Jerzy Wendel

W poszukiwaniu polskiej idei gospodarczej

[1936]

Polska nie ma programu gospodarczego. Polsce potrzebny jest program gospodarczy. Rozwiązania fragmentaryczne, „odcinkowe” nie zadowalają już nikogo. W obliczu osiągnięć polityczno-gospodarczych krajów zagranicznych, na gruncie rosnącej niewiary w skuteczność dotychczas stosowanych metod, na podłożu świadomości wagi przeżywanego momentu dziejowego rodzi się u nas powszechna tęsknota do jakiejś jasnej, prostej i zrozumiałej dyrektywy, która by dała ludziom poczucie, że się ich konsekwentnie i świadomie prowadzi ku realizacji wielkich zadań programowych.

Społeczeństwo nasze można pociągnąć do wszelkich ofiar, ale trzeba wpoić w nie świadomość, że te ofiary nie będą nadaremne. Można je zjednać dla każdej koncepcji, byleby zdołano zasugerować mu przekonanie, że będzie ona zrealizowana bez reszty i że jest drogą do najtrudniejszych nawet, byle jasno określonych celów.

Program winien organicznie wyrastać z idei gospodarczej kraju. Myśmy takiej idei nie mieli. Nie mieliśmy jej w roku 1918, kiedy wstępowaliśmy w niepodległy byt państwowy, bo jej nam ani nie przekazała tradycja, ani nie sprzyjał jej powstaniu podział naszego dzisiejszego organizmu gospodarczego na trzy, niezależnym od siebie życiem żyjące, zabory.

Nie mając oparcia w naszej okaleczonej rzeczywistości, polska myśl ekonomiczna musiała szukać tego oparcia na zewnątrz. Musiała zrezygnować z doktryny, będącej istotnym wykładnikiem dążeń i interesów kraju i zadowolić się koncepcjami, które, wyrosłe z jakiegoś realnego podłoża, na naszym gruncie stały się czczymi, oderwanymi od życia, formułkami. Urzędową doktryną gospodarczą Polski stała się teoria „klasyczna”, teoria liberalizmu ekonomicznego, ta niewątpliwie najefektowniejsza i najbardziej skończona konstrukcja myślowa, jaką stworzyły dzieje ekonomii.

Ale ta teoria klasyczna przy całej swej abstrakcyjności nie jest konstrukcją zawieszoną w powietrzu. W momencie swego powstania była ona zupełnie ścisłym sformułowaniem potrzeb i interesów gospodarstwa angielskiego, gospodarstwa dążącego do owładnięcia rynkami świata i rozbudowanego tak, że dążeniom tym w wolnej walce konkurencyjnej niezdolny był przeciwstawić się żaden organizm gospodarczy. Zwycięstwo tez liberalnych gwarantowało zwycięstwo towarów angielskich na rynkach świata; teoretyczne rzekomo koncepcje były w istocie przetłumaczeniem na język nauki dążeń ekspansji angielskiej.

Nie wszystkie jednak kraje uległy sugestii teorii odpowiadających potrzebom praktycznym jednego państwa. Pierwsi zbuntowali się Niemcy; doktrynie klasycznej, głoszącej zasady wolności handlowej przeciwstawili szkołę historyczną, owianą duchem skrajnego protekcjonizmu. Ekonomiści niemieccy z Listem na czele, opracowali dla swego kraju wskazania mniej może efektowne i mniej „naukowe”, ale za to uwzględniające ściśle konkretne interesy gospodarstwa niemieckiego i dzięki temu umożliwiające wspaniały tegoż gospodarstwa rozwój.

***

W ciągu 18 lat istnienia niepodległego Państwa Polskiego nie zdobyliśmy się na opracowanie systemu ekonomii narodowej, wyrosłej z potrzeb naszego życia. Zadowoliliśmy się mechanicznym stosowaniem teorii zbudowanej na zespole faktów odmiennych od konkretnej rzeczywistości polskiej. U podstawy naszej polityki gospodarczej położyliśmy doktrynę liberalną, przez co od razu wytworzył się rozdźwięk między teorią a praktyką, między konkretnymi wskazaniami życia a założeniami, dogmatami i prawami ekonomii klasycznej.

Głosząc hasła wolności wymian musieliśmy coraz silniej rozbudowywać ochronę celną, aby nie wystawić rynku wewnętrznego na pastwę dumpingu i nie zdezorganizować własnej wytwórczości. Wyznając kult rentowności, trzeba było równocześnie roztaczać coraz ściślejszą kontrolę nad zorganizowanym kapitałem przemysłowym i finansowym, naginającym do własnych potrzeb mechanizm rynku i przechylającym na swą stronę szalę dochodu społecznego. Stawiając na inicjatywę prywatną, trzeba było równocześnie – nie oglądając się na jej kapryśne i zawodne impulsy – uruchamiać przedsiębiorstwa państwowe, aby utrzymać potencjał wytwórczy kraju na poziomie gwarantującym bezpieczeństwo dla Państwa i obywateli. Sprzeczności, jakie można wyliczać w nieskończoność; powstawały one wbrew świadomej woli ludzi, kierujących naszą gospodarką i w ten sposób wytwarzał się coraz głębszy rozdźwięk między doktryną a życiem.

***

Po wojnie, a zwłaszcza po wybuchu kryzysu, liberalizm załamał się wszędzie. Załamał się również w kraju, w którym powstał – w Anglii. „Ojczyzna wolnego handlu” stała się państwem protekcjonistycznym. Kraj klasycznego standardu złota wszedł na tory planowej gospodarki pieniężnej. W obliczu tych zmian umysłom angielskim narzuciła się świadomość rozdźwięku, jaki wytworzył się między rzeczywistością współczesnego życia a tradycyjnymi pojęciami ekonomicznymi. świadomość ta stała się punktem wyjścia dla tendencji rewizjonistycznych, dla dążności do przystosowania pojęć i idei do rzeczywistości, przekształconej przez nieustanną ewolucję zjawisk.

Jeżeli „klasycyzmu” wyrzekła się Anglia, to cóż mówić o innych krajach. Wszędzie zaznacza się odwrót od dawnych zasad, wszędzie dokonują się wysiłki w kierunku rozbudowy życia gospodarczego z zupełnym pogwałceniem tzw. zdrowych zasad polityki gospodarczej. Uboga, rolnicza Rosja na oczach przeobraża się w kraj przemysłowy; zacofane do niedawna Włochy podnoszą się do rangi pierwszorzędnego mocarstwa; dłużnicze Niemcy urastają do rozmiarów jakiegoś giganta przemysłowego, wyłamującego się spod wszelkich naszych wyobrażeń o potędze ekonomicznej. I wszystko to dokonuje się przy pomocy metod wyklętych przez ekonomię klasyczną – metod eksperymentalnych.

A my? My odżegnujemy się uroczyście od wszelkich „eksperymentów”. My czynimy sobie dumę narodową z faktu, że nie eksperymentujemy. My uważamy za eksperyment stosowanie metod „wypróbowanych”… 100 lat temu w Anglii. Za niebezpieczne eksperymenty uważamy naśladowanie metod stosowanych z pełnym powodzeniem w różnych krajach w drugim ćwierćwieczu wieku XX.

Niewolnicze hołdowanie doktrynie liberalnej sprawiło, że w naszej polityce gospodarczej popełniliśmy rażące błędy. Uwierzyliśmy, że nasz polski kryzys jest bezpośrednią konsekwencją kryzysu światowego i że rozwiąże się wraz z kryzysem światowym – i z wiary tej zrobiliśmy sobie legitymację dla bezczynnego i biernego wyczekiwania aż „równowaga” światowa zostanie przywrócona. Przyjęliśmy à la lettre zasadę stałej waluty i realizując tę zasadę drogą zmniejszania obiegu pieniężnego, wywołaliśmy wzrost wartości wewnętrznej złotego, wzbogacając wierzycieli (zwłaszcza zagranicznych) i rujnując krajowe warsztaty pracy. Przyjęliśmy bez korektyw tezę o kapitalizacji wewnętrznej (utożsamianej z bierną oszczędnością), jako o jedynym motorze rozwoju gospodarczego, w sposób rażący zapoznając inne czynniki dynamiki gospodarczej. Uwierzyliśmy w niezawodne działanie standardu złota i – państwo ubogie i dłużnicze – gwałtem wepchnęliśmy do bloku złotego, z maniackim uporem „realizując” postulat całkowitej swobody obrotu pieniężnego, aż do utraty 2/3 zasobów kruszcowych.

Cała nasza polityka gospodarcza w okresie kryzysu sprowadzała się do rozpaczliwych wysiłków o „uchwycenie równowagi”, która według ekonomii klasycznej winna samorzutnie wynikać z swobodnie rozwijających się sił gospodarczych. Koncepcje liberalistyczne realizowaliśmy drogą przymusu; uruchomiliśmy olbrzymio rozbudowany aparat interwencjonistyczno-etatystyczny, stawiający sobie na celu zepchnięcie siłą naszej gospodarki w dół (nazywało się to „równowagą na poziomie najniższym”), żeby w ten sposób wytworzyć warunki, w których rozwój ekonomiczny mógłby się potoczyć drogami wytkniętymi przez doktrynę klasyczną. I w tym samym czasie, kiedy byliśmy zajęci „przyśpieszaniem procesów wyrównawczych”, „likwidowaniem przerostów” i „ścinaniem wybujałości”, nasi sąsiedzi, nie oglądając się na zakazy i nakazy „wiedzy ekonomicznej” skierowali wszystkie zasoby swej myśli twórczej i swej energii gospodarczej na rozbudowę swych możliwości wytwórczych, znacząc osiągnięte rezultaty olbrzymimi postępami we wszystkich dziedzinach gospodarki.

***

Polska musi mieć własną doktrynę gospodarczą. Własną – nie znaczy to absolutnie odrębną czy przeciwstawną w stosunku do doktryn przyjętych przez inne kraje, ale własną w tym sensie, aby była dostosowana do naszych potrzeb, aby uwzględniała nasze warunki geograficzne, demograficzne i społeczne, aby liczyła się z odrębnościami naszej psychologii zbiorowej. Własną w tym sensie, aby mogła stać się dyrektywą świadomej działalności, skierowaną ku rozwojowi gospodarczemu narodu i państwa. Konstruując własny system ekonomii narodowej, musimy dokładnie zdawać sobie sprawę, że dotychczasowe formy życia gospodarczego i wyrosłe z nich doktryny należą już do bezpowrotnej przeszłości, że koniecznością jest przystosowanie naszych idei i pojęć ekonomicznych do nowej fazy rozwojowej i że wszelka polityka, nie uwzględniająca w należytej mierze zmian zaszłych w położeniu Polski i świata, musi doprowadzić do sytuacji, poza którą nie ma już nic innego, jak chaos.

***

Od dłuższego już czasu wiedza ekonomiczna ściąga na siebie ciężkie zarzuty. Nie tylko się ją oskarża o niezdolność przeciwdziałania postępowi nędzy i bezrobocia, ale odmawia nawet umiejętności mniej lub więcej dokładnego przewidywania rozwoju zjawisk gospodarczych. Ta dyskwalifikacja ekonomii datuje się od początku kryzysu. Wszystkie niemal sformułowane wówczas przez ekonomistów diagnozy co do istoty przeorywujących świat procesów, jak również prognostyki co do czasu ich trwania, zostały całkowicie zdementowane przez rzeczywistość. Kompromitacja ta sprawia, że autorytet ekonomistów został w oczach ogółu gruntownie poderwany.

Ogół stracił wiarę w swych „proroków”, zatopionych w abstrakcyjnych schematach i wzbraniających się dostrzec i zarejestrować zjawiska, które by mogły wystawić na szwank doskonałość ich koncepcji logicznych. Zraził się do muzealnej wiedzy, nie nadążającej za ewolucją i nieustannym komplikowaniem się procesów gospodarczych. Nabrał nieufności do „klasycznych” ekonomistów, że żywej i zmieniającej się treści życia z uporem przeciwstawiają martwe, schematyczne szablony; że, nie umiejąc wyzwolić się z dawnych nawyków myślowych, usiłują w ramy odwiecznych form wtłoczyć procesy, które pod dawne formuły nie podpadają zupełnie. I w tym swoim osądzie surowym ma słuszność niewątpliwą. Od szeregu lat trwa kryzys, będący w istocie całkowitym przeobrażeniem fizjognomii społeczno-gospodarczej świata, a uczeni wciąż drepczą w kółko po ścieżkach wydeptanych przed dziesiątkami lat.

Ale zastęp wyznawców dawnych idei zmniejsza się coraz bardziej. Starzy bogowie drżą na swych cokołach i wkrótce nie będzie – poza starymi profesorami ekonomii – bezinteresownych kapłanów, zanoszących do nich modły. Ale nie jest to tylko kwestia generacji czy przesytu dawnymi wierzeniami. Jeżeli ekonomia liberalna posiada coraz mniej wyznawców, to jedynie dlatego, że sama w sobie nosi źródła swej śmierci. Wyrosła z jej zasad cywilizacja, która w ciągu niecałego stulecia ustokrotniła środki produkcji, nagięła do swych potrzeb eksploatacyjnych całe kontynenty, zaludniła świat wspaniałymi miastami, poprzerzynała szlakami komunikacyjnymi ziemię, morza i powietrze – i która niezdolna jest zapewnić chleb powszedni 25 milionom bezrobotnych, sama się skazuje na zagładę.

Cierpienia robotników, ograniczanych w swych najbardziej elementarnych potrzebach; niepokój młodzieży, która, wstępując w życie, znajduje wszystkie doń drzwi zatrzaśnięte; niedola chłopa, który, pracując ciężko, nie zdobywa środków umożliwiających mu wydźwignięcie się ponad poziom zwierzęcego niemal bytowania – stanowią podłoże, z którego wyrasta powszechnie odczuwana potrzeba zmiany. Potrzeba, która, nie zadowalając się już utopijnymi koncepcjami powrotu do form prześcigniętych przez życie, stawia postulat głęboko sięgających w istotę gospodarstwa reform i otwiera nowy etap wysiłków ludzkości w kierunku przystosowania jej idei i instytucji do nowej fazy ewolucji życia ekonomicznego.

Religie nie umierają od razu, a liberalizm był rodzajem religii. Dziś jeszcze ma on swoich kapłanów, którzy rzucają anatemę na wszystkie rodzaje gospodarki planowej, na wszystkie wysiłki ujęcia życia ekonomicznego w ramy światowej organizacji. Trud to daremny, albowiem ewolucja zjawisk kieruje nieodwołalnie gospodarkę na tory planowości.

***

Niewątpliwie liberalizm kapitalistyczny ma wielkie zasługi w przeszłości. Jego to dziełem był rozkwit ekonomiczny wieku XIX, który cywilizację materialną świata pchnął naprzód silniej bodaj, niż wszystkie stulecia poprzedzające. Ale jeżeli ów fantastyczny rozwój mógł postępować, to dlatego, że sprzyjały temu warunki.

Wolna konkurencja istniała w świecie, który był jeszcze otwarty i nie wyeksploatowany: mechanizm cen światowych działał bez zarzutu, obracając wniwecz wszelkie zamysły o autarkii, pieniądz, związany ze złotem, spełniał czynności niezawodnego miernika wartości i giętkiego regulatora cen wewnętrznych; swobodna wymiana kapitałów, towarów i ludzi kształtowała równowagę bilansów płatniczych, wszystko zaś w harmonijnym współdziałaniu stwarzało „koniunkturę”, oddziałującą na całość gospodarstwa światowego i przynoszącą wszystkim jego członkom dobrobyt i pomyślność.

Cały ów system wspaniały leży dziś w gruzach. Pozostały zeń tylko wspomnienia, zapładniające ekonomistów ortodoksyjnych tępą negacją w stosunku do prób odbudowy gospodarstwa w oparciu o nowe zasady – i dające impuls do rozsiewania iluzji co do możliwości wcielania w życie zasad odpowiadających epoce, która już na zawsze przeminęła.

Któż mógłby dziś upatrywać w „harmoniach” tego wielkiego apostoła liberalizmu, jakim był Bastiat, coś więcej niż krwawe, choć mimowolne szyderstwo z systemu, który, doprowadzając do olbrzymiej nadprodukcji (nie nad rzeczywiste potrzeby, ale nad istniejące możliwości nabycia) dóbr wszelkiego rodzaju i wyrzucając poza nawias życia miliony bezrobotnych, objawia się jako „umowa społeczna” stokroć bardziej niesprawiedliwa i stokroć bardziej okrutna, niż można było przypuszczać poprzez przepowiednie Malthusa i prawa spiżowe Lassalle’a.

***

Do czego prowadzą próby oparcia życia współczesnego na zasadach klasycznego liberalizmu – o tym z bolesną wyrazistością świadczą dzieje polityki gospodarczej, stosowanej od pierwszych dni niepodległości aż po czasy ostatnie w Polsce. Cała bowiem ta polityka opierała się na założeniach natchnionych najczystszym duchem ekonomii liberalnej. Jednym z tych założeń była wiara w odrodzenie mechanizmu automatycznego wyrównania się bilansów płatniczych w drodze swobodnej wymiany towarów i kapitałów; z czego wypływał postulat utrzymania swobody obrotu pieniężnego i wypłacalności w stosunku do zagranicy. Drugim założeniem było przekonanie, że odrodzi się rynek światowy i ceny światowe, do których przystosowanie ma stanowić warunek zdolności eksportowych kraju, z czego wypływa postulat wyrównywania cen na poziomie najniższym. Trzecim wreszcie założeniem była ufność w międzynarodową powszechność „cyklów koniunkturalnych”, tzn. przekonanie, że poprawa sytuacji w świecie musi się odbić na położeniu Polski, z czego wypływał postulat przetrwania.

Cała owa polityka przetrwania miała, jako jedyny element aktywny, rozpaczliwe wysiłki uchwycenia równowagi, równowagi, która wedle zasad ekonomii klasycznej winna być samorzutnym wynikiem swobodnie rozwijających się sił gospodarczych. Myśmy ten automatyzm chcieli zastąpić przez przymus; staraliśmy się zepchnąć siłą naszą gospodarkę w dół i łudziliśmy się, że w ten sposób wytworzymy warunki, w których rozwój ekonomiczny będzie się mógł odbywać wedle zasad ekonomii liberalnej.

Ale po kilku latach stosowania tej polityki stało się oczywiste, że świat bardzo daleko odbiegł od zasad, które były jej podstawą. Nie ziściła się wiara w automatyczne wyrównywanie bilansów płatniczych w drodze swobodnej wymiany towarów i kapitałów. Zamiast swobodnej wymiany towarów, mamy coraz bardziej rozpowszechniającą się wymianę kompensacyjną, opartą na całym arsenale przepisów reglamentacyjnych, o których się dawnym filozofom ekonomii nie śniło. Rynek światowy i ceny światowe stały się wspomnieniem. Konkurencyjność towaru przestała być czynnikiem decydującym o intensywności wymian. Nie sprawdziło się przewidywanie o samoczynnym wyrównywaniu się koniunktur, tzn. o automatycznej poprawie sytuacji w jednych krajach na skutek poprawy sytuacji w innych krajach. Bezprzedmiotowy stał się postulat przetrwania, tzn. biernego wyczekiwania na koniec kryzysu, gdy stało się oczywiste, że koniec kryzysu zależy nie od automatyzmu zjawisk światowych, ale od planowego ukształtowania rozwoju zjawisk.

***

Bankructwo liberalizmu i opartej o jego zasady polityki gospodarczej stawia przed nami konieczność skonstruowania nowego systemu ekonomii narodowej. Systemu, który by w przeciwieństwie do doktryny liberalnej, związanej z pewną (minioną) epoką i odpowiadającej potrzebom pewnych, określonych krajów – wyrastał organicznie z rzeczywistości polskiej i przynosił dyrektywę świadomej działalności, skierowaną ku rozwojowi gospodarczemu narodu i państwa. Konstruując taki system musimy dokładnie zdawać sobie sprawę, że dotychczasowe formy życia ekonomicznego – i odpowiadające im doktryny – należą już do bezpowrotnej przeszłości i że wszelka polityka gospodarcza, nie uwzględniająca w należytej mierze zmian, jakie zaszły w strukturze ekonomicznej, jest polityką sprzeczną z żywotnymi potrzebami gospodarstwa polskiego.

Jerzy Wendel

_____________________

Powyższy tekst ukazał się w dwóch częściach w piśmie „Pracownik Samorządowy – dwutygodnik pracowników samorządu terytorialnego” nr 16 oraz 17, 1 i 15 września 1936. Wydawcą pisma był Związek Zawodowy Pracowników Samorządu Terytorialnego RP, stanowiący część „lewego skrzydła” obozu sanacyjnego. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski. Poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *