PPS

Młodzież pod obuchem bezrobocia

[1937]

Młody chłopiec czy dziewczyna, pochodzący z robotniczej lub chłopskiej rodziny, nie potrzebują wertować mądrych ksiąg i badać szeregu kolumn statystycznych, aby uprzytomnić sobie największą bodaj klęskę, dręczącą dzisiaj świat pracy, której na imię

bezrobocie

Daremnie szukają pracy, wystając długie godziny w kolejkach przed biurami Funduszu Pracy, kołacząc na próżno do bram fabryk i warsztatów. Wiedzą aż nadto dobrze, że pracy nie otrzymają. Z goryczą, z uczuciem bezradności u jednych, głuchego buntu u innych, widzą już od zarania życia, że są

niepotrzebni,

że nie ma dla nich miejsca w społeczeństwie, że jakaś nieznana, groźna i fatalna siła pęta dłonie, rwące się do pracy.

Czy rzeczywiście są niepotrzebni?

Czy rzeczywiście zaspokojone są już wszystkie potrzeby społeczeństwa, wszyscy syci, odziani, mający dach nad głową?

Polska jest krajem cofniętym znacznie wstecz w rozwoju kulturalnym i gospodarczym w porównaniu z państwami Zachodu Europy.

Rządy zaborcze dalekie były od należytej troski o rozwój poszczególnych dzielnic Polski. Potem przyszła wojna ze swym ogromem zniszczenia. Spaliła wsie i miasta. Zniszczyła fabryki; dziczała leżąca odłogiem ziemia.

Te zjawiska sprawiły, że najprostsze, najbardziej niezbędne potrzeby dalekie są w Polsce od stanu zaspokojenia. Gdziekolwiek rzucić okiem, wszędzie ogrom pracy do spełnienia.

Co lat parę nawiedza kraj klęska powodzi. Wezbrane wody zatapiają tysiące domostw, niszczą całoroczny plon pracy chłopa, porywają i unoszą ze sobą jego dobytek. Powódź to nie jakiś dopust boży, wobec którego człowiek staje bezradny. Od dawna leżą szczegółowo opracowane plany regulacji rzek, rzek górskich w pierwszym rzędzie. Wykonanie tych planów, pobudowanie tam i zbiorników, obwałowanie rzek – oto skuteczny sposób przeciwko tej klęsce. I chociaż setki tysięcy rąk ludzkich gotowe są do pracy – jeno nikłe postępy widzimy w tej dziedzinie, a widmo powodzi w dalszym ciągu zawisa nad naszym krajem.

Dusi się chłop polski na wsi. Żyje w tak strasznej, tak przeraźliwej nędzy, że wprost trudno dać temu wiarę. Przybywa w Polsce blisko 500 000 nowych mieszkańców rocznie, w 3/4 na wsi. Rozdrabniają się przeto osady chłopskie, rośnie ilość gospodarstw karłowatych, 1-2-hektarowych, rośnie ilość bezrolnych. A jednocześnie odłogiem leżą dziesiątki tysięcy hektarów ziemi na Polesiu.

Przeprowadzenie odwodnienia i osuszenia tej połaci kraju, zbudowanie sieci kanałów i dróg umożliwi osadzenie olbrzymiej rzeszy ludności wiejskiej na ziemi, tej ludności, dla której nie ma dzisiaj miejsca w przeludnionych wsiach b. Kongresówki i Małopolski.

Jesteśmy jednym z krajów o najsłabiej rozwiniętej sieci komunikacyjnej. Ilość dróg bitych i ilość linii kolejowych jest niewystarczająca. Są wsie i miasteczka, zwłaszcza na Kresach, które dzieli kilkadziesiąt kilometrów od najbliższej stacji kolejowej. Wywołuje to drożyznę produktów, przewiezienie których przy takim braku dróg jest bardzo kosztowne. Wywołuje to odcięcie tych osad i siedzib od życia kulturalnego i politycznego kraju. Rozwój automobilizmu, tak ważny już nie tylko dla życia gospodarczego kraju, ale i dla jego obronności, hamowany jest poza wygórowanymi opłatami i cłem, w pierwszym rzędzie brakiem odpowiedniej sieci dróg.

Nie mamy mieszkań. Przeciętnie w jednym mieszkaniu gnieździ się po 5 osób, a nie trzeba zapominać, że większość mieszkań to jednoizbowe.

5 osób w jednej izbie!

Czy można mówić wtedy o przestrzeganiu jakichkolwiek zasad higieny, czy można się dziwić, że tak wielką mamy śmiertelność w Polsce.

Milion dzieci nie może się dostać do szkół. Dzieci chłopskich i robotniczych. Brak budynków szkolnych, brak odpowiedniej ilości etatów nauczycielskich. A jednocześnie 20 000 nauczycieli oczekuje od lat na posadę, na pracę. Wyrasta olbrzymia armia analfabetów, jak groźna chmura ciążąca nad życiem kulturalnym, nad przyszłością kraju.

Brakuje nam szpitali, bruków, elektrowni, gazowni, wodociągów i kanalizacji.

Nie dojadamy! Głodujemy!

Chłop widzi mięso tylko na wielkie święto. Cukier stał się dla niego, dla jego dzieci, zapomnianym przysmakiem. A jednocześnie karmi się polskim cukrem świnie angielskie. Tak każe „wyższa racja stanu”. Bezrobotni spożywają 26 kg mięsa rocznie na głowę, co daje 0,5 kg na tydzień.

Jakiejkolwiek tknąć się dziedziny, gdziekolwiek rzucić okiem, widzimy ogrom pracy do spełnienia. Wydobyć Polskę z głodu i nędzy! Dać rodzinie chłopskiej czy robotniczej chleb, mięso, mieszkanie, szkołę dla dziecka – oto najpilniejsze zadania, które pozwoliłyby zatrudnić wszystkie wolne ręce.

A tymczasem armia bezrobotnych bynajmniej nie maleje. W kraju, gdzie tyle jest do zrobienia, samych zarejestrowanych bezrobotnych mieliśmy w 1935 r. 403 000. A dodajmy do tego bezrobotnych nie rejestrowanych. Za bezrobotnych uważa się tych, którzy pracę kiedyś mieli i następnie ją utracili. Tych tylko się rejestruje. Co roku dorasta 500 000 ludzi w Polsce. 500 000 młodych chłopców i dziewcząt, którzy pracy nie widzieli nigdy. Młode ich siły, ochocza gotowość do pracy – nie są wykorzystane. Ci w żadnych statystykach nie figurują. Ich krzyk:

dajcie nam pracy!

nie jest ujęty w suche cyfry. Nie lepiej, a może gorzej jest na wsi. Ostatnie badania wykazały, że 5 000 000 ludności wiejskiej, przede wszystkim młodzież – nie ma co do roboty na obecnych gospodarstwach. Są zbędni. Są tam niepotrzebni. Nieprodukcyjni. Nic dziwnego, że w tych warunkach rośnie pęd ze wsi do miast, pomnażając w ten sposób ilość bezrobotnych w miastach.

Przy tak wielkich potrzebach, przy tak wielkim wzroście ludności, winna z roku na rok rosnąć ilość zatrudnionych. Obserwujemy tymczasem wręcz odwrotne zjawisko. Kiedy w 1928 r. było zatrudnionych w przemyśle 841 000 robotników, to w roku 1935 liczba ich spadła do 600 000. Gdybyż przynajmniej pracowali oni pełną ilość dni w tygodniu. I to nie, niestety! 600 000 robotników zatrudnionych w 1935 r., przepracowało 8 milionów godzin w ciągu roku. Wynika z tego, że przeciętnie 1 robotnik pracował w ciągu roku zaledwie 182 dni, tj. co drugi dzień. Co specjalnie należy podkreślić, to malejąca ilość zatrudnionych

bezrobotnych młodocianych.

Kiedy w 1931 roku na każdych 100 zatrudnionych w przemyśle było 4,4 młodocianych, to w 1932 r. liczba ta spada do 3,6, a w 1936 r. nawet do 2,7.

Widzimy więc, że ilość zatrudnionych młodocianych maleje w szybszym tempie, aniżeli robotników dorosłych.

Młodocianemu trudniej dostać pracę aniżeli robotnikowi starszemu!

Ten nadmiar rąk obserwujemy nie tylko jeżeli chodzi o pracowników fizycznych, lecz także i wśród pracowników umysłowych czy wolnych zawodów. Weźmy dla przykładu sądownictwo. Mamy obecnie 2000 aplikantów sądowych, tj. kandydatów do stanowisk sędziowskich. Rocznie mianuje się w Polsce 70 nowych sędziów. Prosty rachunek wykazuje, że aplikant musi czekać na nominację przeciętnie 14 lat.

Ten nadmiar młodych rąk, ta olbrzymia rzesza młodocianych, szukająca gorączkowo pracy, przyczynia się automatycznie do obniżenia płacy, do pogorszenia warunków pracy. Jakże utrudniona jest wszelka akcja ekonomiczna, jakże ułatwiony wyzysk ze strony fabrykantów i kapitalistów, gdy na każde miejsce czeka dziesiątki kandydatów, gotowych pracować za każdą cenę i w każdych, najgorszych nawet warunkach. Temu zawdzięczamy, że 50% zatrudnionych robotników zarabiało poniżej 80 zł miesięcznie. Przy tych warunkach głód jest zjawiskiem codziennym, dzieci są niedożywiane, charłactwo panuje nagminnie, na co zwróciła nawet uwagę zaniepokojona wojskowość.

Nic dziwnego, że młody chłop tak maluje swe życie: „ludzie zbadali, że to co bydło je, człowiek też nie umrze od tego, więc sól jadamy tę bydlęcą, bo kosztuje tylko 8 gr. kilo i to jeszcze na zaświadczenie z gminy raz na rok dostać można, bo by na tamtej droższej Monopol Państwowy nie zarobił, a mięso to już nie pamiętam, kiedy w Polsce jadłem i słonina to nawet nie wiem co kosztuje, czy staniała lub zdrożała, naprawdę nie wiem, bo nie kupuję, bo nie mam za co, ubrania to jeszcze w Polsce nie kupiłem żadnego” („Pamiętniki Chłopów”, część I, str. 163).

W 1928 roku, a więc w okresie tzw. dobrej koniunktury przeprowadzona została przez Organizację Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego ankieta wśród młodzieży robotniczej. Ankieta ta wykazuje rozpaczliwe warunki nawet zatrudnionej młodzieży. Dość powiedzieć, że w stolicy na stu zbadanych młodocianych, zaledwie połowa sypiała w oddzielnym łóżku. W Łodzi nawet tylko 32, a w mniejszych miejscowościach, jak powiedzmy Ćmielów czy Nowy Sącz nawet 20 na 100. Według tejże ankiety zaledwie mniej więcej 1/4 zbadanych chodziła do szkół zawodowych.

Ponury to obraz!

I każdemu nasunąć się musi pytanie. Czemu to pozwala się, aby setki tysięcy rąk nie zostały do pracy wykorzystane? Czemu to zamyka się fabryki, warsztaty, miast budować nowe? Czemu to nie tylko spycha się młodzież w otchłań nędzy, ale paczy się jej charaktery, skazując na przymusową bezczynność.

Odpowiadamy na to: kapitalizm, ustrój, oparty na prywatnej własności środków wytwarzania jest tą przyczyną. Fabryka nie po to pracuje dzisiaj, aby zaspokoić potrzeby społeczeństwa, lecz po to, aby dać zysk fabrykantowi.

Choćby dziesiątki i setki tysięcy rodzin kostniało z zimna, choćby matka robotnica nie miała węgla na ugotowanie strawy, nie wydobędzie z kopalni baron węglowy ani jednej tony węgla, jeżeliby nie miał na niej swego zysku. Raczej zalać kopalnie wodą, niż wyrzec się zysku. Dopóki fabryka, kopalnia, bank znajduje się w prywatnym władaniu, dopóty rządzi gospodarką

zysk kapitalisty.

Setki tysięcy dzieci robotniczych i chłopskich łakną cukru, którego tygodniami nie widzą. A jednocześnie szereg cukrowni w Polsce jest zamkniętych. Mało tego. Właściciele tych nieczynnych cukrowni otrzymują premię, tzw. postojowe od kartelu cukrowniczego, tylko za to, żeby trzymali swe cukrownie nieczynne, by nie dopuścić do obniżenia ceny cukru, bo tak nakazuje pan wszechwładny – prywatny przedsiębiorca i dobro jego kieszeni.

Dlatego nie ma rozwiązania zagadnienia bezrobocia, dostarczenia pracy młodemu pokoleniu przede wszystkim – bez odebrania środków wytwarzania spod władzy jednostek i przeniesienia tej władzy na społeczeństwo.

Uspołecznienie środków produkcji, czyli socjalistyczna gospodarka może dopiero zlikwidować bezrobocie.

Socjalizm – to praca dla wszystkich.

Nie rozwiążą tego zagadnienia półśrodki, wprowadzane przez rząd sanacyjny. Na wielką, bolesną ranę bezrobocia młodzieży przykłada się plasterek pod nazwą junackie hufce pracy. Cóż one dadzą młodzieży? Czyż mogą pomieścić wszystkich? Czyż drelich żołnierski, zupka z kotła, wojskowy rygor mają rozwiązać problem bezrobocia. Nie oddawanie młodzieży pod komendę i militaryzowanie jej są środkami na dzisiejsze bolączki młodzieży.

Wielkie roboty publiczne – to pierwsze żądanie młodzieży.

Skrócenie czasu pracy, które pozwoli zatrudnić tysiące nowych pracowników – to drugie hasło naczelne.

Rozbudowa i rozszerzenie emerytur robotniczych, dzięki którym starsi pracownicy, mając zapewnioną przyszłość, mogliby ustąpić miejsca młodszym – to dalsze żądanie.

Dziś emeryturę otrzymać może robotnik po dojściu do 65 lat życia. A wyliczenia wskazują, że przeciętnie w Polsce żyje się 50 lat. Tak postawione emerytury w niczym niemal nie przyczyniają się do ułatwienia dopływu młodych sił do przemysłu.

Olbrzymia większość bezrobotnych, a szczególnie młodocianych, pozbawiona jest zasiłków. Na 400 tysięcy bezrobotnych w 1935 r. zaledwie 61 tysięcy, a więc około 1/7 otrzymywało zasiłki. Rozszerzyć zabezpieczenie na wypadek bezrobocia, przyznać zasiłki po 13 tygodniach pracy w roku – to dalsze nasze żądanie.

Ileż spraw stoi przed młodzieżą pracującą. Ileż słusznych i koniecznych żądań?

Pisemne umowy o naukę, aby ukrócić wyzysk bezlitosny praktykantów.

Powiększenie liczby szkół w ogóle, a szkół zawodowych w szczególności.

Wliczanie godzin nauki do czasu pracy. Uruchomienie świetlic i schronisk dla młodzieży bezrobotnej. Ochrona pracy młodocianych przez specjalnych Inspektorów Pracy. Oto tylko przykładowo wyliczonych kilka zagadnień.

Młody robotniku!

Młoda robotnico!

Nikt za Was tej pracy nie wykona. Nie wyrwie Was z otchłani wyzysku, nędzy i bezrobocia ginący świat kapitalistyczny. Nie wybawi Was klecha, każący czekać na szczęście w życiu przyszłym, ani oenerowiec, podjudzający Was do bicia straganiarza żydowskiego, a z respektem i szacunkiem odnoszący się do kapitalisty czy bankiera, bez względu na jego wyznanie.

Wasze miejsce w szeregach walczącej klasy robotniczej. Wasze miejsce w klasowych związkach zawodowych. W organizacji młodzieży socjalistycznej przy PPS.

Porzućcie bierność i apatię. Was jest miliony. Jesteście potęgą.

DO SZEREGÓW! DO WALKI!

Walka wymaga organizacji! Rozproszone siły są niczym. Każdy z Was w pojedynkę niczego nie zdoła osiągnąć.

ORGANIZACJA – TO POTĘGA

Polska Partia Socjalistyczna, masowa partia proletariatu miast i wsi, przystąpiła do jednoczenia wokół siebie szerokich warstw młodzieży w kołach młodzieży PPS.

Wzywamy Was do naszych szeregów, do wspólnej pracy i walki!

_____________________
Powyższy tekst to cała broszurka, Nakładem Centralnego Wydziału Młodzieży PPS, Warszawa 1937. Od tamtej pory nie była wznawiana, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Jeden komentarz nt. “Młodzież pod obuchem bezrobocia

  1. Opis dotyczy 1937 roku, w którym się urodziłem.Pomimo nędzy opisanej, pochodzę z wspomnianej Sądeczyzny,moi rodzice już w PRL potrafili wykształcić czworo swoich dzieci,wszyscy mieli pracę.A teraz wraca problem bezrobocia, bezdomności. Rozwarstwienie społeczne sięga zenitu. Nie widać rozwiązania tego problemu społacznego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *