Stanisław Thugutt

Rząd ludowy w Lublinie – jak powstał i czym był

[1928]

Rankiem dnia 7 listopada roku 1918 mieszkańcy Lublina dowiedzieli się z odezw, rozklejanych na murach domów, że Polska ma nareszcie swój Rząd. Rząd niezależny od nikogo; Rząd niemianowany przez obcych. Jeszcze kilka dni temu włóczyły się po mieście zbrojne oddziały najeźdźców. Dziś po raz pierwszy od stu kilkudziesięciu lat obywatel polski, czytając te wielkie arkusze z niewiarogodnym tak niedawno jeszcze podpisem – Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej – mógł swobodnie, pełną piersią odetchnąć wolnym powietrzem.

O tej wolności mówiły mu przede wszystkim odezwy, ów pierwszy Manifest Rządu Ludowego. O wolności, o którą przez szereg pokoleń walczyło to wszystko, co było w Polsce najlepsze, najbardziej ofiarne, za którą wybrani synowie Ojczyzny umierali zaszczytną śmiercią bohaterów na słupach szubienic, gnili w lochach więziennych, więdli jak zerwany kwiat na dalekiej obczyźnie. Dziś ta Ojczyzna stawała się żywym ciałem. Można było ją kochać nie obawiając się kary. Słońce, które nad nią wschodziło, oświecało zarówno tych, którzy o Polskę walczyli, jak i tych, którzy wszelką myśl o walce odpychali ze zgrozą od siebie. Należało być jej wiernym, bo kiedy wczoraj miłowanie Polski było przywilejem tylko najlepszych, dziś stawało się obowiązkiem powszechnym.

A ze słów, które się czytało w Manifeście, biła mocna wiara, że to słońce wolności niebawem wszystkich uleczy, podniesie i uszlachetni.

Ale Manifest mówił nie tylko o wolności; mówił także, od pierwszych zaraz słów, o sprawiedliwości społecznej. Wprawdzie nie on pierwszy mówił o tym w Polsce. Za najgorszych, za najciemniejszych czasów niewoli wielcy poeci, politycy o szerszym poglądzie, członkowie demokracji polskiej stwierdzali niejednokrotnie, iż jeśli się chce Polskę na nowo i na trwałe budować, trzeba to uczynić na zdrowych fundamentach, z uwzględnieniem wielkich ideałów nowoczesnych, które usunąć chcą krzywdę społeczną i okiełznać wyzysk, Ale to były tylko marzenia i – powiedzmy to od razu i szczerze – ci ludzie to była tylko mniejszość bezsilna. Dziś po raz pierwszy tak mówił Rząd.

Bez przesady, bez demagogii, ważąc każde słowo i rachując swe siły, ludzie, którzy podpisali ten pierwszy w Polsce program rządowy, zapowiedzieli w nim cały szereg reform, których chcą dokonać na wstępie. I nawet najbardziej nieprzejednany przeciwnik demokracji, czytając te proste i mocne słowa, musiał przyznać, że nie jest to piasek, ciskany tłumom w oczy dla oślepienia ich, nie są to bańki mydlane, puszczane dla czczej i pustej zabawy, ale są to głębokie przekonania ludzi, którzy umieli o nie walczyć i potrafili za nie cierpieć. Nie było chyba człowieka, który by wyobraził sobie, że ci długoletni bojownicy o wolność i sprawiedliwość mogliby dziś mówić inaczej, jeśli się nie chcieli zaprzeć swego sumienia. Nie wątpił też chyba nikt, że za tymi słowami pójdą twarde i mocne czyny, że ci ludzie nowego Rządu, którzy całe życie walczyli z przemocą i okrucieństwem najeźdźców, nie zawahają się, jeśli zajdzie tego potrzeba, stoczyć ostrej walki z polskim ospalstwem i sobkostwem polskich klas posiadających.

Manifest nie żądał zbyt wiele. Kiedy dziś po dziesięciu latach czytamy go spokojnie, ogarnia nas zdumienie, jak można się było oburzać na rzeczy tak proste, na przyznanie ludziom pracy tych najbardziej zasadniczych praw, bez których mogliby wprawdzie pracować, ale na pewno nie byli ludźmi o pełnym prawie do życia. Wiele z tych reform zostało już dokonanych i pogodzili się z nimi najbardziej zacofani wstecznicy. O inne toczy się jeszcze u nas ku szkodzie ludu i ku szkodzie Polski zacięta walka, ale w innych krajach zapomniano już od dawna spierać się o nie i walczyć.

A jednak się oburzano. Wolność strajku i ośmiogodzinny dzień pracy dla robotnika, możność posiadania swojego kawałka ziemi dla drobnego rolnika, wolność stowarzyszania się albo wolność pochodów dla wszystkich, były to sprawy, za samo wspomnienie o których rząd carski karał długimi latami katorgi. Te zwierzęce w swym okrucieństwie kary nie odstraszały działaczy ludowych i robotniczych, ale ci wszyscy, którym te carskie nakazy dopomagały bogacić się z krzywdą ludu pracującego, nie mogli i nie chcieli zrozumieć, że Polska już wyszła z więzienia i że w siedmiomilowych butach musi zacząć doganiać inne szczęśliwsze, od dawna wolne ludy świata.

Toteż, kiedy z jednej strony po zapadłych chałupach wiejskich, po izdebkach robotniczych czytano Manifest Rządu Ludowego z zapartym tchem, ze łzami, które płynęły po zbladłych ze wzruszenia twarzach, kiedy przyjmowano go jak dobrą nowinę, na którą tyle pokoleń w męce czekało, z drugiej strony w Polsce sytej, w Polsce szlacheckiej, bankierskiej i obszarniczej rozległ się od pierwszego dnia syk nienawiści, zorganizował się przeciwko rządom ludowym opór, rozpętała się walka nie gardząca niczym, nie brzydząca się oszczerstwem, przekupstwem i gwałtem. Do dziś dnia nietrudno spotkać panów, którzy umieją o wszystkim mówić uczenie, cicho i słodko, ale którzy na wspomnienie „haniebnego” według nich Rządu Ludowego wstrząsają się, jak gdyby do oczu skoczył im gad.

Nie wiem, czy ta wściekłość, ten wstręt płyną z nadmiernego umiłowania swoich majątków, czy z bladego strachu, jaki ich posiadaczy obleciał w chwili utworzenia się Rządu Ludowego w Lublinie. Próżnym byłoby tracić czas na te jałowe badania, Pożyteczniejszym będzie w dziesiątą rocznicę wielkiego czynu ludowego przypomnieć sobie, w jakich okolicznościach Rząd Ludowy powstał, co on dał Polsce i przed czym ją uratował. To będzie nasz rachunek sumienia i to będzie nasza odpowiedź oszczercom.

***

W chwili wybuchu wojny piękne i rozległe ziemie polskie były po prostu jednym olbrzymim więzieniem.

W największym z zaborów, w zaborze rosyjskim, po zduszeniu szczątków oporu ludzie żyli w ciągłej obawie przed samowolą dzikiego najeźdźcy, zamykali się w sobie, zadowalali się nędznym ochłapem dobrobytu. W zaborze austriackim przy złudnych pozorach jakiej takiej wolności setki tysięcy nędzarzy musiało rokrocznie iść żebrać chleb u obcych. W zaborze pruskim tępiono polskość, jak się tnie i karczuje las. Kiedy na oszalałą ludzkość zwaliła się wojna, niezliczone mnóstwo niewolników polskich zaczęło się wyrzynać wzajemnie, ścieląc się na polach bitew jak pokosy, cięte straszliwą kosą śmierci. Miliony spokojnych pracowników gnano w głąb Rosji jak bydło; ci, co pozostali, marli cichą głodową śmiercią. Krew polska płynęła rzeką, ale imienia Polski nie wolno było nawet w godzinie śmierci wyszeptać.

Tylko garstka legionistów szła z wysoko wzniesionym sztandarem w bój o swoją Ojczyznę. Ale tę garstkę traktowano w najlepszym razie jak szaleńców, niekiedy obrzucano obelgami jak zbrodniarzy; kiedy indziej odpychano po prostu od drzwi, od polskich drzwi. Ci, którzy mieli myśleć i czuwać za kraj, ci u góry, postanowili nie wtrącać się do wojny, niczego nie chcieć, niczego nie żądać.

I wszystko jedno, czy był to szał strachu, czy grzech nierozumu – Polska milczała. W dzień wzięcia Warszawy przez Niemców jeden z hrabiów polskich na zebraniu działaczy politycznych protestował ze szczerym wzburzeniem przeciwko mówieniu o niepodległości Polski, uważał to bowiem za prowokację. W kilka dni potem dwóch późniejszych ministrów Rzeczypospolitej przy układaniu odezwy Komitetu Niepodległościowego nie chciało się zgodzić na wspomnienie o „Szabli Kościuszki”, bo to im brzmiało zbyt ostro, zbyt wojowniczo – i ostatecznie opuścili zebranie. Ludzie o twardych, spracowanych dłoniach, którzy się nie bali ostrych słów, pozbawieni byli wszelkiej niemal organizacji, wyrwanej jak chwast z korzeniem przez wroga. Do serc wielu z nich zresztą przy podtrzymywanej przez najeźdźców ciemnocie Polska jeszcze nie doszła.

Z trudem i powoli zmieniał się ten stan rzeczy na lepsze. Zmęczone straszliwą walką mocarstwa szukające rekruta, szukając chleba dla swoich głodnych obywateli, znalazły nareszcie Polskę. W trzecim roku wojny Niemcy i Austria oświadczyły, iż są gotowe odbudować państwo polskie, nic zresztą nie mówiąc o jego granicach ani o jego stopniu zależności od siebie. We Francji zaczęto pozwalać mówić o Polsce, o jakiejś zresztą całkiem nieokreślonej Polsce. Wszystko to było szyte białymi nićmi; co gorsza nici te rwały się jak pajęczyna.

W kraju nie budowało się żadnej siły, żadnych zaczątków nawet organizacji państwowej, po pierwsze dlatego, że istotnie trudno je było budować wobec oporu okupantów, a po wtóre i co ważniejsze dlatego, że wszystko, co było w Polsce bardziej oświeconego, zamożnego, rwącego się do przodowania, nie chciało o tym słuchać, nie chciało żadnej walki ani żadnego ryzyka.

Ludzie, którzy Polskę brali na serio, którzy nie zadowalali się czytaniem o niej w odezwach, ale chcieliby mieć ją żywą i dotykalną, mieli do wyboru dwie drogi. Albo wziąć broń, którą Niemcy dawali, i zacząć stwarzać początki wojska polskiego, z którym można by w pewnej chwili bronić się od krzywdy, albo zerwać z nimi ostatecznie i stawiać im opór. Oczywiście, nie mogło być na razie mowy o oporze zbrojnym, skoro się żadnej siły nie miało, ale można było bodajby głośno i mocno stwierdzać, że się chce być wolnym, że się nie chce być ofiarą ani gwałtu, ani oszustwa.

Tą drogą poszły Legiony. Nie mogąc otrzymać zapewnienia, że walczą bezpośrednio o swoją Ojczyznę, zeszły z pola, odmówiły złożenia przysięgi mianowanej przez Niemców na żart czy na urągowisko Radzie Regencyjnej, zapełniły wreszcie wraz ze swoim Komendantem Piłsudskim więzienia. Po ich rozproszeniu, po uwięzieniu wielu wybitniejszych działaczy ludowych i robotniczych, w kraju zapanowała cisza cmentarna,

***

Ostatnią próbą demokracji polskiej stworzenia nowego życia czy bodajby ratowania godności były usiłowania namówienia prawicy do obwołania 3 maja r. 1917 Rządu Narodowego. Niczego się nie zapierając z przeszłości, niczego się nie zrzekając na przyszłość, chciała lewica w tym jednym jedynym wypadku naglącej potrzeby stwierdzenia woli narodu polskiego połączyć się ze swoimi przeciwnikami. Być może, iż temu rządowi odjętą byłaby wszelka możność działania; prawdopodobnie zresztą byłby wkrótce aresztowany. Tym niemniej mógłby i powinien był stwierdzić, czego Polska chce, zaznaczyć jej istnienie samem swoim powstaniem. Z fałszywych rachub czy ze strachu prawica odmówiła. Po prostu zresztą była prawdopodobnie zdumiona przede wszystkim, że ludzie z nizin, ludzie z tłumu śmieją sięgać po zaszczyt budowania Polski nie z nakazu, nie za łaskawą namową, ale z własnej mocnej i szczerej decyzji.

Gdzieś na dalekim zachodzie patrzono już na te sprawy inaczej i mądrzej. Ci, którzy kierowali dotychczas państwami, którzy rozpętali wściekłego upiora wojny, przerażeni swoim dziełem i jego następstwami starali się przyciągnąć do życia publicznego jak najszersze warstwy, podzielić się z nimi odpowiedzialnością, zabezpieczyć się w ten sposób od groźnego wybuchu gniewu udręczonego ponad wszelką miarę ludu.

U nas w dalszym ciągu chłopa czy robotnika uważało się co najwyżej za dość śmieszny parawan, za którym ukrywało się swoje sobkostwo. Zdarzało się, niezbyt zresztą często, że w jakiejś instytucji społecznej wciągało się kogoś „z dołu” do Rady czy do Zarządu, ale zwykle traktowano ich tam tak, jak się traktuje niedorostków, którym co najwyżej wolno się przysłuchiwać rozmowie starszych ludzi.

W każdym razie ta nieudana próba była już ostatnią kroplą, która przepełniła miarę. Stało się oczywistym, że nie może być mowy o politycznej współpracy tych, którzy tylko chcą rządzić, z tymi, którzy przede wszystkim chcą walczyć. Czasy się zresztą zmieniały; ziemia pod nogami stawała się coraz bardziej gorąca. Zagadnienia krzywdy społecznej, sprawa nędzy i głodu, zepchnięte w początkach wojny gdzieś w ciemny, daleki kąt, wracały dziś z nieubłaganą siłą z powrotem. Nawet w twardo dawniej rządzonych Niemczech wybuchały zamieszki głodowe, które rząd odpierał coraz bardziej słabnącą ręką, Na wschodzie, w Rosji runął ze złowrogim trzaskiem, z piętnem zasłużonej hańby najsilniejszy tron świata, podpora wszelkiej reakcji – tron carów moskiewskich. Po krótkich miesiącach złudzeń przyszedł tam drugi wybuch – rewolucja bolszewicka, w której zginęła nie tylko bardzo znaczna część dorobku narodu rosyjskiego, ale i wolność, którą dopiero uzyskał. Fale ślepej nienawiści, rozszalałego, wszystko niszczącego gniewu szły z Rosji na cały świat, szły przede wszystkim na Polskę.

Na pozór nic się u nas nie zmieniło. Kraj zniszczony do cna przewalającą się po nim wojną, wzięty w straszliwe kleszcze ucisku rządów wojskowych, wyglądał jak ziemia twardo ubita żołdackimi butami, ziemia, na której nic już nie rośnie. W rzeczywistości, z głębokiego podziemia dochodził coraz wyraźniej głuchy i groźny pomruk rosnącego jak zatamowana woda wzburzenia. Z salonów i z gabinetów nie było go słychać zapewne, ale kto chodził po kraju, kto stykał się z nieszczęsną, nadużytą, zgłodniałą masą, komu szeptano tam nieraz na ucho straszliwe zwierzenia, ten widział, że idzie burza. Było zaś niemal pewne, że przeciwstawić się tej burzy nie potrafiłby nikt z tych, którzy u góry sięgali po władzę nad Polską, którzy potrafili tylko majaczyć o porządku utrzymywanym przez policję i myśleli z pewną trwogą o chwili, kiedy po odejściu najeźdźców zostaną sam na sam z masą.

Nigdy to nadmierne zaufanie do siebie, przy równoczesnym braku wszelkiej siły wewnętrznej, wszelkiej odwagi i wszelkiej zdolności do czynu nie ujawniło się tak jaskrawo, jak w ostatnich miesiącach wojny.

Było już dla wszystkich widoczne, że rzeź świata zbliża się ku końcowi. Państwa pomagające Niemcom waliły się jedne po drugim w proch, nie tylko bez sił do walki, ale bez siły do życia. Same Niemcy po czterech latach nadludzkiego wysiłku chwiały się już na nogach.

Tę właśnie osobliwą chwilę wybrała przodująca prawicy Narodowa Demokracja do rozpoczęcia czynnego w kraju działania.

Po uporczywym paroletnim wzdraganiu się przed każdym czynem, przed każdym wyraźniejszym nawet stanowiskiem przyjęła z rąk okupantów władzę, tworząc Rząd Świerzyńskiego. Wznawiane parokrotnie próby przyciągnięcia do tego rządu lewicy spełzły na niczym, prowadzono je bowiem nieszczerze, poza tym całą istotną władzę prawica chciała zatrzymać dla siebie. Jak zawsze dotychczas lewica miała być tylko parawanem. I to działo się wówczas, kiedy wszystko z dotychczasowego porządku pękało i rozłaziło się, kiedy po miastach tworzyły się rady robotnicze, kiedy komuniści – wtedy nazywający się jeszcze esdekami – występowali coraz śmielej na zewnątrz.

***

Aż nareszcie przyszedł dzień uwolnienia, który był zarazem dniem próby. Złamane doszczętnie Niemcy prosiły o pokój. Zawarto zawieszenie broni na twardych i hańbiących dla nich warunkach. W kraju urzędy okupacyjne zaczęły nareszcie mówić o wyniesieniu się z Polski, o przekazaniu władzy Polakom. Co prawda na razie kończyło się na mówieniu.

Ze strony polskiej prowadzono te rozmowy z okupantami tak, jak gdyby chciano się doczekać, kiedy nareszcie znudzi im się rządzić nami jak stadem baranów i wywozić z kraju wszystko, co tylko dało się wywieźć. W końcu nie było nawet komu tych rozmów prowadzić. Rząd Świerzyńskiego, który nagle zawstydził się, iż przyjął władzę od mianowanej przez Niemców Rady Regencyjnej, wypowiedział jej posłuszeństwo i został nawzajem przez nią przepędzony. Mianowany na jego miejsce rząd urzędników nie miał żadnej powagi i starał się jedynie o to, by go nikt nie widział i nie słyszał. W stolicy nie było władzy, ale po powiatowych miasteczkach zaczęły się tworzyć samodzielne republiki. W miastach i po wsiach organizowały się uzbrojone Straże Obywatelskie, ale w bardziej ciemnych okolicach ludność szła po prostu rąbać las. Od północy jak groźna chmura waliła na Polskę nawała bolszewicka. We Lwowie Ukraińcy siłą zawładnęli miastem.

W tych przerażających warunkach nie wiadomo było, czy Polska na drugi dzień po powstaniu nie rozsypie się w gruzy, nie spłynie krwią w bratobójczej walce, nie okaże się niezdolną do życia.

***

Oto dlaczego stronnictwa ludowe i robotnicze zmuszone były wziąć na siebie wielką odpowiedzialność za stworzenie Pierwszego Rządu Ludowego, Utworzyły go same, bo wielokrotne doświadczenie nauczyło je, że żadne porozumienia i żadna szczera współpraca z prawicą nie są możliwe. Rozmowy, w które by się lewica uwikłała, trwałyby na pewno nieskończenie długo i dałyby niesłychanie mało wyniku. Późniejsze doświadczenia z rządem koalicyjnym w roku 1920 potwierdziły to, dając rząd ciężki, nie mogący dojść z samym sobą do porozumienia, obawiający się każdego kroku śmielszego. Ale jeżeli w r. 1920 trzeba było przede wszystkim stwierdzić, że w stosunku do wroga najeżdżającego nasz kraj Polska jest jedną, w roku 1918 potrzebny był rząd, który by nie tylko Polskę reprezentował, ale który by ku niej pociągał jak największą ilość obywateli i – który by działał. Pociągnąć zaś wielkie masy można było tylko wówczas, kiedy się w nie wpoiło przekonanie, że Polska nie tylko jest wolną, ale od dziś dnia ma być lepiej urządzoną, ma być sprawiedliwszą i bardziej dbałą o potrzeby tych małych ludzi, których się dotychczas uważało bez mała za bydło robocze.

Gdyby Rząd Ludowy nie był powstał w Lublinie, zjawiłby się oczywiście jakiś inny rząd, który by się podjął zbudowania Polski. Być może byłby to rząd urzędniczy, który by przystąpił do rzeczy z wielką znajomością przepisów prawnych i z zamkniętymi szczelnie na wszystko oczami. Może też byłby to nowy rząd zawsze pełnej zaufania do siebie prawicy, który by niebawem doprowadził do tego, że istniałyby dwie Polski wzajemnie sobie nie ufające i wzajemnie się zwalczające.

Prawda, że i Rząd Ludowy Lubelski zarówno, jak i urodzony z niego Rząd Ludowy Warszawski, rozpętały przeciwko sobie burzę nienawiści, zamachów i sabotażu państwa. Ale to było tylko dowodem, że klasy posiadające chciały Polski dla siebie, albo nie chciały jej wcale. Reformy, które zapowiedział Rząd Ludowy w swoim Manifeście, były bardzo umiarkowane. Postępowanie z przeciwnikami było niesłychanie łagodne, być może nazbyt łagodne. Co najważniejsze, Rząd Ludowy zapowiedział w pierwszej zaraz chwili swego powstania, że o losach Polski rozstrzygać będzie Sejm, który będzie niebawem zwołany i na którym Rząd złoży swą władzę. Wszystko to nie tylko nie uspokoiło rozwydrzonych warchołów, ale ich jeszcze bardziej rozzuchwaliło.

Byłoby zapewne lepiej, gdyby Rząd Ludowy, zarówno pierwszy, jak zwłaszcza drugi, przygięły te harde karki trochę mocniej do ziemi. Jeżeli tak się nie stało, były po temu różne powody i przeszkody, o których dziś nie czas jeszcze mówić. W każdym razie dziś już stwierdzić należy, że biorąc władzę, wziął zarazem Rząd Ludowy niesłychanie ciężkie brzemię na siebie.

Gdyby chodziło o interes, daleko zyskowniejszym interesem partyjnym było puścić wówczas do władzy prawicę i obciążać ją odpowiedzialnością za każdy brakujący funt chleba, za nieuniknione na razie bezrobocie, za anarchię i niezadowolenie mas, które by się wzmagały z dnia na dzień.

Ale ten dobry interes partyjny mógł się okazać bardzo złym interesem Polski i dlatego stronnictwa, które chciały od razu budować państwo nowoczesne, państwo oparte nie tylko na sile, ale i na sprawiedliwości, podjęły się same tej pracy, wiedząc, jak ciężką będzie to dla nich ofiarą. Do tworzenia Rządu szło się jak do bitwy, której zwycięstwo było bardzo niepewne.

Otóż jeśli nawet Rząd Lubelski ani podobny do niego Rząd Warszawski nie odniosły całkowitego zwycięstwa, nakreśliły one drogi, którymi demokracja polska iść musi przez długie lata. Gdybyśmy dziś mieli zaczynać na nowo, nie moglibyśmy iść na pewno innymi drogami. Zwłaszcza, że dziś po dziesięciu latach ostrych walk i ciężkiego mozołu położenie ludu pracującego nie zmieniło się w Polsce dużo na lepsze.

Jak dawniej zaprzecza mu się prawa do władzy do istotnej wolności i prawa jedzenia do syta. Rozmaite upiory, które same o sobie mówią, że niedawno były „żywymi trupami”, nie tylko wypełzają dziś na światło dzienne, ale majaczą o powrocie do dawnych, carskich sposobów rządzenia. Co gorsza, w szeregach demokracji powstają coraz częściej wyrwy. Ludzie, którzy posiwieli w walce o wolność, tracą wiarę w siły ludu, odchodzą do jego przeciwników, wypierają się swojej przeszłości.

Czeka nas jeszcze, długa, ciężka walka. Sztandarem w niej, dokoła którego musimy się skupić, muszą być nakazy rzucone Polsce w chwili jej odrodzenia przez Pierwszy Rząd Ludowy.

Stanisław Thugutt

____________________________________

Powyższy tekst to cała broszura, opublikowana przez Komitet Organizacyjny Obchodu 10-lecia Tymczasowego Rządu Ludowego, Warszawa 1928, od tamtej pory nie wznawiana, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *