Leon Wasilewski (?)

Zatarg niemieckiej partii socjalno-demokratycznej z polskim obozem socjalistycznym

[1913]

I

Stoimy w obliczu faktu posiadającego znaczenie zasadnicze dla proletariatu wszystkich narodowości nie cieszących się samodzielnym bytem państwowym. Oto jedna z najpotężniejszych partii socjalistycznych świata, socjalna demokracja niemiecka, odmawia proletariatowi narodu ujarzmionego przez najazd pruski, prawa do tworzenia własnej organizacji partyjnej. Fakt ten, wymierzający policzek socjalistycznej zasadzie solidarności międzynarodowej proletariatu, i znajdujący się w najzupełniejszej sprzeczności z postanowieniami najwyższej instancji międzynarodówki socjalistycznej – jej zjazdów, stałby się niesłychanie szkodliwym precedensem, gdyby się socjaliści Polacy na to zgodzili. Hakatystyczny imperializm, tryumfujący w Jenie, mógłby się stać zaraźliwym i wywołać cały szereg zatargów rozbijających obóz międzynarodowy proletariatu na uprzywilejowane partie socjalistyczne narodów „państwowych” i „nieuznawane” partie socjalistyczne narodów „niepaństwowych”. Przeniesienie metod zaborczych w dziedzinę stosunków między partiami narodów najezdniczych a partiami narodów podbitych, stojących na gruncie tej samej „wyzwalającej narody” idei socjalistycznej, byłoby ciosem dotkliwym, wprost nieobliczalnym w skutkach, dla międzynarodowego ruchu socjalistycznego. Toteż trzy partie, reprezentujące ogół socjalizmu polskiego wszystkich zaborów, podniosły głos solidarnego protestu przeciwko uchwale kongresu w Jenie, wdrożyły odpowiednią akcję w socjalistycznym Biurze międzynarodowym i wezwały cały proletariat polski do pomocy towarzyszom zaboru pruskiego.

Zanim będą znane wyniki tych zabiegów i zanim zjazd PPS zaboru pruskiego, który się odbędzie podczas świąt Bożego Narodzenia, wysnuje ostateczne konsekwencje z uchwały jenajskiej, musimy przyjrzeć się bliżej istocie zatargu sprowokowanego przez partię niemiecką.

Myliłby się ten, kto by przypuszczał, że uchwała w Jenie była czymś niespodziewanym, przypadkowym, nagle zamącającym panującą dotychczas harmonię stosunków partii niemieckiej i polskiej. Niestety, stosunki te od bardzo już długiego czasu były nienormalne, a zabiegi energiczne w celu ich pogorszenia, rzec można, nie ustawały od lat dwudziestu pięciu.

Prawie aż do końca dziesiątego dziesięciolecia wieku ubiegłego stosunek partii niemieckiej i jej kierowników do polskiego ruchu socjalistycznego w zaborze pruskim nie pozostawiał nic do życzenia. Zainicjowany przez wychodźców z dwóch innych zaborów, ruch ten cieszył się wydatnym poparciem i serdeczną opieką ze strony zarządu partii niemieckiej i poszczególnych jego członków, zwłaszcza W. Liebknechta. Idea niepodległości Polski, na której się opierali towarzysze Polacy pracujący w zaborze pruskim, posiadała jak najgorętszych zwolenników wśród socjalnych demokratów niemieckich. Solidarność trójzaborowa socjalistów polskich była uważana przez nich za rzecz naturalną, samą przez się rozumiejącą się. Szowinizm narodowościowy, tendencje germanizatorskie były poprzednim pokoleniom socjalistów niemieckich, z których niejeden walczył z bronią w ręku obok Polaków przeciw despotyzmowi, najzupełniej obce. Pierwszy zgrzyt rozległ się na kongresie hamburskim w roku 1897, kiedy to Pfankuch i Winter wystąpili przeciwko socjalistom polskim z powodu wniosku PPS, aby w okręgach o przewadze ludności polskiej stawiano kandydatów biegłych w obu językach. Hakatystyczne stanowisko tych mówców zostało odpowiednio napiętnowane przez cały szereg towarzyszy niemieckich z Liebknechtem i Beblem na czele i zdawało się, że występ hamburski socjal-hakatystów pozostanie odosobnionym epizodem.

Tak się jednakże nie stało. Dr A. Winter, który osiadł w Bytomiu na Górnym Śląsku, wszedł w ścisłe stosunki z Różą Luksemburg i z inspirowanym przez nią i jej paru przyjaciół politycznych prowincjonalnym niemieckim dziennikiem partyjnym, i oto rozpoczęła się nagonka na „socjal-patriotyzm”. Grupka naszych esdeków, po połączeniu się niedobitków SDKP z PPS nie mająca nic do roboty w zaborze rosyjskim, rozpoczęła wściekłą kampanię oszczerstw i napaści na polski ruch socjalistyczny w prasie niemieckiej. Narzędziem akcji antypolskiej w ręku grupki intrygantów esdeckich, wyzyskujących nieznajomość języka i stosunków polskich u towarzyszy niemieckich, stał się dr Winter, usiłujący przygotować sobie grunt do zdobycia mandatu parlamentarnego w okręgu bytomskim. Winter informował zarząd partii niemieckiej w duchu wręcz nieprzyjaznym dla PPS, zapożyczając argumentów u Luksemburżanki i jej adherentów, którzy wszedłszy w szeregi partii niemieckiej i ze swej strony podjudzali tę ostatnią przeciwko PPS, udowadniali jej zbyteczność i starali się o odebranie jej pomocy finansowej towarzyszy niemieckich.

Niestety, na poparcie swych wystąpień nieprzyjaciele samodzielności PPS mieli zawsze jeden bardzo poważny argument, mianowicie – słaby rozwój polskiego ruchu socjalistycznego w zaborze pruskim. Słabość tego ruchu zupełnie dostatecznie tłumaczy się specyficznymi warunkami zaboru pruskiego: brakiem przemysłu w Poznańskiem, niskim poziomem kulturalnym mas proletariatu górnośląskiego, nieobecnością młodzieży akademickiej na miejscu, sklerykalizowaniem społeczeństwa polskiego, a przede wszystkim niesłychanym uciskiem narodowościowym, sprzęgającym w jedną solidarną masę ogół ludności polskiej, narażonej na wynarodowienie. Tymczasem esdecy i podjudzeni przez nich towarzysze niemieccy usiłowali przekonać zarząd partii niemieckiej, że nikły rozwój ruchu socjalistycznego jest skutkiem odrębności organizacyjnej PPS i jej „nacjonalizmu”.

Ataki przeciwko PPS zaboru pruskiego spotęgowały się właśnie wówczas, kiedy stworzona została placówka ruchu socjalistycznego na Górnym Śląsku, dokąd przeniesiono z Berlina i „Gazetę Robotniczą”, i centrum kierownicze PPS. Antagoniści tej ostatniej zrozumieli, że socjalizm polski pozyskuje grunt wśród mas i przekształca się z wątłej, sztucznie hodowanej roślinki emigracyjnej, na krzepkie drzewo, wrastające korzeniami w grunt rodzimy. Wytężyli więc wszystkie siły, aby proces ten uniemożliwić. W dobie najostrzejszych prześladowań, jakie spadły na pionierów PPS na Górnym Śląsku, Róża Luksemburg zakłada w Poznaniu pismo konkurencyjne, mające podkopać byt „Gazety Robotniczej” – „Gazetę Ludową” i domaga się od partii niemieckiej, aby położyła kres samodzielnemu istnieniu organizacji polskiej.

Wprawdzie najazd esdecki na Poznań skończył się haniebnym fiaskiem, bo „Gazeta Ludowa” zdobyła aż… 37 prenumeratorów i wkrótce po całej tej hałaśliwej imprezie nie zostało niemal śladu. Niemniej jednakże stosunki socjalistów polskich z partią niemiecką pogorszyły się ogromnie. Zagrożona odebraniem subsydium z kasy partii niemieckiej, PPS musiała przystać na wejście w skład SD Niemiec, jako odrębna, zupełnie autonomiczna w swej działalności, organizacja. Ugoda ta, pozbawiająca PPS jej dotychczasowej samodzielności, nie była wyrazem potrzeb ruchu polskiego w zaborze pruskim, uświadamianym przez jego kierowników, ale ciężkim, wstrętnym musem organizacji od szeregu lat istniejącej przeważnie dzięki subsydiom bratniej partii. Z tego zdawali sobie sprawę wszyscy socjaliści polscy.

II

Ugoda została zawarta, subsydia partii niemieckiej zachowano, ale, oczywiście, PPS charakteru swego zmienić nie mogła, skutkiem czego napaści na jej „nacjonalizm”, polegający na solidaryzowaniu się nie z esdectwem Królestwa Polskiego, lecz z PPS zaboru rosyjskiego oraz PPSD i na zwalczaniu wszelkich objawów hakatyzmu, nie ustawały. W miarę wymierania przedstawicieli starszego pokolenia kierowników niemieckiego ruchu socjalistycznego, w miarę zanikania w nim dawnych tradycji rewolucyjnych i w miarę szerzenia się (bardzo często zupełnie nieświadomego) imperializmu prusko-niemieckiego w szerszych kołach, niechęć do PPS rosła. Oczywiście, że najsilniejszą dźwignią tej niechęci była względna słabość polskiego ruchu socjalistycznego w zaborze pruskim. Na każdym kongresie partii niemieckiej szczegółowo i obszernie wyliczano, ile to tysięcy marek kosztuje agitacja prowadzona wśród Polaków przez PPS i jak mały efekt powodują te wydatki ponoszone przez centralną niemiecką kasę partyjną. Wytykano towarzyszom polskim ich nikłe postępy, małą liczbę członków PPS, słabe rozpowszechnienie „Gazety Robotniczej” itd., a czyniono to zwykle w sposób bardzo niesmaczny, zupełnie inaczej niż w stosunku do towarzyszy niemieckich, którzy również nie wszędzie mogą się pochlubić jednakowymi wynikami pracy. Groźba odebrania subsydium stała się od szeregu lat tym biczem, który ustawicznie wisiał nad głowami kierowników PPS, wymuszając na nich rachowanie się nie tylko ze słusznymi wymaganiami partii niemieckiej, ale do pewnego stopnia i z ohydną nagonką żywiołów esdeckich, które denuncjowały PPS o „nacjonalizm”, polegający np. na udziale w obchodzie jubileuszu tow. Limanowskiego, na należeniu delegata PPS zaboru pruskiego do wspólnej socjalistycznej reprezentacji polskiej na kongresie międzynarodowym itd. Jednocześnie partia niemiecka popierała coraz wydatniej organizacje „niemieckie”, zakładane na Górnym Śląsku obok organizacji PPS i składające się w znacznej mierze z robotników Polaków, co już było działalnością w wielkim stopniu germanizatorską i co wywoływało słuszne oburzenie członków PPS. Kierownikami roboty niemieckiej na Górnym Śląsku nie zawsze byli ludzie taktowni, skutkiem czego antagonizmy miejscowe przybierały charakter potęgującego się zaognienia. Towarzysze niemieccy, z sekretarzem partyjnym Hörsingiem na czele, uciekali się do rozmaitych sztuczek, aby stworzyć przewagę własnej organizacji nad polską i w ten sposób zapewnić sobie utrwalenie niemieckiej kandydatury w okręgu bytomskim. Pośpieszyli z tym zwłaszcza wobec olbrzymiego wzrostu głosów, jakie padły na polskiego kandydata socjalistycznego — Biniszkiewicza — w okręgu katowickim przy ostatnich wyborach. Towarzysze polscy, naturalnie, nie milczeli wobec tych zakusów — i współżycie dwóch organizacji socjalistycznych na Górnym Śląsku przekształciło się w szereg utarczek, fatalnie odbijających się na ruchu.

Bądź co bądź polski ruch socjalistyczny na Górnym Śląsku wzmógł się o tyle, że „Gazeta Robotnicza”, zmieniana stopniowo na pismo wychodzące dwa, później trzy razy na tydzień, stała się niewystarczającym narzędziem agitacji i walki. Kwestia polskiego dziennika socjalistycznego stawała się aktualną w najwyższym stopniu. I oto, kiedy PPS postanowiła zmienić „Gazetę Robotniczą” na „Dziennik Robotniczy”, partia niemiecka odmówiła na to swej zgody i – w konsekwencji tego – odebrała PPS subsydium.

Ten ostatni fakt, jakkolwiek przykry ze stanowiska praktycznego, oddziałał na ogół członków PPS bardzo dodatnio. Poczucie krzywdy zrodziło wzmożoną chęć postawienia nareszcie roboty partyjnej na własnych nogach, bez oglądania się na czyjąkolwiek pomoc. „Dziennik Robotniczy” pobudził robotników polskich w kraju i na emigracji do wytężonej pracy nad zapewnieniem mu niezależnego bytu. Utraciwszy subsydium niemieckie, kierownicy PPS zdwoili energię i rozwinęli ożywioną działalność, aby pchnąć ruch polski na nowe tory, nie zrażając się tymi przeszkodami, jakie mu gorliwcy spod znaku Hörsinga stawiali, usilnie wciągając robotników polskich do niemieckich „Wahlvereinów”.

Wkrótce pokazało się, że robota Hörsinga jest prowadzona z jasnym i wyraźnym celem zadania ciosu śmiertelnego PPS. Obok partii niemieckiej nie powinna istnieć samodzielna polska organizacja – oto było hasło, z którym wystąpili hörsingowcy. Niestety, w zarządzie partyjnym nie stało ludzi, którzy by zrozumieli, jakie konsekwencje pociągnie za sobą wojna wypowiedziana PPS. Wśród uczestników kongresu w Jenie znalazło się takich zaledwo kilku. Wniosek Hörsinga został przyjęty olbrzymią większością głosów: umowę z PPS z r. 1906 rozwiązano i wezwano towarzyszy polskich, aby zorganizowali się w ramach partii niemieckiej, zaznaczając, że agitacja wśród ludności polskiej ma być prowadzona po polsku, ale że polska organizacja odrębna jest zbyteczną.

W ten sposób proklamowano śmierć PPS, śmierć gwałtowną, najprawdopodobniej nie zdając sobie zupełnie sprawy z doniosłości tej uchwały. Ma się rozumieć, że kongres partii niemieckiej miał zupełne prawo do rozwiązania umowy, którą uznał za nieodpowiednią, ale jednoczesne „zlikwidowanie” PPS było aktem krzyczącego bezprawia – tym bezmyślniejszego, że wkładało na partię niemiecką obowiązek faktycznego uśmiercenia organizacji, która bynajmniej umierać nie chce i której uśmiercić ogół socjalistów polskich nie da.

Przez PPS zaboru pruskiego uchwała jenajska została przyjęta tak, jak na to zasługiwała, z bezwzględnym oburzeniem. Nikt nie myślał poddawać się jej wskazówkom. Ani jedno z licznych stowarzyszeń PPS, rozsianych po całych niemal Niemczech, nie rozwiązało się i nie myśli rozwiązać się w myśl owej uchwały. Przeciwnie, można stwierdzić fakty występowania z partii niemieckiej robotników polskich. Rozpoczęła się więc walka podjazdowa, głównie na Górnym Śląsku i w Westfalii, przeciwko PPS. Towarzysze niemieccy rozwinęli akcję za wciąganiem robotników polskich do stowarzyszeń niemieckich, obiecując im tam „materiał agitacyjny” w języku polskim i specjalnego „polskiego sekretarza”. Akcja ta, prowadzona w sposób brutalny i nie przebierająca w środkach, odbiła się na łamach partyjnej prasy niemieckiej szeregiem bezwzględnych napaści na socjalistów polskich. Nie dość na tym, centralne związki zawodowe, których zasadą przewodnią jest neutralność, poczęły wywierać nacisk na członków PPS, zajmujących płatne posady w związkach zawodowych, w duchu uchwały jenajskiej. Jeden z działaczy niemieckich oświadczył na konferencji partyjnej w Westfalii „w imieniu Komisji generalnej” (naczelnej władzy neutralnych związków zawodowych), że „funkcjonariusze mają się stosować do uchwały jenajskiej i w myśl jej pracować. Kto tego nie uczyni, stawia się poza ramy organizacji i winien wysnuć właściwe konsekwencje”. Wynikiem tej brutalnej, iście kapitalistycznej taktyki było wystąpienie z PPS trzech płatnych funkcjonariuszy centralnych związków zawodowych: Cepernika, Rycmana i Hanisza. „Druck auf den Magen” (naciskanie na żołądek) – poskutkowało! Niepodobna dziwić się wobec tego wszystkiego, że i w „Dzienniku Robotniczym” zaczęły się ukazywać artykuły ostro napadające i na partię niemiecką, i na związki zawodowe.

Sytuacja dziś przedstawia się tak, że jeśli partia niemiecka nie opamięta się i nie powściągnie „gorliwości” rozmaitych Hörsingów, w takim razie stosunki wzajemne socjalistów polskich a niemieckich na bardzo długi przeciąg czasu zostaną wykoślawione najzupełniej. Że ucierpi na tym tak polska, jak i niemiecka robota partyjna, to nie ulega wątpliwości. W najlepszym razie partii niemieckiej uda się stworzyć z ciemnych lub na wpół zgermanizowanych robotników polskich drugą organizację polską obok PPS, gdyż, mianując osobnego „polskiego sekretarza” i zaopatrując go w polski „materiał agitacyjny”, partia niemiecka wbrew własnej woli i chęci, tworzy nowy zalążek odrębnej polskiej organizacji. Dopóki liczba robotników polskich, należąca do niemieckich „Wahlvereinów”, będzie nikła, robotnicy będą biernym materiałem, ale niech no się tylko wzmocnią liczebnie, zażądają niechybnie rozszerzenia samodzielności w zakresie potrzeb specjalnie polskich, co w końcu musi doprowadzić do tych zjawisk, które socjal-hakatyści mianują „socjalpatriotyzmem”, „nacjonalizmem” itd. PPS nie zniknie, lecz przeciwnie, uwolniwszy się spod feruły [dyscypliny] partii niemieckiej, pójdzie drogą samodzielnego rozwoju, opartego nie na subsydiach, lecz na szczerym przywiązaniu do sprawy wyzwolenia proletariatu polskiego, na własnej ofiarności i na własnej energii.

Usamodzielnienie się PPS może wyjść jej tylko na korzyść, gdyż owe subsydia niemieckie, udzielane jej w najlepszej wierze, przyczyniły się właśnie do osłabienia energii działaczy polskich, bardzo często zdających się na pomoc z zewnątrz, zamiast na własne siły. Ale rozwój usamodzielnionej PPS może się odbywać normalnie tylko wówczas, jeśli towarzysze niemieccy zerwą z dotychczasową taktyką, bardzo przypominającą hakatyzm. W razie dalszego trwania kursu antypolskiego w socjalnej demokracji Niemiec istniejący już antagonizm polsko-niemiecki przeniesie się z Górnego Śląska i Poznańskiego na cały ten obszar, gdzie pracują robotnicy polscy (że wymienimy tu tylko Westfalię, Nadrenię, Berlin, Hamburg itd.), wtargnie do związków zawodowych i spowoduje szereg zatargów, które odbiją się fatalnie i na politycznej, i na zawodowej organizacji robotniczej. Naturalnie, organizacja polska, jako bez porównania słabsza, ucierpi na tym bardziej, ale i potężna partia niemiecka nie wyjdzie bez szwanku, a jej powaga w oczach ludności polskiej, przyzwyczajonej traktować obóz socjalistyczny w Niemczech jako jedynego szczerego wroga hakatyzmu, ogromnie się obniży.

W interesie ruchu socjalistycznego nie tylko w zaborze pruskim, ale w całych Niemczech, w interesie ustalenia normalnego stosunku wzajemnego poszczególnych odłamów wielkiego obozu socjalistycznej międzynarodówki leży jak najprędsze załatwienie zatargu socjalnej demokracji niemieckiej z socjalistami polskimi – oczywiście w duchu tego narodowego równouprawnienia, w duchu tego prawa każdej narodowości stanowienia o swym losie, która jest zasadniczą podstawą ruchu socjalistycznego.

L. Pł.

___________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w PPS-owskim organie prasowym „Przedświt”, nr 10-12, grudzień 1913. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Autorem tekstu jest prawdopodobnie Leon Wasilewski, który używał kilku pseudonimów, w tym „Leon Płochocki”.

Warto przeczytać także:
Bolesław Limanowski: Ruch socjalistyczny polski na Górnym Śląsku [1921]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *