Feliks Perl

Jak odpowiadać na zarzuty przeciwników? [fragment]

[1913]

Ojczyzna

Bezojczyźniacy! „Socjaliści nie mają ojczyzny – wołają nasi przeciwnicy. Są to bezojczyźniacy, którzy ze swym narodem niczym nie są związani, nie uznają narodów, tylko jedną ludzkość na całym świecie. Im wszystko jedno, czy narodowi dobrze czy niedobrze, bo oni myślą tylko o robotnikach bez różnicy narodowości. Socjaliści rozbijają jedność narodową, osłabiają naród walką klasową, nie dbają o potęgę narodu”. Ciągle obijają nam się o uszy takie zarzuty, a mamy też wielu takich „uczciwych” przeciwników, którzy zarzucają nam, że obojętni jesteśmy na ucisk narodowy, ba, że popieramy moskwiczenie albo prusaczenie. Ano, zobaczmy, jaki jest stosunek socjalizmu do ojczyzny i narodowości, do patriotyzmu i międzynarodowości.

Kto jest narodem? Klasy posiadające rządzą narodem, one rozpanoszyły się w ojczyźnie – przez to wyobrażają sobie, że naród i ojczyzna do nich należą, że są niejako ich własnością. Tak samo jak swoje zyski i dochody utożsamiają z przemysłem krajowym, tak samo swoją siłę i potęgę uznają za rozkwit narodu, a swoje panowanie za konieczny warunek istnienia narodu. Dla klas posiadających dobrym patriotą jest tylko ten, kto ich interesów broni i dba o to, żeby klasy posiadające na wieczne czasy panowały w narodzie.

Ale kto jest rzeczywistą siłą, podstawą narodu, kto stanowi w nim większość? Przecież nie klasy posiadające! One są mniejszością, a interes ich polega na tym, by najwięcej korzystać z pracy ogółu, z pracy narodowej dla siebie zagarniać. Więc kto jest rzeczywiście narodem? Czy klasy posiadające, czy też lud pracujący, stanowiący ogromną większość? Czyje interesy mają większe znaczenie dla narodu: czy interesy cząstki, czy też większości – czy interesy wyzysku, czy też interesy pracy – czy kasa ogniotrwała, czy też znój robotniczy?!

Socjaliści bronią interesów pracy, zwalczają wyzysk, dążą do tego, by dobrobyt był udziałem wszystkich. Kto tu więc rzetelnie chce dobra narodu: czy ci, którzy pracują nad podniesieniem najszerszych warstw, czy też ci, którzy uwieczniają przywileje warstw panujących? Kto lepiej przysługuje się narodowi: czy socjaliści, którzy chcą, żeby robotnicy i włościanie korzystali ze wszystkich skarbów narodu, materialnych i duchowych, żeby wszyscy mieli udział w dostatkach, oświacie i rządach, czy też ci, którzy bronią przywilejów własności, rządów klasowych i zależności warstw pracujących?

Socjaliści dążą do tego, żeby w narodzie nie było klas, żeby naród stał się istotnie jednolity, jako społeczeństwo bezklasowe. Czy może być większa solidarność narodowa jak tam, gdzie naród nie dzieli się na bogaczy i ubogich, na kapitalistów i proletariat, na posiadających bez pracy i pracujących bez posiadania? A przecież właśnie socjaliści chcą takiego narodu – i mówią, że tylko w takim narodzie nie będzie rozdarcia, że tylko w bezklasowym społeczeństwie zapanują prawdziwa jedność i solidarność narodowa. Ale o tym patentowani patrioci słyszeć nie chcą: oni gadają dużo o jedności narodowej, ale chcą uwiecznić rozdział klasowy, rozbicie narodu na odrębne klasy ze sprzecznymi interesami. Oni chcą solidarności między wyzyskującymi i wyzyskiwanymi, ale powstają przeciwko tym, którzy chcą solidarności w narodzie złożonym z ludzi wolnych, pracujących dla wspólnej korzyści. I nam właśnie, którzy takiej solidarności chcemy, zarzucają brak patriotyzmu…

Cóż chcecie? W istocie patriotyzm robotniczy różni się od patriotyzmu klas posiadających. Dla nich naród to zbiorowisko, nad którym panują i z którego ciągną korzyści. Dla nas w narodzie najważniejsze są klasy pracujące, ich interesy są interesami narodu, a przyszłość promienną narodu widzimy w tym, żeby się stał związkiem ludzi połączonych nie tylko wspólnością języka, kultury, zamieszkiwaniem jednej ziemi, ale także – wspólnością pracy, własności, prawdziwym zbrataniem i zjednoczeniem!

Czy socjaliści kochają swój naród? Dziwne to pytanie – nieprawdaż? Ale trudno: socjalistom stawia się tyle dziwnych pytań i czyni tyle dziwnych zarzutów, że musimy i na nie odpowiadać.

Socjaliści tak samo należą do swego narodu, jak i ludzie innych przekonań politycznych, jak i ich przeciwnicy klasowi. Są więc socjaliści polscy, niemieccy, francuscy itd. Wszyscy oni pracują wśród klasy robotniczej swego kraju i narodu, a więc jasna rzecz, że są przede wszystkim związani z ludem pracującym tego właśnie kraju i narodu. I dlatego najbliżej ich obchodzi i najbardziej przejmują się wszystkim, co dzieje się w ich narodzie. Trzeba być zupełnie obranym z rozumu, żeby nie wiedzieć, iż np. socjalista polski z natury rzeczy będzie najbardziej przywiązany do mowy polskiej, bo nie tylko zrósł się z nią od urodzenia, ale w niej wyraża najdroższe swoje myśli i uczucia, posługuje się nią, aby rodaków swych oświecać i lepszą przyszłość im zwiastować. Z mową narodu połączona jest cała literatura i kultura, wszystko, w czym wyraża się twórczość duchowa. A przecież socjaliści właśnie chcą, żeby wszyscy mieli dostęp do skarbów tej twórczości, żeby wszyscy mogli się kształcić, żeby nauka i sztuka służyły nie tylko klasom posiadającym, lecz i ludowi pracującemu. A więc musi im być drogie to wszystko, w czym wyraża się myśl i uczucie narodu, ta dziedzina, w której, jak prześlicznie wyraził się Mickiewicz, lud składa: „broń swego rycerza, swych myśli przędzę i swych uczuć kwiaty”.

Podobnież jasnym jest, że dla socjalistów niezmiernie ważnym jest, by ich naród był wolny, bo tylko w wolności można rozwinąć swe siły, tylko wolny, niepodległy naród może sobie zdobyć ustrój socjalistyczny.

Tylko głupiec może powiedzieć, że socjaliści nie kochają swego narodu i ojczyzny. Bo jakżeż można – nie kochając swego ludu i kraju – dążyć do tego, by ojczyzna stała się „ziemią kwitnącą, jednym wielkim warsztatem bogactw”? Niewątpliwie, nie będzie to już ojczyzna – klas posiadających. Tym lepiej! Ale my kochamy i dzisiejszą naszą ojczyznę, pomimo że klasy posiadające żyją w niej i tyją z pracy ludu. Kochamy ją, bo jest to siedziba naszego ludu pracującego, bo jest to grunt rodzimy, na którym wschodzą nasze ziarna, bo my tę ojczyznę przekształcić chcemy tak, aby w niej wszystkim było dobrze…

Ucisk narodowy. Nie tylko wyzysk ekonomiczny daje się klasie robotniczej we znaki, ale i ucisk polityczny oraz narodowy. Tam, gdzie nie ma wolności politycznej i praw obywatelskich albo gdzie one są niedostateczne i niezabezpieczone, tam klasa robotnicza jest skrępowana, jej walka utrudniona, tam proletariat jest bardziej upośledzony. Ale tak samo jak klasie robotniczej dolega brak wolności politycznej, tak samo dolega jej ucisk narodowy. Ucisk narodowy bowiem dodaje nowe prześladowana, nowe ciężary, takie, jakich nie ma w kraju wolnym, a prócz tego zaostrza, potęguje ten ucisk polityczny, którego doświadczają robotnicy należący do narodu panującego.

Ucisk narodowy to prześladowanie języka danego narodu, to narzucanie mu obcego języka, obcego szkolnictwa, obcych sądów i urzędów, często nawet obcej religii. Wszystko to ma na celu wynarodowienie.

Narodowi podbitemu narzuca się nie tylko obcą mowę i kulturę, ale zmusza się go do podlegania wszelkim ustawom, które naród panujący (a właściwie jego klasy „wyższe”) dla siebie ustanowi, a które mogą być zupełnie niezgodne z warunkami życia i z potrzebami narodu podbitego.

Ale często dokucza się narodowi podbitemu w sposób wprost przeciwny: mianowicie nie pozwala mu się korzystać z różnych urządzeń i ustaw ogólnopaństwowych, z których mógłby korzyść odnieść. Dla narodu uciskanego wydaje się osobne prawa wyjątkowe!

Ucisk narodowy połączony jest zawsze z krzywdą ekonomiczną. Wyzysk ekonomiczny narodu uciskanego może się objawiać w rozmaity sposób, zależnie od warunków. Ale on zawsze istnieje, bo nie na to zdobywa się jakiś kraj, aby mu świadczyć dobrodziejstwa, ale na to, by czerpać z niego zyski i korzyści. Toteż widzimy, jak sobie poczynają najezdnicy z narodami podbitymi: wywłaszczają je z ziemi; nakładają ciężkie podatki, a o potrzeby kraju nie dbają; starają się mieć jak najwięcej dochodów, a jak najmniej wydatków; żywią kosztem narodu podbitego swoją biurokrację; przeszkadzają rozwojowi przemysłu, ażeby mieć w kraju podbitym rynek zbytu itd.

Tak wygląda w ogólnych zarysach ucisk narodowy. Nie potrzeba więc chyba rozwodzić się nad tym, jak on jest szkodliwy dla klasy robotniczej i jaką stanowi przeszkodę na drodze jej wyzwolenia. Ucisk narodowy obniża poziom oświaty, szkodzi rozwojowi ekonomicznemu, utrudnia walkę klasową, wkłada na robotników dodatkowe jarzmo. Klasom posiadającym ucisk ten mniej szkody wyrządza niż ludowi pracującemu, bo one przynajmniej mają siłę ekonomiczną – i korzystając z dóbr tego świata, godzą się ze swoim losem. Ale dla robotnika i włościanina jest to straszny ciężar, ogromna przeszkoda na drodze wyzwolenia.

Toteż właśnie socjaliści najenergiczniej walczą nie tylko o wolność polityczną, o ustrój demokratyczny państwa, ale i o wolność narodową, o to, żeby naród był gospodarzem na swojej ziemi.

Patriotyzm klas posiadających. Klasy posiadające zarzucają robotnikom brak patriotyzmu, a o swoim patriotyzmie ciągle prawią. Gdyby im wierzyć, to doszlibyśmy do wniosku, że one żyją tylko miłością ojczyzny…

Widzieliśmy, jak śmieszne są zarzuty, że socjalistom brak patriotyzmu. Ale przyjrzymy się nieco, jak to w praktyce wygląda patriotyzm klas posiadających.

Naturalnie, klasy posiadające po swojemu kochają kraj – temu nie przeczymy. Ale dla swoich przywilejów, dla interesów posiadającej mniejszości zawsze one poświęcą interes narodowy.

Nie wątpimy, że szlachta polska kochała Rzeczpospolitą,  z której zrobiła swoją dojną krowę. No, a jakież były skutki jej rządów? Szlachta siebie tylko uważała za naród, inne warstwy ciemiężyła i nie dopuszczała do rządów. I szlachta tak dobrze gospodarowała, że doprowadziła państwo do zupełnego rozprężenia, z czego skorzystali sąsiedzi, żeby krajem się podzielić.

Ale nawet dla ocalenia upadającej ojczyzny szlachta nie chciała wyrzec się swoich przywilejów. To, co było najgorsze – poddaństwo i pańszczyznę – chciała zostawić nietkniętym. W 1791 r. lepsi ludzie w narodzie przeprowadzili zmianę ustroju państwowego (konstytucja  3 maja) dla wzmocnienia kraju i ustrzeżenia go od dalszych klęsk. W tej konstytucji była niejedna pożyteczna reforma, ale położenia włościaństwa konstytucja ta w niczym nie zmieniała. Nic dziwnego: żadna klasa nie zrzeka się dobrowolnie swoich przywilejów, nawet kiedy chodzi o ocalenie ojczyzny! Chociaż jednak konstytucja ta zabezpieczała przywileje szlachty, nie podobała się wielu magnatom: przy tej bowiem konstytucji magnaci nie mogliby się tak rządzić i rozbijać i trząść całym państwem, jak do tego czasu. Cóż więc robią magnaci, arystokracja? Zwracają się o pomoc do cesarzowej rosyjskiej Katarzyny, sprowadzają wojsko rosyjskie do kraju, aby udaremnić próbę reformy! Katarzyna naturalnie skwapliwie skorzystała z tej zdrady panów polskich, aby obalić konstytucję 3 maja, a zaraz potem, w r. 1798, dokonać drugiego rozbioru Polski (pierwszy był w r. 1772).

Nie będziemy tu mnożyli przykładów, ale przypomnimy tylko, że i podczas powstania 1830 r. szlachta oznaczyła się takim samym sobkostwem klasowym, tak samo była zaślepioną chęcią utrzymania swoich przywilejów, jak i dawniej. Sejm złożony ze szlachty zachował pańszczyznę, w niczym jej nawet nie łagodząc i nie ograniczając. Toteż lud wiejski na ogół był obojętny dla sprawy powstania.

Widzimy więc, jak to wygląda patriotyzm szlachecki, jak to nic dla dobra ojczyzny nie chce uronić ze swoich przywilejów.

Ale po co szukać przykładów w dawniejszych dziejach? Czy nie widzimy dzisiaj na każdym kroku, jak klasy posiadające lekceważą interesy narodowe, kiedy chodzi o dobro ich kieszeni?

Przedstawiciele klas posiadających w trzech „Kołach polskich”: berlińskim, wiedeńskim i petersburskim, polityką swoją świadczą ciągle, jaka to jest prawdziwa treść szlachecko-burżuazyjnego patriotyzmu.

Wobec wyborców, wobec swego społeczeństwa ociekają oni patriotyzmem, wyrazy „naród, narodowy” z ust im nie schodzą. A w parlamentach razem z junkrami różnej maści i z czarnosecińcami nakładają na lud coraz nowe ciężary finansowe i wojskowe, potęgują drożyznę; gdy zaś ich junkrzy i czarnosecińcy kopią, to pokornie łaszą się, zapewniają o swej „wiernopoddańczości”.

Po oderwaniu Chełmszczyzny, po tym ciosie, który spadł na naród polski wśród radosnego skowytu zwycięskich czarnosecińców – narodowo-demokratyczni posłowie polscy w Dumie głosowali za daniem rządowi carskiemu 1 285 000 000 rubli na marynarkę wojenną!

Klasy posiadające polskie nie walczą dziś zupełnie z rządami zaborczymi: One wdziały na siebie lokajską liberię – ale za to mają pełną gębę słów o patriotyzmie, narodzie itd. Swoje niewolnicze służalstwo, swoją zdradę interesów narodowych osłaniają one świętokradzko-patriotyzmem.

Międzynarodowość. Ale, zdaniem przeciwników socjalizmu, naszym wielkim grzechem ma być międzynarodowość, bo międzynarodowość rzekomo niezgodna jest z patriotyzmem i czyni człowieka obojętnym na losy swego kraju i narodu.

Tak, socjalizm jest międzynarodowy. Ale cóż to znaczy? Znaczy, że socjalizm nie istnieje tylko w jednym narodzie, ale we wszystkich krajach i narodach, gdzie panuje kapitalizm i gdzie klasa robotnicza walczy o swoje wyzwolenie. Znaczy dalej, że robotnicy wszystkich narodów mają wspólne interesy i że muszą się łączyć zarówno dla osiągnięcia ustroju socjalistycznego, jak i dla codziennej obrony od wyzysku. Wreszcie znaczy to, że robotnicy powinni zwalczać politykę zaborczą, ucisk narodowy, wyzyskiwanie jednego narodu przez drugi, bo to wszystko szkodzi interesom robotniczym i osłabia łączność międzynarodową. Oczywiście, robotnicy zwalczać muszą ucisk i zaborczość narodową nie tylko wtedy, gdy ten ucisk na ich narodzie ciąży, ale również wtedy, gdy go praktykują ich właśni rodacy, rodzime klasy posiadające. Socjaliści muszą zasadniczo zwalczać ucisk narodowy i właśnie w imię międzynarodowości uznawać prawo każdego narodu do wolności, do niekrępowanego rozwoju.

Jak widzimy, w międzynarodowości nie ma nic takiego, co by było niezgodne z przywiązaniem do swego narodu, co by naruszało prawa i dobro narodu. Przeciwnie, właśnie socjalizm najlepiej zabezpiecza prawa narodu: bo socjalizm powiada, że uciskanie jednego narodu przez drugi jest szkodliwym gwałtem, który przeszkadza rozwojowi kultury i walki robotniczej; socjalizm powiada, że łączność międzynarodowa może się oprzeć tylko na wzajemnym poszanowaniu swoich praw, na zrozumieniu swoich wspólnych interesów. Gdzie panuje gwałt i narzucanie swojej woli słabszemu narodowi przez silniejszy, tam nie ma międzynarodowości, ale jest wynaradawianie. A to są pojęcia wprost sobie przeciwne.

Socjalizm więc chce zarazem łączności międzynarodowej i wolności narodowej. Są to dla nas dwie rzeczy konieczne i uzupełniające się wzajemnie. Tak samo jak łączność społeczna nie przeczy wcale prawom jednostki, tak samo łączność międzynarodowa nie narusza praw narodowych. Jednostka nie ginie w społeczeństwie, a naród w ludzkości. Chodzi tylko o stworzenie warunków, które by należycie zabezpieczały prawa i dawały możność zgodnego współdziałania. A to właśnie czyni socjalizm: dąży on z jednej strony do tego, żeby wewnątrz narodu usunąć różnice klasowe i wyzyskiwanie pracy; w ten sposób stwarza prawdziwą jedność narodową; z drugiej zaś strony socjalizm dąży do tego, żeby stosunki między narodami oprzeć na podstawie pokojowego współdziałania, wzajemnych usług i wzajemnego poszanowania swoich praw; w ten sposób socjalizm urzeczywistni solidarność międzynarodową.

Naturalnie przeciwnicy nasi powiedzą, że to utopia, niemożliwość: dla nich jak „człowiek człowiekowi jest wilkiem”, tak samo „wilkiem jest naród narodowi”. Nic w ten jednak niemożliwego nie ma; przeciwnie, musi to nastąpić. Kapitalizm wywołuje mnóstwo sprzecznych interesów między narodami, dość wskazać współzawodnictwo kapitalistów różnych narodów o rynki zbytu, o kolonie; państwa współczesne ciągle zbroją się i coraz nowe wybuchają zatargi, grożące wojną. Ale widzimy zarazem, że kapitalizm tworzy warunki międzynarodowego współdziałania, że on coraz ściślejszymi węzłami łączy różne kraje, nawet najodleglejsze. Wymiana towarów ogarnia świat cały; koleje żelazne, telegrafy, parostatki itd. łączą wszystkie kraje, nowe wynalazki znajdują zastosowanie wszędzie; to, co dzieje się w jednym kraju, wpływa na wszystkie inne; międzynarodowe są takie klęski jak drożyzna lub kryzysy przemysłowe, ale międzynarodowe są również takie dobrodziejstwa jak nowe odkrycia, nowe zdobycze myśli ludzkiej jak ruch robotniczy itd. Otóż to wszystko tworzy podstawę dla łączności międzynarodowej; socjalizm urzeczywistni ją, usuwając to, co wywołuje wrogie stosunki, więc żarłoczne interesy klas posiadających, pogoń za łupem, zysk bez pracy, wynaradawianie, zabory itp.

Widzimy więc, jak fałszywe są, a zazwyczaj na złej woli oparte zarzuty przeciwko naszej międzynarodowości. Nasza międzynarodowość i nasz patriotyzm nie przeczą sobie zgoła, ale wspierają się i uzupełniają wzajemnie.

Naturalnie, nasz patriotyzm różni się bardzo od nacjonalizmu różnych obrońców kapitalistycznego ustroju, od tego, co za interes narodu uważają różni współcześni tzw. narodowcy. Ci bowiem nacjonaliści chcą po pierwsze, żeby klasa robotnicza szła na pasku klas posiadających i była ślepym narzędziem ich polityki narodowej. A na to my odpowiadamy, że klasa robotnicza ma swoją politykę narodową, swoje pojmowanie dobra narodowego, ale wcale nie widzi dobra narodowego w zbogacaniu klas posiadających. Po wtóre, nacjonaliści podszczuwają robotników jednego narodu przeciwko robotnikom innych narodów. Nasz patriotyzm polega, przeciwnie, na tym, że bronimy swoich praw narodowych, ale w robotnikach innych narodów widzimy sojuszników, nie zaś wrogów. Tymczasem nacjonaliści kapitalistom różnych narodów pozwalają się łączyć, przed rządami zaborczymi plackiem padają, ale robotnikom różnej narodowości każą się zwalczać wzajemnie. Wreszcie nacjonaliści skarżą się na ucisk narodowy, ale tylko wtedy, gdy on ciąży na ich narodzie; ale natomiast popierają gorąco ten ucisk, który ich właśni rodacy praktykują w stosunku do innych narodów. Jest to owa znana moralność murzyńska: gdy misjonarz zapytał raz murzyna, co jest złe, ten odpowiedział po namyśle: „źle jest, jeśli mi ktoś odbierze żonę”; a na zapytanie, co jest dobre, murzyn odpowiedział już bez namysłu: „a dobrze jest, jeśli ja komu odbiorę żonę!”. My zaś trzymamy się innej zasady: „nie czyń bliźniemu, co tobie niemiłe…”.

Jeszcze jedna ciekawa rzecz. Kto to wyrzuca nam nieraz, że jesteśmy międzynarodowcami? Oto np. kler katolicki, który z Rzymu odbiera rozkazy i liczy się tylko z interesem kościoła powszechnego (katolicki znaczy właśnie: powszechny, wszechświatowy). Oto bankier, który trzyma się zasady: tam ojczyzna, gdzie dobrze, to jest gdzie lepsze geszefty robić można. Oto arystokrata, wielki pan, którego znowu zasadą jest: tam ojczyzna, gdzie wesoło, to jest gdzie można się bawić i puszczać pieniądze w najprzyjemniejszy sposób.

Oto fabrykant, który sprowadza obcych robotników, bo taniej pracują, a część swoich towarów wywozi za granice, gdzie je sprzedaje taniej, aby móc swoim kochanym rodakom sprzedawać je – drożej itd. itd.

No, to prawda: z taką międzynarodowością i z takim patriotyzmem socjalista nic wspólnego nie ma.

Rodzina

Czego nie chcemy i czego chcemy. Przeciwnicy nasi robią nam zwykle takie zarzuty, jak gdybyśmy byli psotnikami, którzy ni stąd ni zowąd wszystko dokoła chcą „znieść”, „zburzyć”, a potem wszystko urządzić w jak najgłupszy sposób. Obrońcy dzisiejszego ustroju chcą nam takimi zarzutami wystawić złe świadectwo, a tymczasem wystawią złe świadectwo – właśnie sobie. Bo dowodzą w ten sposób, że krytykują socjalizm bez żadnej znajomości rzeczy albo ze złą wolą i że nie rozumieją wcale, co to jest rozwój społeczny.

Więc i co do urządzenia stosunków rodzinnych przeciwnicy przypisują nam niestworzone rzeczy. Według nich socjaliści chcą „zburzyć” rodzinę, zaprowadzić wspólność kobiet, dzieci oddawać do zakładów podrzutków – słowem, co jakiemuś klesze niezdrowa fantazja na myśl przywiedzie, to nam bez ceremonii przypisuje. Naturalnie, w tym wszystkim nie ma ani słowa prawdy, a raczej – rzecz się ma wprost przeciwnie.

Nie chcemy „burzyć” rodziny, ale chcemy wprost przeciwnie: żeby rodzina dawała jak najwięcej szczęścia ludziom, żeby była oparta na serdecznym uczuciu, chcemy usunąć ze stosunków rodzinnych brudy kapitalistyczne.

Nie chcemy wspólności kobiet, bo kobieta nie jest dla nas rzeczą, którą się posiada na własność: kobieta jest człowiekiem, mającym równe prawo. Chcemy właśnie znieść wspólność kobiet, która dziś istnieje w postaci prostytucji, to jest sprzedawania swego ciała przez nieszczęśliwe istoty.

Nie chcemy oddawać dzieci do domów podrzutków: bo właśnie w ustroju socjalistycznym i rodzice, i całe społeczeństwo roztoczą największą pieczę nad wychowaniem młodego pokolenia.

Zapytajmy się jednak, skąd przeciwnikom naszym mogło przyjść do głowy przypisywać nam takie rzeczy co do rodziny, o jakich nikomu nie śniło się. Sprawa jest prosta: dla nich rodzina i stosunki rodzinne są nieodłączne od własności prywatnej; zdaje im się więc, że wraz ze zniesieniem własności prywatnej zniknie rodzina.

Otóż to jest głupstwem: w społeczeństwie od najdawniejszych czasów zawsze istniały jakieś urządzenia rodzinne; inna sprawa, że te urządzenia zmieniały się jak wszystko w społeczeństwie. Socjalizm nie dąży do zniesienia rodziny, ale do wyższych, lepszych form rodziny, do tego, żeby rodzina lepiej odpowiadała swemu zadaniu. I właśnie tylko przez usunięcie własności kapitalistycznej zdobędziemy to lepsze urządzenie stosunków rodzinnych.

Kto burzy rodziny? Nie socjalizm, lecz właśnie kapitalizm burzy rodzinę robotniczą, kapitalizm wywołuje stosunki, przy których ognisko domowe rzuca odblask ponury na nędzę i wieczne utrapienia rodzinnego życia proletariusza.

Kapitalizm oderwał od ogniska domowego ogromną masę kobiet i zaprzągł je do pracy najemnej. Otóż łatwo sobie wyobrazić, jak źle w dzisiejszych warunkach musi się odbijać na życiu rodzinnym praca kobiet zamężnych. Jakże tu w takich warunkach należycie wychowywać dzieci, zaprzątać się gospodarstwem domowym! Kobieta po ciężkiej i długiej pracy w fabryce musi jeszcze zajmować się dziećmi i gospodarstwem! Czyż w takich warunkach możliwe jest przyzwoite życie rodzinne, czyż ognisko domowe może tu dawać dużo zadowolenia i radości?

Ale kapitalizm zmusza również dzieci do pracy zarobkowej. Dawniej, kiedy nic nie ograniczało kapitalistycznej chciwości, nieraz po fabrykach pracowały nawet pięcioletnie, sześcioletnie dzieci! Obecnie prawodawstwo fabryczne do pewnego stopnia, chociaż niedostatecznie, ogranicza pracę dziecięcą. Ale za to wszędzie setki tysięcy dzieci w wieku szkolnym pracują w chałupnictwie, rolnictwie, rzemiośle, aby pomóc nieco rodzicom! W Austrii w roku 1907/08 zebrano liczby dotyczące pracy dzieci w roku szkolnym (do lat 14). Spośród 418 tys. dzieci, o których zebrano wiadomości, pracowało 148 tysięcy, więc przeszło trzecia część! Ogromna większość tych dzieci zaczęła pracować przed ósmym rokiem życia; przed 4. rokiem zaczęło pracować 1121 dzieci, przed 6. – 56 818, przed 7. i 8. – 52 320! Przeważająca większość tych dzieci, przeszło 118 tysięcy, było zatrudnionych przez samych rodziców: rodzice musieli zamęczać swoje dzieci, aby przysporzyły im zarobku! Znaczna część tych dzieci musiała pracować w nocy!

Wszak prawda, jak w takich warunkach mile, sielankowo, przyjemnie wyglądać musi ognisko rodzinne?!

Na stosunki rodzinne fatalnie również wpływa drożyzna mieszkań. W szczupłym, niewygodnym, nieraz wilgotnym, ciemnym i zimnym mieszkaniu gnieździć się musi znaczna liczba osób, nieraz kilka rodzin. Sprzyja to pijaństwu, kłótniom, nieobyczajności, czyni z życia domowego prawdziwe piekło.

A panowie kamienicznicy, podwyższając komorne, każąc coraz drożej płacić za ognisko domowe, przekonani są niewątpliwie, że są filarami społeczeństwa: jak nabożnie oni umieją prawić o świętych prawach własności i  wzniosłych zadaniach życia rodzinnego!

Kto tu więc burzy rodzinę?

Własność prywatna a rodzina. Za długo by było, gdybyśmy chcieli opisywać szczegółowo, jak własność prywatna i związana z nią pogoń za złotem oddziaływają na stosunki rodzinne. Powiemy więc tylko o niektórych z tych skutków.

Mamy tu więc naprzód prostytucję, to haniebne uzupełnienie rodziny. Prostytucja wynika z niedoli kobiet i z uprzywilejowanego położenia mężczyzn, zniknie ona wraz z nędzą i przywilejami, a więc w ustroju socjalistycznym. A przy tej sposobności warto zaznaczyć, że ci panowie, którzy nam zarzucają chęć zburzenia rodziny, uważają zazwyczaj prostytucję za konieczność i przypisują jej wieczne trwanie… Tacy to są moraliści burżuazyjni!

A dalej mamy uganianie się za posagiem. W „wyższych” warstwach (postępowanie ich może być bardzo niskie, ale one przez to nie tracą swojej „wyższości”) – otóż w „wyższych” warstwach małżeństwo jest interesem. Łączą się kapitały, a czy ludzie są dobrani, czy łączy ich miłość, o to mniejsza. Bankier-milioner wydaje swoją córkę za podupadłego arystokratę: i to jest całkiem w porządku; następuje tu wymiana zgodna z moralnością kapitalistycznego świata: w zamian za herb i tytuł, za spowinowacenie się ze starymi, „dostojnymi” rodami – gruby posag.

Że małżeństwo dzisiaj w ogromnej ilości wypadków jest interesem handlowym, o tym świadczy także proceder stręczenia małżeństw, poszukiwanie mężów i żon za pomocą ogłoszeń itp.

Dzisiejsza rodzina opiera się również na dziedziczeniu majątków. Obszarnik i kapitalista muszą mieć prawego potomka, który by był spadkobiercą ich uczciwie zapracowanej (przez robotników) własności. Ale właśnie to dziedziczenie kapitału jeszcze jaskrawiej wykazuje charakter dzisiejszej własności prywatnej i dzisiejszej rodziny burżuazyjnej. Rodzina kapitalistyczna staje się związkiem chciwców i samolubów, dla których całe społeczeństwo istnieje po to, by oni mogli zagarniać zyski i dziedziczyć majątki. Ale świętość tego związku znika, gdy rodzina zaczyna się kłócić i procesować między sobą o podział spadku; nie potrzebujemy rozwodzić się nad tym, ile oszustw, łajdactw i zbrodni wynika z chciwości na spadki.

Zarazem dziedziczenie majątków pokazuje nam ogromnie wyraźnie, jak to dziś rozkładają się korzyści życia rodzinnego pomiędzy warstwy posiadające i nieposiadające. Jedni rodzą się już bogaczami i dziedziczą miliony – tych jest garstka, drudzy rodzą się w nędzy i dziedziczą nędzę, tych jest większość przeważająca. Gdy umiera ojciec rodziny, który całe życie ciężko pracował w fabryce czy kopalni, to nic dzieciom nie zostawia. Gdy umiera bogacz, na którego tysiące ludzi pracowało, to zostawia dzieciom (albo nawet dalekim krewnym) milionowy spadek.

Czyż nie mają słuszności nasi przeciwnicy, kiedy mówią, że socjaliści burzą rodzinę, bo nie chcą, żeby rodzina była oparta na chciwości, i nie chcą, żeby ogromna większość rodzin dziedziczyła – nędzę!

Feliks Perl
______________________
Powyższy tekst to dwa rozdziały książeczki Feliksa Perla pt. „Jak odpowiadać na zarzuty przeciwników?”, Nakładem Wydawnictwa „Życie”, Warszawa 1913. Od tamtej pory nie była wznawiana, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *