Jan Strzelecki

Mój nauczyciel

[1963]

Ten człowiek był jednym z wybitniejszych umysłów i jednym z niezmiennie prawych charakterów polskiej radykalnej lewicy połowy dwudziestego wieku. Jego odejście warte jest innego oddźwięku niż wspomnienia, żal, kwiaty czy rekryminacje. Warte jest ogólniejszej refleksji, skierowanej ku gatunkowi jego człowieczeństwa, refleksji nad znaczeniem takiego właśnie człowieczeństwa w naszym umysłowym i społecznym życiu.

Pojęcie radykalnej lewicy czerpię ze słownika dotyczącego przedwojennych w Polsce stosunków. Oznaczało ono typ orientacji społeczno-politycznej ludzi uznających potrzebę zasadniczej przebudowy społecznej socjalistycznego rodzaju i współtworzących ośrodki myśli i działania, potrzebę takiej przebudowy głoszące i uzasadniające. Nie pokrywa się ono bez reszty z żadnym z ówczesnych kręgów politycznych i ogarniając ludzi z obu odłamów zorganizowanego ruchu robotniczego, obejmuje również ludzi bez ścisłej przynależności, wyrażających swą łączność ze sprawą wartości wiodących ku ideom radykalnej społecznej przebudowy w sposób inny niż poprzez partyjną przynależność i wiążące się z nią typy działania i odpowiedzialności. Nie zapominajmy, że do nich właśnie należeli ludzie tacy jak Krzywicki czy Broniewski, co przytoczone zostaje jako jeszcze jeden dowód na to, jak bogate jest drzewo życia.

Jeśli z początku określam Stanisława Ossowskiego przy pomocy tak ogólnego terminu, to – po pierwsze – dlatego, aby podkreślić jego zadawnioną łączność ze sprawami społecznego obozu polskiej lewicy, jak i – po drugie – przyjrzeć się, poprzez jego indywidualny kształt, pewnej postaci ludzkiej wrażliwości, jej losom, jej dokonaniom i jej wadze, jej doniosłości dla sprawy kultury socjalistycznego narodu. Człowiek ten był z tą sprawą najgłębiej związany. Wydaje się więc rzeczą sensowną i pożyteczną, abyśmy, kulturę tę usiłując tworzyć, poświęcili nieco czasu tym problemom, w które uwikłane było szczególnie mocno jego istnienie i jego rodzaj służenia wartościom, które tym symbolem określał.

Takich jak on ludzi próbowano w okresie minionym mierzyć pewną szczególną miarą, którą nazwałbym modelem dorastania. Model ów opierał się na założeniu, że ci, którzy w jego imię wydają oceny, władają pełnią światłości w dziedzinie sądów o prawdzie i fałszu, o pożytku czy szkodliwości tkwiącej czy mogącej wynikać z aktów ludzkiej myśli. Myśl inna niż ich własna była zawsze myślą mierzoną, nigdy współtworzącą miarę. Dla tej myśli mierzonej, myśli wytwarzanej przez mniej doskonałe umysły, umysły skażone, umysły dalsze od esencji prawdy, skonstruowano skalę, przy pomocy której wyrokowano o odległości dzielącej je od kręgu pożytecznej prawdy i prawdziwego pożytku. Ludziom władającym tą skalą przypisywano cechy najcelniejszych miłośników ludzkości, co stanowiło tytuł upoważniający ich do mierzenia procesów wzrostu wszystkich pozostałych. Skala uważana była ponadto za wynikającą niezbicie z twórczego przetrawienia wszelkich zdobyczy ludzkiego umysłu i powierzona administracji, która opiekować się miała wzrostem ludzi według ustalonych na niej stopni dojrzałości.

Ten model, wcielany z różnorodną intensywnością, był nie tylko oparciem dla techniki działania uzasadnianej historycznym kontekstem, sytuacjami skrajnego konfliktu, towarzyszącymi rewolucyjnym przemianom, lecz utrwalił się jako rodzaj kulturowego wzoru, jako wyobrażenie o ideale, o tym, jak być powinno.

Otóż człowiek ten, będąc bliski ludziom komunistycznej lewicy, zaskarbiając sobie swą okupacyjną postawą eneszetowski wyrok, przed którym musiał kryć się pod Warszawą w przedpowstaniowych miesiącach, przyjmując szereg funkcji przedstawicielskich w latach powojennych, nigdy nie uznał naszkicowanego powyżej modelu kontroli życia umysłowego za coś więcej niż za historyczny akcydens, niezdolny sprostać humanistycznym zadaniom dzieła radykalnej społecznej przebudowy; nigdy nie uznał go za miarę swego myślenia i wartościowania; zachował pełnię swej autonomii nie przeciw, lecz w imię idei socjalizmu, podobny w tym innemu przykładowi autonomii ideowego sądu, który legł u podstaw moralno-politycznego autorytetu popaździernikowych rządów.

Wydaje się, że człowiek ten osiągnął szczególny wymiar autonomii myśli i sądu, wymiar nieczęsty w naszych czasach i stanowiący – mym zdaniem – nie tylko jego indywidualne osiągnięcie, lecz będący dobrem wspólnym naszej społeczności. Autonomia oznacza samodzielny stosunek do miary ludzkich spraw, do miary dobra i zła, do miary prawdy i fałszu, godności i niegodności działania. Samodzielny to nie znaczy, jak myślą dzieci i niektórzy z filozofów, skierowany zawsze i z reguły przeciwko temu, co myślą i czynią inni, uznający odmienność za konieczny warunek słuszności. Samodzielny to znaczy przede wszystkim przyjmujący osobistą odpowiedzialność za akt wyboru kryteriów, nie dążący do wyzbycia się odpowiedzialności za trwanie i rozwój wybranych wartości, do przerzucenia tego ciężaru na niczyje barki, choćby to były obszerne barki historii. Szczególną dziedziną poczucia odpowiedzialności Stanisława Ossowskiego była prawość myślenia. Prawość rozumiem tu w podwójnym sensie – zarówno w logicznym, jak w etycznym. W logicznym pojęcie to oznaczałoby to wszystko, co wiąże się z rzetelną znajomością naukowego rzemiosła. Pracą doktorską Stanisława Ossowskiego była rozprawka o pojęciu znaku, będąca wyrazem jego związku z warszawskim zespołem lwowsko-warszawskiej szkoły logicznej analizy, któremu przewodził wtedy, i nie tylko wtedy, Tadeusz Kotarbiński. Umiejętność rozumienia budowy i funkcji języka nauki, sztuka władania naukowym znakiem towarzyszyła mu od tego czasu w jego długoletniej naukowej pracy bez względu na obszar zagadnień, ku którym zwracał uwagę. Precyzja rozbioru cechuje niezmiennie zarówno rozważania o sztuce, zebrane w roku 1933 w książce „U podstaw estetyki”, jak i wydany w roku 1962 tom rozpraw „O osobliwościach nauk społecznych”, będący ostatnią z jego gotowych prac. Dbałość o klarowność języka, o precyzję pojęć nosiła tu cechy postawy etycznej – dochodzimy w ten sposób do szerszego kręgu zagadnień, związanych z właściwym Stanisławowi Ossowskiemu pojmowaniem roli człowieka nauki.

Rola ta była pojmowana jako udział w tworzeniu i przekazywaniu dobra, którym jest nauka; jako wyraz ludzkich zdolności, cecha człowieczeństwa. Ale jednocześnie – i to właśnie na terenie nauk społecznych – z rolą tą wiąże się udział w tworzeniu jasnego obrazu stosunków między ludźmi; jasności, która by wiązała się z historycznym nurtem dążeń do społecznej sprawiedliwości i która towarzyszyłaby sprawie kształtowania socjalistycznego społeczeństwa, będąc jednocześnie narzędziem i miarą. Działanie na rzecz tej jasności uznawał za doniosły składnik humanistycznych funkcji nauki. Jego pierwsza socjologiczna książka „Więź społeczna i dziedzictwo krwi” opuszczała prasę drukarską w momencie, kiedy „znakomita organizacja militarna głosicieli rasistowskiej religii kończyła gromadzenie sił do wyruszenia na podbój świata” (z przedmowy). Była to właśnie książka podejmująca rozprawę z mitologią rasizmu, który tak przerażająco zaciążyć miał nad historią Europy i świata w następnych latach. Praca ta podejmowała jednocześnie temat szerszy niż analizowana w niej doktryna, temat struktury i funkcji mitologicznego myślenia, atakującego u schyłku lat trzydziestych osiągnięcia wiekowego rozwoju społecznych nauk, niszczącego układ krążenia prawdy i intronizującego, w samym środku kontynentu, zamknięte państwo przemocy, rzucające wyzwanie wszelkim wolnościowym zdobyczom ostatnich dwu wieków. Lata te nie sprzyjały przekonaniu, że idee, które wiodły ku tym zdobyczom, mają zapewnioną przyszłość, że historia będzie dla nich łaskawa na mocy immanentnych właściwości historycznego procesu. Proces ten wypadał z właściwej wszelkim ideologiom postępu osiemnastowiecznej perspektywy, w myśl której kolejnością historycznych zdarzeń włada rodzaj mechanizmu sprawiającego, że – wprost czy też dialektycznie – następuje stały przybór ludzkiej wolności i rozumu kierującego działania ku celom coraz doskonalszym. Era liberalna, w której ideach zanurzone były po szyję społeczno-rewolucyjne ruchy klas wyzyskiwanych, zachodziła, ale system, który ją wypierał, nie był systemem rewolucyjnej kontynuacji jej wolnościowych założeń i instytucji: był faszystowskim systemem reakcyjnej negacji, rozciągającym na całość społecznego życia władztwo przemocy i terroru i głoszącym, że wszystko, co do rozwoju człowieka wniosły ostatnie cztery wieki, było jedynie błędem wykolejonego pustą wolnością intelektu.

Nie przestaję, pisząc tekst powyższy, pisać o Stanisławie Ossowskim. Poznałem go w czasie okupacji, na polskim dnie morderczego ciśnienia uruchomionego przez zwycięski faszyzm. Czynił on na mnie zawsze wrażenie człowieka, który widząc walenie się instytucji, sprzyjać mających trwaniu i rozwojowi cennych właściwości społecznego życia, uważał za oczywiste działać tak, jakby dalsze tych właściwości trwanie zależało od jego wierności. To, podobno niesocjologiczne, rozstrzygnięcie stanowiło o jego ludzkim kształcie. Tamten czas był przecież nie tylko czasem walki, był również czasem świadectwa. A raczej były w nim akty świadectwa, które były udziałem w walce, i były postacie walki, które były udziałem w świadectwie.

„To, co widzimy naokoło siebie, wystarcza raczej, aby rozbić doszczętnie wiarę, którą karmiły się przed nami trzy czy cztery pokolenia: wiarę w postęp dokonujący się samorzutnie pod działaniem praw dziejowych. Z wiary tej pozostało nam tylko przeświadczenie o postępie technicznym, którego zawrotne tempo nie może budzić niczyich wątpliwości; ale ojcowie nasi, którzy wierzyli w postęp moralny, w ciągłe doskonalenie się obyczajów i sumień, dzisiaj wydają się nam naiwnymi optymistami. Maksymalista, który chce żyć bez złudzeń, ma zatem dzisiaj trudne zadanie. Musi wytrwać na posterunku, nie podniecając się narkotykiem wiary w postęp, nie podniecając się narkotykiem wiary w człowieka”. [1]

Ten fragment pisanego w czasie okupacji tekstu, przedrukowany w 1956 roku w „Przeglądzie Kulturalnym”, wydaje mi się szczególnie istotny do zrozumienia jego postawy. Terminem „maksymalista” określał człowieka, który by – pomimo najcięższych doświadczeń – nie tracił przekonania, że nikomu nie jest zamknięta możliwość odnalezienia w sobie odzewu na głos cenniejszych pierwiastków ludzkiej natury. Złudzeniem nazywał pogląd, że najlepszy nawet układ społecznych warunków zapewnić może trwałe pierwiastkom tym zwycięstwo. Akt świadectwa na rzecz wartości był więc w jego pojmowaniu wsparciem sprawy nieustannie zagrożonej i nieustannie mieszczącej się w polu nadziei. Pogląd dawniejszych pokoleń wyznawców postępu, według którego historia zmierza ku czasowi, w którym człowiek będzie człowiekowi lilią na mocy urzeczywistnionych warunków nieskrępowanego rozwoju, był dla niego kolejnym fragmentem optymistycznych mitologii. Ale podejmował na swój sposób ów obraz jako źródło twórczego napięcia, graniczny wykres sytuacji, która mogłaby choć na chwilę zstąpić na ziemię, gdyby każdy z nas na chwilę choć sprostał wezwaniu. „Przekonanie, iż od każdego z nas zależy stopień prawdopodobieństwa, że świat, że człowiek przekształci się w takim, a nie innym kierunku – nawet gdyby prawdopodobieństwo to było w ogóle nieznaczne – niektórym typom ludzkim wydaje się bardziej podniecające niż przekonanie, iż sprawa jest wygrana, że byłaby wygrana nawet bez naszego udziału”. To zamykający ustęp tego samego utworu, noszącego datę roku 1943.

To nie był passus z traktatu o psychologicznych komponentach takiego czy innego wyboru społecznej filozofii. To był akt określenia samego siebie. To określenie wydaje się optować na rzecz poglądu zgodniejszego z doświadczeniem. Udział w tym doświadczeniu, pomnażanie jakiejkolwiek szansy prawdopodobieństwa w tak opisanej grze z nie zawsze łaskawym losem było stałym obyczajem Stanisława Ossowskiego.

Jego głębokie socjalistyczne afirmacje płynęły z przekonania, że zasadniczy zrąb instytucjonalny socjalistycznego ustroju może być w tej grze pomocą. Dawał temu wyraz od czasów TUR-owej współpracy ze Stefanem Czarnowskim, swym mistrzem na polu socjologicznej analizy kultur, poprzez okupacyjne publikacje i współpracę z planującym powojenną Warszawę urbanistycznym zespołem WSM, w polemikach wokół teoretycznych zadań marksizmu w pierwszych powojennych latach i w swej długoletniej pedagogicznej i społecznej działalności. Jego czynne zaangażowanie w społeczną działalność nie przeszkadzało mu spoglądać na wiele zjawisk z dystansem socjologa kultury. Wiele czynników i warunków realizacji socjalistycznych dążeń uważał za sytuacyjnie zmienne. „Podporządkowanie kultury dyrektywom politycznym może znaleźć usprawiedliwienie w chwilach wielkich kataklizmów, kiedy to cała energia społeczna jest skoncentrowana ku jednemu bliskiemu celowi” [2] – pisał w artykule „Taktyka i kultura” w roku 1956, myśląc o latach poprzednich. Ale w tym samym tekście zwracał się z całą siłą przeciwko zakorzenionemu obyczajowi kompromisów z prawdą, przeciwko technice półprawd, sformułowań dopuszczających wielorakie interpretacje, „tak aby można się było obronić i przed tym, kto zaatakuje w imię linii politycznej, i przed tym, kto zaatakuje w imię prawdy”, i wyrażał przekonanie, że „presja polityczna deformująca wyniki badań lub hamująca ich rozwój nie była przy budowaniu socjalizmu koniecznością, lecz błędem wynikającym z niedoceniania skutków dalekosiężnych”. Presja ta pozbawiła go profesury w okresie stalinizmu.

W kulturze socjalistycznej Stanisław Ossowski akcentował potrzebę różnorodności współistniejącej ze sferą jednolitych rozstrzygnięć, dotyczących kierunku rozwoju i wykonawstwa podstawowych dziedzin narodowej gospodarki. Rozważając sprawy w kategoriach modelu decyzji, wyrażał przekonanie, że bujności i autentyczności tej kultury sprzyja taki model, w którym zakres działania jednego wspólnego ośrodka decyzji dotyczy spraw racjonalnego systemu planowania i dopuszcza szeroko wielocentryczność pozostałych obszarów społecznego życia, w których współdziałanie przebiega na zasadzie systemu porozumień. „Ta koncepcja ładu społecznego – pisał w pracy „O osobliwościach nauk społecznych” – narzuca dzisiejszemu człowiekowi zagadnienia pierwszorzędnej wagi i otwiera szerokie pole dla badań socjologicznych i dla socjologicznej wyobraźni. Idzie o rozwiązanie konfliktu między efektywnością jednolitego kierownictwa i humanistycznymi wartościami policentryzmu”. [3]

Istnienie tego człowieka było przykładem zaangażowania na rzecz wartości niezmiernie dla rozwoju kultury socjalistycznej doniosłych. Czas teraźniejszy jest czasem adaptacji wielkich struktur społecznego życia do naglącej potrzeby takiego ładu na ziemi, w którym między różnymi ośrodkami decyzji zaistniałby ludzki system porozumień, a wewnątrz nich konformizm lub autorytet nie przygniatałby różnorodności możliwych dróg rozwoju człowieka. Wyobraźnia socjologiczna, wyobraźnia humanistyczna, o której pisał w swej ostatniej pracy, wydaje się zwiększać trudne prawdopodobieństwo osiągnięcia takiego ładu.

Jan Strzelecki
______________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w roku 1963. Po latach umieszczono go w książce Jan Strzelecki – „Kontynuacje (2)”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1974. Przedrukowujemy go za II wydaniem tej książki, z roku 1990.

 

 

Przypisy:

1. S. Ossowski – „Z nastrojów manichejskich”, „Przegląd Kulturalny” 1956, nr 331.

2. S. Ossowski – „Taktyka i kultura”, „Przegląd Kulturalny” 1956, nr 13.

3. S. Ossowski – „O osobliwościach nauk społecznych”, Warszawa 1962, s. 115.

 

 

Publikowaliśmy już inne teksty Jana Strzeleckiego:

oraz teksty Stanisława Ossowskiego:

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *