Andrzej Strug

W dziesiątą rocznicę (wspomnienia)

Jeżeli wracamy myślą do dni listopadowych sprzed dziesięciu lat, to stwierdzić musimy, iż wspomnienia te są już dziś bardzo zatarte w naszych umysłach. Nic dziwnego – tyle przeżyliśmy przez te dziesięć lat Niepodległości. Nie było dnia, który by nie przynosił wydarzeń złych lub dobrych dla państwa i społeczeństwa; szły wypadki, które ważyły nie tylko na losach naszych – lecz i na losach świata.

Dziś wydaje się nam, iż ów dzień 7 listopada 1918 roku był bardzo dawno. Pamiętamy fakty, pamiętamy ludzi – nastrój zatarł się w naszej pamięci.

Chcę te wspomnienia odbudować.

Nadchodził koniec wojny światowej. Dziś wiemy, że wojna mogła się nie zacząć, lecz musiała się kiedyś skończyć. Wówczas jednak, na schyłku wojennej niedoli nie wierzyliśmy prawie w jej koniec.

Dochodziły nas pogłoski i plotki, najsprzeczniejsze komunikaty. Państwa centralne stały jeszcze pod bronią, choć wiadomym już było, iż Bułgaria kapitulowała. Austriacy w Lublinie starali się jeszcze zastraszyć ludność. Wysłali na miasto patrole obdartusów, defilowała przez ulice miasta konnica austriacka na półżywych szkapach. Mimo to Lublin czuł, iż nadchodzą wielkie chwile.

Rzeczy olbrzymie nie są dziełem jednostek. One dzieją się jakby same.

Wyjechałem wówczas na dni parę na wieś w lubelskie.

Młócono tam właśnie zboże dla okupantów. Młockarnia pochodziła aż z Serbii. Zarekwirowana przez austriacką armię wraz z dwoma Serbami, młóciła zboże dla austriackiej armii, i tak zawędrowała aż w lubelskie.

Od tych Serbów dowiedzieliśmy się o zakończeniu wojny. Z wybuchami radości oznajmili nam oni, że pojadą do domu, bo „wszystko się skończyło”. Tego samego dnia zjawili się we dworze trzej żandarmi – postrach okolicy. Złożyli oni we dworze swoje karabiny i ładownice, tłumacząc się, pełni pokory, iż oni są niewinni – że musieli robić to, co im kazano. Przestrach ich da się jedynie porównać z przestrachem właściciela dworu, któremu zostawiono broń.

Aż nagle zjawił się we dworze jakiś młody chłopak z POW. Przyprowadził z sobą kilku innych, oznajmił, że obejmuje komendę na powiat, i… zabrał broń.

Gdy przybyłem do Lublina, dowiedziałem się, że Rada Regencyjna wydała szereg zarządzeń i powołała nowy rząd. Do Lublina przybyło mnóstwo byłych legionistów i peowiaków. Po naradach polecono mi napisać odezwę wzywającą Polaków służących w wojskach austriackich do złożenia przysięgi.

Tymczasem do Lublina przyjechał z ramienia Rady Regencyjnej p. Zdanowski i zmarły niedawno gen. Rozwadowski, by paraliżować demokratyczne poczynania. Dnia 6 listopada zapadła decyzja utworzenia Rządu Ludowego – i 7 listopada rano ludność Lublina patrzała ze zdziwieniem na proklamację Rządu Ludowego.

Ten prosty fakt wymagał trudności decyzji.

Zebraliśmy się w nocy z dnia 6 na 7 listopada. Nie wolno było wtedy chodzić po nocy, postarałem się więc o „przepustkę”. Zaprzysięgaliśmy ochotników, oddział po oddziale, po czym każdy oddział szedł na pozycję. Z gen. Rozwadowskim przybył bowiem do Lublina batalion „Wehrmachtu”, którego stanowisko było wątpliwe.

Oddziałami ochotniczymi dowodził ówczesny pułkownik Rydz-Śmigły. Było więcej żołnierza niż broni.

Nie chcąc dopuścić do rozlewu krwi, delegacja, złożona z Wacława Sieroszewskiego, z ówczesnego burmistrza Lublina i mnie, udała się do koszar „Wehrmachtu”.

Wywiad twierdził, iż batalion znajduje się pod bronią, w ostrym pogotowiu bojowym. Okazało się to nieprawdą, cały batalion spał.

Od zaspanego podchorążego, który pełnił dyżur, dowiedzieliśmy się, iż wszyscy oficerowie bawią w mieście. Poczęliśmy rozdawać proklamację, agitować wśród żołnierzy. Byli w kłopocie. Byliby z chęcią złożyli przysięgę Rządowi Ludowemu, ale przecież przed paru dniami przysięgli Radzie Regencyjnej.

Udaliśmy się na poszukiwanie oficerów. Przed mostem chciał nas zatrzymać patrol „Wehrmachtu”. Szofer nie usłuchał i pomknął dalej. Usłyszeliśmy komendę: „Patrol, salwa!”.

Dotąd nie wiem, czy salwa ta padła, czy nie.

Na moście spotkaliśmy „Wojtka” Malinowskiego. Był komendantem odcinka.

Było już nad ranem, gdy napotkałem dowódcę batalionu „Wehrmachtu”, majora Zarzyckiego.

„Czy jestem aresztowany?” – zapytał, gdy powiedziałem mu, że go szukam od szeregu godzin. Daliśmy mu formułę przysięgi. Był tak przerażony, iż nie mógł jej odczytać. Machnął ręką i powiedział: „Przysięgam!”.

„Wehrmacht” zbratał się z oddziałami ochotniczymi i rano wkroczył z muzyką na plac Katedralny, by złożyć przysięgę na wierność Rządowi Ludowemu.

Dotąd wszystko było dobrze. Rząd objął władzę. Ale do rządzenia trzeba nie tylko energii i inicjatyw, ale i narzędzi rządzenia. Tego nie było.

Kilkudniowe życie Rządu Ludowego było to życie bujne i radosne. Zdarzały się i rzeczy śmieszne.

W pierwszych dniach ziemianie z lubelskiego drżeli ze strachu przed „rzezią”. Byli pewni, że wszystko im zabiorą, chodziło im tylko o to, by chociaż dostać kwity. Po dwu dniach jednak już przestali się bać, i to tak dalece, że było to aż nieprzyjemne.

Ogromne wrażenie wywarł fakt, że w dniu ogłoszenia manifestu Rządu Ludowego robotnicy sami po ośmiu godzinach porzucili wszędzie pracę, mimo że dekret o ośmiogodzinnym dniu pracy nie był jeszcze wydany. Ta wola ludu była imponująca i wstrząsnęła opinię. Tę inicjatywę ludu spotykało się na każdym kroku. Było to topienie się w nadmiarze własnej radości i kłopotów.

Władzę nie jest tak łatwo zorganizować. Było tak długo i po 11 listopada.

Z zarekwirowanych pieniędzy powstał w ciągu pięciu dni I pułk ułanów. Milicja Ludowa wszędzie organizowała się samorzutnie.

Byłem wówczas wiceministrem w Ministerstwie Propagandy. Przydzielono mi propagandę wśród wojsk. Urzędowałem właściwie tylko ja, ponieważ Sieroszewski wkrótce wyjechał do Warszawy.

Otrzymałem z całego kraju depesze od pepeesowców, którzy stawiali nadmierne żądania. Chciano np. 6 samochodów dla agitacji, a my nie mieliśmy ani jednego.

Wojska właściwie nie było. Peowiacy i dawni legioniści nie potrzebowali „propagandy”.

Ogłosiłem wiec dla oficerów austriackich – Polaków. Ponieważ czapnicy lubelscy porobili dla nich wszystkich maciejówki, wyglądali oni niezmiernie śmiesznie w tych czapkach, które dla wielu miały służyć jako jedyna „legitymacja polskości”. Czapki te były wówczas w wielkiej cenie: pewien major austriacki dał za nią worek mąki, cenę wtedy wielką.

Wszyscy jednak żołnierze polscy z austriackiej armii uciekali do domów. Po czteroletniej wojnie trudno było ludzi agitować, by byli polskimi żołnierzami, ludzie ci bowiem żadnymi żołnierzami być nie chcieli.

Dnia 11 listopada przybył do Warszawy Piłsudski. Byłem tym, który oznajmił tę wiadomość obszarnikom, którzy z obawy przed rzezią na wsi zjechali wszyscy do Lublina. Ucieszyli się niezmiernie, co nie przeszkadzało im potem, gdy Piłsudski był Naczelnikiem Państwa, nazywać go „bandytą”. Obecnie znowu się to ponoć zmieniło.

Po przyjeździe Piłsudskiego premier rządu, tow. Daszyński, udał się do Warszawy. Rząd został w Lublinie w uszczuplonym składzie. Odbyliśmy jeszcze ostatnie posiedzenie w Lublinie.

Jeżeli wracam do owych dni listopadowych przed dziesięciu laty, kiedy to historia pisała „Mane, Tekel, Fares” rzeczom dawnym, nasuwa mi się porównanie z dniem dzisiejszym. Wówczas, przed dziesięciu laty, we wszystkich poczynaniach staliśmy ramię przy ramieniu jako bracia – my i peowiacy, i dawni legioniści. Należy im się od nas wdzięczne wspomnienie, choć dzisiaj są oni naszymi przeciwnikami. Odbyli przez ów okres lat dziesięciu ewolucję, a raczej rewolucję przekonań, i postawili przeciw sobie masy ludowe, które zostały sobą, wierne dniom listopadowym roku 1918.

Podjęli z nami walkę.

Dzieje rozstrzygną, jaki będzie jej wynik.

Wkraczając w drugie dziesięciolecie Niepodległości, musimy podkreślić konieczność powrotu do haseł Rządu Ludowego. Musimy kontynuować dzieło organizacji mas i, silni odwagą i mocą decyzji, być nadal godnymi Polskiej Partii Socjalistycznej, a Partia musi być godną Niepodległego Państwa, jutrzejszej Polski Ludowej.

Andrzej Strug
___________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w PPS-owskim dzienniku „Naprzód” nr 264/1928. Następnie wznowiono go jako dodatek w książce „Wspomnienia o Andrzeju Strugu”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1965. Przedruk za tym ostatnim źródłem.

Warto przeczytać także:
Manifest Tymczasowego Rządu Republiki Polskiej
• Stanisław Thugutt: Rząd ludowy w Lublinie – jak powstał i czym był
• Stanisław Thugutt: Wspomnienie czynu ludowego
• Stanisław Thugutt: Co rząd lubelski pozostawił po sobie?
• Kazimierz Zakrzewski: Państwo ludowe – idea z listopada 1918 r.
• Adam Próchnik: Powstanie państwa polskiego
• Lidia Ciołkoszowa: Rewolucyjny charakter rządu ludowego

 

 

 

Jeden komentarz nt. “W dziesiątą rocznicę (wspomnienia)

  1. Małe wyjaśnienie: gen. Rozwadowski, wbrew temu co napisał Strug, przybył do Lublina by zorganizować odsiecz dla walczącego Lwowa. Wraz z generałem przybył batalion Wojska Polskie, a nie żadnego „Wehrmachtu”, Nazwa Wojsko Polskie obowiązywała od 12 X 1918 tj. od momentu przejęcia przez Radę Regencyjną władzy nad formacją Polskiej Siły Zbrojnej – wywodzącej się z Legionów. Powstanie tzw. Rządu Ludowego (którego władza nie przekraczała rogatek miasta) zdezorganizowało i utrudniło pomoc dla kresowego miasta. Sam rząd i jego bombastyczne delkaracje był jedną wielką pomyłką. Powstanie tego tworu omalże nie doprowadziło do wojny domowej, w sytuacji gdy należało się bić z wrogiem zewnętrznym. Wielką mądrością wykazał się W. Witos, który nie przystał do tej niepoważnej imprezy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *