„Życie Robotnicze”

Tam, gdzie nie dymią kominy…

[1927]

Prywatne i urzędowe doniesienia, pomieszczane w prasie, w przeciągu ostatnich tygodni podawały o znacznej poprawie sytuacji w przemyśle włókienniczym. Do Łodzi i innych ośrodków przemysłu bawełnianego zjeżdżali kupcy zagraniczni pragnący zaopatrzyć się w wyroby polskiego przemysłu tkackiego, napływały zamówienia z Chin, Indii i innych krajów zamorskich. Fabrykanci popodnosili ceny. W warsztatach podjęto gorączkową pracę.

Ten moment ożywienia w przemyśle uznały związki zawodowe za najodpowiedniejszy do wysunięcia w imieniu mas robotniczych żądań ekonomicznych. Jeśli klasa robotnicza w Łodzi godziła się dotychczas na głodowe zarobki, nie pozostające w żadnym słusznym stosunku do wzrastającej drożyzny, to kierowano się względem na mały zbyt towarów i niemożność uzyskania podwyżek. Cierpliwie obywano się zaspakajaniem najskromniejszych, jakie tylko budżet robotniczy wystawić sobie może, potrzeb – w tym przekonaniu, iż zapowiadana stale poprawa sytuacji przemysłu w sensie otwarcia nowych rynków pozwoli również i na poprawę bytu rodzin robotniczych.

Skoro więc teraz fabryki zaczęły pracować na trzy zmiany nawet, jak to miało miejsce w niektórych wypadkach, skoro podniesiono ceny na wyroby, wysunięto ze strony robotników fabrycznych, w imieniu których występowały wszystkie związki zawodowe z najpoważniejszym z nich, klasowym, na czele, żądanie podwyżki płac o 25 proc. Po krótkich pertraktacjach przemysłowcy odrzucili żądania robotnicze, proponując skromne podwyżki dla robotników zarabiających poniżej 5 zł dziennie, chcąc oczywiście w ten sposób rozbić jednolity front, zajęty przez robotników. Rozpoczął się więc strajk, który objął nie tylko fabryki na terenie samej Łodzi, lecz również i zakłady przemysłowe położone w pobliżu polskiego Manchesteru – w Pabianicach, Zduńskiej Woli, Ozorkowie, Tomaszowie Mazowieckim, gdzie zarobki były jeszcze niższe.

Jednocześnie z tym wybuchnie zapewne strajk w miejskich zakładach użyteczności publicznej w Łodzi (teatry, gazownia, elektrownia, tramwaje), ponieważ reakcyjny Magistrat z maniackim uporem nie chce się zgodzić na uwzględnienie postulatów robotniczych.

Wyrusza więc do boju potężna armia, której karne szeregi wyrażają się imponującą cyfrą 150 000 ludzi. Kolos! Kolos, który spokojnie i cierpliwie znosił dotychczas wyzysk, który jednakże teraz nie chce pozwolić na dalsze bezwstydne tuczenie się jego krwawicą.

Może jednak czytelnikowi nie znającemu dokładnie obecnych warunków pracy w przemyśle wydadzą się żądania wysunięte przez łódzkich włókniarzy „demagogią”, stosowaną przez obawiających się utraty wpływów wśród mas działaczy zawodowych, „spekulujących” na „łatwowierności” robotników!?

Rozejrzyjmy się tedy nieco w stosunku, jaki zachodzi pomiędzy wzrostem drożyzny a płacami robotniczymi.

Jeśli za punkt wyjścia obierzemy miesiąc luty 1925 r., to będziemy mogli ustalić wysokość drożyzny i płace na jednym poziomie. Od tego czasu aż do czerwca 1926 r., czyli przez szesnaście miesięcy, płace robotnicze utrzymywały się na tym samym poziomie. W tym samym okresie drożyzna powoli, ale stale podnosiła się, osiągając w czerwcu 1926 r. wzrost o 20% w stosunku do początku 1925 r. Robotnik więc, zarabiając, powiedzmy, 6 zł dziennie, mógł po tych szesnastu miesiącach nabyć nie sześć, dajmy na to, bochenków chleba, a już tylko – pięć.

W grudniu ub. roku wzrost drożyzny w stosunku do naszego punktu wyjścia podniósł się do 40%, podczas gdy płace wzrosły raptem o niecałe 20%.

Czyli gdybyśmy poziom drożyzny i płac określili w lutym 1925 r. na 100, to drożyzna wyraziłaby się w czerwcu 1926 r. cyfrą 120 i w grudniu tegoż roku cyfrą 140, a płace robotnicze moglibyśmy odpowiednio określić cyframi: 100 (luty 1925), 100 (czerwiec 1926), 118 (grudzień 1926).

Są to zestawienia oparte na urzędowych danych. Danych takich za bieżący rok jeszcze nie posiadamy, wiemy natomiast z własnych obserwacji, że wszak drożyzna w tych miesiącach 1927 r., jakie za sobą zostawiliśmy, nie spadła, a płace robotnicze nie wzrosły.

W tych więc warunkach strajk łódzki jest niczym innym jak tylko upominaniem się o taką zapłatę za sprzedawaną pracę, która nie pozwoliłaby na głodowanie. Gdy w wielkim strajku górników angielskich wysuwane były niektóre żądania odnoszące się również do przebudowy ustroju społecznego, to robotnicy polscy walczą teraz tylko o minimum egzystencji.

Strajk łódzki otworzył wielki wrzód, którym był prowadzący w prostej linii do komunizmu haniebny wyzysk ciężkiej pracy proletariusza łódzkiego. Wyzysk ten polegał nie tylko na wypłacaniu mizernych zarobków, zasadzał się on również na cynicznym lekceważeniu, zagwarantowanych przez ustawy, praw robotników do odpoczynku. Łamano najbezwstydniej ustawę o ośmiogodzinnym dniu pracy, którego w ogóle, jak się okazuje, w Łodzi nie było. Jak świadczą cyfry zebrane przez p. Krahelską w jej książeczce pt. „Łódzki przemysł włókienniczy wobec ustawodawstwa pracy”, w drugiej połowie września ub. r. w ciągu kilku dni spisano w łódzkich fabrykach aż 28 protokołów z powodu nieprzestrzegania ustaw ochronnych. Z tego trzy protokoły stwierdzają przedłużenie zmiany do 10 i 10 i ½ godziny, dwa – do 11, dwadzieścia – do 12, jeden – do 13 i dwa protokoły aż do 16 godzin. A więc szesnastogodzinny dzień pracy, zupełnie jak w pierwszej połowie XIX stulecia!

Wybiedzony robotnik, doprowadzany do skrajnej nędzy rosnącą drożyzną i niskimi zarobkami, godził się na te murzyńskie warunki pracy, gnąc coraz niżej głowę w jarzmie.

Obecny strajk jest aż nadto jaskrawym dowodem, że nie można bezkarnie i bez końca grasować na nędzy robotniczej, rozprawiając jednocześnie szeroko o ciężkich warunkach, w jakich się znajduje przemysł.

Podziwiać zaiste należy z jednej strony anielską cierpliwość łódzkich robotników, a z drugiej – graniczący z ohydą bezwstyd przemysłowców, którzy, posiadając najtańszego nie tylko już w Europie, ale nawet w Polsce (bo płace w przemyśle tkackim były najniższe) robotnika, śmieli utyskiwać na ciężkie rzekomo warunki przemysłu. Dzięki taniej robociźnie pracowali z dużymi zyskami, przez głowę im jednak nie przeszło, by zyski te przeznaczyć na ulepszenia techniczne, które pozwoliłyby na potanienie produkcji i podwyżkę płac bez żadnej straty dla dochodów, jakie fabryki dawały.

W swej walce o prawo do życia imponująca zarówno liczbą, jak i spokojem, z tej liczby płynącym, wielka armia proletariuszy łódzkich cieszyć się będzie żywą sympatią i poparciem wszystkich ludzi pracy w Polsce, którzy słać będą tam, gdzie kominy nie dymią, ku Łodzi, słowa otuchy i zachęty wytrwania w rozpoczętym boju.

W. K.

_____________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Życie Robotnicze” nr 11/1927, 13 marca 1927 r. Był to lewicowy tygodnik, początkowo wydawany przez radomskie środowisko PPS, a później przez Radę Związków Zawodowych miasta Radomia, zrzeszającą związki należące do lewicowej Komisji Centralnej Związków Zawodowych. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Jeden komentarz nt. “Tam, gdzie nie dymią kominy…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *