Stanisław Thugutt

Wspomnienie czynu ludowego

[1927]

Od dawna już uroczystości oficjalne, które obchodzimy dnia 11 listopada w związku z przywróceniem niepodległości Państwa Polskiego, usunęły w cień inną rocznicę, bardziej skromną, ale nie mniej miłą sercu demokraty polskiego. Jest nią data 7 listopada roku 1918, dzień utworzenia w Lublinie Rządu Ludowego. Ludziom, których myśl krąży leniwo, jak ślepy koń w kieracie, którzy patrzą na świat, ale nie bardzo go widzą, wspomnienie tego dnia wydaje się „ohydą”, dla której potępienia nie znajdują słów dość obelżywych. My, którzyśmy osądu swoich czynów zwykli szukać we własnym przede wszystkim sumieniu, wiemy, że postąpiliśmy podówczas w Lublinie tak, jak inaczej nie można było postąpić. Jako demokraci, żądaliśmy, jak i dziś żądamy, przede wszystkim szacunku dla prawa. Jako obywatele, zmuszeni byliśmy iść najkrótszą drogą do stworzenia faktów, po których Polska stałaby się ciałem żywym i dotykalnym.

Nie dla tłumaczenia się, ale dla ożywienia przygasłej nieco wiary w Polskę Ludową, chciałbym wskrzesić wspomnienie dni lubelskich, związanych z nimi nadziei, mieszczących się w nich decyzji.

***

Czymże przede wszystkim była Polska pod koniec wojny światowej? Jeżeli chodzi o były zabór rosyjski, był on po prostu ruiną. Przemysł, któremu systematycznie podcinano żyły, grabiąc mu maszyny i surowce, przestał bez mała istnieć. Robotnik słaniał się dosłownie z głodu. Chłop, któremu w niektórych okolicach zaczynało się nieco lepiej powodzić, nękany był tym niemniej rekwizycjami, brutalną poniewierką, twardym gradem niezliczonych zakazów i nakazów, za którymi nie mógł nadążyć. Wszystko, co było w Polsce zorganizowane, wzięto w żelazne kleszcze albo wręcz rozwalono.

Politycznie był to okres najbardziej gorzkich zawodów. Ci, którzy liczyli na zwycięstwo Anglii i Francji, nie mogli się tych zwycięstw doczekać. Inni, których rachuby opierały się o Niemcy, zmuszeni byli wkrótce z tępotą i brutalstwem najeźdźców rozpocząć walkę, która się zwykle kończyła w więzieniu. Stworzone przez okupantów instytucje, które miały być zaczątkiem Państwa Polskiego, były w istocie rzeczy godną wzgardy igraszką. Żołnierz polski męczył się w obozach dla jeńców, albo ginął za obcą sprawę na froncie. W kraju panoszyła się nędza, nuda i poczucie bezsiły.

Przeżartego nimi społeczeństwa nie można było ani porwać do jawnego oporu, ani nawet skłonić do przeciwstawienia uciskowi nowych zaborców mocnej, jednolitej woli narodu polskiego. Tej jednolitości nie można było osiągnąć niemal nigdy i w niczym. Wszystkie próby kończyły się zawsze wzmożoną nieufnością wzajemną, niekończącym się szeregiem zarzutów, oskarżeń, złorzeczeń. Typowym tego przykładem był niedoszły w roku 1917 zamach 3 Maja. Postanowiono wówczas mianowicie obwołać niezależnie od okupantów Rząd Polski i Polskiego Regenta. Rząd ten albo otrzymałby od okupantów znaczną część cywilnego zarządu krajem, albo byłby przez nich uwięziony, co posłużyłoby za punkt wyjścia do zorganizowania przeciwko nim oporu. Po nieskończonej ilości posiedzeń i czynionych przez grupy demokratyczne ustępstw, sprawa była omówiona w drobnych nawet szczegółach; pozostawało tylko chcieć i śmieć. W ostatniej chwili rzecz rozbiła się przez niechęć i obawę osoby upatrzonej na Regenta (późniejszego członka mianowanej przez okupantów Rady Regencyjnej) i odmowę stronnictw prawicy. Równie niefortunnie okazały się prowadzone półtora roku później rokowania o wstąpieniu lewicy do gabinetu narodowego demokraty Świerzyńskiego, ostatniego z gabinetów tworzonych przy okupantach. Tym razem rokowania, które trwały zaledwie kilka godzin, zerwane były przez lewicę po wspaniałomyślnym ofiarowaniu jej 5 ministrów bez teki wobec 13 pełnoprawnych ministrów z prawicy.

Że tak będzie, można było zresztą z góry przewidzieć. Wszelkie usiłowania doprowadzenia do wyrównania frontu między lewicą a prawicą musiały zawsze spełznąć na niczym, nie tylko dlatego, że przedstawicielstwo klas posiadających, Koło Międzypartyjne, wyłącznie siebie uważało za Polskę, ale głównie i przede wszystkim dlatego, iż jedynym punktem, na którym można by było zjednoczyć się z prawicą, była bierność podniesiona do godności najwyższego nakazu polityki narodowej. Bierność w stosunku do wszystkich i do wszystkiego.

Oczywiście możność walki fizycznej z najazdem była znikoma. Ale kiedy my chcieliśmy przynajmniej skupić siły do tej walki we właściwym momencie, kiedy chcieliśmy uczyć ludzi być wolnymi w duszy i walczyć o wolność, panom z prawicy wydawało się najwyższą mądrością polityczną nie dostrzegać wojny, która pustoszyła ziemie polskie.

Nie chcieli oni korzystać ze względnej możności bezzwłocznie po wyjściu Rosjan z Warszawy, ani tym mniej skupić się do skoku od chwili ostrych represji przeciwko wszystkiemu, co nie chciało na ślepo iść za najeźdźcą. W tych warunkach jedność narodowa stawała się nie tylko pojęciem bez treści, ale fikcją szkodliwą.

A tymczasem zbliżał się moment, kiedy znalezienie przez Polskę słowa, przez które stałaby się Państwem, było sprawą życia lub śmierci. Było widoczne, że zbliża się koniec straszliwej tragedii wojennej. Przeszło od roku legła w gruzach potęga caratu. Na polach dalekiej Francji toczyły się ostatnie, śmiertelne zapasy. Siedząc w ciasnej izbie polskiej o oknach zabitych deskami, nie zdawaliśmy co prawda dość dokładnie sprawy, jak dalece wynik tych zapasów był już przesądzony od dawna, jak bardzo przeżarta i stoczona do rdzenia była potęga Niemiec. To jedno wiedzieliśmy jednak na pewno: albo Niemcy zwyciężą i trzeba będzie natychmiast organizować przeciwko ich zachłanności odpór, jak się go organizowało przeciwko przemocy rosyjskiej, albo Polska zostanie sama. W tym, że Polska mogła pozostać sama, mieściło się najwyższe szczęście i pierwsze groźne niebezpieczeństwo. Nie dosyć było odzyskać niepodległość, trzeba ją było utrzymać. Trzeba ją było obronić przeciwko wrogom zewnętrznym, którzy nawet w upadku swoim byli w stosunku do nas potęgą. Trzeba było w czasie możliwie najkrótszym i bez mała z niczego zbudować podwaliny Państwa, które musiało zacząć pełnić swe niezliczone czynności; postawić Polskę na nogi, by mogła iść dalej. Trzeba wreszcie było milionowy tłum wczorajszych niewolników przekształcić na naród, świadomy swojej siły i swoich płynących z niej obowiązków.

Nie było to łatwym zadaniem. Stuletnia przeszło niewola oduczyła nas widzieć w Państwie coś, czego jesteśmy świadomą i dobrowolną cząstką. Na olbrzymich połaciach zaboru rosyjskiego oduczyła nas także czuć się częścią Europy, w której świat pracy zaczął już od dawna wywalczać sobie lepsze prawo do życia i jaki taki bodajby szacunek. U nas między „dołem”, który w najlepszym razie traktowano z sentymentalizmem, nie wolnym od domieszki pogardy, a „górą”, która nie tylko chciała żyć, ale chciała dobrze żyć, wciąż jeszcze leżała przepaść. Cztery lata bestialskich mordów, grabieży i bezprawi, lata nędzy i poniewierki, zatruły dusze ludzkie zdziczeniem. Od Wschodu szły podmuchy barbarzyńskiego buntu, ślepego wybuchu nienawiści, który pozostawiał po sobie nagą spaloną ziemię i zgrozę, wiszącą w powietrzu.

Nie byliśmy pewni, czy nasz tłum, pozostawiony sam sobie, nie wybuchnie tak samo gniewem, który byłby aż nadto usprawiedliwionym, ale który uniemożliwiłby nam rozpoczęcie budowy Państwa, stając się żywiołową katastrofą. Na wielkim zjeździe ludowym, który zwołało [PSL] „Wyzwolenie” w pierwszych dniach listopada roku 1918, trzeba było bez mała groźbą odejścia od wszelkiej wspólnej pracy powstrzymać uczestników od natychmiastowego wybuchu.

Rozpoczynać w tych warunkach ślimaczące się układy z prawicą, wejść w bezecny targ o ochłapy władzy, które by nam nie dały możności niczego powstrzymać i niczemu zapobiec, a które by nas oderwały od masy – wydało się nam szaleństwem. Dziś, po 9 latach, patrząc na te sprawy spokojnie, myślę, że byłoby to nawet przestępstwem. I myślę, że słuszne było, iż postanowiliśmy wziąć całą władzę w rękę i całą za nią odpowiedzialność. Ludziom o ptasich mózgach podobało się nazwać to buntem. Bunt? Przeciw komu? Przeciwko okupantom, których my pierwsi zaczęliśmy rozbrajać w Lublinie i przeciwko którym chcieliśmy iść z dwoma oddającymi się nam batalionami wojska polskiego na Warszawę? Czy przeciwko trójgłowej Radzie Regencyjnej, której gotów jestem przyznać dobrą wolę, stateczność, rozsądek i co tam kto chce jeszcze, ale która na wszystkich trzech panów nie miała jednego mocnego grzbietu pacierzowego, a która pod względem społecznym była ciężkim niemieckim żartem z polskiego robotnika i polskiego chłopa. Najmniej zaś już chyba zbuntowaliśmy się przeciwko rządowi ówczesnemu, który nawet niedołężni starcy z Regencji zdmuchnęli z łatwością za pierwszą próbę oporu. Wyrwaliśmy po prostu władzę z rąk, w których się ona podówczas jedynie znajdowała: z mdlejących rąk niemieckiego i austriackiego żołdaka.

Wiedzieliśmy aż nadto dobrze, ile to nas, demokrację, będzie kosztowało. Zdawaliśmy sobie sprawę, ile przekleństw padnie na nas za każdy brakujący funt chleba lub cukru, za stojące fabryki, których nie można było puścić z dnia na dzień, za pieniądze, które musiały zacząć spadać. Gdybyśmy chcieli grać, nie byłoby nic prostszego, jak oddać władzę ludziom z prawicy i zagarnąć ją po niej, kiedy ich wściekłość mas tratuje. Ale my nie chcieliśmy grać. Nie chcieliśmy też sięgać po władzę dyktatorską na stałe. Na drugi dzień po stworzeniu Rządu Lubelskiego rozpoczęliśmy na Radzie Ministrów dyskusję o ordynacji wyborczej do Sejmu. W kilkanaście dni później w Warszawie dyskusja ta zakończyła się wydaniem dekretu zwołującego Sejm. To był naturalny kres naszej władzy i naszej twardej służbie Ojczyźnie.

Myślę, że nie mamy czego się wstydzić tych wspomnień. Gdybym drugi raz żył, postąpiłbym tak samo. Mam wstręt do wszystkich dyktatur, które wyłącznie sobie przypisują prawo tłumaczenia woli narodu. Ale podówczas potrzeba było przede wszystkim czynu szybkiego jak ogień i jak kamień twardego. Od tego zależało, czy Polska powstanie, a przynajmniej czy nie będzie od urodzin kaleką… Tym lepiej zaś, że równocześnie mogliśmy dowieść sobie i innym, że lud polski bez niczyjej opieki, protekcji i pomocy mógł rządzić Polską przez parę miesięcy, dając Państwu pierwsze ustawy. Niektóre z nich są przecież po dziś dzień fundamentem naszego prawnego porządku.

Stanisław Thugutt
_______________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w PPS-owskim dzienniku „Robotnik”, 4 grudnia 1927 r. Następnie zamieszczono go w książce Stanisława Thugutta „W obronie parlamentaryzmu”, Wydawnictwo „Demos”, Warszawa – Wilno 1928. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

 

Warto przeczytać także dwa inne teksty Stanisława Thugutta na podobny temat:

•    Co rząd lubelski pozostawił po sobie? [1919]
•    Rząd ludowy w Lublinie – jak powstał i czym był [1928]
•    a także tekst o życiu i działalności Stanisława Thugutta: O Polskę Ludową

Inne teksty o podobnej tematyce:

•    Manifest Tymczasowego Rządu Republiki Polskiej [1918]
•    Lidia Ciołkoszowa: Rewolucyjny charakter rządu ludowego [1948]
•    Adam Próchnik: Powstanie państwa polskiego [1939]
•    Kazimierz Zakrzewski: Państwo ludowe – idea z listopada 1918 r. [1938]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *