Adam Próchnik

Ze wspomnień o Daszyńskim

[1936]

Pokolenie nasze wzrastało w cieniu wielkości Daszyńskiego. Nikt nie wytwarzał kultu wielkości, nikt nie tworzył legendy, nikt nie pracował sad wywołaniem atmosfery uwielbienia, a jednak dziecięca, a potem młodzieńcza wyobraźnia zatrzymywała się koło tej postaci z głębokim wzruszeniem. On uzmysławiał to wszystko, co płonęło w naszych gorących sercach; był dla nas symbolem walki z wszystkim, co jest złe i niesprawiedliwe; był ucieleśnieniem wszystkich naszych dążeń do nowego ładu. Jeżeli czuliśmy się potężną falą, pędzącą ku wielkim przeznaczeniom, w nim widzieliśmy piorun lecący na naszym czele. Szła od niego jakaś siła, która wywierała niezwykły urok. Nazwisko Daszyńskiego uczono się wymawiać równocześnie z słowem „socjalizm”. To nazwisko i to słowo były nierozłączne. W świadomości naszej były jednym pojęciem.

Wyrosłem w środowisku socjalistycznym. Wcześnie, bardzo wcześnie, zacząłem uczestniczyć w pracach kółek młodzieży socjalistycznej, uczęszczać do lokali robotniczych. I tu i tam zetknąłem się od razu z tym nazwiskiem. I rzecz ciekawa. Znałem osobiście Daszyńskiego już od dawna. Zachowałem o nim dziecinne wspomnienia z Szwajcarii, ze Lwowa. Ale gdy teraz zacząłem myśleć kategoriami politycznymi i przez ich pryzmat spojrzałem na niego, wyrósł w mych oczach do rozmiarów olbrzyma. Na posiedzeniach naszych kółek „promienistych” studiowaliśmy głównie Kautsky’ego, Limanowskiego, a także broszury i artykuły Daszyńskiego. Ale wrażenie było różne. Gdy Kautsky czy Limanowski wywoływali wrażenie spokojnej, głęboko rozumnej wiedzy, Daszyński przedstawiał się nam jako potężna, dynamiczna siła. Tu była teoria czy historia socjalizmu, tam był pęd do socjalizmu. W bardzo jeszcze młodzieńczej swej wyobraźni przedstawiałem sobie nieraz cały ten zasób teoretyczno-ideowy jako wóz, a Daszyńskiego jako rumaka, który zaprzęgnięty do wozu pędzi z nim przed siebie.

W lokalach robotniczych stowarzyszeń i organizacji w rozmowach z robotnikami owionęła mnie tradycja, która wytworzyła się koło Daszyńskiego. Mówili o nim z wzruszeniem i uczuciem dumy. Daszyński to człowiek, który mówi całą prawdę, który nikogo się nie boi, który walczy z całym światem. Daszyński, to życie poświęcone sprawie robotniczej. Daszyński, to nasz wódz. Było mi danym później wiele razy w życiu zetknąć się z robotnikami mówiącymi o swych przywódcach. Tendencji do ubóstwienia wodzów nigdy nie zauważyłem. Robotnik mówi o nich raczej z przesadnym krytycyzmem, rzadziej z uznaniem. Robotnik jest surowym sędzią. Takich słów, jakie słyszałem wtedy od robotników o Daszyńskim, nigdy o nikim nie słyszałem. Odczuwało się, że ten człowiek podbił serca klasy robotniczej, że umiał skłonność do nieufności i wrodzony chłód przekształcić w entuzjazm.

Któregoś dnia dowiedziałem się od nich, że Daszyński przyjeżdża do Lwowa, że będzie przemawiał na zgromadzeniu ludowym. Na szereg dni przed tym mówiono o tym zgromadzeniu, jako o wielkim wydarzeniu. Widziałem w mym życiu wiele przygotowań do wieców. Nie widziałem nigdy, aby tak oczekiwano zgromadzenia, aby taką przywiązywano do niego wagę. Nie darowaliby sobie, gdyby na nim być nie mogli. I ja bym sobie tego nie darował. Wyprosiłem sobie prawo wstępu i znalazłem się pełen wzruszenia w wielkiej, natłoczonej do ostatecznej możliwości sali. Panowała na niej gorąca atmosfera. Głowa o głowę, plecy o plecy oparci stali robotnicy wpatrzeni w trybunę. Za chwilę ukazał się na niej. Burza oklasków, a potem cisza niebywała. Na salę popłynęły słowa i gesty wielkiego mówcy. Nie wierzyłem sobie, że jest to ten sam Daszyński, którego znałem i widywałem. Z wyprostowanej, chudej postaci bila na tej trybunie jakaś imponująca siła. Głos silny, spokojny, zdecydowany, o wspanialej skali tonów, wywoływał niezatarte wrażenie i gdzieś głęboko zapadał w duszę. Odwaga myśli, nieprzeparta logika rozumowania, niezachwiana wiara w swą słuszność przemawiały do serca i umysłu. A nade wszystko porywał temperament. Chyba dla tego człowieka został stworzony termin: trybun ludu.

Nie wiem, czy dziś człowiek wyzbył się już młodzieńczego entuzjazmu, czy patrzy może na wszystko bardziej krytycznie, ale mam wrażenie, że udaje mi się spotkać ludzi, którzy przekonują, którzy wzruszają, którzy interesują, w Daszyńskim jest to wszystko i jest coś więcej; on porywa. Danym mi było znać w mej młodości dwóch ludzi, którzy porywali. Byli to Daszyński i Piłsudski. Ale w wrażeniu, które ci dwaj najwięksi i najwybitniejsi ludzie tej epoki wywoływali, była głęboka różnica. Piłsudski wywierał niezrozumiały i niepokojący urok. W wpływie, który on na otoczenie posiadał, było coś – nie wiadomo czy tajemniczego, czy irracjonalnego. Zdarzało mi się, że wychodziłem po wysłuchaniu Piłsudskiego pod silnym wrażeniem tego, co słyszałem, a raczej tego, co odczułem, ale gdy zaczynałem te wrażenia analizować, nie umiałem sobie wytłumaczyć, skąd płynie ich siła. Budziły się wątpliwości, umysł zaczynał się buntować i jakby po chwilowym odrętwieniu wracał na normalne tory. Ten wpływ fascynujący brał na trwałe posiadanie, jak sądzę, umysły skłonne do wiary religijnej i mistycyzmu. Inaczej porywał Daszyński. Zdobywał ludzi oddziaływując nie tylko na uczucie, ale i na rozum. Nie oszałamia, lecz przekonywa. Niszczy i druzgoce w słuchaczu wszystkie punkty wewnętrznego oporu i wątpliwości. Porywa intelektualnie, a nie religijnie.

Nie pamiętam już dziś, o czym mówił Daszyński w tej pierwszej jego mowie, którą słyszałem. Zostało się tylko wrażenie, że widziałem wtedy ogień, który płonął. Miałem potem jeszcze szereg razy sposobność słuchania przemówień Daszyńskiego, na zgromadzeniach ludowych, na kongresach partyjnych, którym się przysłuchiwałem z galerii. Byłem świadkiem jego łatwych zwycięstw nad opozycją kongresową. Poznałem go więc jako mówcę i z innej strony, jako niezrównanego polemistę. Najbardziej utkwiło mi w pamięci przemówienie, które w r. 1908 wygłosił Daszyński z balkonu do zebranych na ulicy Brajerowskiej we Lwowie tłumów. Był to okres walki o demokratyczne prawo wyborcze do sejmu galicyjskiego. Daszyński, który świeżo przeprowadził zwycięską kampanię o prawo wyborcze do parlamentu, był najdzielniejszym szermierzem powszechnego głosowania. Zgromadzenie to rozpędziła policja tratując i raniąc ludzi.

Innego rodzaju był mój kontakt z Daszyńskim w czasie wojny światowej. Stał on podówczas na czele obozu niepodległościowego w zaborze austriackim. Było to właśnie po traktacie brzeskim. Pracując wtedy w P.O.W, wystąpiłem z inicjatywą stworzenia spiskowej organizacji wśród żołnierzy Polaków w armii austriackiej. Skupiłem do tej roboty szereg ludzi, uzyskałem zgodę i zatwierdzenie tej organizacji przez komendanta P.O.W. pułk. Rydza-Śmigłego, a następnie zwróciłem się do Ignacego Daszyńskiego, którego jako wodza naszego obozu politycznego chciałem zawiadomić o tych poczynaniach i poprosić o instrukcje ideowo-polityczne. Daszyński przyjął mnie wtedy w redakcji „Naprzodu” i żywo zainteresował się tą akcją. Aczkolwiek patrzył podówczas raczej pesymistycznie na możność rychłego zakończenia wojny rewolucją, nie omieszkał udzielić szeregu wskazań i życzliwych rad. Ostrzegał mnie zwłaszcza przed możliwością zdrady i prowokacji ze strony wywiadu austriackiego. Istotnie w kilka miesięcy potem padłem ofiarą takiej prowokacji.

W wyzwolonej Polsce stykałem się z Daszyńskim jako z wodzem partii na kongresach i konferencjach, stykałem się z nim jako z redaktorem „Trybuny”, a potem „Pobudki”, w których to pismach umieszczał moje artykuły. Poznałem wtedy naocznie, jakim troskliwym, dbałym, o każdy szczegół, o poziom i wygląd pisma, redaktorem był Daszyński. Z pism tego typu z pewnością to pisma Daszyńskiego osiągnęły największą doskonałość.

Zetknąłem się też z Daszyńskim, w czasie sprawowania przez niego dwóch największych funkcji politycznych, które w tej epoce piastował, jako z wicepremierem rządu obrony narodowej i jako z marszałkiem sejmu. Daszyński wezwał mnie w r. 1920 do siebie, do Prezydium Rady Ministrów, chcąc mi zaofiarować misję prowadzenia tzw. propagandy zagranicznej we Włoszech. Z pewnych względów rzecz ta nie mogła dojść do skutku. Ale miałem sposobność zobaczyć Daszyńskiego w gorączce pracy, pełnego otuchy, wiary i zdecydowanej woli w tym ciężkim, niebezpiecznym momencie, kiedy wielu wybitnych mężów stanu nie umiało uchronić się od działania nastrojów paniki.

W r. 1928 wszedłem w skład Sejmu Rzeczypospolitej, jako poseł okręgu piotrkowskiego. Naszą grupę nowych posłów socjalistycznych Daszyński powitał z wielką serdecznością. Jego wskazania dane nam na drogę życia parlamentarnego były radami najbardziej doświadczonego parlamentarzysty w Polsce. Ostrzegał, jakie niebezpieczeństwa to życie kryje, jak bardzo może ono wykoleić i zmarnować człowieka, który ulegnie łatwiźnie tego życia. W kilka dni po tym przywitaniu nas Daszyński opuścił kierownictwo naszego klubu, aby zająć fotel marszałka. Wszyscy pamiętają, w jakich warunkach to nastąpiło. Daszyński obejmując to stanowisko przyjmował na siebie nie tylko najzaszczytniejszą może funkcję w Polsce, ale i najcięższą i najodpowiedzialniejszą walkę brał na swoje barki, o godność sejmu i całego narodu. Prowadził ten sejm z całym mistrzostwem i z całym poczuciem roli, którą odgrywał. Stał na straży powagi instytucji, której przewodził i ani razu nie pozwolił na jej poniżenie. Nigdy Daszyński nie wyszedł z ram surowej bezstronności i lojalności. Stworzył wtedy typ najidealniejszego speakera polskiego [tu jako odpowiednik przewodniczącego angielskiej Izby Gmin – przyp. red. Lewicowo.pl]. A żaden speaker w dziejach parlamentaryzmu nie napotkał większych trudności od niego. Nie należy przy tym zapominać, że w Daszyńskim tkwił żywy i nie umniejszony wiekiem temperament polityczny. Najlepszy mówca w Polsce i najniebezpieczniejszy polemista, musiał nakazać sobie rolę milczącego kierownika obrad. Przychodziło mu to nieraz z trudnością. Pamiętam drobne zajście. Na trybunie stanął poseł sanacyjny, Eustachy Sapieha, aby z okazji sprawy wydania sądowi jakiegoś posła komunistycznego, wygłosić filipikę przeciw bezkarności posłów. Ta czelność wywołała oburzenie. Sapieha był przecież tym, który bezkarnie dokonał zuchwałego zamachu na rząd ludowy [mowa o próbie prawicowego zamachu stanu w okresie rządu Jędrzej Moraczewskiego, z 4 na 5 stycznia 1919 r., dowodzonego przez Sapiehę i płk. Januszajtisa – przyp. redakcji Lewicowo.pl]. Z ław lewicy ozwały się okrzyki: „Zamachowiec! A panu nie uszedł zamach bezkarnie?”. Sapieha nie mógł dokończyć przemówienia. Daszyński spełniał sumiennie swą rolę marszałka, upominał nas uporczywie dzwonkiem, ale nie mógł się wstrzymać od rzucenia nam aprobującego uśmiechu. Gdyby mu było wolno, on by to książątko nauczył!

Punktem szczytowym życia Daszyńskiego było najście oficerów na sejm. Jego odwaga i stanowczość w obronie praw sejmu, którą przejawił w rozmowie z Piłsudskim, są już stwierdzone przez historię bardzo wyraźnie. Przeczytajcie choćby relację Składkowskiego w „Strzępach meldunków”. Wbrew woli autora, postać Daszyńskiego w jego opisie wykazuje całą swoją wielką wartość historyczną. My, współtowarzysze, ujrzeliśmy Daszyńskiego dopiero w kilka chwil po tej rozmowie, w momencie, gdy cały sejm oczekiwał na decyzję Prezydenta o odroczeniu otwarcia sejmu. Znalazłem się wtedy w grupie rozmawiającej z marszałkiem. Uderzyło nas jedno. Jak ten człowiek wspaniale umie panować nad sobą! Uśmiechnięty, swobodny, spokojny. Nikt by nie przypuścił, że przed kilkunastu minutami stoczył walkę o honor parlamentu.

Walka, która była drogą całego dotychczasowego życia Daszyńskiego, nie jest jeszcze rozstrzygnięta. W tej walce niejedno odniósł zwycięstwo. Powszechne prawo glosowania, upadek szlachetczyzny, powstanie Polski niepodległej, to wszystko jego triumfy. Są to etapy w dążeniu do wolności i sprawiedliwości, które były i są niezmiennym celem jego życia. Zwycięstwo ostateczne do niego należy. Może więc i dziś uśmiechnięty i spokojny patrzeć w przyszłość, której jest jednym z twórców.

Adam Próchnik

________________________________________

Powyższy tekst ukazał się pierwotnie – pod tytułem „Ze wspomnień mojego pokolenia” (nowy tytuł pochodzi od redakcji Lewicowo.pl) – w „Ignacy Daszyński – wielki trybun ludu. Garść wspomnień. W 70. rocznicę urodzin, 26 października 1936 r.”, specjalny numer pisma „Latarnia”, Towarzystwo Uniwersytetu Robotniczego Oddział im. Adama Mickiewicza w Krakowie, Kraków 1936.

 

Adam Próchnik (1892-1942) – działacz socjalistyczny i spółdzielczy, oficer Wojska Polskiego, poseł na Sejm RP, ideolog polskiego ruchu socjalistycznego, doktor nauk historycznych. Nieślubny syn wybitnego działacza socjalistycznego, Ignacego Daszyńskiego. W młodości działacz Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej, członek Związku Walki Czynnej, w czasie I wojny światowej walczył w armii austriackiej, a następnie organizował we Lwowie niezależne polskie struktury wojskowe, za co został aresztowany, groziła mu kara śmierci. Brał bohaterski udział w walkach w obronie Lwowa, otrzymując stopień podporucznika. W niepodległej Polsce działacz Polskiej Partii Socjalistycznej, pracował jako historyk-archiwista, szykanowany przez władze sanacyjne. W latach 1925-31 przewodniczący rady miejskiej Piotrkowa Trybunalskiego, w roku 1928 wybrany posłem na Sejm z listy PPS. Przez pewien okres członek władz Związku Nauczycielstwa Polskiego. W latach 30. związał się z Warszawską Spółdzielnią Mieszkaniową, będąc jednym z liderów intelektualnych tego środowiska, m.in. sprawował funkcję przewodniczącego stowarzyszenia lokatorów WSM „Szklane Domy”. W roku 1939 wybrany radnym Warszawy. W latach 1934-39 członek Rady Naczelnej PPS. Początkowo zwolennik współpracy z komunistami, po procesach moskiewskich zmienił stanowisko w tej sprawie na negatywne. Uznany publicysta polityczny oraz badacz dziejów polskiego ruchu socjalistycznego i demokratycznego, autor m.in. książek „Demokracja kościuszkowska”, „Bunt łódzki w roku 1892”, „Pierwsze piętnastolecie Polski niepodległej”, „Ideologia spółdzielczości robotniczej”, „Idee i ludzie”. Po wybuchu wojny działał w konspiracji politycznej, najpierw w środowisku WSM, później w grupie związanej z pismem „Barykada Wolności”, następnie jako lider Polskich Socjalistów. Brał udział w pracach na rzecz zjednoczenia PS z PPS-WRN i krakowską grupą PPS Zygmunta Żuławskiego. Zmarł na zawał serca 22 maja 1942 r.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *