Edward Abramowski

Czego chcą socjaliści?

[1896]

Żyjemy w przededniu wielkich zdarzeń, które świat cały mają na nowo odrodzić. Oto ci, których dotąd za nic uważano – robotnicy polscy – ocknęli się jak gdyby ze snu długiego, przypomnieli sobie, że są ludźmi, że ludzkie mają prawa, i wypowiedzieli posłuszeństwo swoim ciemiężcom i wyzyskiwaczom, wypowiedzieli posłuszeństwo panom i rządowi. Od panów zażądali poszanowania swoich robotniczych interesów. Rządowi powiedzieli, że chcą swobody i że o nią walczyć do upadłego będą.

Przysłuchajmy się tylko dobrze, co się naokoło nas dzieje. Coraz częściej rozchodzi się po kraju wieść, która strachem przejmuje panów i władze moskiewskie, wieść cicho powtarzana: że robotnicy buntują się. I buntują się rzeczywiście! W Warszawie, w Łodzi, w Żyrardowie, w dąbrowieckich kopalniach węgla, w wielkich tkalniach Zawiercia, w Białymstoku i po wielu innych miastach i osadach fabrycznych wybuchają coraz częstsze strajki, zmowy; robotnicy porzucają pracę i gromadnie żądają ustępstw od fabrykanta; zmuszają fabrykantów do tego, żeby płacili im więcej, żeby czas roboty był krótszy, żeby nie było szachrajstw przy wypłatach, żeby wszystkie ich interesy były zabezpieczone, a ich godność ludzka szanowana.

W Łodzi – 60 tysięcy robotników porzuca fabryki, wychodzi na ulicę i głośno domaga się polepszenia swej doli, nie zważając na wojsko moskiewskie, które rani i zabija ludzi, ani na zakazy gubernatorskie. W Białymstoku – gdy rząd i fabrykanci chcą zaprowadzić książeczki fabryczne, rodzaj nowej pańszczyzny dla większego jeszcze uciskania robotników – cała ludność pracująca występuje przeciwko temu i przez kilka tygodni wszystkie fabryki Białegostoku stoją pustkami. I nie ma już prawie ani jednego miasta fabrycznego,
gdzie by nie rozpoczęła się ta walka.

Na dzień 1 Maja rokrocznie mnogie tysiące robotników porzucają swą pracę codzienną i za pomocą odezw pisanych, za pomocą zebrań i przemówień, ogłaszają rządowi, fabrykantom i światu całemu, że nie chcą dłużej już znosić nędzy i niewoli, że myślą póty walczyć, aż zdobędą sobie zupełny dobrobyt i zupełną swobodę. Wychodzą na miasto, i wolny śpiew, pieśń robotnicza, rozlega się na ulicach. A to samo dzieje się także w innych dzielnicach Polski, na Śląsku, w Galicji i Poznańskiem. Wszędzie – jak wielka i szeroka ziemia polska – rozchodzi się jeden okrzyk bojowy, okrzyk wzywający do walki z tymi, co wyzyskują i ciemiężą, i jakaś potężna nadzieja lepszej doli napełnia serce ludu pracującego.

Grubo jednak myliłby się ten, kto by sądził, że tu chodzi tylko polepszenie doli miejskich robotników, o zdobycie lepszej płacy lub krótszego dnia roboczego dla tych, co po fabrykach pracują. Grubo myliłby się ten, kto by, słysząc, że w Warszawie lub Łodzi walczą robotnicy z fabrykantami i rządem, myślał sobie, że to jest sprawa ich tylko, tych warszawskich lub łódzkich robotników, że nas – chłopów, nas – robotników wiejskich obchodzić ona nie może i naszych potrzeb nie dotyczy. Tak bowiem nie jest. W walce, którą robotnicy miejscy prowadzą z fabrykantami i rządem, nie chodzi bynajmniej o ich tylko własny interes, nie chodzi o to tylko, żeby robotnicy tej lub owej fabryki zyskali większą płacę lub jakieś inne ustępstwo; tu chodzi o rzecz daleko ważniejszą: chodzi o zniesienie wszelkiej nędzy i wszelkiej niewoli, o wykorzenienie tego zła, które na świecie panuje, o zupełne wyzwolenie całego ludu pracującego z tego wszystkiego, co go dzisiaj gnębi i dręczy.

Komu więc dokuczyły dzisiejsza nędza i wyzysk panów, komu zbrzydła niewola moskiewska, kto pożąda lepszej doli dla swej rodziny, kto by nie chciał, żeby jego dzieci rosły w ciemnocie i upokorzeniu, znosząc głód i niedostatek, ten zrozumie, że sprawa, o którą walczą dzisiaj robotnicy miejscy, jest i jego własną sprawą.

Tych to właśnie robotników, którzy wypowiedzieli posłuszeństwo swoim ciemiężcom, tych robotników, którzy postanowili zwalczyć nędzę i ucisk ludu pracującego – nazywają socjalistami. Wyzwolić człowieka z nędzy i ucisku wszelakiego – oto więc czego chcą socjaliści. Zabezpieczyć ludzi od głodu, wyswobodzić ich od wyzysku bogaczy, dać wszystkim życie dostatnie, oświatę i swobodę zupełną – oto do czego dążą socjaliści. Lecz jak tego dokonać? Socjaliści mówią: nędza przepadnie wtedy, gdy każdy człowiek mieć będzie prawo do ziemi i do wszystkich bogactw. Swoboda wtedy nastanie – gdy zamiast rządów carskich będzie wolna Polska, rzeczpospolita ludowa. Rozpatrzmy to dokładniej.

***

Pierwsze żądanie socjalistów: żeby każdy człowiek miał prawo do ziemi i do wszystkich bogactw.

Nędzę znamy dobrze; towarzyszy nam ona ciągle po świecie – od kołyski do grobu; siedzi u progu chat naszych, strasząc ustawicznie głodem, zimnem, chorobą. Wiemy także, co znaczy wyzysk panów – kiedy za marne kilka groszy musimy pracować od rana do nocy, jak prawdziwe bydlęta, znosząc wymyślania i zniewagi. Każdemu też myślącemu człowiekowi przychodzi często do głowy, jak zupełnie inaczej wyglądałby ten świat i życie, gdyby nie było tego podłego wyzysku i tej nędzy; wiele by to grzechów i cierpień ludzkich zniknęło wtedy, wiele by przybyło wesela, światła i cnoty.

***

Każdy też zastanawia się nad tym, skąd ta nędza pochodzi. Rzecz jasna, nie pochodzi ona stąd, że za mało jest bogactw na świecie, kiedy naokoło siebie widzimy rozległe pola uprawne, które by nas wszystkich mogły wykarmić, lasy, z których by dla wszystkich starczyło opału; kiedy po miastach stoją magazyny pełne żywności i towarów wszelakich, a liczne fabryki i warsztaty bezustannie wytwarzają niezliczone ilości tych wszystkich rzeczy, które dla dostatniego życia są potrzebne. Wtedy, nawet kiedy lud roboczy najwyższy głód cierpi, z kraju wywożą na sprzedaż ogromne zapasy zboża, jarzyn, ryb, bydła – dla zysku pieniężnego panów i kupców. Kiedy podczas mrozów zimowych dzieci nasze marzną i chorują – rządowe i pańskie lasy stoją nietknięte, a po miastach całe składy węgla opałowego i drzewa, pełne magazyny ciepłej odzieży i obuwia pozostają bez użytku. I bywa czasem takie dziwne widowisko że wtedy właśnie, kiedy najwięcej ludzie potrzebują, kiedy całe masy robotników są bez pracy i w ostatniej nędzy – kupcy i fabrykanci uskarżają się, że nie ma zbytu na towary – i wobec pełnych spichrzów zboża, którego kupcy sprzedać nie mogą, wobec magazynów, napełnionych żywnością i wszelkim bogactwem, ludzie umierają z głodu i zimna. Nędza zatem nie pochodzi stąd, że za mało na ziemi chleba i bogactw, bo tych by aż nadto starczyło dla wszystkich.

I nie pochodzi także z lenistwa ludzi, albo pijaństwa, jak to niektórzy twierdzą, bo widzimy przeciwnie, że ci właśnie, co najwięcej pracują – chłopi, robotnicy, parobkowie – największą nędzę cierpią, podczas gdy próżniacy opływają w dostatek; widzimy tak samo ludzi trzeźwych, co nigdy wódki nie piją i jak wół pracują, a mimo tego kawałka chleba często im brakuje.

I nie z woli bożej nędza pochodzi, bo za nędzą idą największe grzechy i niedole ludzkie, więc bluźnierstwem byłoby myśleć, że to zło całe bierze swój początek od Boga, który jest dobrocią i miłością najwyższą.

Wszystko to są gadania obłudników, którzy dla własnego interesu chcą przed ludźmi zakryć prawdę, Ale prawda schować się nie da; jest ona zawsze jak słońce jasna, i każdy, kto tylko zechce, zobaczyć ją potrafi. Nędza stąd pochodzi, że chociaż dużo jest bogactw na ziemi, ale te bogactwa należą do garstki panów, a nie do całego ludu; i chociaż Bóg dał wszystkim ziemie urodzajne, lasy, pastwiska i rzeki rybne, tak samo jak wszystkim dał słońce i powietrze, to jednak nie wszyscy mogą korzystać z tych darów bożych, bo panowie, kupcy, rząd, fabrykanci, położyli na nich swoją pieczęć, swoje prawo własności, i dla siebie wyłącznie to wszystko zagarnęli. Stąd i nędza.

Jeżeli nam brak chleba, opału, pastwisk do wykarmienia bydła, to dlatego, że chleb i ziemia, lasy i pastwiska do panów należą, że są ich wyłączną, osobistą własnością. A panowie korzystają z tego, żeby nas wyzyskiwać. Ponieważ my nic nie mamy, albo mamy tak mało ziemi, że z niej wyżywić się nie można, więc u właścicieli szukamy zarobku, a bojąc się głodu i nędzy, musimy się godzić na takie warunki, jakie nam dają. Właścicielom zaś chodzi o to, żeby ze swego gospodarstwa mieć jak najwyższy zysk pieniężny, więc starają się jak najtaniej wynająć robotnika i jak najwięcej wydusić z niego pracy.

Z takiego położenia rzeczy wynika cała nasza bieda i zależność, w której jesteśmy. Musimy słuchać panów, znosić od nich krzywdy i obelgi, pracować na nich jak bydlęta, bo głód nas zmusza do tego, bo oni mają w swoich rękach to, co życie daje – chleb i ziemię. Jest to ta sama pańszczyzna, co była dawniej, tylko obłudnie zatajona, schowana przed światem.

Dawniej jednym tylko rozkazem i kańczugiem ekonomskim zmuszali nas panowie do posłuszeństwa i pracy, teraz zmusza nas do tego nędza. Dawniej byliśmy przez prawa zaprzedani panom, teraz zaprzedajemy się im sami z potrzeby, z obawy głodu. Zmienił się więc tylko pozór, a rzecz sama pozostała bez zmiany; jak dawniej, tak i teraz, mamy życie bydląt roboczych, życie niegodne człowieka. I nie może być inaczej, jeżeli środki do życia, ziemia ze wszystkimi swoimi skarbami, jest własnością jednej tylko małej części ludzi, a inni nie mają żadnego prawa do niej. Nie może być inaczej, bo ten, który nie ma kawałka chleba, musi zaprzedać się temu, kto posiada bogactwa, a kto posiada bogactwa, będzie zawsze dla swojej korzyści pieniężnej wyzyskiwał i gnębił tego, który mu swą pracę sprzedaje.

Wspólna własność – to nie znaczy, że nikt nie będzie miał swego domu, ani własności żadnej, ani kawałka ziemi do gospodarowania; nie, przeciwnie! To znaczy, że każdy człowiek dlatego, że jest człowiekiem, będzie miał prawo do wszystkich bogactw, będzie miał prawo korzystać z ziemi i z tego wszystkiego, co dają natura i praca ludzka. Bóg dał człowiekowi życie i dał wszystko, co do życia potrzebne: ziemię, słońce, powietrze i żywność. Tak samo więc, jak zbrodnią jest odebrać człowiekowi życie, tak samo jest zbrodnią odebrać mu to, co do życia niezbędne, zabronić mu korzystać z darów bożych. Prawa, które powymyślali panowie na współkę z królami i cesarzami, uczyniły z ziemi i bogactw własność osobistą i zabraniają ludowi z nich użytkować. Wspólna własność przywróci pogwałconą sprawiedliwość w stosunkach między ludźmi i w użytkowaniu bogactw ziemi.

Cierpimy nędzę i wyzysk, bo nie mamy prawa korzystać z ziemi i bogactw, a nie mamy prawa korzystać dlatego, że panowie, fabrykanci, rząd przywłaszczyli sobie to, co do wszystkich należeć musi. Ażeby więc wyswobodzić się z nędzy, trzeba ażeby ziemia i bogactwa wszelkie przestały być osobistą własnością tego lub owego człowieka, a stały się własnością wspólną całego ludu.

Pierwszy, który objawił ludziom, że zbrodnią jest posiadać bogactwa dla samego siebie tylko – był Jezus Chrystus. Oto co stoi napisane w Ewangelii św. Mateusza, w rozdziale 19:

„Gdy Jezus szedł z Galilei do ziemi Judejskiej, oto jeden młodzieniec zastąpił mu drogę, pytając: Dobry nauczycielu, co powinienem zrobić, ażeby otrzymać żywot wieczny? Jezus mu odpowiedział: Jeżeli chcesz być doskonałym, idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. A młodzieniec, usłyszawszy to, zasmucił się bardzo, gdyż miał wielkie bogactwa. Wtedy Jezus powiedział do swoich uczniów: Zaprawdę powiadam wam, trudno jest bogaczowi dostać się do królestwa niebieskiego. I powiadam wam jeszcze, że łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogaczowi wejść do królestwa bożego”.

Pierwsi chrześcijanie rozumieli dobrze te słowa Chrystusa i własność osobistą uważali za grzech największy, a sami żyli w komunach, to jest, że wszystko, co posiadali, posiadali wspólnie. Posłuchajmy, co pisali o tym dawni chrześcijanie. Święty Hieronim pisze:

„Bogactwo pochodzi zawsze z kradzieży. Nie bez powodu Ewangelia nazywa bogactwa ziemskie niesprawiedliwymi, gdyż nie mają one innych źródeł, jak tylko niesprawiedliwość ludzi: jedni mogą je posiadać tylko przez zrujnowanie drugich. Ci, którzy posiadają wielkie majątki, są bogaci tylko wskutek swojej niesprawiedliwości, lub niesprawiedliwości tych, od których odziedziczyli”.

Święty Grzegorz z Nicei tak mówi: „Jeżeli jeden chce stać się posiadaczem bogactw, posiadać je wyłącznie, wyłączyć innych z ich posiadania, ten nie jest bratem, lecz tyranem nieludzkim, okrutnym barbarzyńcą, a raczej bestią dziką, której paszcza jest zawsze rozwarta dla pożarcia samej tylko pokarmu, przeznaczonego dla innych”.

Podobnie odzywa się święty Jan Chryzostom: „Bogaty jest rozbójnikiem… Nikt z nas nie może nazwać swoim to, co pochodzi od Boga, a moje i twoje są słowami kłamstwa”.

Święty Ambroży woła: „Bóg chciał, ażeby ziemia była wspólną. Ziemia została dana do wspólnego użytku biednym i bogatym; dlaczegóż wy, bogacze, uważacie, że to wasza wyłączna własność?”.

Oto w jaki sposób mówili prawdziwi chrześcijanie. Dzisiaj żaden ksiądz już tego nie powie, bo są obłudni i, pańskiego tylko interesu pilnując, zapominają o nauce Chrystusa.

***

Ażeby więc wyzwolić się z nędzy i ucisku, trzeba znieść dzisiejsze pańskie prawa, oparte na krzywdzie ludzkiej, a na ich miejsce zaprowadzić prawo nowe, sprawiedliwe, pozwalające każdemu człowiekowi korzystać z ziemi i wszystkich darów natury. Nazywa się ono prawem własności wspólnej, i jego to przede wszystkim żądają socjaliści.

Zastanówmy się bliżej nad tym, co znaczy to prawo wspólnej własności. Cała ziemia będzie należała do całego narodu i wszyscy ludzie na równi korzystać będą z jej darów. Dlatego też, wszystko wtedy będzie przedstawiało się inaczej niż teraz. Dzisiaj, ponieważ ziemia jest podzielona na kawałki, na własności pańskie i chłopskie, duże i małe, więc ludzie handlują ziemią, sprzedają i kupują; rząd lichwiarze i panowie odbierają niejednemu za długi jego kawałek ziemi. Przy wspólnej własności, gdy ziemia nie będzie pokawałkowana, nikt nie będzie mógł ziemią handlować, i nikogo nie będzie można wyrzucić z jego zagrody.

Dzisiaj, ponieważ jest własność osobista ziemi, więc jedni ją mają, a drudzy nie, jedni nabyli, a drudzy potracili swoje grunta; a ponieważ idzie coraz gorzej z interesami rolników, i w coraz większe wpadają długi, więc i ci, co mają teraz kawał ziemi, mogą go bardzo łatwo stracić, jak to już z tyloma było. Przy wspólnej własności nie będzie ludzi bez ziemi i bez domu, nie będzie takich, co włóczą się po kątach za kawałkiem chleba, bo samo prawo wspólnej własności nie pozwoli mu na to, żeby byli tacy, co nic nie posiadają. Każde dziecko, przychodząc na świat, będzie miało zapewniony swój udział we wspólnej własności narodu, i naród nie pozwoli nikogo skrzywdzić, nikogo wydziedziczyć. Wszystko będzie dla wszystkich.

Dzisiaj, przy własności osobistej, kiedy moje i twoje, te słowa kłamstwa, jak mówi święty Chryzostom, podzieliły ziemię na kawałki, każdy pracuje osobno na swoim małym zagonie, znikąd nie ma pomocy, trudzi się ciężko i korzyści ma mało, bo na małym kawałku ziemi, szczególnie jeżeli ma grunt porozrzucany, dużo piasków, a nie łąki, to gospodarować dobrze nie można, i ziemia coraz mniej wydaje. Tylko zamożniejsi gospodarze, którzy mają i zapas pieniędzy, i pastwisko, i mierzwę do użyźniania ziemi, mogą ze swojej własności mieć pod dostatkiem chleba. Dlatego też dużo jest takich pomiędzy nami, co chociaż mają tam niby jakiś kawałek gruntu i ciężko nad nim pracują, to jednak ciągle biedę cierpią, wyżyć ze swego gruntu nie mogą i zarobku wszędzie szukać potrzebują. A kiedy nieurodzaj, grad lub inna jaka klęska zniszczy komu dobytek, to wtedy musi głód cierpieć i długo biedować, zanim mu kto pomoże, a często i żadnej pomocy nie dostanie.

Przy wspólnej własności, kiedy cała ziemia do całego narodu należeć będzie, wtedy będziemy mogli wspólnymi siłami, gromadą, prowadzić gospodarstwa ulepszone, zyskowne. W gromadzie nikogo nie spotka żadna klęska ani ruina, bo wszyscy dbać będą o jego dobro, jako o swoje własne. Ludzie w każdej wsi, mając do swego rozporządzenia wielkie łany ziemi, lasy i pastwiska, jako swoją wspólną własność, będą na niej wspólnie pracować i dostawać będą daleko więcej z ziemi niż teraz, kiedy każdy osobno na małym kawałku gospodaruje. Gromada to wielki człowiek. Gromadą gospodarując na wielkich przestrzeniach, będziemy mogli lepiej uprawiać rolę, używać dobrych pługów i maszyn różnych do pomocy, mieć pod dostatkiem mierzwy i gnoju do użyźniania ziemi, na wspólnych pastwiskach hodować wielkie trzody bydła; a przy wspólnej pracy z maszynami, daleko mniej roboty wypadnie na każdego i plon będzie o wiele obfitszy.

Zebranym wspólnymi siłami plonem będziemy dzielić się sprawiedliwie, po bratersku, żeby nikomu nie brakło niczego. Obfite zbiory zboża, jarzyn, owoców i wszelkie inne produkty wspólnego gospodarstwa będą do naszego użytku, a co zostanie, to posyłać będziemy do miast, dostając w zamian te wszystkie towary fabryczne, miejskie, które nam będą potrzebne, i w takiej ilości, żeby nikomu na niczym nie zbywało. Bo tak samo jak ziemia, tak samo fabryki, warsztaty i kopalnie, wszystkie magazyny i wszystkie bogactwa będą należały wspólnie do całego narodu, i prawo narodowe będzie przestrzegało, żeby każdy mieszkaniec kraju miał to wszystko, co do życia jest potrzebne. Powiedzieć mogą niektórzy: „jeżeli ja będę na spółkę z innymi ziemię posiadać to nie będę panem u siebie, każdy będzie mógł wtrącać się do moich interesów”. Lecz tak myśleć byłoby fałszem. Przy wspólnej własności każdy będzie panem u siebie w domu i to, co weźmie ze wspólnego plonu, będzie jego nietykalną, świętą własnością. A ponieważ każdy będzie dbał o to, żeby ta wspólna ziemia jak najwięcej zbiorów wydała i żeby praca była jak można najwięcej ułatwioną, przeto nie będzie żadnych swarów, bo wspólny interes wszystkich pogodzi. Dziwny by to był człowiek, który by wolał na swoim zagonie sam jeden ciężko jak bydlę pracować i biedę ciągłą znosić, niż do spółki z sąsiadami, na wspólnej ziemi pracując, mieć dostatek i pracę lżejszą.

Ziemia pokawałkowana nigdy nie może wszystkim zapewnić życie dobre; zawsze jednemu dostanie się lepszy, drugiemu gorszy kawałek, i na małym zagonie nigdy dobrze gospodarować nie można, a pracując samemu pracować trzeba ciężko. Ziemia zaś wspólna to znaczy gospodarstwo prowadzone wzorowo, z dobrą uprawą, z dobrem ziarnem, z maszynami, z licznym dobytkiem gospodarskim, jednym słowem – takie gospodarstwo, które każdemu ze współwłaścicieli zapewni dostatek i pracę uczyni lżejszą. Kiedy więc mówimy: „prawo wspólnej własności”, to tak jak gdybyśmy mówili: wszystko dla wszystkich; każdemu dostatek, każdemu dom własny, zapewniona przyszłość i praca lżejsza.

***

Dla każdego więc myślącego człowieka jest rzeczą jasną, że gdy to prawo zostanie zaprowadzone, wtedy znikną bez śladu wszystkie nasze biedy, i prawdziwe królestwo boże zapanuje na ziemi. Wyobraźcie sobie tylko, że to prawo zostało już ogłoszone, że zamiast dzisiejszego porządku została ustanowiona wspólna własność wszystkich bogactw natury. Co wtedy się dzieje? Oto w każdej wsi, w każdej gminie te wszystkie ziemie i lasy, które dzisiaj należą do panów i rządu, stają się naszą wspólną własnością, i każdy z nas na równi z innymi ma prawo z nich korzystać. Czy nie potrafilibyśmy wtedy tak się urządzić, żeby i sprawiedliwość była i dostatek dla każdego? Mając dla siebie te rozległe pola, te pastwiska i lasy, potworzylibyśmy spółki braterskie i bez żadnych panów, bez żadnej władzy umielibyśmy tak dobrze gospodarować, że ziemia dawałaby dziesięć razy więcej niż teraz. Każdy z ochotą i swobodnym sercem szedłby do pracy, wiedząc, że jest nie najemnym robotnikiem, a właścicielem na równi z innymi. Każdy dbałby o to wspólne dobro, bo ono dawałoby mu dostatek i niezależność.

Nie będzie nędzy – bo ziemia, zamiast dawać zyski pieniężne panom, rządowi carskiemu i lichwiarzom, będzie nam wszystkim dawała dostatki, chleb i żywność obfitą. Bo my – mając prawo do ziemi i wspólnie pracując dla siebie samych – takie zaprowadzimy gospodarstwa, że nikomu z nas nie zabraknie niczego. Nie będzie wyzysku, ani zależności żadnej, bo nikt nie będzie potrzebował wynajmować się do pracy – kiedy wszyscy będą na równi właścicielami dóbr wspólnych. Dzisiaj głód nas zmusza zaprzedawać się panom i pokornie znosić od nich krzywdy i obelgi. Przy wspólnej własności każdy mieć będzie prawo do ziemi, każdy będzie wolnym i niezależnym człowiekiem.

A pomyślmy tylko, ile to grzechów, zbrodni i cierpień ludzkich zniknie wtedy ze świata, razem z nędzą i wyzyskiem! Nędza popycha ludzi do najgorszych rzeczy, do kradzieży, do pijaństwa, do oszukiwania drugich. Dla kawałka chleba ludzie zapominają o swej godności człowieczej i jak bydlęta muszą pracować od świtu do nocy, jak niewolnicy – znoszą obelgi i poniewieranie.

Wszystko to przepadnie bez śladu, gdy nastanie wspólna własność.

***

Drugie żądanie socjalistów: wolnej, niepodległej Polski!

Oprócz wyzysku panów, jest jeszcze inny wyzysk, inne jarzmo, które nas gniecie – jarzmo rządu carskiego. Daje się ono nam dobrze we znaki! Zastanówmy się tylko nad tym; zobaczmy całą prawdę, czym ten rząd carski jest dla nas.

Rząd carski jest rządem despotycznym, samowładnym, to jest sam wszystkim rozporządza i administruje; sam wydaje ukazy i naznacza podatki, uważając ludzi za swoich niewolników, którzy słuchać i milczeć powinni. Ukazy i rozporządzenia carskie mają moc nieograniczoną; nikt ich nie może ani zmienić, ani osądzać, chociażby były najgłupsze i jak najbardziej szkodliwe dla kraju. Największe niesprawiedliwości stają się prawem, którego słuchać powinniśmy, jeżeli car własnoręcznie podpisze na dokumencie urzędowym:

„tak być powinno”.

Przy uchwalaniu praw rząd nie pyta wcale o zdanie narodu, jak to jest w innych krajach, nie rachuje się nigdy z tym, czy to prawo będzie korzystne czy szkodliwe dla mieszkańców kraju. Car ze swoimi ministrami i radą przyboczną, do której należą wybrani cara generałowie i popi, uchwala i decyduje wszystko według własnej woli, przed nikim nie zdając sprawy ze swego postępowania. W taki sposób powstają prawa moskiewskie, które nami rządzą; tak uchwala się podatki, przepisy fabryczne, rozporządzenia, dotyczące gminy, szkoły i kościoła, nakazy poborów wojskowych.

Car ze swoimi generałami i popami – jest to władza najwyższa, która przebywa w Petersburgu. Ona to postanawia o naszych losach, od czasu jak Polska dostała się pod panowanie moskiewskie. Władza ta naznacza od siebie tych wszystkich urzędników, którzy rządzą w naszym kraju, przestrzegając, by prawa i rozporządzenia carskie były ściśle wykonywane. Car wybiera ministrów i gubernatorów; ci zaś naznaczają od siebie wszystkich naczelników powiatowych, komisarzy, policjantów, nauczycieli szkolnych, sędziów, inspektorów fabrycznych, a nawet biskupów i księży. Oprócz tego jest jeszcze żandarmeria, zostająca pod wyłącznymi rozkazami samego cara, której najważniejszym zadaniem jest wykrywać i tłumić to wszystko, co rząd za buntownicze uważa.

Przy takim porządku, naród cały to tylko niewolnicy cara i jego urzędników. Oni sami bez naszej woli urządzają wszystkie nasze czynności i sprawy; sami postanawiają, jak się mamy uczyć, na jakich warunkach pracować, o czym nam wolno pisać i mówić, a o czym nie wolno; ile mamy płacić akcyzy i podatków, ile służby wojskowej odbywać, jednym słowem – rozporządzają nami zupełnie samowolnie, rozporządzają naszymi interesami, naszą swobodą, nauką, krwią, pieniędzmi, nie pozwalając nam nawet zdania swego wypowiedzieć w rzeczach, które nas samych dotyczą.

***

Zobaczmy, jak na takim stanie rzeczy lud polski wychodzi, jakie dobrodziejstwa spadają na nas od tego rządu carskiego.

Rząd carski gnębi nas podatkami. Musimy mu płacić za to, że siedzimy na ziemi ojców naszych, i za to, że mamy dach nad głową, i za to, że żyjemy. Płacimy trzy razy więcej podatku, aniżeli płacą włościanie moskiewscy. Miliony i miliony rubli ściąga rząd corocznie od ludu polskiego, często ostatni grosz wyciągając od nas. I nie dość mu tych pieniędzy; jeszcze nakłada akcyzę na wszystko i sprowadza przez to drożyznę towarów. A wiecie, na co idą te złupione na nas pieniądze? Idą na utrzymanie wojska, żandarmów, policji i popów; idą na budowanie w naszym kraju cerkwi prawosławnych. Pieniądze więc zdzierane z nas idą na to, żeby nas samych gnębić. Płacimy, żeby mieć nad sobą policję, żandarma i komisarza, co by nas zmuszali do posłuszeństwa. Płacimy, żeby prawosławie rozszerzało się po naszym kraju.

Zobaczmy, jakie rząd ściąga podatki z ludu i na co te pieniądze wydaje. I tak: podatku gruntowego płacimy 48 milionów rubli, a oprócz tego 89 milionów od włościan uwłaszczonych, jako opłaty wykupowe; ze sprzedaży wódki rządowej – 420 milionów; z akcyzy na tytoń, naftę, cukier, zapałki, z opłat stemplowych, z ceł na towary przychodzące z zagranicy, rząd otrzymuje rocznie 350 milionów. Oprócz więc podatku od ziemi płacimy rządowi 770 milionów rubli rocznie, bo, kupując wódkę, tytoń, cukier, naftę, zapałki, stemple, płacimy kupcom nie tylko cenę samego towaru, ale i akcyzę za ten towar. Kupcy płacą akcyzę rządowi, ale, żeby zapłacić tę akcyzę, biorą od nas drożej za towary,
tak, że właściwie z naszych kieszeni płacona jest rządowi ta akcyza, 770 milionów rubli.

Kupisz wódki za 15 groszy, z tego idzie dla rządu 12 groszy. Kupisz papierosów za 12 groszy, płacisz w tym 4 grosze dla rządu. Kupisz funt cukru, znowu płacisz 9 groszy dla rządu. Kupisz zapałek za 4 grosze, znów grosz idzie dla rządu. Masz do załatwienia jaką sprawę w sądzie lub innym urzędzie, płacisz po kilka i kilkanaście złotych za stemple. Tym sposobem z naszych kieszeni idą dla rządu carskiego setki milionów rubli, podczas kiedy bogaci przemysłowcy, bankierzy, lichwiarze płacą od swoich kapitałów pieniężnych tylko 20 milionów rubli.

A zobaczmy, na co to rząd wydaje te pieniądze. Oto: bankierom, którzy kiedyś pożyczyli carowi pieniędzy na prowadzenie wojny, rząd wypłaca rocznie procentów 275 milionów rubli. Na wojsko wydaje rocznie 412 milionów. Na więzienia – 14 milionów. Na zapomogi towarzystwom finansowym (to jest towarzystwom bogatych kupców i bankierów) – 10 milionów. Na utrzymanie cesarza i jego rodziny – 16 milionów. Na utrzymanie ministrów, gubernatorów i całej zgrai urzędników – 140 milionów. Zaś na szkoły ludowe – tylko 7 milionów rubli.

Oto, co się dzieje z naszymi pieniędzmi, z naszym tak krwawo zapracowanym groszem. A oprócz tego, ile to milionów rubli, z podatków także ściągniętych, poszło na koronację carską, wiele wyjdzie na utrzymanie szpiegów i żandarmów, na co każdego roku przeznacza car coraz większe wydatki; ile pójdzie na budowanie nowych cerkwi na ziemiach polskich i opłacanie popów, to i zliczyć trudno.

Oto jedno dobrodziejstwo carskiego rządu.

A teraz drugie: oświata!

Ukaz carski, wydany 18 czerwca 1887 roku, zabrania synom chłopów i robotników uczyć się w szkołach wyższych; tylko synowie szlachty i ci, którzy mają bogatych rodziców, mogą kończyć gimnazja i kształcić się na lekarza, inżyniera lub prawnika. Dla dzieci robotniczych i chłopskich lepsza nauka jest wzbroniona. Mogą one uczęszczać tylko do szkół ludowych, tych, co je gminy utrzymują. A co to za szkoły? Dziecko tam światła nie nabierze, a nauczy się tylko, że cara trzeba słuchać, że car jest dobry i potężny, nauczy się, że nie ma Polski, a jest tylko Rosja. W tych szkołach każdy nauczyciel ma rozkaz tajemny od rządu, żeby dzieci nasze na moskali przerabiał, żeby oduczał ich od szanowania tego, co słuszne i sprawiedliwe. Dlatego to po szkołach tylko moskiewski język zaprowadzony; dlatego to coraz więcej na nauczycieli naznaczają synów moskiewskich popów. A jakaż to nauka w obcym języku, kiedy nauczyciel dziecka, a dziecko nauczyciela często nie rozumie?

Rząd carski umyślnie utrzymuje te szkoły, żeby nas ogłupić i spodlić, żeby nas przerobić na swoich niewolników, żebyśmy się w końcu zaparli mowy własnej i wiary. Na prawdziwą oświatę to on nie pozwala, prześladuje każdą książkę, która mówi prawdę, nie pozwala uczyć po polsku, a za radzenie o swoich sprawach i za uczenie prawdziwych rzeczy pakują robotników do więzienia. A teraz, gdy się przekonał, że lud pomimo wszelkich przeszkód garnie się do oświaty i czytania książek, sam wydaje w Warszawie polskie pismo – „Oświatę”. Rozpowszechniają je po wsiach i po miasteczkach urzędnicy, zmuszając nieraz gwałtem do brania carosławnego piśmidła.

Takie ogłupianie narodu, takie szkoły – to drugie dobrodziejstwa cara!

I nie dość tego. Nie tylko w szkołach rząd chce nas ogłupić i na swoją wiarę przerobić, lecz rozmaitymi innymi sposobami do tego zdąża. I nie tylko nas wyzyskuje, zdzierając różne podatki, nie tylko nas gnębi służbą wojskową, ale jeszcze wdziera się do naszego sumienia, prześladuje naszą mowę i wiarę. Gdzie tylko może, zabrania mówić po polsku: w urzędach, w sądach na pocztach, na kolei, wszędzie jest musowo wprowadzony język moskiewski. Nawet tym robotnikom, co przy drogach żelaznych pracują, zakazane zostało odzywać się po polsku, pod karą płacenia sztrafów, a nawet wyrzucenia ze służby. Jeżeli dalej tak pójdzie, to doczekamy się jeszcze tego, że i po domach, na ulicy i w kościołach zabronią nam mówić swoim językiem, i żandarmi będą wszędzie pilnować, żebyśmy tylko po moskiewsku mówili, tak jak teraz pilnują robotników kolejowych, młodzież szkolną i tych, co po biurach pracują.

A prześladowanie wiary to już się dawno zaczęło. Jeszcze w 1870 roku rząd moskiewski rozpoczął nawracać na prawosławie unitów, zamieszkujących Podlasie i Chełmszczyznę. Bez żadnych względów pozamykał kościoły, księży opierających się prawosławiu powywoził na Sybir, a ludzi kazał siłą, nahajkami kozackimi, spędzać do cerkwi. Kto nie chciał przejść na prawosławie, tego męczono, bito, głodzono, aż póki nie ustąpił. Włosy powstają na głowie, gdy się słyszy, co się wtedy tam działo. W Pratulinie 1874 roku kilka tysięcy ludzi broniło swego kościoła przeciw całej rocie żołnierzy, nie dopuszczając popów i nie wydając kluczy policji; lud kłuto bagnetami, 14 zabito na śmierć, kilkudziesięciu poraniono – aż póki nie ustąpił. To samo powtórzyło się jeszcze we wsiach Zabłotowie i Podubiczach. Na inne wsie nasyłano kozaków, którzy robili postój po chatach, niszczyli dobytek, tratowali zasiewy, gwałcili kobiety, aż póki ludność całą nie doprowadzili do zupełnej nędzy. Całe gromady wiejskie przepędzano przez nahajki i rózgi; była przepisana liczba: mężczyzna dostawał 50 batów, kobieta 25, podrostek – 10. Gdzie indziej znowu odrywano kobiety od mężów i zamykano je w szopach, a gdy mężczyźni nie chcieli ulec i na prawosławie przysiąc, wtedy na ich żony i siostry wypuszczano kozaków. Całe wsie uciekały do lasów przed tymi okrucieństwami, ale i tam dopędzało kozactwo. Schwytanych, między dwoma szeregami sołdatów z karabinami, gnano do zabranego im kościoła, gdzie już czekał na nich pop. W okolicach Białej noce czerwone były od ciągłej pożogi – lud z rozpaczy podpalał plebanie popów sprowadzonych i księży, co prawosławie przyjęli. W parafii Horbów, we wsi Kłoda, w powiecie Bielskim, Józef Koniszewski, nie chcąc wydać popowi nowonarodzonego dziecka do ochrzczenia, ścigany i prześladowany, zamknąwszy się w stodole z żoną i dziećmi, nakrył wszystkich słomą, podpalił i wraz z nimi zginął w płomieniach. I pomimo takiego rozpaczliwego oporu ze strony ludu – rząd carski tak swego dopiął; dużo też niecnych księży unickich znalazło się, co od wiary swej odstąpili; i dzisiaj w powiatach, gdzie unici mieszkają, na Podlasiu i w Chełmszczyźnie, nie ma już kościołów po wsiach, tylko same cerkwie i popi; a wiele tysięcy ludzi, pomimo ich woli, zapisano jako prawosławnych, i nie pozwalają im żadnych obrządków ani modłów katolickich sprawować, tak że muszą cichaczem, w wielkiej tajemnicy, chrzcić swoje dzieci, albo do spowiedzi chodzić, co się rzadko komu udaje.

A kto nam może zaręczyć, że takie same rzeczy nie rozpoczną się i w innych stronach naszego kraju, że po jakimś czasie nas wszystkich nie zaczną gwałtem do prawosławia przymuszać? Od rządu carskiego wszystkiego spodziewać się można, bo on gwałtem tylko trzyma się u nas i postępuje tak, jak w kraju zawojowanym; bo jego interes w tym, żeby nas wszystkich na moskali i na posłusznych carowi niewolników przerobić, i gotów do tego użyć wszelkich sposobów. Teraz znowu na Litwie rozpoczęło się zamykanie kościołów i niszczenie krzyżów katolickich przy drogach. Kilka lat temu w miasteczku Krożach na Żmudzi (w kowieńskiej guberni), gdzie cały lud jest katolicki – rząd postanowił zamknąć kościół i przysłał swoich urzędników z żandarmami, żeby kościół opieczętowali. Ksiądz na to zgodził się, ale lud się oparł, przepędził żandarmów i wielką masą otoczył swój kościół. Wtedy przyjechał gubernator z kozakami – rozpoczęła się rzeź i gwałty. Kozacy bili i zabijali na śmierć, wpychali ludzi do rzeki, nie szczędzili ani starców, ani kobiet i przez kilka dni jeszcze znęcali się nad włościanami, bili nahajkami, bezcześcili kobiety i grabili dobytek. Znowu więc zaczyna się to samo, co było przed dwudziestu laty z unitami. Były już nawet czynione przez rząd próby, żeby do kościołów naszych wprowadzić język rosyjski, i byli nawet tacy księża podli – w Wilnie, Mińsku, Mozyrzu i innych miejscowościach na Litwie – którzy na to przystawali; z ambony przemawiali po rosyjsku i pieśni kazali po rosyjsku śpiewać. A w Warszawie – czyż nie budują coraz to nowych cerkwi, choć tam przecie ludu prawosławnego nie ma. I tamże, w Warszawie samej, rząd założył towarzystwo Czerwonego Krzyża, które ma za zadanie szerzyć prawosławie pomiędzy ludem i wszędzie pakuje na miejsce katolickich sióstr miłosierdzia – prawosławne zakonnice, tak zwane Elżbietanki. Zliczyć by zresztą trudno było, ilu to różnych sposobów używa rząd carski, żeby tylko zgwałcić nasze sumienie.

Te to właśnie wszystkie gwałty, nad naszym sumieniem dokonywane, to prześladowanie naszej mowy i wiary – oto jeszcze jedno dobrodziejstwo rządu carskiego.

***

Lecz nie tylko rząd carski sam nas wyzyskuje, nie tylko stara się nas ogłupić i spodlić, nie tylko gnębi nasze sumienie i miesza się do wszystkiego, krępując wszelką swobodę ludzką; on jeszcze pilnuje tego, żeby nas wyzyskiwano, pomaga panom nas gnębić, strzeże naszej nędzy i nie pozwala na żadne ustępstwa dla robotników. Kiedy w Łodzi na początku maja 1892 r. robotnicy zastrajkowali we wszystkich fabrykach i domagali się podwyższenia zarobków i zmniejszenia pracy, a fabrykanci, zastraszeni tym wystąpieniem, gotowi już byli ustąpić i przyjąć żądania robotników – kto temu przeszkodził? Rząd moskiewski! Rząd zabronił fabrykantom wchodzić w ugodę z robotnikami, a na żądania robotników odpowiedział kulami karabinów. W Żyrardowie 1 maja 1891 roku, gdy robotnicy porzucili pracę i wystąpili całą gromadą, żądając podwyższenia płacy i skrócenia dnia roboczego do 8 godzin, – rząd moskiewski pośpieszył natychmiast z pomocą przelęknionym fabrykantom. Kozakom rozkazano bić i tratować zebrane na ulicy tłumy, kilkudziesięciu robotników wsadzono do więzienia, a 500 rodzin wysłano na prowincję, pozbawiając je wszelkiego zarobku. W Dąbrowie przed 1 maja 1894 roku, gdy robotnicy chcieli wymusić podwyższenie zarobków w fabryce żelaznej Fitznera i Gampera w Sielcu i w kopalni węgla „Michał” rząd przysłał na pomoc fabrykantom kilka sotni kozaków i batalion strzelców. Smagano nahajkami nie tylko robotników zbierających się w celu porozumienia z zarządem fabryki, lecz i każdego podejrzanego przechodnia, szczególnie idących w towarzystwie, po dwóch, trzech lub kilku. Gubernator zaś piotrkowski, Miller, wydał rozporządzenie, w którym, pod groźbą użycia siły wojskowej, zakazał robotnikom wszelkich zgromadzeń, a zakończył tymi słowy: „ogłaszam, że nie tylko nie dopuszczę do podwyższenia płacy buntującym się albo w ogóle do polepszenia bytu robotników ze strony zarządu kopalni i fabryk, ale nawet nie pozwolę na przystąpienie do rozpatrywania przedstawionych przez nich żądań”. Oto jak rząd przemawia do robotników, gdy ci żądają polepszenia swej doli.

I to samo powtarza się wszędzie – tak samo we wsiach, jak i po miastach. Gdy tylko głośniej upominamy się o swoje prawa, gdy tylko zażądamy od panów większej płacy, lepszych warunków, zawsze wtedy zjawia się rząd carski i siłą zmusza nas do milczenia. Niech tylko robotnicy gdzie się zbuntują, to na każde żądanie pana rząd gotów jest przysłać swoich żandarmów i kozaków, żeby nas zmusić do posłuszeństwa. I panowie o tym wiedzą, że mają zawsze przeciwko nam pomoc rządu moskiewskiego, i dlatego tak bezczelnie i śmiało nas wyzyskują.

Nie sądźmy jednak, żeby takie postępowanie rządu zależało od tego lub owego gubernatora czy policmajstra. Wszyscy tak postępują, jak tego wymaga prawo carskie, które nad nami panuje; a czy rządzi krajem Hurko czy Szuwałow, to samej rzeczy nie zmienia – i wszelkie dążenia robotników do zdobycia lepszego bytu będą zawsze gniecione i prześladowane pod rządem carskim. Prawo carskie bowiem zabrania robotnikom zmawiać się; zabrania zgromadzać się i obradować wspólnie: zabrania łączyć się w związki; zabrania mówić i pisać o robotniczych interesach i sprawach.

Prawo carskie daje gubernatorom i policji nieograniczoną władzę nad mieszkańcami kraju, pozwala ich więzić, wysyłać, smagać nahajkami, zabijać nawet, jeżeli to uznają za potrzebne dla swego spokoju. Każdy opór ze strony robotników przeciwko wyzyskowi i krzywdom, wszelkie próby wydobycia się z nędzy wspólnymi siłami, wszelkie niezadowolenia z obecnego porządku, wszystko to car uważa za bunty, i stara się natychmiast stłumić za pomocą największych chociażby gwałtów i okrucieństw.

***

Oswobodzić się od tej niewoli carskiej, która ciało gnębi i duszę zatraca – oto czego jeszcze żądają socjaliści. Wypędzić z kraju rządy moskiewskie, uczynić Polskę krajem niezależnym i dla całego ludu zdobyć jak największą wolność!

Wolność – to znaczy, że nikt nad nami nie panuje, nikt nami nie rządzi, tylko my sami sobą rządzimy.

Wolność – to znaczy, że takie tylko są prawa, jakie sam lud postanowi i uchwali, że tacy tylko są urzędnicy, jakich sam lud wybierze, bez żadnego nacisku i przymusu, a tylko według własnego sumienia.

Wolność – to znaczy, że ludzie mogą tak się urządzać, jak tego zapragną; tworzyć pomiędzy sobą najrozmaitsze spółki i związki, zmawiać się, mówić, pisać i radzić bez żadnego pozwolenia, bez żadnych zakazów.

Wolność wreszcie – to znaczy, że osoba każdego człowieka i spokój jego domu są jak świętość szanowane; że żaden żandarm, żadna policja, żadna władza nie śmie tego spokoju naruszyć, ani żadnego gwałtu nad człowiekiem dokonać.

Przy wolności nikt by nie był prześladowany za swoją wiarę i język, za swoje przekonania i słowa. Przy wolności i z wyzyskiem panów łatwiej byśmy sobie poradzili, bo moglibyśmy jawnie obradować nad swoimi sprawami, urządzać publiczne zgromadzenia, pismem i żywym słowem wyświetlać swoje potrzeby. Moglibyśmy głośno dopominać się o swoje prawa, wykazywać wszystkie bezprawia, krzywdy i oszustwa, jakich panowie i fabrykanci dopuszczają się nad nami. Łatwo zrozumieć, jak ogromnie polepszyłoby się nasze położenie i w jakich silnych karbach trzymalibyśmy swoich wyzyskiwaczy. Inaczej by postępowali kapitaliści i panowie, gdyby wiedzieli, że każde ich oszustwo i podłość zostaną wyciągnięte na jaw – przed sąd całego ludu, że wszystkie te bezprawia, które dzisiaj mogą ukrywać dzięki prawom carskim, będą publicznie wytykane w gazetach i na zebraniach.

Wiemy o tym, jak często bywało, że zatargi z panami kończyły się dla robotników niepomyślnie z tego tylko powodu, że robotnicy nie mogli porozumieć się między sobą, że wielu było nieuświadomionych, nie rozumiejących swego interesu. Niemożność urządzania publicznych zebrań, swobodnego przemawiania i radzenia, rozpowszechniania szczerej oświaty, zakazy policyjne, prześladujące wszelkie porozumiewanie się robotników – to są przyczyny, dlaczego taka masa ludu polskiego pozostaje dotąd jeszcze ciemną i posłuszną swoim wyzyskiwaczom.

Gdybyśmy mogli swobodnie łączyć się w związki i zmawiać się między sobą, to w niedługim czasie doszlibyśmy do tego, że wszyscy robotnicy z miast i ze wsi – cały lud pracujący – stanowiliby jak gdyby jedno wielkie wojsko, a wtedy bylibyśmy tak potężni, że i panowie i wszyscy wyzyskiwacze musieliby nam we wszystkim ustępować. Jak ważne dla robotników jest to, żeby byli połączeni ze sobą, to możemy przekonać się z tego, co się dzieje za granicą w innych krajach, w takiej Anglii i Francji, gdzie jest zupełna wolność łączenia się. Tam każdy robotnik ma obronę w swoim związku. Związki robotnicze nie pozwalają panom na żadne nadużycia, a mając swoje wspólne kasy, urządzają wielkie bezrobocia [strajki] i zmuszają właścicieli do różnych ustępstw na korzyść robotników. Dzięki temu właśnie, robotnicy tych wolnych krajów zrobili już to, że zamiast pracować 16 godzin na dobę, jak było dawniej, pracują teraz tylko 9 godzin, a w wielu miejscach tylko 8 godzin na dobę, biorąc przy tym trzy razy większą zapłatę niż dawniej. Zmusiły przy tym rząd swój do wydania wielu praw, które ograniczają wyzysk i chronią zdrowie robotnika; do zaprowadzenia inspektorów – przez samych robotników wybieranych – którzy pilnują, żeby nie było żadnych nadużyć ze strony panów. Związki dają robotnikom siłę, bo kiedy pojedynczego robotnika, luzem chodzącego, panowie nie boją się wyzyskiwać, to natomiast przed gromadą połączoną i zgodnie postępującą zawsze ustępować muszą.

***

Tak więc dla nas – dla robotników, dla nas, którzy jesteśmy wyzyskiwani przez panów i oszustów różnych, – wolność polityczna jest konieczna, jest naszą pierwszą potrzebą. Wolność rządzenia się – żeby te tylko prawa były, jakie my uchwalimy, i ci tylko urzędnicy, których sami wybierzemy; wolność słowa i zebrań – żebyśmy mogli radzić nad swoimi sprawami i oświecać się; wolność sumienia – żeby nikt nie był prześladowany za swoją wiarę ani za swoje przekonania; wolność łączenia się i zmawiania – żebyśmy mogli opierać się wszelkiemu wyzyskowi; wreszcie – wolność osobista, wolność w domu swoim, żeby nikt nie mógł żadnego gwałtu nad człowiekiem uczynić.

Tych to wszystkich wolności żądają socjaliści – i te wszystkie wolności nazywają jednym słowem: rzeczpospolita – rzeczpospolita ludowa, niezależna, polska!

***

Rzeczpospolita ludowa – to będzie nasze, ludu polskiego panowanie. Lud sam sobą rządzić będzie. Żadnych ciemiężycieli, żadnej władzy. Sami będziemy radzić o wszystkim, i to tylko, co uchwalimy, stanie się prawem. Wszystkich urzędników – od najwyższego do najniższego – sami wybierać będziemy; a taki urzędnik, przez nas wybierany, przed nami będzie odpowiedzialny i, jeżeli będzie źle postępował, to go będziemy mogli od razu zrzucić z urzędu. Tak samo sędziów i nauczycieli sami będziemy wybierali. W gminie nikt nie będzie miał prawa wtrącać się do spraw naszych; a nad sprawami całego kraju radzić będą ci, których my sami spośród siebie wybierzemy do tego. W każdej gminie wybierzemy takiego, do którego będziemy mieli najwięcej zaufania, na swego przedstawiciela, czyli posła, i z tych przedstawicieli naszych, przez nas wybranych, składać się będzie sejm ludowy. W sejmie tym posłani przez nas przedstawiciele będą zajmowali się ogólnokrajowymi sprawami. Do nich będzie należało dbać o to, żeby wszystko szło w porządku, ale i oni nie będą mogli nic ważniejszego postanowić bez naszego zezwolenia, bez zgody większości ludu. Zanim więc ustanowią jakie prawo, to wprzódy będą musieli nas wszystkich zapytać się o to; będą musieli zapytać się całego ludu, czy zgadza się na takie prawo czy nie; i dopiero gdy my sami zgodzimy się, że to prawo będzie dobre, wtedy będą mogli je ustanawiać. To właśnie zgromadzenie przedstawicieli naszych, przez nas wybranych, czyli sejm ludowy, będzie jedynym rządem w rzeczypospolitej polskiej. Żadnego cesarza, ani króla, ani księcia nie będzie. W rzeczypospolitej więc rząd będzie wybierany przez nas samych, lud cały, i każde prawo będzie musiało być przez lud zatwierdzone.

W rzeczypospolitej lud sam będzie uchwalał, jakie ma płacić podatki i na co te podatki iść mają. Wszystkie długi bankowe, hipoteczne, lichwiarskie będą zniesione.

W rzeczypospolitej lud sam będzie postanawiał, czy ma być wojna czy nie. Wojska nie będzie, lecz każdy będzie miał broń u siebie, żeby w razie potrzeby iść na obronę kraju, a ćwiczyć się w sztuce wojennej będziemy swobodnie, nie wydalając się z domu, we własnych swoich gminach i w chwilach wolnych od innych zajęć. Takie swobodne wojsko nazywa się milicja.

W rzeczypospolitej wszystkie szkoły będą bezpłatne i otwarte dla wszystkich, żeby jak najwięcej oświaty szerzyło się między ludźmi. Wszystkie sprawy sądowe będą bezpłatnie słuchane, żeby sprawiedliwość żadnych przeszkód nie miała.

Takiej to rzeczypospolitej polskiej chcą socjaliści. A kiedy mówią: ,,wolna, niezależna Polska”, to nie znaczy to: Polska z panami i królami, a znaczy – taka właśnie Rzeczpospolita Ludowa.

***

Teraz więc dopiero możemy zupełnie odpowiedzieć na pytanie: czego chcą socjaliści? Socjaliści chcą dwóch rzeczy:

Zamiast nędzy i wyzysku – chcą, żeby każdy człowiek miał prawo do ziemi i bogactw.

Zamiast niewoli carskiej – chcą wolności, chcą niezależnej Polski, chcą rzeczypospolitej ludowej.

I o te dwie rzeczy walczyć postanowili i walkę już rozpoczęli.

Walczą oni z wyzyskiem panów i fabrykantów – żeby robotnicy mieli większą zapłatę i pracę lżejszą.

Walczą z rządem moskiewskim – żeby nie gnębił podatkami i policją.

Walczą z prześladowaniem języka polskiego i wiary naszej.

Walczą o większą oświatę, o sprawiedliwość, o swobodę. O to, żeby każdy człowiek był wolnym i miał życie dostatnie, żeby nie było ani nędzy, ani ucisku żadnego.

A kiedy zwyciężą panów i rządy moskiewskie z kraju wypędzą, wtedy na gruzach niewoli dzisiejszej wzniesie się prawdziwe Królestwo Boże, Królestwo Swobody, Miłości i Braterstwa.

Edward Abramowski
_________________________
Powyższy tekst to cała broszura, która pierwotnie została wydana przez PPS w Londynie w roku 1896 i sygnowana pseudonimem Warszawiak. Drugie wydanie ukazało się tamże w 1902 r. Przedruk za: Edward Abramowski – „Pisma publicystyczne w sprawach robotniczych i chłopskich”, „Społem” Związek Spółdzielni Spożywców RP, Warszawa 1938. Poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *