalizmu rządu jego ekscelencji pana barona Gautscha. Właśnie w tym leży jego zaleta, że stał on dawniej także na tym samym stanowisku, na którym dziś stoją niektórzy przeciwnicy równego prawa wyborczego. Gdyby był fanatykiem radykalizmu, byłby już od dawna znany jako czerwony radykał i mówiono by, że człowiek ten, przyszedłszy do władzy naturalnie, chce urzeczywistnić swoje utopie.

W rzeczywistości jednak dzieje się coś innego. Pan baron Gautsch dał się przecież popchnąć – nie można nawet powiedzieć, że chętnie, lecz uległ on raczej konieczności niż własnemu popędowi.

A chociaż w danym wypadku nie jest to w naszych oczach komplementem dla jego ekscelencji, to jest to tym większy komplement dla samejże sprawy (bardzo słusznie!), że nawet rząd austriacki me mógł pozostać obojętnym wobec tego przepotężnego ruchu, który wzbiera naokoło nas, że nie stawiał zapory temu ruchowi, do którego chętnie przyłączyliśmy się. Przyznaję, że po mowie wygłoszonej w tej Izbie przez jego ekscelencję, a tworzącej temat niniejszej debaty, telefonowałem do Krakowa, mojego okręgu wyborczego: lud odniósł wielkie zwycięstwo – przyznaję, że na tym samym rynku, gdzie przed dwoma miesiącami z wysokiej trybuny przeklinałem p. barona Gautscha, urządzili socjalni demokraci uroczysty pochód z lampionami i transparentami, maszerowały dziesiątki tysięcy ludu w starym mieście stańczykowskim, wołając: Spełniło się, lud zdobył prawo, rozsądek zwyciężył!

Przedwczesna radość

I jak zrozumiałą była ta radość, tak też przyszliśmy później do przekonania, że jest ona przedwczesną, że nie czas jeszcze zaniechać walki, twardej pracy, w radosnym przeświadczeniu, że przecież cesarz, że przecież p. baron Gautsch stali się najgorliwszymi zwolennikami równego prawa wyborczego. I właśnie ta wątpliwość co do przedwczesnej radości rośnie w nas, kiedy słuchamy mów wrogów reformy wyborczej w Izbie panów i także w tej wysokiej Izbie.

Panowie! Słyszano tutaj wczoraj z ław Koła polskiego mowę, która pozornie w końcu, w ostatnim zdaniu, wyrażała gotowość zbadania przedłożenia, ale tę gotowość uzależniała od tylu warunków i klauzul, że rzeczywiście nie była to mowa przyjaciela reformy, lecz raczej mowa wroga, który jedynie ze wstydu i dla nieuniknionych politycznych motywów musiał wyrazić gotowość zbadania przedłożenia.

A spójrzcie panowie tam, do „słomianej stodoły”, ponieważ jest nią Izba panów, wedle słów najbardziej znanego członka owej Izby. Słuchajcie mów, jakie się tam wygłasza i słuchajcie, z jakim tonem zwracają się ci panowie przeciw rządowi, a ponad głowami rządu przeciwko osobie, która każdorazowy rząd wyposaża pełnomocnictwem w tym państwie. Uderzy Was pewien charakterystyczny rys w tych mowach.

Można zauważyć jakiś zwyrodniały romantyzm tych panów w słomianej stodole, zwyrodniały romantyzm, który po prostu nie jest wstanie wyobrazić sobie gospodarczych i politycznych przekształceń bez rozlewu krwi.

Wrogowie ludu

Ci starzy panowie pytają jak dziewice w byronowskim dziele „Don Juan”: „Kiedyż będą gwałcić, czemu nie gwałcą”, gdzież jest konieczna ilość krwi, aby nam dowieść, że stała się rzecz nieodzowna? Pytają się formalnie: A gdzież są barykady?

Nazywam to zwyrodniałym romantyzmem, ponieważ w istocie jest to zwyrodnienie, jeżeli ci zbankrutowani byli ministrowie i namiestnicy, z których niejeden tak marnie zakończył karierę, napadają na rząd właśnie w tej chwili, kiedy się okazał najrozsądniejszym, najbardziej nowoczesnym, kiedy bez niepotrzebnych ofiar pozwolił na wyraz wielkiej potęgi ludowej, walczącej o prawo wyborcze, co nie tylko najbardziej ludzkim, lecz także najbardziej nieodzownym, najlepszym i najrozsądniejszym było dla państwa i dla rządu; właśnie w takiej chwili pragną oni formalnie krwi, łakną barykad, rewolucji, tych namacalnych dowodów, że sytuacja istotnie jest poważną.

Jeden z tych panów powiedział: „Przecież nas Japończycy nie pobili?”.

A ja powiadam: tak jest, zostaliście przez Japończyków pobici! Tam, gdzie rosyjski absolutyzm w Europie pobity został przez Japończyków i obalony, wraz pobite zostały przez Japończyków także wszystkie inne absolutystyczne żywioły w Europie zachodniej. Japończycy nie potrzebują z armat strzelać do stodół słomianych. Te ciosy, które w Azji wschodniej w decydujących zapasach mocarstw spadły na carat, ciosy te muszą odczuć i odczują wszystkie małe cary w Europie jeszcze panujące i ciosy te dotknęły także kieszeni francuskich kapitalistów. Przypatrzcie się tylko rosyjskim rentom, a pojmiecie, jak dotkliwie biją Japończycy. Ale pan ten [ks. Schwarzenberg] nie rozumie tego, siedzi sobie w swoim kasynie albo w swoich dobrach, ma swoje przywileje i pyta: „Przecież nas nie pobito”. Czekajcie panowie tylko, aż Was rzeczywiście pobiją, wtedy inaczej rzecz wyglądać będzie, jeno na zebranie się wysokiej Izby panów będzie już za późno. Ale tam, gdzie panowie krwi nie widzicie, gdzie nie widzicie barykad, tam posługujecie się płaskim kłamstwem – nie chcę powiedzieć: oszczerstwem, bo ci starzy panowie sami nie wiedzą, co mówią!

Nieprawdą jest twierdzenie tych panów, że nasze demonstracje przyszły do skutku przy „uroczystym kierownictwie” rządu, nieprawdą jest insynuacja hr. Wojciecha Dzieduszyckiego – przynajmniej sam jej nie zaprzeczył – jakoby rząd to wszystko urządzał. Mam tutaj [pokazując dwie fotografie] najlepsze dowody, nie barykady, lecz fotografie, rzeczy niekrwawe, nie tak łatwo mogę służyć dostojnym panom barykadami i przelewem krwi, ale pokażę panom dwa zdjęcia. z Krakowa i z Grazu – i proszę mi pokazać choćby jeden organ rządowy na tych zgromadzeniach, których uczestników liczyć musicie na dziesiątki tysięcy.

Pokażcie mi, panowie, w tych wielkich pochodach choć jedną czarno-żółtą chorągiew. Jak długo nie dowiedziecie, panowie, swoich insynuacji i kłamstw, jak długo pozostaną bez odpowiedzi publiczne zapytania, które np. pod adresem hr. Dzieduszyckiego pojawiły się w „Arbeiter Zeitung”, jak długo trwać będziecie przy swoich kłamstwach, któreście rozsiali po świecie, tak długo przylegać będzie do was piętno oszczerstwa. Nie jest to naszą sprawą wypierać się obecnie rządu, dać się Wam podjudzić w tym momencie, kiedy chce on rozsądnej reformy wyborczej, a chce jej poważnie – według wszelkiego prawdopodobieństwa, o ile się sądzi wedle męskich, dzielnych słów drugiej mowy jego ekscelencji pana barona Gautscha; my z pewnością nie staniemy w pozie rewolucyjnych demagogów, którzy mówią: „Na miłość boską! Tylko nie zawierać przyjaźni z rządem!”. Przeciwnie! Wiemy, że w łbie panów knuje się intrygi, że się czyni fantastyczne obliczenia, że działa wprost fantazja rozpaczy i wszystko to otwarcie i energicznie pokrzyżujemy.

Zmusimy panów ewentualnie określić dokładnie swoje stanowisko w imiennym głosowaniu i postawimy panów przed: „albo – albo!”.

Rząd urządzał demonstracje! Trafnym to jest pod pewnym względem. Dnia 2 listopada znajdowałem się przed konną policją, niestety w pierwszym rzędzie, i widziałem to urządzanie. Stał potrójny wał na Burgringu, a za tym wałem oddział konnej policji. I przy tym „uroczystym urządzaniu” nie mniej jak czterdzieści osób zostało zranionych przez organy rządu. Lub jeszcze więcej.

Podobnie było we Lwowie, Krakowie, Pradze i Bernie, wszędzie „uroczyście” kierowano naszymi demonstracjami.

W tym kierunku rzeczywiście, mimowolnie i bez zamiaru, dopomógł rząd do jeszcze większego nagromadzenia gniewu i niechęci u ludu, do tym ofiarniejszej walki o powszechne, równe, tajne i bezpośrednie prawo wyborcze.

Ale taki minister funduszu gadzinowego, jak Thun, nie jest w ogóle w stanie wyobrazić sobie takiego ruchu.

Przypomnijcie sobie, panowie, policyjnego szpicla prowokatora Mrvę w Pradze! Za czyjego to rządu działał ten łotr na rzecz policji i władz politycznych? Za namiestnictwa hr. Thuna! Taki Thun nie może pojąć, aby można było poruszyć masę bez współudziału Mrvy.

Ci ludzie wołali o stany wyjątkowe, a p. prezydent ministrów usłuchał ich, sam się przy tym nieco kompromitując. Wygadał się z tajemnicą urzędową, że stan wyjątkowy już był w pogotowiu i że namiestnik w Pradze sam miał oznaczyć czas zawieszenia stanu wyjątkowego! Tak jest, także sądy doraźne.

Oszczędzono jednak Austrii tego zbrodniczego głupstwa, ponieważ zawieszając w obecnej chwili stan wojenny, dolewa się oliwy do ognia! Namiestnictwo hr. Thuna przyczyniło się właśnie do zradykalizowania politycznego gruntu w Pradze, jak w żadnym innym mieście w Austrii. Właśnie półtrzecia roku trwający stan wyjątkowy za namiestnictwa hr. Thuna przyczynił się do tego, że dłuższy czas niemożliwym był w Pradze żaden polityczny ruch bez wezbrania namiętności, których lękają się tak „spokojni” obywatele tutaj w Wiedniu, których lęka się rząd i przeciw którym zna rząd tylko jeden niezgrabny środek, jak to panowie dobrze wiecie, napiętnowany przez Cavoura – nie tyle środek napiętnowany, ile minister, który nim się posługuje – stan wyjątkowy. Naturalnie zakres pojęć Thuna obraca się między stanem wyjątkowym a szpiclami-prowokatorami, między Mrvą a katem, brutalną przemocą.

Ale dlaczegóż miałaby krew płynąć? Dlaczego mielibyśmy się rewoltować? Po co? Cesarz oświadcza się przecież za reformą, przecież p. baron Gautsch się nawrócił, wszyscy jego ministrowie są zaciekłymi apostołami równego prawa wyborczego. I słusznie chlubić się mogą, że w tej wielkiej chwili nie okazali się małymi ci, których ta chwila zastała u rządów.

Zaprawdę wielka sława okryje kiedyś i głowy tych ministrów, ponieważ oni to byli, którzy Austrię zmodernizowali. Dlaczegóż więc miałaby krew płynąć? Czyż dlatego, że Thun i Piniński są przeciwni reformie wyborczej, że opierają się jej Schwarzenberg i Plener?

Czyż bylibyśmy tak zuchwali, aby myśleć, że tam właśnie nawrócić się muszą Schwarzenbergi i Plenery? A może byliby to zrobili, gdyby mieli teki ministerialne, ale rozum bez teki – nie, panowie, to im rzeczywiście całkiem niepotrzebne!

Patrzcie, panowie, Thun był już także raz ministrem przez półtora roku; i cóż zrobił, czego dokonał? Splamił swoje nazwisko przez mordy Grasslitz i wyrzucono go ostatecznie na śmietnik polityczny. Odszedł ze sławą? Nie, przeciwnie: nikt łzy za nim nie uronił.

A teraz przychodzi i ubolewa, że Gautsch zyskuje tak łatwo piękny wieniec laurowy; bo spoza tych wszystkich jadowitych mów (w Izbie panów), wygląda przecież zawiść, że to nie oni, nie hrabiowie, nie w pobliżu tronu urodzeni, jak powiadają, nawet nie ministrowie w całym tego słowa znaczeniu, ale tylko „kierownicy”, jak ze smakiem wyraził się pan Dzieduszycki. A właśnie ci „kierownicy” kierują teraz bardzo dobrze, kiedy chcą zaprowadzić powszechne, równe, tajne i bezpośrednie prawo wyborcze.

Czy istotnie jest to prawdą, że rząd żadnych nie poczynił przygotowań, nie przedsięwziął żadnych ostrych środków na wszelkie ewentualności 28 listopada?

Panowie! Mogę tu przetoczyć kilka przykładów. Przede wszystkim w całej Austrii skonsygnowano wszędzie cały garnizon. A jest to chyba najostrzejszy środek, jaki tylko można sobie wyobrazić.

Jak poważnie traktowali rzecz komendanci korpusów, przytoczę na to mały, ale wymowny przykład. Kilku bogatym kupcom żydowskim w Krakowie zachciało się pójść do komendy korpusu i prosić o zbrojną ochronę dla swoich sklepów na 28 listopada. Na to odpowiedziano im ze strony komendy korpusu: „W pierwszych pięciu minutach nie ręczymy panom za nic, ale już w szóstej minucie panowie możecie być całkiem spokojni, zostaniecie ochronieni”. Oczywiście, nie mogli spokojnie znieść tych pięciu minut, są to przecież współcześni ludzie nerwowi i powiedzieli: „Ale cóż nam przyjdzie z szóstej minuty, kiedy już przeminie pierwszych pięć minut!”. Pozamykali zatem pięknie wszystkie sklepy, większość naturalnie uczyniła to z sympatii, mała część z trwogi, za co my znowu nie ponosimy żadnej odpowiedzialności.

Panowie! W Jarosławiu, gdzie stosunkowo może największy garnizon jest umieszczony – 5000 żołnierzy w mieście liczącym 20 000 mieszkańców – chodzili żandarmi od sklepu do sklepu, zachęcali kupców i wzywali ich do otwarcia sklepów. Pewny jestem, że całe tuziny podobnych przykładów można by przytoczyć wysokiej Izbie na dowód, że organa rządowe nie zachowały się wobec nas zachęcająco, lecz przeciw nam występowały. Że nie pojawiły się dzienniki rządowe, na to, panowie, nic nie można poradzić.

Klasyczną była w swej krótkości rozmowa, jaką miał redaktor „Gazety Lwowskiej” – jest to organ urzędowy – z namiestnikiem. Dnia 28 listopada przybiegł wystraszony redaktor i powiedział:

–  Ekscelencjo, „Gazeta Lwowska” nie wyjdzie!

–  Dlaczegóż to? – pyta się pan hrabia Potocki.

–  Ponieważ zecerzy nie chcą jej składać!

–  Ha, jeśli zecerzy nie chcą jej składać, to oczywiście nie wyjdzie!

Oto w krótkości wszystko, co rząd rozsądnie mógł powiedzieć o tym elementarnym zjawisku. Lecz wyprowadzać ze wszystkich tych zjawisk wniosek, że było to pewnego rodzaju arrangement rządu itp., może tylko fantazja rozpaczy. Wstydem przejmuje – muszę to otwarcie powiedzieć – gdy się widzi tych tam panów, owładniętych tak policyjnymi instynktami; jest hańbą i poniżeniem dla nauki, gdy właśnie mąż nauki szydzi z ruchu ćwierćmilionowego ludu i pyta, dlaczego właśnie tam nie zastosowano paragrafu ustawy o zgromadzeniach. Jest to coś tak niskiego, coś tak politowania godnego, że doprawdy hańbą jest, że z tego wystąpienia ćwierćmilionowego proletariatu nie zobaczono i nie usłyszano nic innego, jak tylko te niskie zarzuty.

Dla szlachciców za wcześnie!

Oto bezsilność upadającej kliki, która tylko zbrukać i opluwać potrafi, nie zaś zrozumieć. Później rzucili się ci panowie, rzucili się z pożądliwością na inny argument. Sprawa szła dla nich zbyt prędko, tempo nie było tak starczym, jakby oni tego chcieli, temperatura nieco za wysoką, niż mogli to przetrzymać starzy panowie. Dla nich byłoby najlepiej, gdyby nikt w Austrii nie czuł się niezadowolonym – żadnych demonstracji, żadnych zgromadzeń ludowych, żadnych okrzyków, żadnych sporów – tylko niech wszystko czeka, ufając Bogu, cesarzowi i rozsądkowi rządu. Zbyt szybkim jest tempo, ponieważ dzięki niemu czynimy ów sławny „skok w ciemności”. Pan hrabia Dzieduszycki powstydził się tego przestarzałego wyrażenia i nazwał to „skokiem gwałtownym”. Był on zbyt szybkim, zbyt niespodziewanym, byliśmy doń nieprzygotowani, ponieważ, dzięki Bogu, przeżywamy już piątą reformę wyborczą w krótkim czasie. Od roku 1867 przeżyliśmy przecież lata: 1873, l885, 1895 i nareszcie rok 1905.

Jest to jednak dla panów jeszcze za szybkie tempo: są oni tego zdania, że dla psa najzdrowiej jest, gdy mu się ogon po kawałeczku obcina. Nam się wydaje, że nie jest to zdrowe nawet dla psa, oczywiście nie mówiąc już o przywilejach szlachty. Jeżeli panowie macie instynkt samozachowawczy, to nie pozwolicie sobie obcinać waszych przywilejów po kawałku, lecz przeciwnie, powiecie: albo – albo. Lecz wobec takiej sprzeczności między przywilejem a prawem wyborczym, między prawem i bezprawiem, będziecie zawsze przedmiotem nienawiści i szyderstwa, wy zawsze wskazujecie kierunek, w którym się poruszają polityczne namiętności. Jest to dla was jako dla klasy bynajmniej niedobrze, jeżeli sprawa wciąż się przeciąga dzięki waszej upartej rewolcie. Szczęśliwie mieliście cztery kurie, potem otrzymaliście piątą, i gdyby szło według waszej woli, to wyczerpałby się szereg arytmetyczny bez końca i doszlibyście nie wiem do której już kurii. To byłoby według was godnym mężów stanu. Oczywiście nie byłby to żaden „skok w ciemność”, lecz od czterech do pięciu, od pięciu do sześciu, od sześciu do siedmiu itd.

Fałszerze historii

W tej potrzebie, w tej ciężkiej potrzebie – muszę to dodać – ci panowie powołali się na historię; wymyślili sobie oni historię specjalnie dla Koła polskiego. Oni mają podręczniki, które co innego mówią niż podręczniki dla zwykłych ludzi. Wiadomo, że nauka np. dla synów jaśnie oświeconych zupełnie inaczej wygląda niż nauka dla synów mieszczanina lub chłopa. Również i historia dla Koła polskiego jest zupełnie inna niż dla zwykłych śmiertelników.

Bo przecież tylko przy pomocy tej specjalnej historii dla Koła polskiego można było usłyszeć takie rzeczy, jakie nam wczoraj mówił jego ekscelencja hrabia Dzieduszycki. Zaczął on bardzo mądrze już od francuskiej rewolucji. Nie chciał nic o tym wiedzieć, że dawny system kurialny zakończył się historycznym zjawiskiem, wspaniale harmonijnym, a mianowicie zgilotynowaniem króla i królowej. Odwrócił więc swoje oblicze od tego nieładnego widoku i począł nam wykładać nowszą historię Francji. Naturalnie powiedział on o reakcji: Karol X został wygnany, później przyszedł Ludwik Filip.

Ten Ludwik Filip mógłby był aż do śmierci spokojnie panować, lecz nadeszła rewolucja. Tak, moi panowie, dlaczegóż? Czyż nie wiecie, dlaczego nadeszła rewolucja, chociaż Ludwik Filip nie był tyranem, lecz tylko królem mieszczańskim? Gdy deszcz padał, spieszył on natychmiast na ulicę, aby jakiemu obywatelowi parasola pożyczyć – było to przecież swego czasu bardzo znane w podręcznikach szkolnych – był on prostym królem mieszczańskim, a orleaniści nie tyle z łaski Boga, ile z łaski rewolucji powstali.

Ale dlaczegóż nadszedł rok 1848? A byłoby tak pouczającym bliżej tę rzecz rozpatrzeć. Tak, a wiecie dlaczego? Dlatego właśnie, że nie chciano dać reformy wyborczej. Przypomnijcie sobie znaną akcję mieszczańskich rewolucjonistów, tak zwane bankiety reformy wyborczej.

My, oczywiście, nie jesteśmy w stanie zaprosić 250 000 ludzi na bankiet i jesteśmy tego zdania, że tak sobie przy jedzeniu mówić o polityce nie jest dobrze. Lecz mieszczaństwo musiało urządzać tzw. bankiety dla reformy wyborczej. Iluż miało wówczas prawo wyborcze do francuskiego parlamentu? 300 000 wyborców. I gdy pewnego razu na czele ministerium stanął taki mądry człowiek jak Thun, i gdy taki bankiet został zabroniony – wtedy wybuchła rewolucja 24 lutego 1848 r., a król i mądry minister obydwaj musieli z Paryża uciekać. Król, ma się rozumieć, zabrał ze sobą lepszą część swej potęgi, dobrze nabitą kiesę, lecz minister uciekł, goniony przekleństwami i hańbą.

Rewolucja wybuchła i, wiecie, ilu zjawiło się wyborców we Francji przy powszechnym, równym i bezpośrednim prawie wyborczym? 9 000 000, a za Ludwika Filipa było ich 300 000! Z tych dwóch liczb zrozumiecie, dlaczego rewolucja przyjść musiała pomimo Ludwika Filipa, pomimo podłego tchórzostwa francuskiej burżuazji, pomimo słów Guizota, który wołał: „zbogacajcie się!”. Pomimo tej podłości jednak rewolucja przyjść musiała, ponieważ lud we Francji za Ludwika Filipa nie posiadał prawa wyborczego.

Lecz oto nadeszły dni czerwcowe, mówi pan hrabia. Dlaczego? Wszak prawo wyborcze było ogłoszone na wiosnę 1848 r., a dni czerwcowe przyszły zaledwie w dwa miesiące potem. Kto się ośmieli powiedzieć coś podobnego, że po dwóch miesiącach, zanim się w ogóle działanie powszechnego, równego i bezpośredniego prawa wyborczego objawić mogło, że jako skutek tego prawa przyszło takie zjawisko jak krwawe dni czerwcowe? Nie, moi panowie, tak może jest w podręcznika historii dla Koła polskiego – wiecie – może na miesiące listopad i grudzień, lecz w historii dla zwykłych ludzi jest o tym inaczej: było to niezadowolenie robotników, którzy co mieli najlepszego, oddali w walce rewolucyjnej, którzy potrafili umierać na barykadach, a oto widzieli, że burżuazja ich opuszcza i oszukuje.

Była to demagogiczna polityka rządu z tzw. narodowymi warsztatami, a szalę przechylił rząd, gdy chciał pozbyć się nie mieszkających stale – należałoby dla panów socjalno-chrześcijańskich powiedzieć „osiedlonych” w Paryżu robotników. To był, moi panowie, ostatni motyw do tej strasznej rzezi, na której Cavaignakowie oparli na dziesiątki lat swą polityczną egzystencję. Ale oto znów przychodzi nauczyciel historii dla Koła polskiego i powiada, że powszechne, równe i bezpośrednie prawo wyborcze stworzyło tyrana Napoleona III. Tak, moi panowie, zanim przejdę do tego tyrana, muszę jeszcze coś przypomnieć. Widzicie w roku 1850, 31 maja było wprowadzone prawo osiedlenia i to według ideałów chrześcijańsko-socjalnych. Było zaprowadzone dla Francji trzechletnie prawo osiadłości. Miano już wtedy tyle rozumu, ile go nabył dopiero teraz dr Lueger.

To trzechletnie prawo osiadłości zniżyło liczbę wyborców z 9 na 6 milionów. Tych 6 milionów stworzyło parlament, który stał się niepewnym w swej podporze, ludzie, dlatego że 3 miliony nie miały praw, stracił wszelką siłę i popularność w ludzie przez ową głupią regułę trzechletniej osiadłości.

Oto był jedyny skutek osiadłości i Napoleon zniósł to prawo, stając się przez to tak popularnym i potężnym przez długie, długie lata.

Czego nas to uczy? Że właśnie fałszowanie prawa wyborczego wydało parlament tyranowi. Lecz cóż to za tyran był ten Napoleon III, którego słowom w latach 1861, 1862 i 1863 wierzyły całe falangi polskich szlachciców?

Był on przecież Egerią, był duchem świętym Czartoryskiego, „hotelu Lambert” w Paryżu, Tarnowskiego, Koźmiana i jak się tam jeszcze ci wszyscy stańczycy nazywają. Nie jest to jeszcze przecież taka stara historia i znamy ją zupełnie dokładnie z dzieł właśnie pana Koźmiana. Nie bądźcie więc niewdzięcznymi, moi panowie; nie nazywajcie Napoleona III tyranem, bo to najmniej pasuje do Waszej historii. Tak samo dziwnie jak historia XIX stulecia w oczach Dzieduszyckiego, wyglądają i jego poglądy na ostatnią fazę we Francji, na republikę. Powiada on, że republika usunęła to, co było specyficznie francuskim, że katolicka Francja została zgnębiona. Tak, a cóż to jest za zjawisko? Czy to rzeczywiście tylko skutek powszechnego prawa wyborczego? A cóż było z Lutrem? Czyż koniecznie potrzeba republiki i powszechnego prawa wyborczego, aby nie oddać kraju jakiegoś na pastwę ultramontanizmu?

Przecież niemieccy książęta i stany były pierwszymi, które pokazały drogę katolickiej republice francuskiej, co należy robić z ultramontanizmem i arogancją kościoła rzymskokatolickiego.

Powołują się z taką ochotą na Anglię: któż to więc był, co chciał w Anglii po prostu znieść kościół katolicki? Przecież byli to królowie Anglii, największa jej królowa Elżbieta. Te same procesy historyczne, które miały miejsce w Anglii i Niemczech przed stuleciem, musiały się odbyć w każdym nowoczesnym państwie, nawet w katolickim, o ile to państwo, nawet najwięcej katolickie, chciało się organizować, mieć kontrolę nad swymi szkołami i rozporządzać swym najostrzejszym narzędziem – armią. Rozdział kościoła od państwa w katolickiej Francji nic nie ma do czynienia z powszechnym prawem wyborczym jako takim.

Odbywa się ten sam proces i bez równego prawa wyborczego w społeczeństwie stanowym. Mówi się też, że Francja militarna pozostała w tyle. Tak, gdy spokojnie wejrzymy w historię, znajdziemy, że najostrzejszym środkiem przeciw zawodowemu militaryzmowi jest skrócenie czasu służby. I patrzcie, oto monarchiczne Niemcy najpierw wprowadziły dwuletnią służbę, a dopiero za nimi poszła Francja. Dopiero później zaprowadziła Francja dwuletnią służbę, a w państwie nowoczesnym skrócenie czasu służby oznacza głębokie ucywilizowanie armii, ponieważ jest to konieczne, aby państwo kapitalistyczne, które zawsze musi mieć pod ręką armię, nie pozwoliło na zagnieżdżenie się w armii jakiejś obcej potęgi i dlatego przez długi i bolesny proces usunięto z armii klerykalnych intrygantów.

I jeśli w tej arcykatolickiej Austrii nadejdzie taki czas, że klerykali i feudałowie tak się w armii zagnieżdżą, że nie będzie ona powolnym instrumentem w rękach rządu i dynastii, wtedy tak samo będzie trzeba ich wykurzyć, jak we Francji, Niemczech, Anglii i na całym świecie.

Moi panowie! Pomimo to: biada Rzymowi, jeśliby musiał opierać się na takich filarach jak Dzieduszycki i jego koledzy! Klerykalizm, niby tak uciśniony we Francji, jest tam jednak silniejszy niż gdziekolwiek indziej. Wyrwano mu tylko kilka jadowitych zębów, tylko formalnie został on usunięty z roli państwowego czynnika, jest on tam jednak jeszcze żywy, bogaty, wierzy i płaci. To ostatnie, zdaje się, jest najważniejsze, dla papieża i dla wszystkich innych czynników. Więc panowie, nie lamentujcie za dużo nad tym, co się stało we Francji. Zupełnie tak samo ma się rzecz i z historią Anglii w ustach hrabiego Dzieduszyckiego.

W Anglii – a jest to modnie powoływać się zawsze na Anglię – w Anglii wszystko było tak „harmonijne”, piękne, spokojne; jedna partia zastępowała drugą i wszystko szło jak po maśle. Wszystko było w Anglii tak spokojne i harmonijne. Nawet wtedy było wszystko w harmonii, gdy król Karol stanął na szafocie? W Anglii nie znano żadnych przewrotów; wszystko szło prawną drogą. I to jest bardzo charakterystyczne dla hr. Dzieduszyckiego i jego rachuby czasu; wczoraj powiedział on, że „dopiero” w roku 1885 było zaprowadzone w Anglii powszechne głosowanie. My powiemy: „już” w roku 1885 przeprowadziła Anglia pod Gladstonem wspaniałą reformę wyborczą.

Tak samo, panowie, rzecz się przedstawia z jego poglądami na Niemcy. Wypowiedział on zdanie nie do uwierzenia, że wyrównanie praw wyborczych musiano osłabić przez wprowadzenie autonomii części. Właśnie wprost przeciwnie było w rzeczywistości.

Musiano tam obejrzeć się za środkiem wstrzymującym siły rozkładowe i zrobić je w większej części nieszkodliwymi, nawet niemożliwymi. I nie ma po prostu środka, aby trzymać te dążące do rozkładu części autonomiczne – a nie były to części autonomiczne w rozumieniu nędznej autonomii Galicji, lecz były to samoistne państwa, całkiem odrębne, oddzielne, we wszystkie prawa zwierzchnicze wyposażone państwa – w kupie, jak tylko powszechne, równe i bezpośrednie prawo wyborcze, a te prawa zwierzchnicze i te tradycje nie nędznych, świeżo upieczonych szlachciców, lecz tradycje królów i książąt musiały powstrzymać się wobec powszechnego, równego i bezpośredniego prawa głosowania i wszystkie intrygi małych dworów i wszystkie ich knowania przeciw tej jedności w przeszłości i jeszcze obecnie musiały zamilknąć przed potęgą jednoczącego elementu tajnego, równego, bezpośredniego i powszechnego prawa wyborczego.

To było przecież historyczną istotą prawa wyborczego, takim był zamiar, jasny plan Bismarcka, a Bismarck nie był z pewnością tym wielki, że umiał obchodzić się z krwią i żelazem, lecz był dlatego wielkim, że umiał zdobycz utrzymać w czasie pokoju, nie przez echo salw armatnich, jak hr. Dzieduszycki mniemał, albowiem echo trwające 35 lat byłoby przecież nonsensem, lecz przez żywe prawo wyborcze, przez jednoczącą siłę powszechnego prawa wyborczego.

Magnaci a rewolucja polska

Tak my zapatrujemy się na historię. Gdy się jednak słucha tego, co uczony i szanowny hrabia mówił wczoraj, narzuca się każdemu pytanie: w jakim właściwie wieku znajduje się teraz p. hr. Dzieduszycki? Czy doszedł on już z nami do r. 1905, do XX wieku, czy tkwi on jeszcze w XVIII wieku, w wieku korupcji i wszechpotęgi polskich magnatów, polskich konfederatów, polskich spiskowców przeciw królom i reformom polskim, przeciw polskiemu sejmowi reformy? Czy znajduje on się w wieku tych wszystkich pysznych, zuchwałych, egoizmem i niezmierną chciwością i dumą rodową nadętych magnatów, którzy na koniec siebie samych i kraj cały Katarzynie II sprzedali i zdradzili?

Czyż nie mamy poza sobą wieku historii, w którym na naszych sztandarach powstańczych wypisaliśmy: za waszą i naszą wolność walczymy? Czyż nie dostarczyliśmy rewolucji tylu żołnierzy, uczciwych żołnierzy, że na wszystkich pobojowiskach, na których walczono i krew przelewano o prawa ludzkie, także Polacy walczyli i krew przelewali? Czy zapomniał on o tym wszystkim, czy nie widzi nic ponad przywilej swoich towarzyszów klasowych i kastowych?

Ten wielki myśliciel historyczny, jak on tu wczoraj przed nami stał, podniósł na spółkę z innymi współwrogami jeszcze jeden ciężki zarzut przeciw rządowi, w szczególności przeciw baronowi Gautschowi, mianowicie ten, że rząd nie był bardzo konsekwentny. Konsekwencja jest u nich największą cnotą polityczną. A dlaczego rząd miałby konsekwentnie odmawiać, dlaczego nie miałby być rozsądnym? A czy panowie z Koła polskiego byli konsekwentni? Jak prędko zmieniło się ich stanowisko wobec ważnych wydarzeń historycznych w przeciągu jednego tylko roku! Dnia 15 lutego przeklęli i znieważyli oni rewolucję w Polsce, 15 lutego uchwalili panowie z Koła polskiego prawie jednogłośnie, że każdy popierający ruch rewolucyjny – nie w „Polsce”, boją się to słowo wymówić – w „sąsiedniej dzielnicy”, niech będzie pogardzony i przeklęty. 15 lutego mówili ci panowie ciągle, że rewolucja w Polsce pracuje pour le roi de Prusse, i że jesteśmy pruskimi agentami prowokacyjnymi, jeżeli nie przez Żydów, Japończyków albo Anglików najętymi złoczyńcami. To było przed 10 miesiącami. A wczoraj nazwał już hr. Dzieduszycki zjawiska tej rewolucji „wejściem na drogę wolności”.

Panowie! Droga wolności! Was na tej drodze nie widziano, a jeżeli się kiedyś na tej drodze pokażecie, to tylko pchani, za uszy ciągnięci przez rewolucyjny ruch ludowy w Polsce.

Ta droga wolności jest przecież usłaną trupami polskich robotników, a słupami milowymi na tej drodze wolności są szubienice, na których powieszono naszych najlepszych.

Teraz nazywacie to drogą wolności. Widzicie, panowie, i wyście nie pozostali konsekwentnymi. Nie wolno wam zostać konsekwentnymi, gdyż to jest silniejsze od was, silniejsze od rządu, silniejsze od tej Izby, silniejsze od całej tradycji starej Austrii, gdyż to jest prawo nadchodzące!

Panowie! A właśnie reprezentanci Polaków, właśnie reprezentanci Galicji muszą zawrócić z tej drogi upartej odmowy, nierozsądnego oporu. Gdyż coś podobnego, jak panowie myślicie, jest nie do pomyślenia; jest niemożliwym, aby niewola w Warszawie Kongresówce padła, a my dalej żyli w stanie bezprawia, dalej jako masy bez praw, żebyśmy tu mieli reprezentantów nasze kraju takich, w których imieniu wczoraj hr. Dzieduszyckiego mówiącego słyszeliśmy. Jest to jeden z najważniejszych okresów nie tylko w historii państwa, lecz także – a chciałbym to szczególnie wobec Koła polskiego podkreślić – historii narodu polskiego, i nie potrzeba ani nie jest politycznym, ani patriotycznym, abyście wy nasz naród poniżali, abyście wy z tych ław przedstawiali nasz naród jako niedojrzały, i żeby tu o wymiar praw dla narodu polskiego szachrowano w tym celu, aby mu dać tych praw najmniej.

Apeluję do wszystkich przedstawicieli innych narodów w tym państwie i w tej Izbie: nie zwlekajcie, dajcie nam wolną drogę, której potrzebujemy; zaufajcie naszym masom ludowym, strzeżcie się przed wydaniem nas jeszcze raz z zimną krwią intrygantom z Koła polskiego, a my z pewnością będziemy wspólnie pracowali nad wspólnymi wielkimi dziełami ludzkości; będziemy wspólnie pracowali jako równouprawnieni i pożyteczni członkowie państwa i rodziny ludów.

Właśnie teraz, kiedy Polacy w Rosji wywalczają sobie swoje prawa, byłoby najlepszą i patrzącą w daleką przyszłość polityką wobec Polski austriackiej – nie tylko kilku szlachcicom, lecz wszystkim Polakom szczerze dać pełne prawa obywatelskie.

Nie wiem, czy ktoś w Austrii zastanawia się nad tym; wiem natomiast, że Galicja przestała być trupem politycznym i że kilku tych skrachowanych szlachciców nie będzie nas tu dłużej bez opozycji reprezentować – tu nie i w sejmie także nie. Albowiem, panowie, jakąż macie siłę wobec nas, aby stawić opór wielkiemu prądowi za reformą wyborczą? Powołują się na prawa narodowości. Już mój przyjaciel i towarzysz dr Adler wywiódł doskonale, że nie troska i obawa o naród, lecz raczej przed narodem, przemawiały bardzo często przez usta burżuazyjnych polityków. Ale, panowie, nie zapoznawajcie natury żywiołu, który nam teraz przeciwstawiacie. Nie myślcie, że element narodowościowy będzie w Austrii działał konserwatywnie! Właśnie przeciwnie: element narodowościowy jest może najbardziej rewolucyjnym spomiędzy wszystkiego, o czym można teraz w Austrii pomyśleć. Pełne uznanie momentu narodowościowego rozbiłoby w zupełności Austrię i jej kraje koronne.

Czytajcie tylko, panowie, nasz program berneński, czytajcie odnośną literaturę, a zobaczycie, że żaden dynamit nie może działać tak rewolucyjnie i wybuchowo, jak pełne uznanie momentu narodowościowego w polityce austriackiej. Czy chcecie ten wybuch urządzić, czy chcecie już teraz kraje koronne wysadzić w powietrze? Gdyż tylko to, a nic innego, oznacza użycie momentu narodowościowego jako najpierwotniejszego momentu w polityce.

W porównaniu ze skutkami momentu narodowościowego byłoby działanie powszechnego, bezpośredniego, równego i tajnego prawa wyborczego konserwatywnym. Wmyślcie się tylko w te rzeczy, a znajdziecie, dlaczego ma ono ten konserwatywny skutek szczególnie dla państwa: ponieważ łączy to państwo, ponieważ utrzymuje to państwo jako całość, ponieważ tworzy tysiące a tysiące dróg dla poszczególnych grup, klas, narodowych podgrup, które potem spotykają się na podstawie równego prawa i tylko na podstawie równego prawa są w stanie znaleźć jedynie możliwą podstawę w państwie.

Pod tym względem nie jest więc działanie równego prawa wyborczego wcale rewolucyjnym dla państwa, a najbardziej konserwatywny polityk austriacki, który chciałby istnienia Austrii, nie zrobiłby innego kroku, nie mógłby znaleźć innego środka, tylko powszechne, równe, bezpośrednie i tajne prawo wyborcze.

Panowie, jestże to tajemnicą? Panowie młodoczesi to wypowiedzieli. A i minister zapewne coś podobnego myślał i jestem pewny, że cesarz postąpił tak nie jako radykał, ale jako ten, który jest najbardziej konserwatywnym, który Austrii chce. Pewnym jest, że ten czynnik głównie przyczynił się za powszechnym i równym prawem wyborczym. A wobec Austrii i wobec interesów dynastii jesteście panowie – darujcie panowie, wielcy właściciele i szlachcice wszystkich narodów – rzeczywiście za mali. Znajdzie się już dach, znajdzie się izdebka, ciepła stodoła dla was. Znajdzie się dla was schronienie. Nie umrzecie politycznie z głodu. Niebezpieczeństwo to jest jeszcze bardzo, bardzo dalekie, a strach wasz jest nieuzasadniony.

Dlatego utrzymuję, że prawdziwie konserwatywna, godna męża stanu polityka musi zacząć od powszechnego, równego, bezpośredniego prawa wyborczego. W chwili największego niebezpieczeństwa wstrzymuje się to niebezpieczeństwo właśnie przez zaprowadzenie żywiołu łączącego, jedynego momentu państwowego, który na wszystkie czynniki równomiernie będzie oddziaływał.

Fantazje wsteczników

Jeżeli mi zaś odpowiecie różnymi utopijnymi, nie chciałbym wprost wyrazić się: dziecinnymi projektami, prosto z palca wyssanymi, w biedzie i rozpaczy, jeżeli mi odpowiecie: może dałoby się to zrobić tak jak hr. Piniński proponował: połowa przez sejm, a połowa przez powszechne prawo wyborcze, jest to coś tak niemożliwie komicznego w danej chwili, że prawdziwie nie opłaca się wdawać w te za późno urodzone myśli. Nie pożyją one długo.

Odpowiadacie tylko frazesem! Wyciągnięto w ogóle najstarsze towary na światło dzienne, a wczoraj usłyszeliśmy jeszcze jako jeden warunek: może stowarzyszenia zawodowe jako podstawa doskonałości praw wyborczego. Jeżeli tak chcecie, dlaczego nie chcecie wprowadzić w Galicji zawodowych stowarzyszeń rolniczych, dlaczego opieracie się tej jedynej organizacji biednych chłopów galicyjskich, żeby nie mogli choć raz urzędownie naradzić się jako chłopska organizacja zawodowa nad oraniem, długami itd.

Tak dziwnie uderza mnie, gdy widzę tu reprezentantów chłopskich, którzy jakby ślepotą porażeni, myślą, że my jesteśmy ich wrogami. Przeciwnie – chcemy przecież, abyście otrzymali najszerszą demokratyczną podstawę dla waszej organizacji jako stan, klasa, zawód. Tego tylko wielcy panowie nie chcą!

Tych rolniczych organizacji zawodowych nie chcecie za żadną cenę w Galicji w życie wprowadzić, a teraz występujecie nagle i powiadacie: Może przecież organizacje zawodowe! Nie zdajecie sobie sprawy, co pod tym rozumiecie. Gdyż pytam was dzisiaj: Gdybyśmy przez 10 lat pracowali nad wprowadzeniem i ustaleniem organizacji zawodowych, co z tego wyjdzie? Czy parlament? Przenigdy; wyjdzie zjazd zawodowy, a nie parlament.

Co poczną organizacje małych krajów koronnych, np. Krainy? Te będą przecież musiały zostać połączone z innymi organizacjami, o ile to w ogóle będzie możliwe. Całe narodowe odgraniczenie jest niemożliwe przy organizacjach zawodowych jako podstawie prawa wyborczego.

Zresztą igracie panowie z ogniem! Do jakiej organizacji zawodowej należą np. panowie z Koła polskiego? Czy Jockey-klub także zostanie uznany jako organizacja zawodowa? Ma to i swoje dobre strony! Czyż te fluktuacyjne żywioły z Koła polskiego, te włóczęgi, które raz w Paryżu, raz w Monte Carlo, a raz znowu w wiedeńskim Jockey-klubie siedzą, aż z pustymi kieszeniami i zepsutym żołądkiem powrócą do swych dworów, czyż te ruchome, fluktuacyjne żywioły są w ogóle uzdolnione dla zorganizowania się zawodowo? Prawda, że w miejsce p. Abrahamowicza np. wolałbym jakiegoś uczciwego majstra kominiarskiego w polityce! Czy państwo jest jednak rzeczywiście wielkim stowarzyszeniem zawodowym? Czyż nie jest ono organizacją ludową, która ma nie tylko zawodowe, lecz tysiąc razy wyższe i szersze cele reprezentować i urzeczywistniać? Kto tu w poważnej debacie występuje z planami organizacji zawodowej, nie zdaje sobie w ogóle sprawy z tego, co mówi. Ma on na celu powiedzieć tylko coś na wiatr, aby nikt nie mógł nad tym się zastanowić, tylko aby nabawił się jakiegoś strachu.

Kto dojrzały, a kto nie?

Powiada się dalej, że wyborcy nie są jeszcze dojrzali. Jest to także dziwny temat. Wczoraj podobało mi się jedno zdanie z mowy hr. Dzieduszyckiego, w którym mówi o kulturze.

Powiedział on, że kultury nie można tak sobie mierzyć, jest ona zanadto różnorodną, żeby znaleźć dla niej wspólną miarę. W tym zgadzam się z nim zupełnie, zapytuję go tylko: Jak mierzy się dojrzałość wyborcy? Niech mi raz powie, kiedy można uznać wyborcę za dojrzałego, nie mówiąc już o tym, że liczy już 24 lat i spełnił wszystkie inne mechaniczne i przedmiotowe warunki? Łamałem sobie głowę i szukałem różnych wyrazów dojrzałości wyborcy.

Powiedziałem sobie: wyborca dojrzały musi przede wszystkim być w stanie oddać ważny głos, ten głos napisać albo kazać sobie napisać. Jeżeli więc na jakimś wielkim obszarze skonstatuje się bardzo wiele nieważnych głosów, w takim razie wyborcy ci może jeszcze niedojrzali. Ma to pewien sens. Mam tu bardzo ciekawe dane, które sens ten potwierdzają. Według autentycznych cyfr statystycznych, które leżą przede mną, było w Galicji – biorę dlatego Galicję, jako kraj, który hr. Dzieduszycki najlepiej zna – w V kurii, w której słynni „analfabeci” wybierają, w r. 1897 nieważnych głosów 20 na tysiąc.

W r. 1900 okazała się V kuria już dojrzalszą, gdyż było nieważnych głosów już tylko 7 na tysiąc. A wiecie panowie, ile nieważnych głosów było w kurii wielkiej własności? 27 na tysiąc! Więc nawet do wypełnienia kartki wyborczej nie byli panowie dojrzali! Dojrzałość wyborcza leży, wedle mego zdania, w tym także, że przychodzi się głosować. Wyborca musi przecież przynajmniej czuć, że jest potrzebny przy urnie.

Posłuchajcie, panowie, jak dojrzałymi byli w roku 1901 szlachcice galicyjscy, wyposażeni w największe przywileje wyborcze. Nie będę was, panowie, nużył, cyfry są autentyczne, nie będę ich objaśniał, przytoczę je tylko: W roku 1901 było w Galicji w I kurii 2203 szlachciców uprawnionych do głosowania. Z tych głosowało 44 procent, a z tych 44 procent nie wszyscy jednakowoż osobiście, po prostu nie chciało im się przyjść, lecz w 48% głosowali przez pełnomocnictwa. W całej Austrii wynosi udział głosujących 56,9%, a tylko z tych najzacieklejszych żywiołów junkierstwa austriackiego było zaledwie 44% reprezentowanych przy urnie. Glosowało zatem w całym kraju 971 szlachciców, ale przy wyborach obecnych było ich tylko 456. Piąta część szlachty raczyła łaskawie głosować osobiście. Natomiast ja mam w V kurii w Krakowie, gdzie masy ludności musiały naprawdę dzień stracić na wybory, 41 000, a pan Breiter we Lwowie 50 000 wyborców. Tu głosowało osobiście w V kurii w Krakowie 58%, a we Lwowie 46%.

A dla wyborów bezpośrednich i pośrednich klasycznym jest, że np. tam, gdzie były wybory bezpośrednie, jak w Austrii Dolnej i w Krainie, głosowało przy urnie 51%. Tam zaś, gdzie wybierano pośrednio, równie leniwie głosowano, jak szlachcice, mianowicie tylko 30%.

Nie szukajcie zresztą, panowie, w tych cyfrach oczywiście pełnego egzaminu dojrzałości, ale znamion zainteresowania politycznego, ujawniającego się w wyborach w wielkiej własności galicyjskiej, dość jest w tych cyfrach, aby powiedzieć, że najmniej prawa macie wy, panowie, egzaminować lud co do jego dojrzałości. Egzaminuj pan wprzód swoje najbliższe otoczenie, kochany panie hrabio Dzieduszycki!

Chłopska krzywda!

Przyszedł on do nas także z taką nowoczesną, psychologiczną radą: „Nie według szablonu!”. I podoba się to hasło „nie według szablonu” wszystkim wrogom i fałszywym przyjaciołom reformy wyborczej. Panowie! Co znaczy to „nie według szablonu”? Czyż istotnie potrzebuje państwo wymierzać nierówność prawa? Czyż państwo potrzebuje już od pierwszej chwili stwarzać sobie mniej dobrych przyjaciół w każdym narodzie, bez konieczności, bez jakiegokolwiek widocznego głębokiego powodu?

Panowie! Powiadacie, że są jeszcze sejmy, kraje autonomiczne, autonomia narodów itd. To wszystko prawda. Prawda, że autonomia musi się wzmocnić, musi się rozszerzyć, że musi otrzymać zdrową podstawę; to wszystko potwierdzę p. hr. Dzieduszyckiemu. Jeżeli jednak on sobie to myśli bez reformy sejmowej ordynacji wyborczej, jeżeli jest rzeczywiście tak naiwnym i wierzy, że ta wielka fala ludowa, która tu bije o bramy i te bramy kiedyś rozbije, zatrzyma się przed sejmami i cofnie się lękliwie, to myli się on grubo.

Poseł dr Kolischer: On tego wcale myśli.

Skąd pan wiesz, co on myśli? Czyś pan jego faktorem? Czyż zawsze jest tak, że fabrykanci w Galicji, którzy dostarczają papieru, dostarczają także i myśli? Wszak pan jesteś najzacieklejszym wrogiem reformy, pan szczujesz na wszystkie boki, panie dostawco dla instytutów państwowych! Nie ośmielaj mi się pan przerywać! Mam tego dość!

Panowie! Ale jest jeszcze jeden ratunek: wypowiedział się tak nawiasem hr. Dzieduszycki, mówiąc, że prawo wyborcze powinno być pośrednie. Oto jest jedyne postępowanie „nie według szablonu”, jakie hr. Dzieduszycki rozumie pod swą mądrą psychologią polityczną! Pośrednie mają być wybory, przynajmniej w Galicji! Panowie! Wczoraj, przedwczoraj i dzisiaj słyszeliśmy przedstawicieli innych stronnictw galicyjskich spoza Koła polskiego. Czy sądzicie, że to będzie mądrze, jeżeli 5 milionów chłopów wydacie na łup 2 tysięcy obszarników? Czy sądzicie, ze przysłużycie się tym w jakikolwiek sposób kulturze, postępowi, dobru państwa i parlamentu? Czy sądzicie, że to będzie możliwe, ze ci chłopi galicyjscy tak się poddadzą na wasz rozkaz, gdy zechcecie jaskrawej niesprawiedliwości?

Cóż to jest, to pośrednie prawo wyborcze w Galicji? Wiecie, panowie, że to znaczy 6240 prawyborów? A każde prawybory w usługach szlachty są nową sposobnością do szwindlu i oszustwa, do krwi rozlewu i pogwałcenia bezbronnej ludności!

Zdarzało się, że rząd przy wyborach nie był w stanie obsłużyć gmin, tak, że jako komisarzy rządowych wysyłał  weterynarzy, urzędników pocztowych itp., byle tylko odnośni panowie mieli na głowie czapkę z orzełkiem, i ci funkcjonowali jako komisarze rządowi przy prawyborach!

Handlarze chłopskich dusz

Wypływem pośrednich wyborów jest przecież najohydniejsza korupcja, kupowanie sumień tych biednych chłopów, nie tylko zatruwanie i korumpowanie jednostki, lecz zatruwanie i korumpowanie całej klasy, całych stronnictw przez te pieniądze judaszowe, które się rozrzuca przy wyborach, które się tak gorliwie zbiera od obszarników jako obowiązkowy dodatek do podatku gruntowego, które się zbiera od takich ludzi, jak ci, co się tu sprzeciwiają i dziesiątki tysięcy płacą za swe mandaty, za swą zdradę ludu, za swą bezczelność, za swój tytuł „posła do rady państwa” – a które centralny komitet wyborczy otrzymuje krociami, aby lud korumpować, aby lud kupować i zatruwać, i utrzymywać nadal w niewoli!

Panowie! Pośrednie wybory to brak wszelkiej orientacji w okręgu; idzie przecież nie o wybór posła, lecz wprzód o wybór mężów zaufania, a ci mężowie zaufania są po prostu zmuszeni iść na niebezpieczną drogę korupcji; są albo sterroryzowani, albo kupieni; w każdym razie to, co najcenniejsze – bezpośredni stosunek między wyborcami a wybieranym – jest po prostu zdmuchnięte. Ale o ten stosunek idzie przecież, o dojrzałość nie tylko wyborców, lecz także i wybieranego; o moralną dojrzałość tu idzie, a tej moralnej dojrzałości nie chcecie dopuścić. Dlaczego? Bo tych paru szlachciców wzdryga się zstąpić do ludu, pójść na zgromadzenia ludowe, w takim bowiem razie mielibyście z pewnością tyle mandatów, co dziś.

Lud w Galicji jest dobroduszny, lud w Galicji jeszcze długo, jeżeli będzie widział przed sobą choć na pół szczerego człowieka, z pewnością będzie raczej wybierał właściciela ziemskiego niż socjalistę gdzieś tam na wsi. Strach przed przyszłymi wyborami jest możliwy tylko u tych zwapniałych ludzi, którzy w ogóle nigdy na oczy nie widzieli zgromadzenia ludowego, którzy nie chcą się popularyzować wśród ludu, nie chcą się spoufalać z ludem, którzy nie chcą zstąpić do ludu jako bracia, jako równi. Ale z powodu tego strachu nie wydacie im przecież na łup milionów niewinnych chłopów! Nie możecie absolutnie, panowie, głosować za pośrednimi wyborami w Galicji!

Panowie! Mówiłem o kupowaniu sumień i przy tym przychodzi mi do głowy pewna myśl: czy by w ostatniej potrzebie nie było możliwym – wykupić szlachciców? Myśl to nie tak nowa i nie tak oryginalna: Wolność chłopów, emancypacja chłopów w r. 1848 została przecież zidemnizowana, została wykupiona i chłopi zapłacili za nią szlachcie przeszło 200 milionów koron. Za prawo wyszynku, za prawo propinacji kazała sobie szlachta w r. 1889 zapłacić 134 miliony koron. Teraz fundusz propinacyjny już się kończy; właśnie w r. 1910 szlachcice będą znowu czegoś potrzebowali. Czy by to nie było praktyczne od każdego z nich po prostu odkupić jego prawo i puścić go w trąbę – naturalnie politycznie puścić go w trąbę? Robię tę propozycję oczywiście nie jako warunek, pod którym bym oświadczył gotowość wzięcia pod rozwagę przedłożenia rządowego.

Liczba mandatów

Wrócę jeszcze do jednej rzeczy. Hr. Dzieduszycki oświadczył wczoraj z wielkim naciskiem, że liczba okręgów wyborczych w Galicji musi być powiększona. Zgadzam się z nim w zupełności. Nie mogę się tylko zadowolić frazesem, który może przybrać wszelkie możliwe rozmiary, który może wyglądać jakby groźba. Socjalna demokracja nie jest za cenzusem, jest ona za pełnym, szczerym, równym prawem wyborczym całej ludności. Jeżeli zważymy, że Austria ma przeszło 8 narodów, to sama liczba mandatów dla poszczególnych narodów Austrii z pewnością nie posiada znaczenia zasadniczego, ratującego przyszłość, bo w tym parlamencie każdy naród będzie w mniejszości, nawet Niemcy, zatem największy naród, muszą pozostać w mniejszości. Oto jest prawo liczby. Skoro zatem każdy naród z osobna jest w mniejszości, to wiadomo bardzo dobrze, że Izba otrzyma zdolną do rządów większość jedynie przez kompromisy, przez jakieś polityczne programy i cele, przez jakieś koalicje polityczne. Musimy sobie już z góry powiedzieć, że nie wszystkie 100 czy 90, czy 95 mandatów – nie wiem, jak serio traktuje hr. Dzieduszycki swoje żądanie – które wypadną na Galicję, przypadną Kołu polskiemu, i że z pewnością nie wszyscy będą w równej mierze podatnymi do kompromisów i zdolnymi do sojuszów na zewnątrz. Sprawa będzie, przeciwnie, wedle partii, wedle programów regulowana. Nie jest zatem dla nas wcale tak zasadniczo ważnym, czy mieć będziemy dwa lub trzy mandaty ponad sto, czy poniżej setki, dla nas jest zasadniczo ważniejszym, żeby te mandaty przedstawiały realny wyraz sił ludowych w danej całości narodowej. Jeżeli zatem liczby mandatów nie spuszczamy z oka, to jednak nie uczepimy się liczby jak gdyby jedynie decydującego czynnika. Aby ująć tę sprawę tak, by raczej pomogła reformie wyborczej, a nie stała jej w drodze jako hamulec i przeszkoda, musieliby panowie z Koła polskiego zdeklarować się wprzód jako gorący zwolennicy powszechnego, równego prawa wyborczego. Albowiem robi to na nas wrażenie nieszczerości, gdy widzimy wprzód usiłowania, jakie czyni p. hr. Dzieduszycki, by okrzyczeć nasz lud jako niedojrzały, by przedstawić nasze masy chłopskie jako niezdolne do bezpośredniego głosowania, a na końcu swej mowy powiada, że ten niedojrzały lud, ten lud niezdolny do wybierania ma dostać największą liczbę mandatów.

Czy nie widzicie w tym, panowie, sprzeczności, czy nie widzicie, że w tym po prostu wyraża się nieszczerość w całej tej sprawie? Kto sobie chce ustanowić prawo do największej liczby mandatów, ten musi wprzód chcieć reformy wyborczej, ten musi wprzód potępić obecny stan rzeczy, ten musi wprzód usunąć panującą obecnie krzywdę.

A bezprzykładną krzywdą jest to, co teraz istnieje w Galicji. Mamy 78 mandatów na 7 315 000 mieszkańców. I mandat jest w Galicji czymś takim, na co się rzeczywiście dopiero setki tysięcy ludności złożyć mogą. Bo właściwie nie jest to prawdą, jakobyśmy mieli 78 mandatów. Nie, panowie! 23 z nich ma 400 szlachciców i 90 wyborców w Izbach handlowych. My mamy właściwie tylko 55 mandatów.

I z tego powodu powinniśmy się liczyć z tym, że reforma wyborcza, że równe prawo wyborcze w każdym razie będzie dla ludu lepsze, pożyteczniejsze, korzystniejsze pod względem uposażenia w mandaty, zupełnie tak samo, jak oddziała i pod każdym innym względem.

Naprawcie stare grzechy!

I dlatego chciałbym tych kilka uwag skierować pod adresem Kola polskiego.

Panowie! Zaprzestańcie tej gry w ślepą babkę, zaprzestańcie tej nieszczerości! Jeżeli pragniecie powiększenia potęgi naszego narodu w tym państwie, to stańcie na stanowisku całego ludu, to chwytajcie każdą sposobność, by naprawić przeszłość, by zatrzeć pamięć grzechów popełnionych względem tego narodu.

Dlatego, panowie, apeluję szczególnie do przedstawicieli miast w Kole polskim. Ludność miejska w Galicji wynosi nie mniej jak 1 600 000 dusz. Jest to dość szeroka podstawa, aby na niej zbudować potęgę polityczną, aby oparłszy się o nią, prowadzić pozostałe masy ludności. Jeżeli wy, panowie, w danym momencie pozwalacie, by w waszym imieniu przemawiał tylko Dzieduszycki, to pamiętajcie o swojej przyszłości! Albowiem lud miejski w Galicji już dowiódł, że politycznie o wiele prześcignął wasze stanowisko. Ta ludność miejska jest już dosyć dojrzała, dosyć emancypowana, aby dłużej nie ścierpieć panowania Dzieduszyckich i kliki szlacheckiej.

Nasze demonstracje w ostatnich miesiącach, nie tylko za prawem wyborczym do parlamentu, lecz także za sejmową reformą wyborczą, dowiodły, że miasta galicyjskie maszerują po tej wielkiej linii, na której się znajduje proletariat całego państwa, że i w miastach galicyjskich pragnie się powszechnego, równego i bezpośredniego prawa wyborczego. I nie zapominajcie, że walka w Rosji jeszcze nie rozstrzygnięta, że nam każdy dzień, każda godzina donosi o nowych ofiarach, które nasi rodacy, walcząca rewolucja w zaborze rosyjskim, składają na ołtarzu wolności. Nie zapominajcie, że Polacy w Galicji także muszą to zrobić, co są w stanie zrobić po drugiej stronie kordonu rosyjskiego. Dziś albo nigdy możemy wywalczyć nasze prawo, i wywalczymy je!

Ignacy Daszyński
____________________________
Powyższy tekst to zapis przemówienia w Izbie posłów dnia 5 grudnia 1905 r. Opublikowano ją w pisemku/broszurce „Latarnia” tom XLIX, bez daty wydania. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany w całości (wznowiono jedynie fragment w zbiorze tekstów Daszyńskiego z roku 1986). Przedruk za „Latarnią”, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł, pominięto oryginalny zapis reakcji innych posłów (okrzyki, brawa, oznaki rozbawienia itp.).

 

Warto przeczytać także inne teksty Ignacego Daszyńskiego:

a także:

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *