Adam Pawełek

Mowa oskarżająca w procesie o katastrofę na kopalni „Reden”, wygłoszona w dniu 24 maja 1924 r. w Sądzie Okręgowym w Sosnowcu

Wysoki Sądzie!

Rok i osiem miesięcy upłynęło w dniu rozpoczęcia tej sprawy od chwili kiedy Zagłębie Dąbrowskie, a z nim cały kraj został do głębi wstrząśnięty straszną wiadomością o katastrofie na kopalni „Reden”. Któż z nas bliskich sąsiadów nie odczuwał tego silnego wrażenia, które wywoływały nadchodzące wieści o szczegółach tego nieszczęścia? Od chwili, gdy wczesnym rankiem dnia 21 września 1923 r. rozległ się przeraźliwy jęk syreny kopalnianej, długo i przejmująco wzywający o pomoc, kiedy gęsty a czarny słup dymu gryzącego wydobywał się z czeluści głównego szybu redenowskiego, nad którym wyczekiwały żony i dzieci górników, którzy wczoraj na  trzecią zjechali zmianę w otchłań kopalni. Okropne wrażenie potęgowało się z chwili na chwilę, nikt bowiem  długo nie zdawał sobie sprawy z rozmiarów katastrofy. Kto był uczestnikiem masowego pogrzebu ofiar, kto widział ten smutny korowód złożony z 27 trumien, wychodzący ze szkoły górniczej w Dąbrowie, za którym ciągnął długi szereg zrozpaczonych wdów i sierot, i tych ich towarzyszy górników, którzy sami cudem uszli śmierci, ten rozumiał, że stało się coś, co obchodzi nie tylko rodziny, nie tylko górników i kopalnię „Reden”, nie tylko całe Zagłębie, ale coś, co ciężarem odpowiedzialności spadło na całe społeczeństwo. Hołd ofiarom złożył reprezentant prezydenta ministrów i województwa, oficjalny udział wzięli w pogrzebie reprezentanci wszystkich miejscowych władz rządowych, samorządowych oraz reprezentanci instytucji społecznych; żałoba spowodowała, że w dniu pogrzebu stanęły w uroczystym milczeniu wszystkie kopalnie i fabryki. Obradujący podówczas Sejm jednogłośnie przyjął nagłość wniosku posłów robotniczych domagających się natychmiastowego zbadania przyczyn katastrofy i ukarania winnych oraz zabezpieczenia losu pozostałych rodzin. Brzemię nieszczęścia było tak wielkie, że spadało swym ciężarem na cały kraj, wielkość jego w przyczynach i skutkach tak straszna, że musiało się zmobilizować zbiorowe sumienie społeczeństwa, które dotąd nie wiedziało wcale, w jakich warunkach pracują polscy górnicy. I dlatego ta trzydniowa rozprawa sądowa, oprócz swojego charakteru wymiaru sprawiedliwości, ma ten głęboki podkład społeczny i dlatego słusznie powiedział p. prokurator, że gdyby można wysokością kary wymierzyć rozmiary winy i klęski, to nie można by w tym artykule, z którego odpowiadają oskarżeni, znaleźć odpowiedniej kary.

Występuję w tym procesie w imieniu wdów po zmarłych górnikach i moim zadaniem będzie ustalić z jednej strony kto i co spowodowało katastrofę, zaś z drugiej wyświetlić stanowisko górników polskich wobec kapitału francuskiego na kopalni „Reden” oraz stanowisko tychże pracodawców wobec robotników.

Ponury obraz tego, co dnia 20 września 1923 r. rozegrało się dwieście metrów pod ziemią na dnie kopalni, jest następujący:  o godz. 16.30 górnik Sobieraj pracujący na 6 chodniku IV pochylni wystrzelił dwie dziury miedziankitem; zaraz po wystrzeleniu z wystrzelonych otworów zaczął się wydobywać dym, który Sobierajowi przeszkadzał w dalszej pracy; gdy zaś zjawisko to za długo trwało i gdy dym dawał odczuwać jakąś ostrość, po dwóch godzinach niepewności sztygar Adolf zbadał przyczynę powstania dymu, za którym krył się zdradliwy płomień. Okazało się, że Sobieraj natrafił na pustą komorę, która niedostatecznie zamulona wypełniona była gazami, te zaś w zetknięciu się z wybuchającym miedziankitem zapaliły się. Sztygar Adolf wydał natychmiast zarządzenia: oto zawiadamia Zarząd kopalni, usuwa robotników z sąsiednich chodników i umieszcza ich na chodniku 7, najbliższym wentylacji, każe znosić fele, gwoździe i płótno celem stawiania tam, wreszcie wysyła ludzi po aparaty ratownicze, przede wszystkim zaś zasypuje wystrzelone otwory piaskiem i ziemią. Jak stwierdzają wszyscy rzeczoznawcy, zarządzenia Adolfa były ze wszystkich zarządzeń, jakie wydano w ciągu całego czasu, najrozumniejsze i najbardziej celowe.

Stan taki trwa do godziny 21. Do tego czasu nikt się z Zarządu nie interesuje tym, co zaszło, chociaż o godz. 19 wysłano po aparaty na powierzchnię, chociaż zjawisko było pierwszym na „Redenie”, nikt o niczym nie chce wiedzieć. Okazuje się, że zawiadowca inż. Zbyszewski jest nieobecny i do godziny 23 nie można go nigdzie odnaleźć, zastępcy zawiadowcy inż. Skrebowskiego również nie widać, nadsztygar Roguski jest od południa na urlopie. Dopiero o godz. 21 zdołano ściągnąć nadsztygara Roguskiego, gdy zaś o g. 22 znalazł się nareszcie na dole inż. Skrebowski z naczelnym inżynierem Janotą, Roguski przedstawił im swój plan działania, który też oni zaakceptowali. Kierownictwo akcją ujął teraz w swoje ręce Roguski, zaś Skrebowski patrzał jakiś czas na ogień, wreszcie po chwili odszedł i przy pożarze do końca się nie pokazał. Wszyscy biegli stwierdzili, że każde zarządzenie, które wydaje Roguski, jest nie tylko błędnym, ale powiększa ogień i przyśpiesza katastrofę. O godzinie 22 stan już był groźny i, jak świadkowie Grzesikowski i Kuzior stwierdzili, szybem głównym wydobywał się już tak silny dym, że trzecia zmiana górników i dozorcy wahali się, czy mają zjeżdżać na dół. Wtedy Roguski wydaje zarządzenia, aby ludzie zjechali na zwykłe roboty. Po zjeździe trzeciej zmiany formuje on dwie drużyny ratownicze z ludzi, którzy przeważnie z akcją gaszenia ognia byli zupełnie nieobeznani; wśród nich znajdują się nawet dwaj 17-letni chłopcy – Wojciechowski i Gutmański. Kazano tym drużynom przystąpić do ratowania kopalni. W jakichże warunkach odbywa się ta robota? Oto wbrew wszelkim elementarnym zasadom techniki Roguski każe rozkopać ogień, potem dopiero szuka wody i każe ogień gasić wiaderkami, bo wężów nie było pod ręką, wreszcie stawia tamy w miejscach zupełnie źle wybranych, niedostosowanych do sposobu opowietrzenia kopalni „Reden”, zapomina usunąć ludzi z miejsc zagrożonych, wreszcie ludziom nie zajętym przy ogniu każe najspokojniej pracować na drugim polu koło wydobywania węgla. Górnicy bez szemrania, nie ociągając się, słuchają tych nierozumnych rozkazów, nie przeczuwając, że szykują sobie śmierć. Wreszcie znajduje się i zawiadowca Zbyszewski. Gdzie był przez cały czas poza kopalnią, co robił wtedy kiedy go szukano? Nie wiem. Inż. Zbyszewski odmówił do samego końca rozprawy swoich zeznań. Ale wiemy, że gdy już został poinformowany o wszystkim, zamiast zjechać natychmiast na dół, sprawdzić to co słyszał i nakreślić sobie plan działania, zamiast objąć, jak to było jego obowiązkiem, całą akcję ratowniczą w swoje ręce, zwleka, ociąga się, idzie do hali maszyn, idzie się przebrać i dużo czasu niepotrzebnie traci, zanim zjeżdża na dół, dostaje się tam bowiem koło godz. 24. Sprawdziwszy wreszcie stan rzeczy na miejscu, bez żadnej znajomości rzeczy akceptuje nieszczęsne zarządzenia Roguskiego, nie podejmuje się swoich obowiązków kierowania akcją gaszenia ognia, pozostawia ją w rękach Roguskiego. Od tego momentu wszystko dalsze zbliża katastrofę. Przychodzi sztygar Pronobis, aby zalewać buzujący już szeroko ogień wodą z węża pożarniczego, który ma zastąpić dotychczasowe wiaderka. Po chwili użycia stary wąż pęka, trzeba go reperować, tymczasem zaś uciec się znowu do kubełków. Obraz tego, co się działo w głębinach kopalni w ostatniej chwili poprzedzającej nieszczęście, przejąć musi grozą każdego, kto przysłuchiwał się zeznaniom dwóch uratowanych górników. Oto w ciasnym chodniku stłoczono czterdziestu ludzi i ludzie ci stoją w atmosferze gazów, twarzą w twarz z ogniem, bez masek, które by ich chroniły, wbrew wszelkiej logice zalewają na rozkaz ogień, po to, aby wywołać wybuch gazów, z których jedne ich duszą, drugie zaś spalają. I gdy około 1.30 w nocy rozległ się alarm, uciekać, „gazy na rurowym”, górnicy w szalonej panice rzucają się do ucieczki, zaś fatalizm nieszczęścia popycha ich właśnie na rurowy, zostają obręczą gazów ściśnięci z obu stron w ciasnym korytarzu kopalnianym, wpadają wprost w oblicze śmierci. W tych czarnych podziemnych Termopilach kopalni „Reden” poległ Pronobis i 36 jego towarzyszy górników. Gdy w krótki czas potem zdołano dotrzeć do ognia, gdy dymy opadły, oczom żyjących ukazał się okropny widok. Trupy – jak opisuje akt oskarżenia – leżały twarzą do podstawy chodnika, niektórzy mieli ręce przy ustach i nosie, jakby chcieli się zasłonić przed gazami, inni trzymali się szpał, jakby walczyli o pierwszeństwo w ucieczce; popalona skóra, twarze impregnowane koksem i osmolone. Ale rozmiary katastrofy nie kończą się na tym. Bowiem ze źródła rozchodzą się gazy i na dalsze pole wschodnie, gdzie reszta górników z trzeciej zmiany, niepomna śmierci grożącej, pracuje z rozkazu Roguskiego nad wyrobiskiem i ładowaniem węgla, który z zamówienia w 40 wagonach miał odejść do Wiednia. I z tych ludzi musiano wynieść 40 górników zaczadzonych do szpitala, gdzie ich wyratowano na szczęście od śmierci.

Ukażę wreszcie ostatni obraz. Oto na podszybiu, które już od godz. 22 było zadymione, stoją w czadach sygnaliści, stoją bez respiratorów i pełnią tę niebezpieczną służbę jak żołnierze na warcie; co chwila trzeba ich zmieniać i wynosić, bo są zaczadzeni. O godzinie 1-2 w nocy pełni też służbę sygnalista Banasik. Inżynier Skrebowski przechodzi koło niego, widzi w jakim stanie się znajduje, radzi mu opuścić to miejsce. Banasik odpowiada, że tego uczynić mu nie wolno; nie zwrócono uwagi, że jest on bez respiratora; wreszcie zaczadzonego wynoszą go po spełnieniu służby, ale już na marach. Sygnalista Banasik padł jak żołnierz, nie opuszczając do końca swojego posterunku.

Oto jest obraz wypadków w nocy z 20 na 21 września 1923 r. na kopalni „Reden”, własnością kapitału francuskiego będącej, gdzie pracuje kilkuset polskich robotników, obraz szkicowany węglem, ogniem i śmiertelnym potem polskiego robotnika, owiany trującymi gazami.

Przejdę teraz z kolei do omówienia wyników ekspertyzy, którą podzielić muszę na trzy grupy. Pierwszą z nich stanowią profesorowie Akademii Górniczej Czeczot i Skoczylas, drugą naczelnik Urzędu Górniczego w Królewskiej Hucie, starszy radca górniczy inż. Buzek, trzecią powołani na prośbę zawiadowcy Zbyszewskiego i z jego wyboru inżynierowie Swirtun, dyrektor Huty Bankowej oraz pp. Raźniewski i Wojewódzki.

Pierwszeństwo oddać muszę inż. Buzkowi; stwierdził on wyraźnie, że ofiary w ludziach spowodowane zostały nieudolną akcją ratunkową, pozbawioną fachowego kierownictwa ze strony zawiadowcy, względnie jego zastępcy; że zarządzenia Roguskiego co do gaszenia ognia były przeciwne wszelkim elementarnym zasadom pożarnictwa górniczego; że inż. Zbyszewski powinien był po sprawdzeniu stanu rzeczy natychmiast ująć kierownictwo, gdyż nie tylko jako zawiadowca, ale jako skończony technik powinien i musiał lepiej znać system opowietrzania swojej kopalni i do niego dostosować sposób gaszenia ognia, tymczasem tak on, jak i Skrebowski akceptowali nieudolny plan Roguskiego. Chociaż katastrofa spowodowana została, jak to wszyscy eksperci stwierdzili, z powodu tzw. przekątni wiatrów, to jednak według inżyniera Buzka, gdyby nawet na godzinę przed wybuchem gazów Zbyszewski, który już był na dole, usunął Roguskiego i sam akcję prowadził wedle techniki górniczej, katastrofa nie byłaby nastąpiła.

Nie do pomyślenia jest tylugodzinna nieobecność zawiadowcy i jego zastępcy na dole; jest wyraźnym przekroczeniem instrukcji górniczej brak należycie wyszkolonej drużyny ratowniczej, która jak na kopalni „Reden” nie była zaopatrzona w lampy elektryczne, tak że wbrew przepisom używano do ratowania ognia, tj. stalowano górników z 3 zmiany, którzy pracowali w atmosferze gazów z lampami karbidowymi; karygodnym niedbalstwo postawienia sygnalistów w czadach bez respiratorów.

Odpowiedzialność ponosi przede wszystkim inż. Zbyszewski, mniejszą już Skrebowski, zaś Roguski, który działał wprawdzie ze złym planem, ale na inny dzięki brakowi wykształcenia stać go nie było, a w każdym razie nie był obowiązany do kierownictwa akcją, gdy już na miejscu był Zbyszewski, ponosi najmniejszą odpowiedzialność, jest to ekspertyza jasna i konsekwentna.

Obaj zaś profesorzy Czeczot i Skoczylas zwalają winę katastrofy na nieprzewidziane zjawisko elementarne, tj. zmianę wiatrów, i prof. Czeczot nie wini z wyjątkiem Roguskiego nikogo więcej, zaś prof. Skoczylas stwierdza, że Zbyszewski nie może odpowiadać za to, że nie objął kierownictwa, gdyż do niego nie dorósł, jako zbyt młody inżynier, który się dobrze jeszcze z kopalnią nie zdążył obeznać, ponieważ dalej nie posiada on wrodzonego nerwu kierowniczego, co zaś do Skrebowskiego to nie odpowiada on dlatego, ponieważ gdyby zabrał się do kierowania akcją, to liczba ofiar mogłaby się jeszcze zwiększyć, a więc dobrze się stało, że wyręczył się Roguskim. Najwięcej błędów porobił Roguski, ale i ten nie jest winien, ponieważ i bez niego z powodu większej siły niszczycielskiej przyrody katastrofa by i tak przyszła.

Co się więc tyczy tej ekspertyzy, to muszę zaznaczyć, że profesorowie Czeczot i Skoczylas powołali się na to, że tzw. przekątnia wiatrów jest zjawiskiem nowym, którego teorię wyjaśnił dopiero prof. Czeczot i to dotychczas nie kategorycznie, a więc z tego powodu i Zbyszewski, i Skrebowski, chociaż ukończyli najwyższe uczelnie górnicze, o niej pojęcia mieć nie mogli i przewidzieć jej nie byli w stanie. Ale o jednym zapomniało się tutaj, że właśnie plan Roguskiego, który obaj zaakceptowali, spowodował przez zastosowanie do akcji systemu wręcz przeciwnego do sposobu opowietrzania, owo obrócenie się wiatrów, a to już mogli i powinni byli przewidzieć, od tego kształcili się technicznie, aby stawiać tamy tak i tam, gdzie tego wymaga upadowy sposób opowietrzenia kopalni „Reden”, jedno więc z dwojga, albo nie znali sposobu opowietrzenia, albo nie znali elementarnych wiadomości fizyki, których brakiem tłumaczyć im się nie wolno.

Tak więc ta ekspertyza naukowa odnosić się może do skutków, ale Sądowi chodzić musi o przyczynę, którą oni już sami zawinili. Nie potrzebuję wreszcie dłużej zatrzymywać się nad inż. Skrebowskim, skoro broniący go prof. Skoczylas sam się wyraził o nim, że gdyby on się wdał w akcję ratunkową, to skutki byłyby jeszcze fatalniejsze.

Czyż koniecznym jest zastanawiać się nad ekspertyzą pp. Swirtuna, Raźniewskiego i Wojewódzkiego, gdy pierwszy z nich jest dyrektorem Huty Bankowej, należącej do tego samego Towarzystwa, co i Reden, a wszyscy trzej, składając winę nieszczęścia na przyrodę, dodają, że winien był także – kto? Oto nieboszczyk Pronobis. Komu jak komu, ale dyrektorowi Towarzystwa francusko-rosyjskiego nie wypada już coś zarzucać sztygarowi Pronobisowi, który lekceważąc życie swoje i życie 39 innych górników zmarł śmiercią bohaterską, ratując węgiel Towarzystwa rosyjskiego.

Co powiedziałby p. Swirtunowi duch Pronobisa, gdyby te słowa wdzięczności usłyszał od dyrektora Towarzystwa, dla którego poświęcił swoje życie i życie tylu innych niewinnych ludzi. Nad wspomnieniem Pronobisa należy jak nad wspomnieniem bohatera cywilnego, większego zaiste od wojskowego, przejść w głębokiej i pełnej czci, zadumie, a nie wyciągać go z grobu dla ratowania żyjących winowajców.

W świetle więc faktów i ekspertyzy wynika niezbicie, że katastrofa nie była wynikiem działania wyższych sił, ale była spowodowaną strasznymi warunkami pracy technicznej na kopalni „Reden” i lekkomyślną organizacją tej pracy. Przygotowano ją od dawna. Oto Zarząd kopalni nie prowadzi próbnych wierceń, które by uprzedziły Sobieraja, że dostaje się do próżnej komory, którą niegdyś wybrano, a zaniedbano szczelnie zamulić. Brak jest na kopalni drużyny ratowniczej, której nie posyła się na ćwiczenia, używa się do ratowania ognia ludzi ze zmiany, i to nieletnich, żałuje się pieniędzy na aparaty ochronne. Gdy dwa z siedmiu aparatów próbowali włożyć Zawisza i Zawadzki, odłożyli je z powrotem; nie dość, że są one starego, dzisiaj już nieużywanego systemu, ale są nieszczelne; słyszeliśmy, że resztę odrzucono jak szmelc nieużyteczny do kąta, nikt ich nie tknął, a trupy znaleziono bez masek; po cóż miano używać stare, niezdatne rupiecie.

Nie było lampek elektrycznych, potrzebnych przy zetknięciu się z gazami, a podobno ludzie pracują w gazach z otwartymi lampkami karbidowymi, od których, jak to zeznał Łata, zapala się gaz nad ich głowami. Do gaszenia ognia używa się węża pożarniczego, który jako zużyty pęka przy większym natężeniu prądu wodnego. Dla stojących w czadach sygnalistów brak jest respiratorów, wdychają wprost w siebie dym i giną jak muchy. Organizacja pracy jest taka, że zawiadowca nie zna swojej kopalni, niezdolny jest do kierowania akcją w razie niebezpieczeństwa, traci głowę, nie posiada elementarnych wiadomości z zakresu techniki górniczej.

Biegły Raźniewski porównał zawiadowcę Zbyszewskiego do kapitana okrętu na morzu; pięknie by wyglądał ów okręt, gdyby jego kapitan tak się znał na wiatrach morskich, jak Zbyszewski na podziemnych. O jego zastępcy mówi się, że się do niczego nie mieszał, a o nadsztygarze, że wszystko co robił, to było partactwo. Ze zgrozą słyszymy, że gdy nadeszła pomóc z innych kopalń, to nie można było zamulania rozpocząć, gdyż nie wiedziano, czy jeszcze ktoś nie został w zagrożonych miejscach, kopalnia bowiem nie prowadziła ewidencji ludzi zjeżdżających na dół.

Jakże tu mówić o tym, że to była elementarna, nieobliczona klęska, kiedy z ust biegłych dowiadujemy się, że gdyby na godzinę przed nieszczęściem wydał zawiadowca Zbyszewski umiejętne zarządzenia, katastrofy dałoby się uniknąć. Przecież gdy nadeszła pomoc z okolicznych kopalń, dobrze pod względem technicznym zaopatrzona, umiejętnie kierowana, to najmniejszego wypadku już w ludziach nie było. Gdy zaś taką opinię dają nam biegli, to słyszymy z drugiej strony, że najrozumniejszą głową był sztygar Adolf oraz że tylko dzięki orientacji dozorcy Kalety na czas wycofano z zagrożonego chodnika 30 ludzi, inaczej liczba ofiar byłaby wynosiła o 30 więcej.

W takich warunkach pracuje kilkuset ludzi na „Redenie”.

Wszystko upoważnia mnie do twierdzenia, że powody tego nieszczęścia leżą głęboko na dnie gospodarki francuskiego kapitału w Polsce, że je przygotowywano od wielu lat na kopalni „Reden”, to zaś, co się stało w nocy z dnia 20 na 21 września 1923 r., było już tylko jak w klasycznej tragedii greckiej doprowadzeniem do fatalnego rozwiązania w katastrofie wszystkich od dawna karygodnie nagromadzonych przyczyn.

A teraz kwestia zastosowania do tej sprawy ustawy karnej.

Konstrukcję prawną uzasadnił już należycie p. prokurator i nie potrzebuję jej tutaj więcej powtarzać. Związek przyczynowy pomiędzy oskarżonymi a ich ofiarami jest jak na dłoni widoczny i dostatecznie go umotywowałem. Ramowa treść art. 464 cz. 2 Kodeksu Karnego wypełniona jest po brzegi tymi zaniedbaniami, które podpadają pod § § 8, 10, 11, 12 instrukcji górniczej, zał. 4 do § 353 przepisów prowadzenia roboty górniczej, § 3, 191, 308, 338, 342, 350, 351 tejże instrukcji. Podzielam też pogląd p. prokuratora, że trudno jest robić, jak tego chcą biegli, ofiary z nadsztygara Roguskiego, skoro robił on to, co należało do zawiadowcy. Dodaję, że należy inż. Skrebowskiemu uczynić specjalny zarzut spowodowania śmierci Banasika i zaczadzenia innych sygnalistów wskutek braku respiratorów przez pogwałcenie przepisów § 348 instrukcji górniczej, a wreszcie, że akt oskarżenia winien zarzucić Zbyszewskiemu poza spowodowaniem śmierci 38 ludzi jeszcze i spowodowanie zaczadzenia pozostałych 40 górników z pola wschodniego, czyli nadto art. 454 KK.

Przechodzę wreszcie do ostatniego zagadnienia w tej sprawie, która mnie najwięcej obchodzi, do tragedii pracy ludzi podziemnych, polskich górników. Katastrofy na  kopalniach nie należą do rzadkości. Spotykamy je wszędzie i zawsze; gdzie śmiały człowiek uzbrojony w lampę i kilof wdziera się w skorupę ziemi, aby jej wydrzeć nagromadzone bogactwa, których ona zazdrośnie i zdradliwie broni, aby przez nie inni ludzie korzystali z dobrodziejstw ciepła i światła, słowem z dobrodziejstw cywilizacji i kultury.

Na pracy górnika spoczywają fabryka, kolej, elektrownia, teatr; bez niego kultura dzisiaj już pomyśleć się nie da. Tam, gdzie praca ta jest należycie ceniona i ochraniana, gdzie na życiu ludzkim nie zarabia się, jak na „Redenie”, groszy, wypadki są i rzadsze, i nie tak w skutkach groźne. Rosyjska ustawa górnicza zapewnia w wysokim stopniu bezpieczeństwo życia i zdrowia pracującym w kopalniach, cóż kiedy nie jest ona przestrzegana. Urząd Górniczy nie ma żadnej egzekutywy, polecenia jego nie są wykonywane; personel Urzędu stara się z wszelkich sił o bezpieczeństwo publiczne, cóż kiedy wszystko to nie ma wpływu na zarządy kopalń, które mają inne silniejsze poparcie. W związku z tą sprawą widzimy, że o tym, co zaszło na „Redenie”, zawiadomiono Urząd Górniczy dopiero o godz. 6 rano, już po wszystkim, aczkolwiek lokal Urzędu znajduje się o parę kroków od kopalni. Jakim materiałem jest polski robotnik, przekonaliśmy się niejednokrotnie w ciągu tego procesu, gdyśmy z najwyższym podziwem patrzyli, jak ci robotnicy wykonują rozkazy, ratując węgiel swoim życiem, losem swoich wdów i sierot. Cóż czyni tę właśnie katastrofę tak różną od wielu innych przedtem i potem?

Oto ten rys heroizmu duszy polskiego górnika, niesłychanego jego poświęcenia i zaparcia. Zwrócę uwagę na ten drobny fakt, który przecież wiele mówi. Zawiadowca kopalni jest już poinformowany o niebezpiecznym położeniu, ale uważa za stosowne najpierw najspokojniej iść i przebrać się, a potem dopiero zjechać na dół; a z drugiej strony słyszymy, że kiedy trzeba było zatykać szczeliny w tamach, górnicy zrzucają ze siebie jedyną kapotę, aby pomóc akcji ratowniczej. Albo ten prosty sygnalista, któremu wyznaczono stójkę w czadach bez maski, ostrzegany o niebezpieczeństwie odpowiada, że służba jego jeszcze nie skończona i zostaje, a ze służby wynoszą go na marach.

Wszedł ów Banasik jako jeden z tych wzniosłych akordów do symfonii owych pięknych dusz wraz z tym swoim kolegą z tonącego „Titanica”, który szedł pod wodę, rozsyłając ostatnie iskrowe depesze wzywające o pomoc dla rozbitków, i z tym niedawnym telegrafistą z Tokio, który spala się w pożarze wieży sygnałowej, ale do końca alarmuje świat o ratunek zagrożonych. Cała załoga „Redenu” wypełniła swój obowiązek aż do bohaterskiej śmierci i, mówiąc o nich, użyłem zwrotu, że poległa ona w walce ze strasznym i przemożnym wrogiem.

Jeśli wobec takiej armii pracy kapitał francuski postępuje tak pogardliwie jak właśnie na „Redenie”, to wtedy musi nastąpić interwencja Sądu.

Szanowni Panowie Sędziowie!

Winnym najwięcej w tej sprawie jest system stosowany przez właścicieli kopalń, którzy w swojej ojczyźnie siedzieliby na ławie oskarżenia wraz z obecnymi oskarżonymi. Do czego ten system doprowadza, ma się dowód dotychczas. Oto zaraz po katastrofie Urząd Górniczy usunął zawiadowcę, jako nieudolnego, od kierowania kopalnią, jako tego, o którym i dzisiaj wszyscy jego eksperci powiedzieli, że nie nadaje się do tego stanowiska. Tymczasem kopalnia „Reden” zapewne dlatego, aby zaakceptować, że była w porządku w całej tej sprawie, najspokojniej pozostawia oskarżonego Zbyszewskiego na dotychczasowym stanowisku, chyba po to, aby przy następnym wypadku na kopalni powtórzyła się taka sama tragedia jak obecnie.

Kapitał francuski nie odpowiada przed polskim Sądem. Ale jego weksel bezpieczeństwa polskiego życia żyrował przed społeczeństwem inż. Zbyszewski, kiedy świadomie podpisywał deklarację, że przyjmuje na siebie gwarancję za życie i zdrowie powierzonych mu ludzi. Dzisiaj musi on za ten weksel społeczeństwu zapłacić. Katastrofa na „Redenie” została na razie zlikwidowaną; niedawno odnaleziono i pochowano ostatnie zwłoki poległych na dnie kopalni górników, zaś przed paru tygodniami p. Wojewoda w imieniu Prezydenta Rzeczypospolitej dekorował krzyżem zasługi bohaterów redenowskich.

Ostatnie słowo w tej tragedii przypada teraz Wysokiemu Sądowi. W imieniu jednej z wdów i sierot redenowskich rzucam na szalę sprawiedliwości ten grosz wdowi, aby ją swoją wartością przechylił.

dr Adam Pawełek
___________________________
Powyższy tekst ukazał się pierwotnie jako dodatek specjalny do tygodnika „Głos Zagłębia – organ Polskiej Partii Socjalistycznej w Zagłębiu Dąbrowskim”. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

dr Adam Pawełek był adwokatem, działaczem socjalistycznym, jednym z liderów Polskiej Partii Socjalistycznej w Zagłębiu Dąbrowskim. Pełnił liczne funkcje w Okręgowym Komitecie Robotniczym PPS, był popularnym autorem odczytów i prelekcji w kołach miejskich i dzielnicowych PPS w regionie. Wielokrotnie przed sądami reprezentował robotników, których prawa pracownicze były łamane. W wyborach do Rady Miejskiej Sosnowca w kwietniu 1925 r. zwyciężyła Polska Partia Socjalistyczna (prawie 58% głosów) – dr Pawełek został  w wieku 30 lat Przewodniczącym Rady Miejskiej (prezydentem był PPS-owiec Aleksy Bień), inicjując szereg działań i inwestycji prospołecznych. Pod koniec lat 20. opuścił PPS i związał się z lewicą sanacyjną.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *