Tadeusz Hołówko

Grzechy i omyłki polskiej inteligencji pracującej

[1924]

Rzuca się w oczy każdemu polityczna niemoc polskiej inteligencji. Tyle było już prób tworzenia stronnictwa politycznego skupiającego inteligencję – i wszystkie skończyły się jak dotychczas smutnym fiaskiem. Gdzież źródło tej niemocy? Dość przypomnieć rolę liberałów w Anglii i w Niemczech, radykałów we Francji, kadetów w Rosji, aby zadać to pytanie.

Wielki już czas nie tylko pytanie postawić, ale i odpowiedzieć na nie. Spróbuję to uczynić, a raczej zagaić dyskusję w tej palącej sprawie.

Otóż źródło tej niemocy inteligencji polskiej polega według mnie na tym, że jest ona najmniej świadomą swych interesów i zadań klasą w Polsce, nie umiejącą patrzeć naprzód ani wyczuwać tych fermentów myślowych, duchowych ludzkości, które są wyrazem postępu.

Inteligencja polska w psychice swej żyje jeszcze we wczorajszej epoce, którą skończyła się z chwilą wybuchu wojny powszechnej.

Ludzkość w swym nieustannym pochodzie naprzód, w swej walce z przeszkodami dzielącymi ją od ideału, który wyczarowała zbiorowa dusza ludzka, wkroczyła w nową epokę, której zadaniem będzie rozwiązać zagadnienia socjalne, zagadnienia wyzysku człowieka przez człowieka.

Wiek XIX był wiekiem walki o wolność polityczną i wyzwolenie narodowe. Wojna powszechna ten okres nie tylko przyspieszyła, lecz i zamknęła niemal całkowicie.

To, co jeszcze 25 lat temu było przedmiotem namiętnych dyskusji, zażartych walk politycznych, demonstracji, strajków, a nieraz przelewu krwi – ustrój republikański, pięcioprzymiotnikowe prawo wyborcze, równouprawnienie kobiet itd. – dziś stało się zdobyczą wszystkich niemal narodów. Rozpadły się w gruzy państwa oparte na ucisku innych narodów – dziś mają niepodległość narody tak małe i młode, które jeszcze 10 lat temu nie śmiały o tym nawet marzyć.

I tu przychodzimy do wyjaśnienia przyczyny, dlaczego polska inteligencja w państwie polskim nie odgrywa dziś tej roli, jaką odgrywała inteligencja przed wojną we Francji, Anglii, Niemczech, a nawet w ciemnej Rosji. Oto tam wszędzie inteligencja kroczyła na czele tej walki o polityczne wyzwolenie swych narodów; o demokratyzację ustroju swego państwa; więcej – była ideologiem tych żądań, które były przedmiotem walki. W Polsce ta walka polityczna odbywała się jednocześnie pod hasłem walki o Niepodległość. Chorążym tej walki była ostatnio robotnicza partia – PPS – ale faktycznie cała postępowa inteligencja albo należała do tego stronnictwa, albo szczerze z nim sympatyzowała i współdziałała. Większość tej inteligencji należała do PPS właśnie w imię jej niepodległościowego programu politycznego. Ale dla PPS Niepodległość Polski była warunkiem nieodzownym dalszego przeobrażenia społecznego narodu polskiego, niewola polityczna była tym murem, który odgradzał coraz to bardziej naród polski od innych narodów Europy, spychał go coraz to bardziej na szary koniec w pochodzie ludzkości. Dla inteligencji zaś polskiej Niepodległość była celem sama w sobie. Dlatego to z chwilą uzyskania Niepodległości następuje masowy odpływ inteligencji od PPS. Inteligencja radykalna, walcząc w Legionach, należąc do POW, idąc do wojska, na urzędnika państwowego z jego głodowymi pensjami, słusznie uważała siebie za budowniczego państwa polskiego. Ale gorączkowo, z zapałem i niebywałym nieraz zaparciem się budując świątynię, nie myślała o tym, kto będzie nabożeństwa odprawiał w tej świątyni – i do jakiego Boga będą się tam modlić. Inteligencja polska odstrychnęła się od PPS z chwilą, gdy ta rozpoczęła walkę społeczną wewnątrz państwa – o zdobycie należytego miejsca dla klasy robotniczej. Inteligencja chciała być ponad klasami.

I oto tu tkwi źródło jej bezsiły.

Inteligencja patrzy na życie polityczne w Polsce pod kątem troski o utrzymanie Niepodległości. Francuzowi, Anglikowi, Niemcowi – wcale przez głowę nie przechodzi myśl o tym, że jego naród może utracić Niepodległość, inna jest psychika ludzi, inne jakieś cele stawiają sobie te narody. Chodzi im o wewnętrzną treść życia narodu, o jego istotne oblicze duchowe. To zaś powstaje ze zmagania się poszczególnych klas w danym narodzie.

Wiek XIX upłynął w walce mieszczaństwa, robotników i inteligencji ze swymi monarchami i feudalną szlachtą o rozszerzenie praw politycznych. Dziś ta walka, jak już wspomniałem, jest ukończona wszędzie – ukończona i w Polsce. Inteligencja polska, stojąca na straży ustroju republikańskiego, pięcioprzymiotnikowego prawa wyborczego, równouprawnienia kobiet, wolność i sumienia itd. – jest Don Kichotem politycznym. Zapewne w Polsce wiele z tych swobód jest jeszcze na papierze tylko – ale tam, gdzie Chrześcijańska Demokracja przyrzeka obronę pięcioprzymiotnikowego prawa wyborczego; gdzie nie ma ani jednego stronnictwa monarchistycznego, tam samo życie będzie stać na straży tych swobód, pracować w kierunku ich rozszerzenia i ugruntowania.

Z tą chwilą, gdy została uzyskana Niepodległość i najszersze swobody polityczne – iść naprzód, to zająć się zagadnieniami społecznymi.

Dziś cały świat kulturalny żyje i pracuje pod hasłami społecznymi. W każdym kraju inaczej, ale wszędzie te zagadnienia wysuwają się na czoło. W Rosji, wskutek sztucznie powstrzymanego rozwoju politycznego i społecznego, zagadnienia społeczne wybuchły z niebywałą siłą, w Anglii, Danii wysuwają się na czoło w drodze ewolucji. Międzynarodowe Biuro Pracy w Genewie, zagwarantowane traktatem wersalskim, świadczy, jak dalece rośnie zrozumienie zagadnień społecznych nawet wśród kierowników wczorajszej Europy.

Tymczasem inteligencja polska po prostu nie rozumie i nie czuje zagadnień społecznych. Pragnąc być budowniczym państwowości, interesowała się i rozumiała zagadnienia przede wszystkim polityczne, jak wojsko, polityka zagraniczna i wewnętrzna, stosunek do mniejszości narodowych, natomiast była obojętną i ignorancką w dziedzinie skarbowości, życia ekonomicznego, kraju i społecznych zagadnień.

Chcąc kierować budową państwowości chciała inteligencja polska ze swych planów całkowicie usunąć  pierwiastek społeczny – w jej mniemaniu rozsadzający fundament naszej państwowości – chciała w tej budowie posługiwać się wszystkimi klasami. A więc biorąc dla siebie politykę zagraniczną, wewnętrzną i wojsko – skarbowość i gospodarkę społeczną skłonna była oddawać w ręce klas posiadających, reformę rolną stronnictwom ludowym, ustawodawstwo robotnicze partiom robotniczym. Nic dziwnego, że w rezultacie budowała się wieża Babel. Musiało tak być, gdyż nie można państwa traktować wyłącznie jako zagadnienia politycznego. Najlepsza polityka zagraniczna i najdzielniejsze wojsko nie są dostateczną dziś gwarancją siły państwa. Musi być jakiś punkt wyjścia w planie budowy państwowości – i tym punktem mogą być dziś tylko zagadnienia społeczne. Trzeba rozstrzygnąć pytanie, jakie klasy będą odgrywały kierowniczą rolę w życiu danego narodu, zależnie od stopnia jego rozwoju.

Inteligencja w zaraniu państwowości polskiej winna była odpowiedzieć sobie na dwa pytania: 1) Czy chce i może stanowić samodzielną siłę polityczną i społeczną; 2) Jaki winien być jej stosunek do poszczególnych klas społecznych i partii będących ich politycznym wyrazem.

Na oba te pytania inteligencja faktycznie do dziś nie dała odpowiedzi – i za to pokutuje. Nie chce być samodzielną siłą, woli wszędzie składać kukułcze jaja, a tym samym chce być w zgodzie ze wszystkimi klasami, aby rzekomo wszystkimi posługiwać się przy budowie państwowości. I tu tkwi cała omyłka.

Inteligencja pracująca dziś de facto staje się zupełnie samodzielną i odrębną klasą społeczną, nie mając, niestety, tylko tej świadomości. Obecne formy życia państwowego i społecznego, powołujące do życia coraz to nowe instytucje państwowe, społeczne i samorządowe, z drugiej strony rosnący wciąż przemysł i handel – stwarzają wielką armię państwowych, samorządowych, społecznych, prywatnych urzędników i pracowników, związanych w jedną całość tym, że żyją ze sprzedaży swej pracy umysłowej. Ten właśnie rodzaj pracy daje im nazwę inteligencji pracującej – i to pozwala rozpatrywać ich jako odrębną klasę społeczną. Niestety pojęcia „inteligencji” używa się dziś w znaczeniu zbyt rozszerzonym. Uważa się, że zarówno wielki przemysłowiec, który ukończył uniwersytet, adwokat i lekarz, mający wspaniałą praktykę, inżynier dyrektor wielkiego przedsiębiorstwa – jak i inżynier pracujący za miesięczną pensję, prawnik, urzędnik, nauczyciel, bankowiec, urzędnik samorządowy – to wszystko stanowi inteligencję. Jest tak zapewne – jeśli brać jako kryterium wykształcenie, poziom intelektualny. Ale pod względem społecznym są to odmienne żywioły. Dyrektor banku, dla którego pensja jego jest mało znaczącym dodatkiem, a podstawą tantiema od zysków, ma sprzeczne interesy z urzędnikiem tegoż banku, chociażby ten skończył dwa fakultety i był dziesięć razy inteligentniejszy od swego dyrektora. Tak samo lekarz, adwokat, architekt – to odrębna kategoria, miarą zarobku której jest jego własny talent.

Natomiast ta olbrzymia armia urzędników i pracowników państwowych, prywatnych i samorządowych jest związana nie tylko wspólną cechą sprzedaży swej pracy umysłowej za stałą, z góry umówioną płacę, ale i wspólnymi warunkami pracy.

I oto jeśli sprzedaż swej pracy łączy inteligencję z klasą robotniczą, to warunki pracy różnią ją od tej ostatniej. Inteligencja pracująca ma inny dzień pracy, krótszy, pracuje nie w wielkich fabrykach, gdzie nieraz jednakową pracę wykonują dziesiątki tysięcy robotników, ale w poszczególnych biurach, sklepach, urzędach w sposób bardziej indywidualny. Stwarza to odmienną psychologię od psychiki klasy robotniczej, inne warunki życia, wymaga innych form porozumienia się i organizowania, bardziej skomplikowanych i trudniejszych przez to do zrealizowania. I tu właśnie tkwi przyczyna tego, że inteligencja staje się samodzielną klasą. Setki tysięcy ludzi w Polsce sprzedają swoją pracę umysłową, mają jednakowe warunki tej pracy i jednakowe wynagrodzenie za nią. Setki tysięcy ludzi zainteresowanych jest w tym, aby był utrzymany 7-godzinny, względnie 8-godzinny dzień pracy w biurach i sklepach, aby płace były na tej, a nie innej wysokości, aby mieli ze strony pracodawców te, a nie inne świadczenia itd., aby dobrodziejstwa ustawodawstwa ochrony pracy były rozciągnięte i na nich itd. A jeśli tak, to cała ta olbrzymia armia inteligencji pracującej jest zainteresowana w tym również, aby i rządy polityczne w kraju były takie, by jej interesy ekonomiczne i społeczne miały w parlamencie i rządzie należyte zrozumienie, szacunek i opiekę.

Niestety inteligencja pracująca jest bodaj najmniej politycznie wyrobionym elementem w Polsce. Faktycznie bowiem nikt tak łatwo nie idzie na lep demagogii partii politycznych, jak właśnie inteligencja. Mając ambicję być architektem państwowości, faktycznie jest żerem dla partii, reprezentujących społeczne interesy zgoła innych klas, które po prostu parcelują pomiędzy siebie inteligencję. Co smutniejsze, ogromna większość inteligencji pracującej przy wyborach do obu Sejmów głosowała na partie, które pod względem społecznym reprezentują interesy sprzeczne z jej interesami. Ale te partie miały usta pełne patriotycznych frazesów, nie mówiły nic o walce klas, o przebudowie społecznej, przeciwnie: mówiły o jedności narodowej, o tym, że interes państwa stoi ponad interesem poszczególnych klas itd. A że oficjalnie te partie uznają ustrój republikański, pięcioprzymiotnikowe prawo wyborcze itd. – więc ci wszyscy urzędnicy państwowi, biuraliści, pracownicy handlowi w ogromnej swej większości, z całą naiwnością powierzali reprezentację swych interesów w ręce pp. Wierzbickich, Kucharskich, Brunów, Korfantych, Steckich, Kiniorskich, Szarskich – bo ci zasłaniali się i szli w parze z takimi ludźmi jak Paderewski, Haller, których patriotyzmu nikt nie może zakwestionować. I te szyldy wystarczały; nie usiłowano nawet zastanowić się nad tym, co może kryć się za nimi w istocie. Co gorsze, inteligencja pracująca przy wszystkich wyborach okazuje, że ona właśnie bardzo jeszcze nie dojrzała do powszechnego prawa wyborczego. Zaiste śmiem twierdzić, że każdy robotnik w Polsce lepiej rozumie ducha powszechnego prawa wyborczego, aniżeli wielu profesorów, adwokatów itd. Robotnik albo wierzy Chadecji, albo PPS, i idzie za tą partią przy wszystkich wyborach. A tymczasem osobiście znam blisko dziesięciu inteligentów, w tej liczbie jeden profesor, jeden wysoki urzędnik państwowy, kilku adwokatów i lekarzy, którzy przy wyborach do Sejmu glosowali na listę endecką, bo tam stał Paderewski, a w miesiąc później przy wyborach do Rady Miejskiej w Warszawie na listę PPS, bo tam – jak twierdzili – stali ludzie czyści, którzy nie będą robić „geszeftów”. Tak głosujących na pewno było kilka tysięcy co najmniej. Albo inny przykład – iluż jest inteligentów, którzy przy wyborach do obecnego Sejmu glosowali na listę nr 10, a do Senatu na listę nr 8, nie rozumiejąc całej politycznej i społecznej różnicy między Bukowieckim a Hersem – i całego absurdu takiego głosowania.

Jeśli inteligencja nadal będzie błąkać się po takich ideowych bezdrożach, to i nadal będzie spełniać rolę pokątnych doradców przy poszczególnych klasach.

Inteligencja pracująca musi odnaleźć sama siebie, określić wyraźnie swoją rolę w społeczeństwie i zająć należne miejsce.

Musi odpowiedzieć na pytanie, czy istotnie socjalizm ma rację, twierdząc, że między interesami poszczególnych klas są takie różnice w obecnym ustroju kapitalistycznym, że w sposób nieunikniony prowadzą do walki klas. Inteligencja pracująca od odpowiedzi na to pytanie ucieka i, jak struś, chowa głowę do piasku.

Stwierdzając, że jest samodzielną klasą społeczną, inteligencja winna uświadomić sobie, że istotnie w obecnym ustroju społecznym wre walka nieubłagana pomiędzy poszczególnymi klasami. A jeśli tak, to inteligencja pracująca winna zdecydować się, po której stronie ma stanąć. Inaczej może być tylko widzem – to znaczy tym, czym jest w chwili obecnej.

Po tej czy po tamtej stronie. Po tej stronie stoją klasa robotnicza, małorolne i bezrolne włościaństwo, po tamtej klasy posiadające, a więc świat przemysłowy, handlowy, bankowy, ziemiaństwo i bogate włościaństwo.

Mieszczaństwo i inteligencja pracująca są tym lotnym piaskiem, który wiatr nastrojów przesypuje to na jedną stronę, to na drugą stronę.

Po którejże stronie stanąć winna inteligencja pracująca? Ustosunkowanie sił społecznych, obecny ustrój z każdego punktu widzenia nakazuje jej stanąć ramię przy ramieniu z klasą robotniczą.

Minione dzieje naszego narodu uczą nas, że przyczyną upadku, a następnie niepowodzenia wszystkich powstań było usunięcie od życia państwowego szerokich mas ludowych. Dziś więc wszystko, co wciąga masy w tryby życia państwowego, jest dobre. A więc dobrym jest republikański ustrój państwowy, który pozwala chłopu polskiemu Witosowi marzyć o stanowisku Prezydenta Rzeczypospolitej – i kto wie, czy daleką jest ta chwila błogosławiona, że włościaństwo wyłoni z siebie nowych ludzi, godnych tego stanowiska. Dobrym jest pięcioprzymiotnikowe prawo wyborcze do Sejmu i ciał samorządowych, dające równe prawa głosu bogatemu i biednemu, mężczyźnie i kobiecie. I wszystkie dolegliwości płynące z tego, że masy ludowe zły robią użytek z tego prawa, są drobiazgiem wobec faktu związania z państwowością najszerszych mas ludowych, wobec tego z góry od państwa idącego nakazu, by mąż i syn szanował swoją żonę i matkę, której państwo daje te same prawa, co i jemu.

Również z punktu widzenia interesów państwowości inteligencja winna całkowicie uznać program społeczny stronnictw lewicowych. Reforma rolna – to nie tylko gorące, żywiołowe po prostu pragnienie ziemi przez małorolnych i bezrolnych – to podstawa przyszłej Polski. Ziemiaństwo jest klasą tak dalece przeżytą i duchowo skarłowaciałą, tak dalece wyzutą z jakiejkolwiek troski o los państwa, tak dalece egoistyczną – że gdyby nawet w Polsce nie było bezrolnych i małorolnych, trzeba by było całą siłą dążyć w imię dobra do zlikwidowania tej klasy. A cóż mówić, gdy jednocześnie posiadamy miliony bezrolnych i małorolnych, gdy rokrocznie wypędzamy z Polski na obczyznę setki tysięcy młodych, zdrowych sił roboczych, dla których nie ma miejsca w kraju. Uskuteczniona reforma rolna – setki tysięcy nowych zamożnych gospodarstw włościańskich – to wielokrotne zwiększenie się rynku wewnętrznego dla przemysłu polskiego.

Ten, kto naprawdę kocha Polskę – ten mając do wyboru albo interesy kilkunastu tysięcy dworów ziemiańskich, chorych na przesyt dobrobytem, albo interesy milionów spragnionych ziemi – nie będzie ani chwili namyślał się w wyborze.

Ośmiogodzinny dzień pracy – z punktu widzenia interesów narodu i państwa jest nieodzownym warunkiem rozwoju, gdyż ratuje klasę robotniczą od zwyrodnienia fizycznego, a z drugiej strony uspołecznia ją i podnosi jej kulturalny poziom. Ten, kto styka się z klasą robotniczą, wie doskonale, jakie zrobiła ona w Polsce postępy pod względem swego poziomu kulturalnego, sposobu życia dzięki 8-godzinnemu dniowi pracy.

Kasy Chorych, pomijając ich ogromne znaczenie z punktu widzenia zdrowia narodowego, są jednocześnie wpajaniem przez państwo ogółowi zasad altruizmu i miłości bliźniego. Jesteś zdrowy, kawaler – nigdy zapewne, a przynajmniej przez długie lata nie będziesz chorować, ale pomimo to płać swą składkę i niech ci daje moralną satysfakcję myśl, że z tych składek leczą się setki tysięcy naprawdę chorych, dziesiątki tysięcy matek w ludzkich warunkach odbywają porody, tysiące rachitycznych dzieci robotniczych jadą na wieś, do Ciechocinka.

Ubezpieczenie od bezrobocia, nieszczęśliwych wypadków, na starość to najlepsza propaganda państwowości, gdyż najciemniejszy robotnik nie mając pracy lub tracąc do niej zdolność – a mając pomoc od państwa – innymi oczyma będzie na nie patrzał.

Innymi słowy to, czego pragną i o co walczą polski małorolny, bezrolny włościanin i robotnik – powodowani swoimi klasowymi interesami, zwykłym pragnieniem lepszego bytu – leży, jak się okazuje, i w interesie państwa – to znaczy istnieje całkowita zbieżność interesów klas pracujących i państwa jako takiego.

Nie można tego powiedzieć o klasach posiadających. Wszystkie ich pragnienia – a więc dewaluacja pieniądza, wolność handlu bez kontroli państwa, swoboda wywozu z Polski, wysokie cła wwozowe, żądanie niskich podatków – wszystko to, jak widnieliśmy, podkopuje same fundamenty państwowości polskiej. A z drugiej strony dążenie ich do niewprowadzenia w życie reformy rolnej, zniesienie 8-godzinnego dnia pracy, kas chorych i innych zdobyczy społecznych – bezpośrednio bijąc w klasy pracujące, pośrednio uderza również w państwo, które te zdobycze w imię swej siły musi uznać za nieodzowne.

Stojąc więc tylko na stanowisku państwowotwórczym, co tak lubi czynić inteligencja pracująca – winna ona całkowicie i bez zastrzeżeń stanąć po stronie klas pracujących.

Ale jeśli jest słusznym moje twierdzenie, że inteligencja pracująca jest obecnie w stanie krystalizowania się w samodzielną klasę, to wówczas winna ona zrozumieć i własne także interesy polityczne i społeczne. Otóż dobrze zrozumiane interesy społeczne i polityczne inteligencji każą jej również stanąć w obozie klas pracujących.

Inteligencja, jeśli chce odegrać należną rolę w społeczeństwie – a największą jej siłą jest wykształcenie i przebywanie wciąż w dziedzinie myśli – musi mieć po temu odpowiednią atmosferę. Tylko w państwie cieszącym się największymi swobodami politycznymi, tylko w państwie, gdzie nie ma analfabetów, gdzie każdy czyta książki, prenumeruje pisma, gdzie każdy chłop i robotnik jest obywatelem przesiąkniętym troską o byt państwa i poczuciem odpowiedzialności za jego losy – tam tylko może ustalić się moralne i duchowe panowanie i rządy inteligencji. Weźmy chociażby obecny los polskich pisarzy, polskich uczonych, polskich dziennikarzy. Nie tylko ciężki jest ich los materialny, ale jeszcze cięższy stan duchowy. Jak tragicznie muszą odczuwać Strug, Żeromski, Sieroszewski świadomość tego, że ich dzieła, pisane krwią serdeczną, w 25-milionowym narodzie w najlepszym wypadku czytać mogą 1-2 miliony. Jakże smutny jest los polskiego dziennikarstwa, jeśli pomyśleć, że w małej Danii najmniejsze pismo codzienne ma trzykrotnie większy nakład od najbardziej rozpowszechnionego dziennika w Polsce. A jak tragicznym jest los uczonego polskiego, który po kilka miesięcy w Towarzystwie Naukowym nie otrzymuje swej skromnej pensji.

Innymi słowy znaczenie i siły inteligencji pracującej będą rosnąć w miarę podnoszenia się kultury najszerszych warstw ludowych. Im więcej będzie szkół, pism, księgarń, czytelni, teatrów, szpitali, schronisk, kas chorych itd. – tym więcej będzie inteligencji pracującej, tym lepiej będzie powodzić się jej materialnie – tym większą będzie odgrywała rolę w społeczeństwie. Ten dzień, gdy dzieła Mickiewicza znajdą się w każdej chacie, będzie dniem moralnej dyktatury inteligencji pracującej.

A to uobywatelnienie najszerszych mas ludowych, podniesienie ich kultury może odbyć się jedynie i wyłącznie w ustroju demokratycznym – ustroju republikańskim, przy pięcioprzymiotnikowym prawie wyborczym do parlamentu i ciał samorządowych, swobodzie organizowania się, prasy, zebrań itd.

Z żalem i oburzeniem trzeba stwierdzić, że inteligencja tego wszystkiego nie rozumie. Nie mówię już o głupich żalach, że ma prawo wyborcze każdy analfabeta. Mam na myśli niezrozumienie tego, że oświata ludowa jest warunkiem wzrostu znaczenia inteligencji. Znam prowincję polską. Inteligencja prowadzi tam gnuśny żywot. „Narodowo” myśląca inteligencja nie może zdobyć się na założenie i należyte prowadzenie Macierzy Szkolnej, radykalna – Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego. Cóż zdawałoby się prostszego, jak wziąć latarnię i przezrocza i urządzić najazd na wsie i dwory w powiecie. A ileż to jest powiatów, gdzie nie ma ani jednej latarni projekcyjnej. Robotnicy zakładają kooperatywy, rolnicy – kółka rolnicze i centrale handlowe. Inteligencja przygląda się tylko temu – i te placówki z braku odpowiednich ludzi do kierownictwa upadają albo stają się żerowiskiem dla spekulantów. A ile można na tym polu urobić na prowincji, jaki jest pęd u ludzi do oświaty i organizowania się.

A z drugiej strony i ekonomiczne interesy inteligencji pracującej są niemal identyczne z interesami klasy robotniczej. Drożyzna, dewaluacja marki, wywołane dyktaturą ekonomiczną klas posiadających w Polsce, rujnowały państwo, ale rujnowały jednocześnie i spychały na dno nędzy i rozpaczy zarówno robotnika socjalistę, jak i inteligenta pracującego, najbardziej nawet zakochanego politycznie w stronnictwie Wierzbickich, Steckich i Szarskich. Inteligencji pracującej tak samo zależało na dodatkach drożyźnianych, na sprawiedliwych obliczeniach Głównego Urzędu Statystycznego, jak klasie robotniczej. Ośmio-, względnie 7-godzinny dzień pracy, niedzielny odpoczynek są tak samo potrzebne inteligentowi, jak i robotnikowi. Całe dobrodziejstwo kas chorych, tak przez nią początkowo pogardzanych, inteligencja zrozumiała wówczas, gdy rządy Kucharskiego zepchnęły ją niemalże na dno nędzy. Urzędnik bankowy tak samo powinien pragnąć ustawy o zabezpieczeniu na starość, jak i robotnik. Dziś, gdy tysiące urzędników prywatnych są wyrzucane na bruk, na pewno wielu z nich będzie się pytać, czy ustawa o pomocy przy bezrobociu rozciąga się i na pracowników biurowych.

Innymi słowy obecna sytuacja ekonomiczna inteligencji pracującej, jej interesy społeczne są równoległe z interesami klasy robotniczej. Stąd zdawałoby się wypływa jasny wniosek, że inteligencja pracująca winna iść ręka w rękę z klasą robotniczą.

W rzeczywistości jest inaczej. Trzeba otwarcie i szczerze powiedzieć, że stosunek inteligencji pracującej do klasy robotniczej jest w dziedzinie społecznej nierozumny, a często wprost nieetyczny.

Nie mówię już o stosunku do rządu Moraczewskiego, który był pełen nieżyczliwości, pomimo że wszystkie tego rządu ustawy były dobrodziejstwem nie tylko dla klasy robotniczej, ale i dla inteligencji pracującej, co więcej, były koniecznością państwową. Można to przynajmniej tłumaczyć dezorientacją polityczną inteligencji pracującej, wynikającą ze źle pojętej troski o utrwalenie bytu państwa. Ale weźmy dziedzinę żądań ekonomicznych.

Jak często daje się słyszeć z ust urzędnika oburzającego się na przedłużenie jego sześcio i półgodzinnego dnia pracy do 7-godzinego – ten głupi frazes, że całym nieszczęściem Polski jest tylko 8-godz. dzień pracy. Ile to było oburzenia, że woźni w uniwersytecie mieli większe pensje od docentów. Zamiast wyciągnąć stąd wniosek, że pensje docentów są za małe, oburzano się na wysokie pensje woźnych, ile to ze strony inteligencji było potępień robotniczych strajków ekonomicznych, ale nigdy nie słyszałem oburzenia na lokauty fabrykantów zamykających fabryki, gdy koniunktura gospodarcza dawała zbyt małe zyski.

Co więcej, często stosunek inteligencji pracującej do klasy robotniczej na tle strajków ekonomicznych był wręcz nieuczciwy. Oto kilka przykładów. Urzędnicy Magistratu Warszawy zagwarantowali sobie, że pensje ich muszą być o określony mnożnik wyższe od zarobków odpowiednich kategorii robotników miejskich; o ile te ostatnie podnoszą się, automatycznie podnoszą się płace urzędników. Wybucha strajk robotników miejskich na tle żądań nowej podwyżki. Urzędnicy oburzają się na „rewolucyjne metody”, gorliwie chodzą do biur, a w głębi duszy gorąco pragną, aby robotnicy strajk wygrali, bo wówczas i oni będą mieli lepsze warunki bytu bez żadnej walki i ryzyka.

Wszystkie strajki ekonomiczne o lepsze płace, o statystyczne dodatki drożyźniane, o wypłacanie pensji co dwa tygodnie – to wszystko wyniosła na swych wyłącznie barkach klasa robotnicza; inteligencja pracująca zawsze zbierała tylko owoce tych zwycięstw – nigdy nie dzieląc klęsk. W inteligencji pracującej wyrobiło się poczucie, że klasa robotnicza to jakiś murzyn, który winien walczyć z reakcją. Endecy robią zamach na Zgromadzenie Narodowe – robotnicy rzucają pracę, idą na plac Trzech Krzyży – ratują Konstytucję ceną życia robotnika Kałuszyńskiego, ranami kilkunastu innych robotników. Inteligencja trzęsie się z oburzenia na warcholstwo endeckie. W dwa dni później PPS ogłasza powszechny strajk. Istotnie ustaje praca we wszystkich fabrykach – ale inteligencja w swoich murach, urzędach, sklepach dalej spokojnie pracuje. Jej nie wypada strajkować.

Rząd Chjeno-Piasta doprowadza szerokie masy pracujące do ostatniej nędzy i rozpaczy, naigrawa się z rzesz urzędniczych. Wybucha strajk kolejowy. Jak długa i szeroka Polska, każdy urzędnik, oficer, policjant rozumie ten strajk, współczuje z nim w głębi duszy, pragnie dlań zwycięstwa, bo wie, że zwycięstwo kolejarzy polepszy i jego los ekonomiczny. A w praktyce? Inteligencja pracuje, niezliczone rzesze urzędnicze nie spieszą z pomocą strajkującym kolejarzom, a inżynierowie kolejowi z zapałem pełnią rolę łamistrajków. Z kolejarzy, którzy swoim patriotycznym ofiarnym stanowiskiem i pracą w czasie inwazji bolszewickiej przyczynili się do zwycięstwa, robi się wrogów państwa, ogłasza się sądy doraźne. A inteligencja w głębi duszy współczując, głośno potępia „antypaństwowe metody walki” – nie widząc, że szkody państwa wyrządzają nie kolejarze, lecz rząd, który w taki sposób traktuje ludzi pracy. I oto w obronie kolejarzy – pracowników państwowych – staje nie ogół tych pracowników ale klasa robotnicza, ogłaszając strajk powszechny. Przychodzą smutne wypadki krakowskie. PPS na honorowych warunkach zawiesza walkę. Jakież oburzenie powstaje wtedy na PPS wśród inteligencji pracującej – ileż to słychać wymyślań o tchórzostwie, o zaniku rewolucyjności itd. Pamiętam, jak tego samego dnia, gdy miały miejsce wypadki w Krakowie, wieczorem odbywał się na Siennej wiec handlowców, gdzie zaproszono mnie, abym referował sprawę sytuacji. Poszedłem wprost z posiedzenia CKW, gdzie zapadła uchwała przerwania strajku. Byłem pierwszy, który przyniósł tę wiadomość wypełnionej po brzegi sali. I  jakże wielkie było rozczarowanie i oburzenie wśród tych wszystkich urzędników państwowych, bankowców, buchalterów, handlowców, nauczycieli itd., że strajk przerwano. Ale nikomu do głowy nie przyszło, jak dalece nieetycznym było żądanie, aby inni przelewali krew, nikt nie uświadamiał sobie, że jedną z przyczyn zaprzestania strajku było to, że strajkowały tylko fabryki, i wszystko inaczej by wyglądało, gdyby były zamknięte sklepy, nieczynne banki, puste biura i urzędy. A tak robotnik zadawał sobie pytania, po co ma strajkować, gdy chodzą pociągi prowadzone przez inżynierów i urzędników kolejowych.

Ale oto okazuje się, że ta inteligencja, która się brzydzi strajkiem, jako orężem „godzącym w państwo”, doskonale posługuje się nim, gdy chodzi o jej materialny interes. Pamiętamy wszyscy, jak oburzała się i inteligencja, a w pierwszym rzędzie lekarze, gdy służba szpitalna zastrajkowała. Ale oto lekarze z tą chwilą, gdy od wolnej praktyki przeszli na płatnych urzędników do Kas Chorych – wciąż stawiają żądania i – o dziwo – nie krępują się w razie potrzeby popierać je strajkiem. Osobiście mnie to cieszy, gdy widzę, że i wśród lekarzy zaczyna się budzić zrozumienie znaczenia walki zbiorowej. Nie potępiałem ciemnych posługaczek szpitalnych za strajki, nie potępiam i światłych doktorów medycyny. Ale dlaczego nie słyszę słów oburzenia i potępienia ze strony tych, którzy potępiali strajk służby szpitalnej?

Takich przykładów można byłoby przytoczyć wiele – a wszystkie stwierdzają dwa niezbite fakty: 1) że interesy społeczne inteligencji pracującej i klasy robotniczej są bardzo do siebie zbliżone; 2) że inteligencja pracująca nie uświadamia sobie tego.

Tu kryje się źródło jej niemocy. Powiedzmy otwarcie, że klasa robotnicza z wysoka i niechętnie patrzy na inteligencję pracującą. Patrzy z wysoka, widząc jej niezaradność, czuje niechęć, widząc, jak zamiast sama walczyć o polepszenie bytu oburza się, jeśli polepszy go sobie przez ciężką walkę robotnik, którego ona w walce politycznej i społecznej nie poprze nigdy, gdyby nawet ta walka oczyła się o sprawy ogólnopaństwowego znaczenia.

I jeśli inteligencja chce zająć należne jej stanowisko, musi poddać uczciwej i radykalnej rewizji swój stosunek do klasy robotniczej. Póki tego nie zrobi – najbardziej wrażliwe jednostki będą z jej szeregów uciekać; póki nie zorganizuje się klasowo – będzie wciąż piaskiem lotnym, czepiającym się kół wozu tego czy innego stronnictwa politycznego.

O masowym wchłanianiu przez partie lewicowe inteligencji nie może być mowy. Najłatwiej inteligencji zdawałoby się zapełnić szeregi partii robotniczych. W rzeczywistości tak nie jest. Klasa robotnicza dziś zbyt jest zorganizowana, zbyt uświadomiona co do swej wartości i siły społecznej, by potrzebowała nauczycieli i kierowników z inteligencji.

Dziwnym to może wydawać się w artykule pisanym przez inteligenta, a jednocześnie członka CKW – kierowniczego ciała PPS. Ale należę do tych inteligentów, którzy od 15 lat co najmniej są związani z PPS, którzy należeli do niej wówczas, gdy nagrodą za pracę były nie mandaty poselskie i te czy inne stanowiska społeczne. Dziś są inne czasy – dziś klasa robotnicza na oczach naszych wyłania z siebie swoją własną inteligencję robotniczą, która wyrabia się w związkach zawodowych, kooperatywach, magistratach i radach miejskich – inteligencję swoim wyrobieniem politycznym i społecznym niczym nie różniącą się od nas, inteligentów zawodowych, a mającą w stosunku do nas ten plus, że wyszła z klasy robotniczej, co dzień z nią obcuje nie tylko na gruncie partii, ale i w życiu codziennym. Ta inteligencja robotnicza staje się z dniem każdym chlubą nie tylko swej klasy, ale i całego narodu.

Mógłby ktoś powiedzieć, że wobec zbieżności interesów ekonomicznych i politycznych klasy robotniczej i inteligencji pracującej PPS i inne partie robotnicze winny bronić interesów inteligencji pracującej. Tak jest obecnie w rzeczywistości. Partie robotnicze robią to nawet zupełnie świadomie. Dowodem tego energiczna zawsze obrona postulatów urzędników państwowych; ale bronią one dziś inteligencji jako czegoś słabego i niedołężnego, a chodzi o to, aby inteligencja broniła sama siebie. Otóż nie może być mowy o tym, by inteligencja opanowała PPS czy którąkolwiek inną partię robotniczą, aby usunęła robotników na plan drugi. Jest zbieżność pomiędzy interesem robotników i inteligencji pracującej, ale nie ma identyczności, istnieje rozbieżność warunków pracy i życia oraz psychiki, a więc są i różnice. Dlatego cała inteligencja pracująca nie zmieści w ramach organizacji politycznej i zawodowej klasy robotniczej.

Zapewne i nadal będą iść do szeregów partii robotniczych inteligenci, ale będą to jednostki widzące w klasie robotniczej przodującą awangardę ludzkości. Ale to nie rozwiązuje zagadnienia zorganizowania inteligencji pracującej jako całości.

Zostają partie włościańskie. Tu może być znacznie większe zapotrzebowanie na inteligencję, wobec zarówno ilości włościaństwa w Polsce, jak i małego jeszcze jego uświadomienia. Zwłaszcza gospodarcze zadania stanowią wdzięczne pole dla działalności inteligencji wśród włościaństwa. Kółko rolnicze, organizacja zrzeszeń mleczarskich, zbytu zboża itd. – słowem wyrwanie włościaństwa ze szpon polipa, któremu na imię pośrednictwo – to piękna i owocna praca, w której inteligencja może odegrać bardzo poważną rolę. Niestety w tym kierunku inteligencja zdradza bardzo mało zainteresowania, natomiast pcha się do ludowych stronnictw politycznych. Powstają absurdy w postaci posłów ludowców – imponujących w Warszawie swymi monoklami i cylindrami, świetną wymową adwokacką – no i absolutną nieznajomością wsi, jej potrzeb, psychologii. Jeszcze gorszym zjawiskiem jest masowe wpisywanie się na członków stronnictw ludowych urzędników państwowych, z których wielu nigdy w życiu nie widziało wsi i nie zobaczy. Jest to po prostu zabójcza forma korupcji. Tacy urzędnicy de facto są adiutantami różnych liderów stronnictw sejmowych i więcej godzin spędzają w kuluarach i klubach sejmowych aniżeli w biurze – tą drogą chcąc robić karierę. W zamian ułatwiają oni różnym spekulantom partyjnym – w jakich specjalnie bogate jest stronnictwo „Piasta” – otrzymywanie pozwoleń wywozowych, koncesji itp. Ale cała inteligencka masa z tym wszystkim nic wspólnego nie ma.

Widzimy więc, że inteligencja pracująca, jeśli chce odgrywać rolę w społeczeństwie, winna zorganizować się w samodzielną siłę społeczną. Ale od czego zaczynać, co wziąć za punkt wyjścia?

Dotychczas brano zaś próby tworzenia inteligenckiej partii politycznej. I tu tkwi przyczyna niepowodzeń. Politycznie może inteligencja między sobą bardzo się różnić. Obok siebie w banku na jednakowych stanowiskach z jednakową pensją mogą siedzieć zażarty komunista i jeszcze bardziej zażarty endek. Politycznie różnią się ogromnie – społecznie mają identyczne interesy. Stąd wniosek jasny, że organizacja inteligencji należy rozpocząć od organizowania na gruncie społecznym. Podstawą polskiej klasy robotniczej są nie partie, lecz związki zawodowe, a następnie organizacje spółdzielcze. Związki zawodowe obejmują wielokrotnie większą ilość robotników aniżeli partie robotnicze, poza tym – jak i kooperatywy robotnicze – mają tendencję do scalania się. Klasowe związki zawodowe i kooperatywy obejmują PPS-owców, komunistów, żydowskich socjalistów i ogromną ilość bezpartyjnych robotników – pomimo iż politycznie te partie prowadzą ze sobą zażartą walkę. Związki zawodowe będące pod wpływem NPR, nie ulega wątpliwości, że coraz bardziej zbliżają się do klasowych związków zawodowych. Kwestia, czy klasowe kooperatywy robotnicze winny stanowić odrębny Związek, czy zlać się ze „Społem” obejmującym i kooperatywy NPR, jest przedmiotem nieustannych namiętnych dyskusji w obu zrzeszeniach. Nic w tym dziwnego, bo wspólne interesy społeczne są silniejsze od różnic politycznych.

Inteligencja pracująca winna stworzyć silne zrzeszenia zawodowe, objąć nimi cały ogół inteligencji i powiązać je w jedną całość. A to da się uczynić tylko wówczas, gdy uświadomi ona sobie, że jest odrębną klasą, i wyrobi jedną wspólną dla siebie ideologię społeczną. Z tą chwilą, gdy inteligencja stanie się siłą społeczną, będzie mogła albo pójść drogą stworzenia własnej partii politycznej, albo zawierać sojusze z obecnymi partiami klas pracujących i tą drogą zyskiwać dla siebie odpowiednią ilość mandatów do parlamentu, rad miejskich itp.

Ideologią zorganizowanej inteligencji pracującej może być tylko ideologia walki klasowej, przebudowy społecznej, zmiany obecnego ustroju społecznego na ustrój lepszy i sprawiedliwszy, gdzie praca będzie fundamentem i koroną.

Trzeba dążyć do tego, by aparat państwowy służył Pracy, bo świat Pracy jest fizyczną i moralną podstawą Ludzkości. A przebudowy tej dokona klasa robotnicza i inteligencja pracująca w walce z burżuazją. Włościaństwo po przeprowadzeniu reformy rolnej i zlikwidowaniu klasy ziemiańskiej stanie się czynnikiem normalnie konserwatywnym. O obliczu duchowym XX wieku rozstrzygnie walka Pracy z Kapitałem.

W tej walce inteligencja pracująca winna jako całość, jako samodzielna siła stanąć obok klasy robotniczej, być jej bratem i wiernym towarzyszem broni w każdej potrzebie. Socjalizm – gwiazda przewodnia klasy robotniczej – winien przyświecać i inteligencji pracującej.

Tą drogą każe jej iść jej własny interes, ambicja dziejowa i troska o byt Państwa Polskiego.

Innej drogi dla inteligencji pracującej nie widzę.

 

Tadeusz Hołówko
__________________________
Powyższy tekst pierwotnie opublikowano w miesięczniku „Droga”. Następnie przedrukowano go w tygodniku „Głos Zagłębia – organ Polskiej Partii Socjalistycznej w Zagłębiu Dąbrowskim” numery 17 i 18/1924, 22 i 29 czerwca 1924 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Publikowaliśmy już dwa inne teksty Tadeusza Hołówki – broszury:
•    Ziemianie [1919]
•    Co robotnik polski zdobył przez niepodległość [1923]

 

Tadeusz Hołówko (1889-1931) – polityk, uczestnik ruchu niepodległościowego i socjalistycznego, publicysta. Urodził się w polskiej rodzinie w Turkiestanie. Na studiach w Petersburgu związał się ze środowiskiem Związku Młodzieży Postępowo-Niepodległościowej i PPS – Frakcja Rewolucyjna, a wkrótce także ze Związkiem Walki Czynnej. Aresztowany i więziony za działalność niepodległościową, tymczasowo relegowany ze studiów. W czasie I wojny światowej związany z POW, więziony przez Niemców, po uwolnieniu współtwórca lewicowo-piłsudczykowskiego Stronnictwa Niezawisłości Narodowej, z polecenia Piłsudskiego prowadził ryzykowną misję informacyjno-organizacyjną na terenie obecnej Ukrainy i Białorusi oraz w Moskwie w sprawie tworzenia niezależnej armii polskiej. W listopadzie 1918 r. wiceminister propagandy w rządzie Ignacego Daszyńskiego, jeden z głównych autorów Manifestu Tymczasowego Rządu Republiki Polskiej. W niepodległej Polsce działacz PPS, bardzo aktywny publicysta prasy partyjnej, członek najwyższych władz partii (m.in. sekretarz Rady Naczelnej, członek CKW), redaktor naczelny jednego z partyjnych organów – tygodnika „Trybuna”, członek zarządu TUR. W latach 1919-1927 radny Warszawy wybrany z listy PPS. Jeden z czołowych działaczy tzw. ruchu prometejskiego, a także gorący zwolennik programu federacyjnego, czyli daleko posuniętego sojuszu Litwy, Łotwy, Estonii i Ukrainy (a nawet Finlandii) z Polską przeciwko imperializmowi rosyjskiemu/sowieckiemu. Zaangażowany w pomoc powstańcom śląskim. Ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej. Zwolennik daleko posuniętej autonomii kulturalnej dla ludności ukraińskiej w Galicji Wschodniej oraz porozumienia polsko-ukraińskiego, wielokrotnie potępiał politykę polskich władz w tej kwestii i starał się łagodzić napięcia. Zaangażowany również w łagodzenie antagonizmów polsko-żydowskich. Aktywny w pracach Instytutu Badań Spraw Narodowościowych. Po przewrocie majowym opuścił PPS i związał się z obozem sanacyjnym, mimo iż krytycznie oceniał politykę socjalną piłsudczyków i sojusze z klasami posiadającymi. Wiosną 1927 r. został naczelnikiem Wydziału P-III (tzw. wschodniego) Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Brał aktywny udział w tworzeniu Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem, w roku 1930 został posłem z jego listy. 29 sierpnia 1931 r. podczas pobytu na kuracji w Truskawcu, został w zamachu zamordowany przez nacjonalistów ukraińskich z OUN.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *