Władysława Weychert-Szymanowska

Kobiety, brońcie się przed wyzyskiem

[1932]

Byłam niedawno w Hajnówce u towarzyszki, która jest robotnicą w tartaku. Zarabia teraz, po wiosennym strajku, 2 złote, przedtem było 1 zł 50 gr. Mieszka z matką w domku malutkim, skleconym z desek po wojnie. Domek przez nie zbudowany, jest ich własnością, więc za mieszkanie nie płacą, a nawet w kuchence odnajmują kąt małżeństwu za 7 zł. To je ratuje od ostatecznej nędzy, bo życie w Hajnówce nie jest tanie – za litr mleka trzeba zapłacić 40 gr. Tylko kobiety i to bardzo gospodarne, rozumne i uświadomione mogą w tych warunkach wyżyć bez długów, biorąc produkty w kooperatywie. Młoda robotnica należy do organizacji robotniczych, do partii, do sekcji dramatycznej T.U.R. Jakże pilnej i niezmordowanej rachunkowości wymaga to gospodarstwo, oparte na 2 zł dziennego dochodu! Na żaden wydatek nadzwyczajny nie można sobie pozwolić. A przecież życie prosi się nieraz o taką nadzwyczajność, zwłaszcza gdy się jest młodą.

Niewątpliwie kobiety umieją łatwiej niż mężczyźni wyżyć w żelaznych kratach codziennej biedy. Są cierpliwsze i mniej wymagające – to ich zalety życiowe, które kapitalista wyzyskuje z całą bezwzględnością. Kobieta zawsze mniej zarabia, niż mężczyzna i bardzo często praca, którą wykonuje w fabryce, jest dla jej zdrowia nieodpowiednia.

Czy odrzucanie desek, które tartak pociął, jest pracą dla kobiety? A ile razy trzeba dźwignąć bal, a nie deskę! Deszcz pada, siedzę w Hajnówce z matką młodej robotnicy i dowiaduję się, że miała jeszcze starszą córkę – ta także pracowała w tartaku, zaziębiła się czy podźwignęła, chorowała kilka miesięcy i umarła w 20-tym roku życia. Ach, i ta młodsza rzuciłaby ten tartak, żeby tylko było co innego, ale kryzys. Każdy trzyma, co ma. Mężczyzny na to miejsce nie wezmą do tartaku, choć bezrobotnych jest tylu, że przez cały dzień w lokalu T.U.R. w Hajnówce ludzie siedzą, czytają, gwarzą.

Mężczyźnie płaci się 3 zł 40 gr., a nie 2 zł – ładna różnica.

Tak to w życiu wygląda to, co się czyta o pracy kobiet. Biorę ciekawą książkę, którą powinny by przestudiować nasze towarzyszki w Wydziałach Kobiecych, „Praca kobiet w przemyśle współczesnym” Haliny Krahelskiej. Na str. 29 znajduję tam wiadomości o przemyśle drzewnym. Okazuje się, że liczba kobiet, zatrudnionych w tym przemyśle, wzrasta. W 1929 roku na 100 robotników było mężczyzn 87, kobiet 13, a w roku 1927 mężczyzn 81, a kobiet 19.

Ze względu na ciężkie warunki pracy, fatalnie wpływające na zdrowie, ten wzrost liczby kobiet podobnie jak w przemyśle drzewnym, metalowym, chemicznym, poligraficznym, nie jest pożądany. Czyż nie lepiej, żeby tu mężczyźni pracowali? Ale twarde prawo ekonomiczne powiada: nie, bo mężczyzna jest droższy.

Lecz dlaczego kobiety chcą tak tanio pracować? Dlaczego wszędzie jest to uznane, że im się mniej płaci? Dlaczego towarzysze uświadomieni także mówią o tym, jak o sprawie najnaturalniejszej w świecie? Kobiety są pokorne, cierpliwe, rzadko się buntują, a przede wszystkim słabo się organizują. Potęgą robotników są związki zawodowe. One to łącznie z partiami politycznymi wywalczyły wszystkie ustępstwa dla klasy robotniczej. Gdyby nie związki, praca trwałaby po 16, 18 godzin w najgorszych warunkach, jak przed stu laty.

W książce Krahelskiej znajdujemy cyfry mówiące, jak mało kobiet zapisuje się do związków zawodowych. W roku 1929 na 100 ubezpieczonych wypadało 10 kobiet w klasowych związkach zawodowych. W tym czasie wśród ubezpieczonych w Kasie Chorych na 100 osób było 30 kobiet. Stąd wynika, że zaledwie jedna na 3 robotnice zapisuje się do związku. A wiemy przecież, że tylko solidarnością robotnicy dojść do czegoś mogą. Krahelska podaje ciekawe szczegóły o tym, jak w różnych krajach robotnicy zgodnie ze starorzemieślniczą tradycją nie chcieli przyjmować kobiet do związków. W Stanach Zjednoczonych jeszcze w 1927 r. odlewnicy, fryzjerzy i cieśle nie zapisywali kobiet. Oczywiście niechętne stanowisko mężczyzn do kobiet w związkach niemało wpływa na ich słaby udział. A traci na tym cała klasa robotnicza, zyskuje zaś najwięcej kapitał, zarabiając na każdej robotnicy znacznie więcej, niż na robotniku.

Kiedyż zacznie się prawdziwa walka, podjęta przez wszystkich robotników i przez wszystkie robotnice o urzeczywistnienie hasła, które Wydział Kobiecy PPS ciągle przypomina:

Za równą pracę równa płaca.

Władysława Weychert-Szymanowska
_________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w PPS-owskim czasopiśmie „Głos Kobiet”, październik-listopad 1932 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *