Ignacy Daszyński

Niezgoda w obozie rewolucyjnym co do programowego punktu niepodległości Polski

[1907]

Obok Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS) czynnymi są jeszcze w Królestwie [Polskim] dwie odrębne organizacje partyjne: Socjaldemokracja Królestwa Polskiego (SDKP) i druga organizacja bardziej jeszcze na tle różnicy wyznaniowej oparta – „Bund”, obejmujący część proletariatu żydowskiego, którego inne części należą także do obu poprzednich partii. Nie mam zamiaru przeprowadzać polemiki z prasą obu ostatnich partii co do konieczności programowej niepodległego narodowo-zjednoczonego państwa demokratycznego, jako postulatu politycznego każdego rozwiniętego proletariatu, zorganizowanego do wszystkich zadań walki klasowej. Zacietrzewienie międzypartyjne jest jeszcze zbyt wielkie, osoby rej wiodące zbyt silnie ambicjami swoimi zaangażowane, żeby można obiecywać sobie bodaj rzeczową dyskusję. Ale jeden moment wymagałby nawet dzisiaj obustronnego ustalenia: O ile zgodne są dzisiaj już nakreślone we wszystkich trzech organizacjach cele walki rewolucyjnej?

Obalenie caratu to zadanie nie ulegające już obecnie dyskusji w żadnej z nich; wszystkie do tego dążą wedle swoich urzędowych zapewnień. Co do Konstytuanty w Warszawie, nie słyszeliśmy żadnych bardziej wyraźnych potępień ani w SDKP ani w Bundzie, z wyjątkiem uchwały zjazdu bundowskiego z r. 1905, powziętej bez zastępstwa [uczestnictwa] towarzyszy z Królestwa. Chociaż oczywiście i SDKP i Bund nie chcą słyszeć o niepodległej Polsce i zwalczają tę ideę bardzo namiętnie, to jednak sam proces rozwoju rewolucji postawił już w obu żądania prawnopaństwowej natury, bo zmiany formy rządu w całym caracie i dążenia do tak wybitnie demokratycznej instytucji, mającej o przyszłym ustroju państwa zadecydować, jaką jest bezsprzecznie Konstytuanta, oparta o powszechne głosowanie.

Różnica programowa ma więc tutaj naturę nie zasadniczą nawet, a opiera się na różnym pojmowaniu możliwości urzeczywistnienia już dzisiaj niepodległej republiki demokratycznej (SDKP) lub na pewnym szczególnego rodzaju patriotyzmie żydowskim, który rzekomo nie potrzebuje wolnego państwa polskiego, bo nie może wytworzyć dla Żydów osobnego, swojego z powodu geograficznego rozsiedlenia ludności żydowskiej (Bund).

Czy po obaleniu caratu, Rosja dzisiejsza rozpadnie się na kilka państw, czy nie, to pytanie przecież dzisiaj nie może wytwarzać chyba wśród Polaków szalonej nienawiści międzypartyjnej!

Wprawdzie w wiekach średnich, w walkach sekt między sobą, najgłupsze różnice odgrywały niekiedy nadzwyczajną rolę i wywoływały zajadłość straszną i krwawą u obu stron, ale tutaj w naszym wypadku mamy 1. ludność mówiącą tym samym językiem, 2. klasę robotniczą należącą do obu partii tę samą, 3. wroga tego samego i 4. ten sam program socjalistyczny. Jak można więc było doprowadzić do takiej niezgody i nienawiści, jaka dziś od czasu do czasu wybucha, zwłaszcza ze strony menerów SDKP? Jak długo jeszcze robotnik polski, pracujący z kolegą w tej samej fabryce, lub o parę ulic dalej, będzie go uważał za wroga dlatego jedynie, że ten kolega po obaleniu caratu chciałby mieć w kraju własne demokratyczne, niepodległe państwo?! Wszak demokracja socjalistyczna koronuje swoje dążenia polityczne właśnie demokratycznym państwem, w którym proletariat ma ująć dyktaturę w ręce! Gdzież program socjalno-demokratyczny na świecie, któryby żądał, żeby to państwo nie było narodowo jednolitym, a właśnie narodowo mieszanym? A jeżeli już u nas szczęśliwie taki dziwoląg wyrósł i zgrupował koło siebie ludzi, dlaczego ci ludzie mają czuć niechęć do socjalistów, którzy chcą także republiki demokratycznej, tylko narodowo jednolitej, czyli niepodległej Polski, bo są przecież Polakami a nie Rosjanami lub Francuzami!?

Ze stanowiska programowego nie podobna wprost zrozumieć SDKP i jej polityki, chyba że przypuścimy możliwość istnienia pewnego rodzaju sekty socjalistycznej, która wytworzywszy raz w nieszczęsnej chwili swoją organizację, później przez pewnego rodzaju mistycyzm sekciarski i przez osobiste wpływy utrzymuje się przy kupie i wytwarza dalej ducha sekciarskiego, ciesząc się, że istnieje i układając w swej umysłowości tok wypadków zawsze z szczęśliwym optymizmem sekciarskim, który tłumaczy wszystko jak każe sekta.

Inaczej jest w tej sprawie z Bundem. Ten, oparty o część ludności żydowskiej, nie zasymilowanej, nie znającej polskiego języka, wbitej przez historię w głąb „ghetta”, może odpowiedzieć, że jego członkowie nie rozumieją i nie odczuwają potrzeby niepodległej Polski. Dla nich republika wszechrosyjska ma być tyleż warta, co i republika polska. Republika wszechrosyjska łączy w sobie 5 milionów Żydów, a polska tylko 1,5 i te oddziela od reszty. Na pozór więc dość argumentów, aby wytłumaczyć stanowisko Bundu. Ale i Bund nie ma powodu wrogo stawać wobec robotnika polskiego, który chce wolnej republiki polskiej. Wobec tego, co dzisiaj proletariat żydowski znosić musi w Rosji, wiara Bundu w demokratyczną wszechrosyjską rzeczpospolitą, zasługuje na rzetelny podziw. Takiego zaparcia się, takiej pokory i miłości wobec Rosjan, jakiej dowody składa Bund, niełatwo znaleźć na świecie. Być posłannikiem koniecznie republiki wszechrosyjskiej, chcieć Konstytuanty tylko w Petersburgu, zwalczać wszelki zamiar oderwania się jakiegoś narodu od Rosji i czynić to wszystko w czasach najokrutniejszych, najkrwawszych „pogromów” żydowskich w Rosji, to polityka świętych, albo… nie dająca się tutaj bliżej określić.

W każdym razie nikomu z socjalistów polskich nie przychodzi ani na myśl żądać od Bundu uczuć, których nie ma lub języka, którego nie zna i poznać nie może; ale czego w imię rewolucyjnego socjalizmu od nich żądać musimy, to: żeby nie popierali najdrobniejszego nawet ucisku narodowego i zechcieli zrozumieć, że proletariat polski ma zasadnicze prawo do swojego państwa demokratycznego, akurat takie same, jak inne narody w Europie, które już takie państwa zdobyły.

Czy mądrze jest, żeby partia socjalistyczna działająca w Królestwie, szukała łączności i jedności organizacyjnej z partią socjalistyczną w Petersburgu, a równocześnie zwalczała na noże takąż samą partię socjalistyczną w Królestwie, to pytanie pozostawiam czasowi do rozstrzygnięcia. Praktyka rewolucyjna zrobi swoje w tym względzie i prędzej czy później bodaj najdziksze niedorzeczności na tym polu uczyni niemożliwymi. Tyle wiary trzeba mieć w wykształcenie polityczne klasy robotniczej w Polsce, żeby mieć nadzieję na zniknięcie bodaj owego ducha sekciarskiego, który umożliwiał SDKP jej dotychczasową politykę. Bund zaś osłabnie w Polsce równolegle z silniejszym ruchem rewolucyjnym i z zrozumieniem wśród bundowskiego proletariatu konieczności współdziałania z ludem wśród którego Żydzi żyją, konieczności, od której nie ma dyspensy dla żadnej części rewolucyjnego, socjalistycznego proletariatu. Nie załatwiamy tu żadnej „kwestii żydowskiej”, nie stawiamy żadnych horoskopów co do stanowiska Żydów w przyszłej republice polskiej. Chcieliśmy tylko kilkoma zdaniami dotknąć taktycznej strony rewolucyjnych walk w Polsce.

Jeżeli ze stanowiska zrozumiałego zresztą oportunizmu partyjnego, ze stanowiska liczenia się z ofiarami i prześladowaniami, na jakie partia narażać się może, wystawiając w walce z rządem hasło niepodległej republiki polskiej, sądzi kto, że carat może mniej srogo karać będzie za takie np. żądanie jak „obalenie caratu” i „republika federacyjna wszechrosyjska”, wówczas rozpocznie się pewnego rodzaju „licytacja w dół” w kierunku najmniej srogich kar, aż ockniemy się w samym bagnie narodowo-demokratycznej pustej frazeologii, nieszkodliwej dla caratu, ale i nie mającej żadnego znaczenia dla nikogo, z wyjątkiem „działaczy” narodowo-demokratycznych, oszukujących ludność chcącą się wyzwolić i tworzących partię dogodną dla caratu.

W rewolucjach nie idzie o ofiary, a o ich owocność i rezultaty. Nie ten jest zbrodniarzem, kto prowadzi towarzyszy na bój śmiertelny, a ten, kto ich źle prowadzi. Śmierć robotnika za wyzwolenie swej klasy z niewoli ekonomicznej i politycznej nie jest śmiercią ani marną, ani straconą dla klasy robotniczej. Historia ludu jest zawsze krwawa, ale ileż to Polaków padło w wojsku rosyjskim na polach Mandżurii bez żadnego pożytku dla Polski, dla wolności, dla przyszłości! Dziesiątki tysięcy ich wymordowano i pokaleczono w służbie cara, i żaden dziennik „patriotyczny” nie wołał za to o pomstę na cara – mordów tych sprawcę. A przecież te hekatomby trupów chłopów i robotników polskich, to strata podwójna: moralna i materialna.

Rewolucja w Polsce nie pociągnęła za sobą ani setnej części tych ofiar, a przecież jej ofiary to pobudka do walki, do zmagań się o wolność, to grzmot budzący sennych niewolników, to wzór bohaterstwa dla ludzi małych, łatwo na duchu upadających.

Kto na carat podnosi rękę, niechaj się nie spodziewa odeń łagodności. Przez dziesiątki lat szarpała nas sfora psów carskich za każdy ruch nasz, więziła za broszurkę, za gazetę znalezioną, znęcała się w czasie pokoju bez litości, wyssała nam z żył krew wolnych ludzi, a robiła nas podłymi tchórzami i niewolnikami. Odmawiała najprostszych praw człowieka, wydawała na łup bezprawia, zakazywała oświaty ludowi jak zbrodni, i dzisiaj, dzisiaj, gdy wreszcie doczekaliśmy się buntu ludowego przeciwko tej szatańskiej bandzie najezdniczej, znajdują się nas ludzie bolejący srodze nad zemstą ludową na różnych żandarmach i ich wodzach i liczący ofiary dzisiejsze tak skrupulatnie, jakby ich nigdy przedtem w Polsce nie bywało! Jak gdyby nie było więzień i Sybiru, jak gdyby niewoli u nas nie było!

A przecież jest środek niezawodny uczynienia ofiar rewolucji nie straconymi na marne. Niech każdy, kto sądzi, że rewolucja za mało jeszcze zdziałała, pójdzie w ślady tych, co już ofiary złożyli, niech pracuje dla tej samej idei, za którą inni już zginęli. Wtedy nikt nie zginął marnie!

Prasa polska kontrrewolucyjna albo obojętna, jest tak niemądrą, że nie rozumie już nawet, co się w polskim społeczeństwie dzieje. Nie zrozumiała np. ostatniej znakomitej taktyki PPS, która stosunkowo małymi siłami szachuje ogromne masy wojska carskiego, zmuszając w kilkuset ludzi, zdecydowanych i dzielnych rząd do strzeżenia wszystkiego za pomocą armii, tej ostatniej kotwicy caratu. Armia musi pilnować całości wszystkich urzędowych figur carskich w Polsce, od Skałłona począwszy, a skończywszy na ostatnim policjancie czy strażniku ziemskim. Armia pilnuje poczty, kolei, szynków, urzędów. Na wszystko, co jest poza nią, padł strach wielkooki, wszystkim owładnęło zamieszanie, niepewność… I armia źle tego wszystkiego pilnuje i demoralizuje się militarnie do reszty.

Tego przecież chyba ślepy tylko nie widzi, a jednak prasa burżuazyjna i tego nie rozumie. Ale nie o to nam tu idzie, a o to, że tego rodzaju „bojowa” taktyka PPS jeżeli tylko zdoła dłużej potrwać, musi być naturalnym przygotowaniem do zbrojnego ruchu na większą skalę. Już teraz musimy sobie z koniecznych rezultatów tej taktyki zdawać sprawę. I godzi się chyba zapytać obie „sąsiednie” w kraju partie – SDKP i Bund, co one na to wszystko powiedzą. Czy staną już dziś w obronie policjantów, czy też ograniczą się na dawnych środkach: strajkach i demonstracjach niezbrojnych? Co zrobią obie to partie rewolucyjne, skoro rząd carski zechce się w Królestwie ratować za pomocą środków wypróbowanych w r. 1863 przez Murawiewa-Wieszatiela na Litwie? Czy i wtedy będą oddzielały swoich towarzyszy od walki zbrojnej, oczekując komendy z Petersburga? Czy będą ich straszyły tym, że to „powstanie”, a powstania nie wolno rzekomo robić polskiemu czy żydowskiemu socjaliście?… Każdy czuje, że w miarę pogłębiania się i zaostrzania walki, konieczne będzie szukać przecież jakiegoś porozumienia się wszystkich rewolucjonistów w Polsce, bo unikanie stałe wspólności walk może stać się wprost zbrodnią wobec interesów ludu.

Zwłaszcza ostatnie fazy utarczek z caratem, prowadzonych niekiedy mistrzowsko przez PPS, powinny oprócz podziwu wywołać także inne uczucie, pożyteczniejsze dla rewolucji: chęć gorącą u każdego socjalisty w Polsce przyłączenia się do tych zapasów, bo stać z boku w Królestwie wprost wstyd.

Przecież tych talmudycznych dyskusji, tych posunięć taktycznych, zawsze tylko używanych nie tyle dla zaszachowania caratu, a raczej dla wprawienia w ambaras innej partii i to socjalistycznej, nikt na długo nie zniesie, nikt nie zrozumie. Przecież chyba dość było przez dwa lata ostatnie dyskusji i pomieszania pojęć, od którego włosy na głowie wstają z przerażenia, że to w ogóle było w Polsce możebne!

Już sam instynkt rewolucyjny powinien był bodaj część socjalistów pouczyć, że np. kontrrewolucyjna narodowa demokracja zadowoli się najmarniejszą zmianą stosunku naszego narodu do Rosji, bo wie dobrze, że im stopień zależności od caratu będzie większy, tym łatwiej narodowi demokraci dostaną się do żłobu, albo do „rządzenia krajem”. Wszak ci ludzie byli podobno u Wittego, ofiarując się kraj „uspokoić”, żeby tylko im carat dał jakie takie środki po temu… To znaczy, narodowi demokraci gotowi są do wszelkich posług policyjno-żandarmskich, żeby tylko mignięto im „autonomią”. Im szersze będą zakresy tej autonomii, samorządu, im demokratyczniejsze będą jej formy, tym oczywiście gorzej będzie kontrrewolucyjnym żywiołom. Najgorzej by im było, gdyby lud dobił się niepodległości, gdyby powstała demokratyczna, niepodległa republika polska. Dlatego kontrrewolucja rzuca co rychlej wszelkie „marzenia” o niepodległości, jak by to było rozżarzone żelazo, dlatego spieszy do Dumy, dlatego skomli u stop tronu i jest tylko smutna, że car tego skomlenia jeszcze nie słyszy. Ale liczy ona, że kiedyś w biedzie je usłyszy, a jeżeli nie on, to kadeci czy jakakolwiek siła stojąca u steru państwa i mogąca odstąpić część władzy kontrrewolucji polskiej: narodowym demokratom. Część, nie całą. O tym nie śmią i nie chcą myśleć kontrrewolucjoniści, bo wiedzą, że rewolucji nie „uspokoją” w rzeczywistości, że przeciwko niej będą zawsze potrzebowali carskiej czy cesarskiej armii. Na to, ażeby się kontrrewolucja mogła naprawdę rozwinąć, potrzebuje ona „autonomii” kraju, ale nie prawdziwego, pełnego samorządu, możliwego w niepodległym, demokratycznym państwie, lecz autonomii związanej, autonomii, która by tej nędznej partii pozwalała nasycać się spokojnie nadwartością, wpływem, bogactwami i tą władzą, do której ona dorosła, tj. władzą tchórzliwą, opartą o obce rządy, o obce armie, władzą bez właściwej politycznej odpowiedzialności, tak jak ją mieli przez lat trzydzieści stańczycy w Galicji.

Czyż tego nie mogą zrozumieć w partii SDKP lub nawet w „Bundzie”? Czy nie zrozumieją, że ich obowiązkiem jest zwłaszcza w czasie rewolucji wyjaśnić stosunek partii nie tylko do wroga, tj. caratu, ale i do wszystkiego, co jest poza ich partią, a jest proletariatem, chłopstwem, drobnomieszczaństwem, proletariatem inteligencji, jednym słowem: co jest ludem w Polsce. Czy mądra, czy możebna taktyka, która każdy żywioł poza partią uważa po prostu za część „reakcyjnej masy”? Wszak to ślepota, która musi się zemścić na partii przede wszystkim. Troska o sekciarską „czystość” już nie zasad, ale odezw lub mów zgromadzeniowych, powtarzanie ogólników rzekomo rewolucyjnych, jest czymś czysto umówionym, czymś, co się robi wszędzie, ale nigdy po to, aby zasad taktycznych, czy programowych nie kontrolować ustawicznie i to wśród warunków miejscowych, bo przecież te zasady taktyczne nie dla księżyca, a dla nas, dla żywego ludu, dla danego proletariatu, wśród danego narodu!

Ignacy Daszyński

__________________________________

Powyższy tekst jest rozdziałem książki Ignacego Daszyńskiego „Polityka proletariatu. Kilka uwag o taktyce rewolucji w Polsce”, wydanej w roku 1907 (jako miejsce publikacji podano Warszawę, jednak faktycznym miejscem edycji był Kraków) i do dziś prawdopodobnie nigdy nie wznawianej. Tekst pochodzi ze zbiorów Remigiusza Okraski, uwspółcześniono pisownię, ortografię i interpunkcję wedle dzisiejszych reguł.  

 

 

Ignacy Daszyński (1866-1936) – działacz społeczny i polityczny, współtwórca polskiego ruchu socjalistycznego i przez lata jeden z jego liderów, publicysta i teoretyk polskiego socjalizmu, poseł i marszałek Sejmu, premier pierwszego rządu odrodzonej Polski. Jeden z założycieli Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej w Galicji, redaktor naczelny galicyjskiego dziennika socjalistycznego „Naprzód”, od roku 1897 poseł do parlamentu austro-węgierskiego. W obliczu wybuchu I wojny światowej zwolennik polityki Piłsudskiego. Premier Tymczasowego Rządu Republiki Polskiej, powołanego w Lublinie nocą z 6 na 7 listopada 1918 r. Po zjednoczeniu PPS członek Rady Naczelnej, kilkakrotny jej przewodniczący i jeden z liderów partii, wybierany posłem w kolejnych wyborach. Podczas wojny polsko-bolszewickiej wicepremier Rządu Obrony Narodowej. Pomysłodawca i przewodniczący zarządu Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego – samokształceniowej inicjatywy PPS dla młodzieży lewicowej. Po wyborach 1928 r. wybrany marszałkiem Sejmu. Od połowy lat 20. coraz bardziej podupadał na zdrowiu, co skutkowało długimi okresami leczenia i stopniową rezygnacją z czynnej polityki. W 1934 r. wybrany honorowym przewodniczącym PPS. Jego pogrzeb był wielką manifestacją społeczną, a w jego dniu we wszystkich zakładach pracy w Polsce na 5 minut symbolicznie wstrzymano pracę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *