Bolesław Limanowski

Ruch socjalistyczny polski na Górnym Śląsku

[1921]

Ruch narodowy polski na Górnym Śląsku obejmował ludność wiejską, rolniczą, chłopską – i to głównie chłopów dostatnich. Uboższe włościaństwo, które przeważnie dostarczało robotników górnictwu śląskiemu, przez długi czas zachowywało się biernie. Wygłodzone, przygnębione, ciemne, żyło ono w trosce dnia bieżącego bez myśli o jutrze. Nędza chłopska w Galicji była i jest wielka, lecz pono na Górnym Śląsku jest jeszcze większa. Rok głodowy 1879 ukazał ją w przerażającej nagości.

Zaprowadzone w 1867 r. powszechne głosowanie do parlamentu północnoniemieckiego nadało temu chłopstwu, jak i klasie robotniczej, pewne znaczenie polityczne. Zaczęto się starać i ubiegać o ich głosy. Grając na ich uczuciach religijnych, przedstawiano im grożące wierze katolickiej niebezpieczeństwo i wzywano, by oddawali swe głosy na tych, którzy będą bronić praw Kościoła katolickiego. Duchowieństwo katolickie, zmuszone do ciężkiej walki z Bismarckiem, zdawało się sprzyjać ludności polskiej i jej interesom narodowym. Lecz kiedy walka ustała i duchowieństwo przekonało się o ślepej uległości ludu dla siebie, coraz otwarciej zaczęło występować wrogo przeciwko narodowości polskiej i wreszcie stało się gorliwym pomocnikiem polityki germanizacyjnej. Potwierdza to organ zachowawców krakowskich, „Przegląd Polski”, którego niepodobna przecież podejrzewać o niechęć dla duchowieństwa katolickiego, w 1899 roku w „Liście ze Śląska”. Czytamy tam: „dzięki pożałowania godnym nieporozumieniom, presji rządu i kultury niemieckiej, najzaciętszym, najgroźniejszym i najniebezpieczniejszym przeciwnikiem sprawy polskiej na Śląsku jest duchowieństwo katolickie śląskie”.

Postępowanie takie duchowieństwa katolickiego, popierającego interesy szlachty niemieckiej, która nazywała chłopów bydłem polskim i pozwalała sobie bić ich po twarzy, zniechęcało ludność polską coraz bardziej, i przy wyborach do parlamentu Rzeszy Niemieckiej Centrum katolickie, dotychczas na Górnym Śląsku wszechpotężne, zaczęło tracić grunt pod swymi nogami. I z zadziwieniem ujrzano ogromną liczbę głosów oddanych na kandydatów socjalistycznych. Robotnik polski Morawski, pomimo strasznego terroryzmu fabrykantów niemieckich i wszelkiego rodzaju nadużyć ze strony księży i policji, omal nie został wybrany na posła, gdyż stosunkowo niewiele mu brakło głosów do tego. Wprawdzie pomiędzy głosującymi przeważali nie świadomi zwolennicy socjalizmu, lecz niezadowoleni z dotychczasowych kierunków polityki wyborczej. W każdym razie widoczne było, że propaganda socjalistyczna zrobiła znaczne już postępy na Górnym Śląsku, zwłaszcza pomiędzy górnikami.

Górnictwo na Śląsku sięga aż do XVI stulecia, lecz na większą skalę rozwijać się poczęło w drugiej połowie XVIII stulecia i dzisiaj Górny Śląsk należy do najbardziej przemysłowych krajów. Gęste osady, które dopiero w ostatnich czasach otrzymały prawa miejskie, liczne huty i łącząca je z sobą sieć kolei żelaznych – tworzą jakby jedno wielkie, rozrzucone na rozległej przestrzeni siedlisko ludzkie. Polaków, zatrudnionych jako górników i hutników, było w 1890 r. prawie 114 000. Towarzysz K. Górski, który umieścił cenny artykuł o górniczych okręgach polskich i ich ludności robotniczej w „Przedświcie” londyńskim w 1895 r., wykazał, że pognębienie narodowe odbija się i w płacy robotniczej górników. W okręgach zamieszkanych przez ludność polską jest ona niższa aniżeli w okręgach niemieckich, a najniższa jest tam, gdzie przeważnie sami Polacy pracują, jak w okręgu opolskim na Górnym Śląsku.

Świetnie rozwijający się niemiecki ruch socjalistyczny we Wrocławiu i w ogóle na Dolnym Śląsku oddziaływał i na ludność robotniczą Górnego Śląska, lecz prawie wyłącznie niemiecką. Co do ludności polskiej, to ją muskał tylko po powierzchni i raczej jej szkodę niż korzyść przynosił, odrywał bowiem czynne i ruchliwe jednostki i wcielał je do organizacji niemieckich.

Polacy zaś, pozbawieni czynnych jednostek, gnuśnieli dalej w martwej bierności i dawali się wciąż używać za narzędzia klerykałom i reakcjonistom. Spostrzegli i Niemcy, że zdoła ich poruszyć tylko czynna propaganda polska i że dlatego koniecznie jest potrzebne pismo polskie. W tym celu stronnictwo niemieckie wyznaczyło pewną sumę pieniężną, i w styczniu 1890 r. zaczęła wychodzić w Berlinie „Gazeta Robotnicza”.

Wpływ jednak tej gazety na ludność śląską, wobec silnej kontragitacji duchowieństwa, był bardzo mały. Okazała się koniecznie potrzebna osobista propaganda. W roku więc 1892 udało się pięciu towarzyszy polskich z Berlina na Śląsk i skutek ich propagandy, pomimo strasznych prześladowań, był taki, że liczba prenumeratorów „Gazety Robotniczej” więcej niż się podwoiła. Wówczas także przekonano się, że chcąc skutecznie działać na ludność polską, trzeba utworzyć samodzielne stronnictwo polskie, które by objęło wszystkie interesy polskiego ludu pracującego i z całym oddaniem się prowadziło walkę z jego gnębicielami i wyzyskiwaczami. We wrześniu więc 1893 roku na zjeździe berlińskim delegatów polskich z Poznańskiego, Śląska i organizacji polskich w Niemczech uchwalono zorganizować samodzielne polskie stronnictwo socjalistyczne, które jednak, ze względów wspólności państwowej, pozostawałoby w ścisłych stosunkach z niemieckim stronnictwem socjalno-demokratycznym. Organ urzędowy tego ostatniego stronnictwa, „Vorwärts”, którego redaktorem był wówczas zacny i nieodżałowany Liebknecht, uznał zupełną słuszność takiego postanowienia ze strony socjalistów polskich.

W następnym już roku okazały się korzyści z prowadzonej samodzielnie działalności socjalistów polskich. Powstał na Górnym Śląsku Związek Górniczy, i w krótkim czasie przystąpiło do niego 3500 członków. Święto 1 maja 1895 r. ujawniło znaczne postępy socjalizmu wśród robotników polskich: demonstrowano w Zaborzu, w Bytomiu, w Królewskiej Hucie.

Polska Partia Socjalistyczna (PPS) w zaborze rosyjskim doszła w tym czasie do znacznej potęgi i usiłowała, pomimo kordonów, połączyć w ściślejszą, braterską całość narodową wszystkie organizacje socjalistyczne polskie. Poprzednio już zawiązała ona była bratni stosunek z galicyjskim stronnictwem socjalno-demokratycznym, a teraz starała się zawrzeć takiż stosunek z polskim stronnictwem socjalistycznym w państwie pruskim. Z powodu mającego odbyć się zjazdu międzynarodowego socjalistów w Londynie w drugiej połowie lipca 1896 r. zaproponowała ona przedstawić zjazdowi wspólny od trzech rozbiorowych organizacji wniosek uznania samodzielności politycznej narodu polskiego. Nad wnioskiem tym socjaliści polscy, zgromadzeni w Berlinie w dniu 6 lipca, zastanawiali się i po wyczerpującej dyskusji uchwalili wszystkimi głosami przeciwko czterem, że wniosek ten uważają za słuszny i dla rozwoju socjalizmu za konieczny. Na zjeździe międzynarodowym zabiegi Róży Luksemburg i jej zwolenników, by ukręcić łeb temu wnioskowi, tyle tylko zdziałały, że kongres uogólnił kwestię i oświadczył, że przyznaje każdej narodowości zupełne prawo stanowienia o swoim losie i wyraża swoje sympatie robotnikom wszystkich krajów, które jęczą dzisiaj pod jarzmem despotyzmu militarnego, narodowego lub innego. W wydanej odezwie dnia 1 sierpnia 1896 r. delegacja polska oświadczyła, że „robotnicza Polska jest w naszych sercach jedną i nierozdzielną”. Podpisali tę odezwę: Antoni Brzeskwiniewicz (wysłany przez socjalistów polskich zaboru pruskiego), Ignacy Daszyński, Aleksander Dębski, Bolesław Jędrzejowski, Witold Jodko, Jan Kozakiewicz, Ignacy Mościcki, Józef Piłsudski, Witold Reger, Antoni Zelcer. W pierwszych dniach czerwca 1897 roku na trzecim zjeździe PPS w zaborze pruskim, pomimo zabiegów Kasprzaka, będącego narzędziem Róży Luksemburg, uchwalono jednogłośnie rezolucję kongresu londyńskiego wciągnąć do programu stronnictwa.

Dążenie to zupełnie naturalne socjalistów polskich do zajęcia samodzielnego stanowiska narodowego w szeregu innych organizacji socjalistycznych narodowych, wywołało wśród niektórych socjalistów niemieckich wrogie ku nim uczucia. Wyłonił się pewnego rodzaju hakatyzm, ubrany w szatę socjalistyczną, który pogardliwie traktował polskość i usprawiedliwiał germanizacyjną politykę. Zwłaszcza odznaczył się w tym kierunku dr Winter, przebywający w Królewskiej Hucie (później dostał on pomieszania zmysłów). Nawet zarząd partii niemieckiej okazał lekceważenie stronnictwa polskiego, gdyż pomimo iż ono postawiło tow. Morawskiego, dobrze znanego i lubianego w okręgu katowicko-zabrskim, jako kandydata z tego okręgu na posła do parlamentu niemieckiego, wyznaczył on ze swej strony jako kandydata z tegoż okręgu Niemca z Saksonii, nie umiejącego mówić po polsku. Z tego powodu na kongresie stronnictwa niemieckiego, który odbył się w pierwszych dniach października tegoż 1897 r. w Hamburgu, Polacy postawili wniosek, że w okręgach z przeważającą ludnością polską powinien być stawiany jako kandydat na posła tylko taki towarzysz, który jest biegły w obu językach. Wówczas członek zarządu, Pfannkuch, ostro wystąpił przeciwko temu wnioskowi, mówiąc: „Nie znamy żadnych polskich towarzyszy w łonie niemieckiej socjalnej demokracji i nie pozwolimy na stworzenie w Niemczech rozporządzenia językowego, jakie towarzysze austriaccy ustanowić musieli”. Liebknecht i Bebel potępili te zapędy hakatystyczne. Zwłaszcza przemówienie Liebknechta postawiło kwestię zasadniczo. „Mamy pewną ilość towarzyszy partyjnych – mówił – którzy tracą równowagę, jeśli się mówi o wyspie Krecie, którzy się oburzają, jeśli się Armeńczyków nazywa rozbójnikami, którzy jednakowoż wobec Polaków zachowują się inaczej. Nazywamy się międzynarodowcami, ale międzynarodowość nie wyklucza poczucia narodowego tak samo, jak socjalizm nie wyklucza indywidualizmu, tj. rozwoju jednostki. Czym jest indywidualność poszczególnego człowieka w społeczeństwie, tym jest w ogólnej ludzkości indywidualność narodów”. Jak już poprzednio wzmiankowałem, w 1898 r. tow. Franciszek Morawski otrzymał nieco tylko mniej głosów od kandydata centrowego.

Podszczuwania Róży Luksemburg, Kasprzaka i dr. Wintera przeciwko PPS w zaborze pruskim osiągnęły wreszcie swój skutek. Tworzono osobne organizacje, którym mniej chodziło o szerzenie przekonań socjalistycznych, niż o podkopywanie znaczenia i działań stronnictwa polskiego; cofnięto nadto wypłacanie subsydium na wydawanie „Gazety Robotniczej”, spodziewając się, że będzie ona musiała z tego powodu zaprzestać wychodzić. Słowem, niemieckie stronnictwo socjalistyczne zerwało niemal wszelkie stosunki ze stronnictwem polskim i znalazłoby się to ostatnie w nader ciężkich warunkach, gdyby nie przyszła mu z pomocą PPS z zaboru rosyjskiego.

Pamiętny w tym względzie był rok 1901. Zapowiedziany zjazd delegatów w maju tego roku do Gniezna nie mógł się odbyć w tym mieście, ponieważ w wilię zjazdu policja zabroniła zebrania w lokalu, który z wielką trudnością dało się było uzyskać. Musieli więc delegaci wyjechać do Berlina i tam odbyć zjazd. Uchwalono na tym zjeździe przenieść „Gazetę Robotniczą”, która już od kwietnia stała o własnej sile, na Śląsk do Katowic; jako redaktorkę tego pisma zatwierdzono towarzyszkę Esterę Golde, poleconą przez towarzyszy z zaboru rosyjskiego; postanowiono założyć w Katowicach małą księgarnię i oddać zarząd nad nią jak również ekspedycję gazety tow. Morawskiemu. W ten sposób w Katowicach od 1 lipca utworzyło się ważne centrum agitacyjne.

Naszym towarzyszom wypadło nader ciężką toczyć walkę. Policja pruska czyniła wszelkie wysiłki, ażeby uniemożliwić stronnictwu polskiemu ugruntowanie się wśród ludu polskiego. Wbrew przepisom konstytucyjnym sypały się dowolne zakazy policyjne. Terroryzowano drukarza, który się zgodził wydawać gazetę; karano grzywnami i więzieniem jej kolporterów; zakazywano wynajmować sale na polskie zgromadzenia socjalistyczne; nie pozwalano przemawiać po polsku; nasyłano szpiegów i prowokatorów i na podstawie ich doniesień więziono i wytaczano procesy.

Szczególną zawziętość okazywano względem tow. Morawskiego i towarzyszki Golde. Franciszek Morawski, z zawodu stolarz, urodził się w 1847 r. w Poznańskiem i był jednym z pierwszych, który stanął pod sztandarem przekonań socjalistycznych. Łagodny w stosunkach z ludźmi, sumienny w pracy, energiczny w walce o interesy narodowe i robotnicze, był powszechnie kochany przez swoich towarzyszy. W latach 1887 i 1888 przebył już ciężkie więzienie. Jego to głównie staraniem powstała w r. 1893 PPS w zaborze pruskim. Tego wszystkiego nie mogli mu darować Prusacy i kiedy przy pomocy prowokatora pochwycili go w swoje łapy, i wytoczyli mu proces, nie tylko gnębili go ciężkim więzieniem śledczym, lecz w lipcu 1902 r. skazali go na najwyższą karę, na dwa łata więzienia. Wyrok ten był wyrokiem śmierci, ponieważ nadwątlone poprzednim więzieniem zdrowie Morawskiego zostało ostatecznie zniszczone. Dzielny ten szermierz umarł 24 czerwca 1906 roku. Towarzyszka Golde, która przez małżeństwo nabyła obywatelstwo w państwie niemieckim, z nienawiścią była ścigana także przez władze pruskie. Mając stopień doktora medycyny, zajęła niezależne stanowisko społeczne, a odważnym swoim zachowaniem się ośmielała górników śląskich i zjednywała wśród nich coraz większą liczbę wyznawców socjalizmu. Władze więc pruskie postanowiły bądź co bądź zamknąć ją na cały czas nadchodzących wyborów do parlamentu i, przy pomocy prowokatora dostawszy ją w swe ręce, skazały ją na rok więzienia.

W takich to ciężkich dla socjalistów polskich warunkach nadchodziły wybory do parlamentu niemieckiego w 1903 r. Stosunki ze stronnictwem niemieckim nie tylko nie poprawiły się, lecz nawet się pogorszyły. Pomimo zanadto nawet wielkiej gotowości ze strony towarzyszy polskich do ustępstw, zarząd stronnictwa niemieckiego, podniecany przez Różę Luksemburg, Kasprzaka, Gogowskiego, dr. Wintera, cofał przyjęte już wzajemnie warunki i wreszcie w dodatkowym potajemnym protokole zażądał wyrzeczenia się dążenia do niepodległości narodowej.

Takie socjalhakatystyczne wystąpienie uczyniło wszelkie układy niemożliwymi. Pomimo to, pomimo że w okręgu Bytom – Tarnowskie Góry stronnictwo niemieckie postawiło kandydaturę dr. Wintera, towarzysze polscy postanowili działać z towarzyszami niemieckimi, o ile się da, zgodnie. Wielu jednak wstrzymało się od głosowania i jakkolwiek liczba głosów oddanych na kandydatów socjalistycznych była nieco większa aniżeli w roku 1898, to wszakże widoczne było pewne zniechęcenie w szeregach głosujących.

Socjaliści nie przeprowadzili wyboru swych kandydatów, lecz i Centrum w stosunku do poprzednich lat utraciło znaczną liczbę głosów, a w okręgu katowicko-zabrskim poniosło pierwszą klęskę wyborczą. W ostatnich bowiem kilku latach narodowi demokraci zaczęli wydawać na Górnym Śląsku dziennik „Górnoślązak” i zwalczali lokajską politykę „Katolika”, germanizatorskie zapędy duchowieństwa, kapitalistów niemieckich i brutalne rządy pruskie. Propaganda ta „Górnoślązaka” w szeregach dawnych katolikowców zjednywała licznych zwolenników. Podczas wyborów 1903 r. kandydaci tego dziennika zyskali 43 000 głosów. W okręgu Katowice – Zabrze narodowy demokrata Korfanty przyszedł do ściślejszych wyborów z centrowcem Letochą. Socjaliści polscy swymi głosami przechylili zwycięstwo na stronę Korfantego. Inaczej się stało w okręgu Bytom – Tarnowskie Góry. Tam dr Winter przychodził do ściślejszych wyborów z centrowcem Niemcem. Gdyby zamiast Wintera był socjalista Polak, to narodowi demokraci z pewnością poparliby go i z urny wyborczej wyszedłby był poseł socjalistyczny. Tak wzajemnie sobie szkodzili socjaliści.

Na kongresie niemieckiego stronnictwa socjalno-demokratycznego w Dreźnie, który odbył się w połowie września tegoż roku, odezwały się silne głosy potępiające antypolską politykę zarządu. „Że Polacy – mówił tow. Szymon Katzenstein – bardziej na pierwszy plan wysuwają swe żądania narodowe, to przecie my, którzy nie cierpimy ucisku narodowego, powinniśmy to zrozumieć. Idzie tu tylko o kwestię sprawiedliwości, która zarazem w szkole, koszarach, sądzie jest ważną kwestią materialną”. Tow. Jerzy Ledebour wynicował postępowanie Róży Luksemburg. „Zachowuje się ona tak – mówił – jak gdyby Polacy w ogóle nie mogli liczyć na niepodległość ani dążyć do niej. Polscy socjalni demokraci byliby łajdakami, gdyby nie stawiali żądania niepodległości”. Zrobiło to wielkie wrażenie i liczne głosy odezwały się: „bardzo słusznie!”.

Od tego kongresu w Dreźnie znacznie się polepszyły stosunki pomiędzy niemieckimi i polskimi towarzyszami, a na Górnym Śląsku, po odjeździe Wintera, zupełna zapanowała zgoda. Zdawało się, że do sprawiedliwego układu przyjdzie wreszcie pomiędzy socjalistycznymi stronnictwami, niemieckim i polskim, zwłaszcza że rozpoczynający się ruch rewolucyjny w państwie rosyjskim wzbudzał w wysokim stopniu nadzieje, że ewolucja społeczna w całej Europie szybciej podąży do ustroju socjalistycznego. Lecz niestety wpływ wytrwałej w swym uporze antynarodowym Róży Luksemburg zdołał na nowo zawichrzyć wzajemne stosunki.

Na Wielkanoc 1905 r. miał się odbyć w Katowicach zjazd PPS zaboru pruskiego. Tymczasem zarząd, który się znajdował w Berlinie, chcąc ratować od bankructwa „Gazetę Robotniczą” i jej drukarnię, uległ namowom luksemburczyków i sprzedał samodzielność swego stronnictwa za obietnicę zasiłku 2000 mk. Wbrew protestowi tow. Biniszkiewicza czterej członkowie zarządu podpisali umowę, która organizacji polskiej dawała mniej praw, aniżeli organizacjom prowincjonalnym niemieckim, jak np. bawarskiej, badeńskiej itd. Umowa ta wywołała oburzenie towarzyszy polskich. „Gazeta Robotnicza”, pomimo nakazu zarządu, nie wydrukowała tej odezwy, lecz odwołała się do komisji prasowej i rewizyjnej, a ta ostatnia zawiesiła w urzędowaniu trzech członków zarządu, czwarty bowiem cofnął swój podpis na umowie, i wraz z pozostałymi dwoma innymi członkami objęła czynność zarządu aż do zapowiedzianego zjazdu.

Zjazd wielkanocny uznał słuszność takiego zachowania się ,,Gazety Robotniczej” i obu komisji i sam, po długiej i gorącej dyskusji, ułożył kompromisową ugodę, której wszakże zarząd stronnictwa niemieckiego nie przyjął. Rozprawy, jakie się odbywały z powodu tej ugody, wykazały ogromny postęp świadomości społecznej i narodowej wśród proletariatu polskiego w zaborze pruskim. Na tym zjeździe wielkanocnym postanowiono przenieść siedzibę zarządu na ziemię polską do Katowic. Uchwalono też „gorącą cześć i podziw walczącym socjalistom wszystkich narodowości, uciśnionych przez carat, a przede wszystkim braciom z PPS zaboru rosyjskiego”.

Wypadki rewolucyjne, zachodzące w zaborze rosyjskim, pociągnęły ku sobie wielu dzielnych towarzyszy, którzy gorliwie wspierali ruch socjalistyczny w zaborze pruskim. Jesienią 1905 r. odjechali Haase i Estera Golde. Przyciśnieni więc rosnącymi długami, a nie nawykli do akuratnego płacenia podatków, towarzysze nasi, wezwani przez niemieckich do ponownych układów, upokorzyli się, porobili zanadto wielkie ustępstwa i poddali się kierownictwu głównego zarządu niemieckiego.

I szkodliwe tego następstwa okazały się podczas wyborów w 1907 r. „Odezwy wyborcze dla ludności polskiej – jak powiada tow. Trąbalski w swoim sprawozdaniu na zjeździe Polskiej Partii Socjalistycznej, który odbył się w tymże roku w Zabrzu – były pisane złą polszczyzną, nieumiejętnie zredagowane, poruszały głównie sprawy bardzo mało obchodzące ludność polską, jak wojnę z Hererami w Afryce, politykę kolonialną rządu pruskiego itp., gdy tymczasem sprawy dla ziem polskich aktualne, jak strajk szkolny, jak ucisk narodowy i inne, omówione były bardzo krótko lub wcale. Przyczyniło się to w części do utraty głosów w Poznańskiem i niektórych okręgach śląskich”.

Ta jednak utrata głosów socjalistycznych nie powstrzymała klęski, jaką poniosły Centrum i Hakata. W czterech okręgach Górnego Śląska zwyciężyli narodowcy. Torują oni drogę dla socjalistów, lecz i w obozie socjalistów polskich powinna zajść poprzednio ważna zmiana. Trzeba, ażeby nasi towarzysze zważali na własną godność narodową, uwierzyli we własne siły i rozwinęli czynną działalność, która zmusi wszystkich do rachowania się z nimi. I stało się to obecnie.

Nigdzie na ziemiach polskich nie przedstawia się tak widocznie łączność odrodzenia się narodowego ze sprawą socjalistyczną, jak na Śląsku Górnym. Tam jest tylko proletariat polski, klasy zaś kapitalistycznej polskiej nie ma. Wielcy właściciele ziemscy i kopalniani, prawdziwi panowie na Górnym Śląsku, to są Niemcy. Ta wychwalana kultura niemiecka nic tam nie daje wydziedziczonemu ludowi polskiemu. Źle mówię: nie daje, przeciwnie – daje, ale to, co jest w niej ujemne. Oto obrazek, który kreśli Via w „Trybunie” (Kraków, 1 maja 1907 r.). „Wszechwładna, niepodzielnie nad wszystkimi panująca, beznadziejna brzydota – dodajmy: brzydota pruska, a ten epitet za wszystkie inne starczy… Ach, te »pańskie domy«, te ulice, sklepy, suchotnicze drzewka, pole, zawalone gruzami i węglowym miałem, te poszarpane pustynne przestrzenie z wymownym ostrzegającym znakiem trupiej czaszki na drewnianej tablicy – i dymy! dymy… dymy… I owe miejsca odpoczynku i zabawy, owe knajpy, wstrętne, brudne, cuchnące nory… I nic, nic więcej! Odczyt, koncert, teatr, zabawa, tego nie ma, to nie istnieje – po polsku”. „Nie znam – powiada dalej – nic okropniejszego nad życie robotników górnośląskich. Żadne słońce im nie świeci. Praca zabijająca, nędzne zarobki i ta nieustanna argusowa opieka pruskiego »ładu i porządku«, czyhająca na każde, nie objęte paragrafem drgnienie duszy ludzkiej”.

Bolesław Limanowski

_____________________________

Powyższy tekst to fragment dłuższej rozprawy, która pierwotnie ukazała się w roku 1874 pt. „Losy narodowości polskiej na Śląsku”. Kolejne, poprawione i rozszerzone wydania, ukazały się w roku 1910 oraz 1921 pt. „Odrodzenie i rozwój narodowości polskiej na Śląsku”. Następnie po latach wznowiono tekst wedle wydania z roku 1921, Instytut Śląski w Opolu, Opole 1985. Przedruk za tym ostatnim źródłem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *