Paweł Lew Marek

Narodziny Związkowej Spółdzielni Mieszkaniowej w Krakowie

Kraków wyszedł z wojny niezniszczony. Mimo to od pierwszych dni po wyzwoleniu do Okręgowej Komisji Związków Zawodowych najwięcej ludzi zgłaszało się w sprawach mieszkaniowych. Wojna napędziła do Krakowa ludzi prawie z całej Polski. Opuszczone przez Niemców i volksdeutschów mieszkania zostały szybko zaludnione przez bardziej zapobiegliwych przybyszów. Z chwilą gdy zaczęła działać Komisja Lokalowa, substancja mieszkaniowa stojąca do jej dyspozycji była już bardzo szczupła. I tu robotnicy mieszkający w ciężkich warunkach byli zwykle ostatni w kolejce. Zrodziło się nawet piękne hasło: „robotnicy do śródmieścia”, lecz nie zmieniło ono pracy Komisji Lokalowej. Związki zawodowe musiały więc energicznie zająć się potrzebami mieszkaniowymi robotników. Z własnej praktyki wiem, że łatwiej było wykonać polecone zadanie przy organizowaniu dostaw prądu dla Krakowa niż podjąć obronę słusznej sprawy mieszkaniowej robotnika.

Sprawy mieszkaniowe należały do wydziału ekonomicznego związku zawodowego, w którym wówczas działałem. Z Komisji Lokalowej trafiły do mnie wszystkie sprawy niezałatwione przez delegatów związkowych. Dla interesantów stały drzwi ZZ otworem o każdej porze dnia. W Wydziale Ekonomicznym zbiegały się różne problemy: zaopatrzenia, uruchomienia i uspołecznienia zakładów pracy. Wracając z terenu województwa, chociaż godzina była późna, przyjeżdżaliśmy do siedziby związku, gdyż czekali tam na nas interesanci. Czekali, wiedzieli że wstąpimy. Przeważnie przychodzili do nas ludzie w sprawach mieszkaniowych.

Nie tu miejsce, aby przytaczać różne anegdoty zrodzone na tle ówczesnej działalności mieszkaniowej związków. Jedną jednak opowiem. Było to w lutym 1946 roku. Odwiozłem żonę do szpitala i wróciłem do pracy skończyć swoje zajęcia. Była ósma wieczór, na schodach siedziała rodzina robotnicza z Podgórza, która została eksmitowana, bo zajęła własnowolnie mieszkanie. Nie chcieli się z powrotem wprowadzać do swego ciasnego i wilgotnego mieszkania. Prosiłem, aby poczekali do jutra, bo o tej porze nie znajdą nikogo w Komisji Lokalowej. Zgodzili się pod warunkiem, że razem z nimi przenocuję. Zgodziłem się i ruszyliśmy do Podgórza. Podczas tej bezsennej nocy doszedłem do wniosku, że jeżeli związki zawodowe nie wezmą się za budownictwo, sprawa mieszkaniowa dla robotników nie ruszy naprzód. Nazajutrz podczas konfliktu z zastępcą kierownika Komisji Lokalowej w sprawie tych wyeksmitowanych, zawołałem w uniesieniu: „Będziemy budowali w Krakowie nowe domy”. I tak zrodziła się inicjatywa zorganizowania Związkowej Spółdzielni Mieszkaniowej. Z początku byłem przerażony tą myślą. Nie dlatego, że nie potrafię zadania zrealizować, ile obawiając się niewiary, a nawet ironii, z którą się spotkam stawiając tę sprawę na prezydium Okręgowej Komisji Związków Zawodowych. Był to przecież okres bogaty w pomysły, które niestety często pozostawały w sferze życzeń. Nie miałem odwagi zgłosić tej sprawy na porządek dzienny. Pierwsze sondaże wśród jego członków i wśród przewodniczących innych Związków nie wypadały zachęcająco.

W Krakowie (do którego przyjechałem po upadku Powstania Warszawskiego) jeszcze w czasie okupacji poznałem w pracy konspiracyjnej Tadeusza Pieprznika. Później współpracowałem z nim po wyzwoleniu na terenie Krakowa, przy organizowaniu spółdzielczości pracy, która odegrała w pierwszych powojennych latach znaczną rolę w zaopatrzeniu miasta w żywność i produkty przemysłowe.

Tadeuszowi Pieprznikowi jako pierwszemu zwierzyłem się z myśli założenia Związkowej Spółdzielni Mieszkaniowej (nazwa taka już pozostała). Tadeusz zachwycił się tą propozycją i jeszcze dziś brzmią mi w uszach jego słowa „ja ci pomogę”. Było nas już dwóch. Była więc idea, był już człowiek, z którym można było mówić o tych sprawach. Nasuwała się myśl: jakimi środkami? Następnie gdzie, kto będzie budował i oczywiście skąd wziąć ludzi, którzy chcieliby bezinteresownie kierować tym dużym i odpowiedzialnym dziełem. Rok pobytu w Krakowie pozwolił poznać mi ludzi z różnych środowisk. Znali mnie dobrze robotnicy w fabrykach, miałem znajomości na wyższych uczelniach, w spółdzielczości pracy, wreszcie w magistracie i radzie narodowej. Ludzi tych trzeba było jednak przekonać do spółdzielczości mieszkaniowej, bo miałem nieodparte wrażenie, że dla części partyjnych i związkowych elit prawo do posiadania przez robotników godnych warunków mieszkaniowych było czymś nie do zaakceptowania.

Na wiosnę jechałem do Jaworzna ze Stanisławem Kowalczykiem z OKZZ. Przez całą drogę opowiadałem mu o sprawach mieszkaniowych. Kowalczyk słuchał, twarz zrobiła mu się, jak zwykle w takich wypadkach coraz bardziej zatroskana i nagle powiedział: „Dobra, przekonałeś mnie, od tego powinniśmy być”. Ja to zrozumiałem na swój sposób: „Więc budujemy nowe domy”! I nim zdołał coś powiedzieć, wyłożyłem mu całą ideę Związkowej Spółdzielni Mieszkaniowej. Kowalczyk nim dojechaliśmy do Jaworzna, powiedział: „Ja ci pomogę, postaw sprawę publicznie, niech inni działacze związkowi pokażą, czy są altruistami, czy są w ZZ dla własnych korzyści”. Wymieniam nazwiska tylko tych ludzi, którzy pomagali. Natomiast pozostaną anonimowi ci, którzy byli zdania, że zajmowanie się budownictwem mieszkaniowym nie jest sprawą związków zawodowych, bądź też uważali że robotnicy nie zasługują na nie i z chęcią podkładali nogę pod ideę spółdzielni. Z czasem, gdy zarysowały się kontury pierwszych bloków, ci sami stali się najgorliwszymi rzecznikami ZSM.

Nim jednak postawiłem sprawę spółdzielni na posiedzeniu prezydium OKZZ, poszedłem jeszcze na rozmowę z moim towarzyszem z syndykalistycznej konspiracji, dr. Bolesławem Steinem. Był on dyrektorem szpitala Bonifratrów, a jednocześnie działał w związku zawodowym służby zdrowia. Pierwsze jego pytania brzmiały: „masz plan realizacji tego przedsięwzięcia? Czy sam się tym zajmujesz?”. Przegadaliśmy kilka godzin. Przy pożegnaniu przyrzekł mi pomóc w miarę swoich możliwości. Ale najważniejsze, zachęcał mnie do startu.

Zacząłem więc pracować nad planem. Najpierw trzeba było odpowiedzieć na pytanie, skąd wziąć środki finansowe na to budownictwo. Pomyślałem: problemy rozwiążą udziały dołów związkowych! Wynik wstępnego obliczenia nie był imponujący. W rachubę musiały następnie wejść udziały członków i wkłady mieszkaniowe. Ludzie mało zarabiali, sumy te nie mogły być wielkie. Więc wysunąłem hasło, że każdy, bez różnicy, czy ma czy nie ma mieszkania, powinien stać się członkiem ZSM. Dlaczego miałoby w Krakowie nie być 10 tysięcy członków ZSM? Było to co prawda niezgodne z założeniami statutowymi dla spółdzielni mieszkaniowych, ale uzasadniałem, że ten kto ma mieszkanie, ma obowiązek myślenia o tych, co nie mają. Pojechałem do zakładu Zieleniewskiego. Władysław Gwiżdż – przewodniczący rady zakładowej – długo przysłuchiwał się moim wywodom. Po zadaniu konkretnego pytania, na ile mieszkań mógłby liczyć Zieleniewski, przyrzekł „wyjście z tą sprawą do załogi”. Podczas rozmowy z Gwiżdżem wpadł mi pomysł, że do „aktywów środków” można też zaliczyć pracę społeczną przy budowie (wykopy pod fundamenty, wywóz gruzu, podawanie cegieł i inne).

W maju 1946 r., gdy miałem już dopracowaną całą ideę Związkowej Spółdzielni Mieszkaniowej, pojawiłem się na posiedzeniu prezydium OKZZ w Krakowie. Referując to zagadnienie widziałem na niektórych twarzach ironiczne uśmiechy, ale dla odmiany usłyszałem też kilka pochlebnych uwag. Przedłożyłem wstępny budżet, składający się z udziałów indywidualnych, instytucji, wkładów członkowskich, patronatów związkowych oraz pracy w czynie społecznym. Po rozpoczęciu robót mogłem też liczyć na kredyt bankowy. Pomimo pewnych oporów wniosek o powołanie ZSM został przyjęty z zastrzeżeniem, że muszę to uzgodnić z komitetami wojewódzkimi PPR i PPS. O tym zupełnie nie pomyślałem. Pomimo pewnych obaw okazało się że w komitecie PPR nie byli zainteresowani sprawą, a w PPS-ie usłyszałem: „Niech związki pokażą, co potrafią”.

Któregoś dnia spotkałem Władysława Dzierwę. On to przypomniał najprostszą formę świadczenia na rzecz ZSM. Mam na myśli cegiełki. Uzgodniliśmy, że trzeba będzie wydać „cegiełki” od 10 do 200 zł. Była to przecież tradycyjna forma w ruchu robotniczym, stosowana przy budowach „domów robotniczych”. Można powiedzieć, że z dnia na dzień przybywało ZSM sojuszników, którzy wykazywali dużo inicjatywy. Wizja budowy nowych domów, z mojej perspektywy miała w sobie coś porywającego…

Kiedyś padło pytanie: „A gdzie chcecie budować?”. Pytanie zaskoczyło mnie. Mój rozmówca zasugerował, aby stworzyć osiedle na peryferiach miasta, bo robotnicze domy będą się kłóciły z inteligenckim etosem miasta. Broniłem się przed wyjściem z budową poza miasto. Ze względów propagandowych musimy zacząć budowę w centrum miasta, aby była ona codziennie widoczna dla wszystkich.

Odszukałem Henryka Ziffera i opowiedziałem mu, że sprawa lokalizacji jest pilna. Wybraliśmy się do naczelnika Wydziału Architektury – inżyniera Boratyńskiego, który słyszał już o naszych zamiarach. Kiedy przedstawiliśmy mi, że środki są, przychylniej spojrzał na naszą sprawę. Po zbadaniu planu Krakowa zaproponował nam Grzegórzki. Ale w miejscu, gdzie powinny stanąć pierwsze bloki znajdowała się „Tandeta”.

Jakiś czas później zwołałem zebranie prezydium OKZZ, aby przedstawić plan rozwoju ZSM. Mogliśmy już odpowiedzieć na najbardziej istotne pytania, a mianowicie: jakimi środkami dysponować będzie spółdzielnia, co chce budować, gdzie i dla kogo. W pierwszym roku chcielibyśmy zbudować 2 bloki – 65 mieszkań, a później co rok o jeden blok więcej. Ustaliliśmy, że rada nadzorcza będzie wybrana demokratycznie spośród członków spółdzielni i przedstawicieli związków zawodowych, które nas wsparły. Przedstawiliśmy zebranym komisję organizacyjną, na tym zebraniu padło też przyrzeczenie, że zarówno rada nadzorcza, jak i zarząd będą pracowały honorowo, by nie obciążać finansów ZSM. Znowu pojawiły się ironiczne uśmiechy, ale na to byłem już uodporniony. Postanowiliśmy też zwołać w ciągu miesiąca zebranie założycielskie, na którym wybrane zostaną władze ZSM i uchwalony będzie statut, aby spółdzielnia mogła występować formalnie do władz no i… otworzyć własne konto bankowe.

Zdawaliśmy sobie sprawę, że z chwilą rozpoczęcia budowy nieodzowny będzie etatowy kierownik budowy, który sprawnie pokierowałby wszystkimi pracami. Zastanawialiśmy się nad doborem kandydatów. Musiał to być człowiek energiczny, zdolny organizator z nastawieniem społecznym. Zgłaszało się wielu kandydatów, ale nie mogliśmy się na żadnego zdecydować. Wówczas to Henryk Ziffer zaproponował swojego znajomego Mariana Puzio. Zaprosiliśmy go na rozmowę i dogadaliśmy się, że z początku będzie na półetacie załatwiał najpilniejsze sprawy biurowe związane z powstaniem spółdzielni.

I tak doszliśmy do zebrania założycielskiego. Była to już właściwie tylko formalność. Przybyli przedstawiciele Związku Rewizyjnego Spółdzielczości. Przedstawiliśmy jeszcze raz plan rozwoju ZSM. Dyskusja ograniczała się do deklaracji pomocy i do wyboru Rady Nadzorczej. Przy ukonstytuowaniu się Rada Nadzorcza wybrała mnie przewodniczącym. Później wybraliśmy Zarząd w osobach: Henryk Ziffer, Jerzy Treutler i Marian Tomczyk.

Po załatwieniu wspomnianych formalności nastąpił jakby zastój, dopływ funduszów z udziałów był dość słaby. Potrzebny był pierwszy milion, aby kontrahenci, projektanci, przedsiębiorstwa budowlane, Rada Narodowa chciały z nami wiążąco pertraktować. Każdą wolną chwilę spędzałem w spółdzielniach i fabrykach na i popularyzowaniu idei ZSM.

Władysław Gwiżdż nie zawiódł – mężowie zaufania przeprowadzili rozmowy z robotnikami i cała załoga Zieleniewskiego, ponad 1000 osób, przystąpiła do ZSM jako udziałowcy, z tym że 1000-złotowy udział mieli spłacać po 100 złotych miesięcznie. Był już pierwszy milion. Wpłynęły też udziały z innych związków zawodowych i spółdzielni pracy, a Związek Zawodowy Drukarzy podjął się wydrukowania cegiełek. Władysław Dzierwa okazał się nieocenionym w rozprowadzaniu tych cegiełek. Chyba nie było osoby, która by nie kupiła od niego takiej cegiełki.

Do bardzo oddanych działaczy ZSM należał od pierwszej chwili Stefan Bartik. Był nie tylko jej propagatorem, ale rozprowadzał osobiście cegiełki na duże sumy. Był też bardzo aktywny przy przeniesieniu „Tandety” z Grzegórzek. W miarę napływu środków finansowych aktywizował się też Zarząd. Byliśmy zgodni co do tego, że mieszkania powinny być funkcjonalne, kilkuizbowe, mimo ograniczających norm, aby po 50 latach też były wygodne.

Nie można jednak było przystąpić do projektowania bez lokalizacji. A ledwo dotarła na „Tandetę” wiadomość o naszych zamiarach, już zgłaszały się różne delegacje handlarzy z „Tandety”, to z prośbami, to z groźbami!

Obiecano nam też pomoc w Centrali Spółdzielczości Mieszkaniowej. ZSM otrzymała kredyt bankowy. Stanęło zadanie zorganizowania w ramach akcji społecznej ekipy do wykopania fundamentów oraz zdobycia transportu do wywiezienia ziemi. Zacząłem od czołowego aktywu związkowego. Miało zgłosić się 80 osób, zgłosiło się więcej. I tak powoli zbliżaliśmy się do położenia kamienia węgielnego.

W dniu wmurowania kamienia węgielnego plac budowy był pełen ludzi. 10 minut przed rozpoczęciem uroczystości przybiegł Władysław Wasilewski z pięknie wykaligrafowanym tekstem aktu erekcyjnego na pergaminie. Przypadł mi zaszczyt włożenia aktu położenia kamienia węgielnego. Przemówienie wygłosił Stanisław Szwalbe z PPS-u, który nas wspierał w naszych działaniach. Marian Puzio przygotował lampkę wina dla budowlanych.

Odtąd byłem częstym gościem na budowie. Budowlani pracowali nie tylko dobrze, ale z sercem, wszystko wg harmonogramu. Na tok pracy nie wpływał ujemnie fakt, że znajdowaliśmy się często w opałach finansowych.

W obydwu blokach wyrastały już pierwsze piętra, na terenie budowy pojawiła się stolarka. Wszystkim, którzy pojawiali się na budowie imponowała społeczna inicjatywa towarzysząca temu dziełu. W ten sposób pomału zbliżaliśmy się do „wiechy”.

Dwa miesiące przed zakończeniem budowy omawialiśmy pierwszy raz na posiedzeniu Rady Nadzorczej sprawę przydziału mieszkań. W przenośni można by powiedzieć, że lżej było budować bloki, niż dokonać rozdziału mieszkań. Dotychczas panował w biurze ZSM względny spokój, ale z chwilą podania wiadomości o rozdziale mieszkań, drzwi biura prawie się nie zamykały.

Zwołaliśmy walne zebranie do zatwierdzenia rozdziału mieszkań. Zgodnie z zapowiedzią budowlańców za 2 tygodnie miały być wręczane klucze. Później minął prawie cały rok zmarnowany na starania o kontynuowanie dalszej budowy. ZOR wszedł na nasze tereny. ZSM skazana została na bezczynność, podobnie jak Warszawska SM i inne spółdzielnie mieszkaniowe w całym kraju.

Może opuściłem pewne epizody lub pominąłem niektórych towarzyszy, którzy pomagali ZSM. Uszły mi niestety z pamięci niektóre fakty i nazwiska ludzi, którzy rozprowadzali „cegiełki”, werbowali członków. Było ich wielu. Byli to ludzie, którzy wnieśli duży wkład w dzieło budownictwa spółdzielczego.

Paweł Lew Marek
______________________
Powyższy tekst Pawła Lwa Marka nie był dotychczas publikowany w takiej wersji. Powstał prawdopodobnie po roku 1968, gdy autor spisywał wspomnienia. Zachował się w zbiorach po autorze, które otrzymał i udostępnił z nich powyższy tekst Michał Przyborowski. Skrócona i złagodzona lub ocenzurowana wersja tekstu została opublikowana w roku 1971 r. z okazji 25-lecia spółdzielni opisanej w tekście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *