Tadeusz Hołówko

Ziemianie

[1919]

Towarzyszom Marianowi Malinowskiemu (Wojtkowi) i Janowi Kwapińskiemu – niestrudzonym obrońcom wiejskiego ludu pracującego, tę książeczkę poświęca autor.

 

Rzeczpospolitą Polską do chwili jej upadku rządziła szlachta – innymi słowy ziemiaństwo, gdyż ziemię na własność mógł mieć tylko szlachcic, mieszczanie majątków ziemskich mieć nie mogli, zaś włościanie pracowali na ziemiach królewskich, kościelnych lub szlacheckich. Szlachcic bowiem mógł trudnić się tylko rolnictwem. Ten szlachcic, który osiadł w mieście, imał się handlu, tym samym wyłączał siebie z grona szlacheckiego. Zapisanie się do ksiąg mieszczańskich, jak to uczynił Małachowski i inni twórcy Konstytucji 3 Maja, było aktem rewolucyjnym. Nawet Sejm Czteroletni nadawał szlachectwo mieszczanom pod tym tylko warunkiem, że nabędą majątek ziemski.

Innymi słowy, ziemianin rządził Rzeczypospolitą Polską. Trzeba przyznać, że był i okres jasny w rządach szlachty – ziemiaństwa. Tym okresem był wiek XVI, gdy szlachta wywalczyła dla siebie szerokie wolności, gdy ograniczyła władzę królów, złamała przywileje magnaterii i biskupów, gdy wprowadziła ustrój konstytucyjny, gdy dopięła tego, że władza cała skupiła się w Sejmie, gdy w Polsce kwitła tolerancja i wolność, poszanowanie praw jednostki.

Prawda, rządziła tylko szlachta, była to Rzeczypospolita szlachecka, ale było tak wówczas w całej Europie – wszędzie lud jeszcze był ciemny, nie brał żadnego udziału w życiu państwowym.

Wówczas jednak szlachta nie tylko rządziła, lecz i broniła Polskę, zwołując „pospolite ruszenie”. Jednocześnie szlachta umiała prowadzić i mądrą politykę wobec innych narodów – nie mieczem i ogniem, lecz nadawaniem równych ze sobą praw i wprowadzaniem demokratycznych instytucji wiązała ze sobą Litwę, Białoruś, Ruś, Prusy, Inflanty.

Ale stopniowo zanikał w szlachcie duch troski o Polskę.

Szlachta polska bowiem w XVII i XVIII wieku coraz bardziej i wyłączniej kierowała się swym stanowym egoizmem, który przybierał coraz potworniejsze i wyuzdańsze rozmiary.

Szlachta, włościan osiadłych lub przeniesionych na „prawo niemieckie”, stopniowo znowu doprowadziła do stanu całkowitej niewoli.

Szlachta – ziemianie zabiła miasta polskie, zabiła handel polski, wyzyskując swe przywileje sprowadzania bez cła towarów z zagranicy na swe potrzeby dla uprawiania takiego samego paskarstwa, jakie uprawiają dziś dostojni jej potomkowie.

Szlachta za czasów Sasów, za cenę, by mogła swobodnie pić, popuszczać pasa i bić się na sejmikach w imię interesów różnych „familii”, Lubomirskich, Radziwiłłów, Sapiehów, faktycznie zaprzedała Polskę w kuratelę rosyjską. Za upadek Rzeczypospolitej ponosi odpowiedzialność wyłącznie szlachta – ziemiaństwo.

Bez wystrzału, bez istotnego protestu pozwoliła ona na pierwszy rozbiór Polski.

Jeśli przyszedł następnie okres odrodzenia się duchowego i reform, to jest to zasługą tej garści szlachty światłej i patriotycznej, która zerwała pod wpływem i urokiem Wielkiej Rewolucji Francuskiej z tradycjami, wierzeniami i poglądami politycznymi ogółu szlacheckiego.

Ale ta część szlachty polskiej, która była po stronie Konstytucji 3 Maja, była w znikomej mniejszości w stosunku do ogółu ziemiaństwa. Pamiętajmy, że Konstytucja 3 Maja zrodziła się i została opracowana w wielkiej tajemnicy, że jej twórcy to byli spiskowcy wobec szerokiego ogółu szlacheckiego, że konstytucja ta została w dniu 3 maja w drodze rewolucyjnego zamachu stanu narzucona ogółowi ziemiaństwa. Pamiętajmy, że za Konstytucją 3 Maja był duch czasu, echa Wielkiej Rewolucji Francuskiej, patriotyczna światła mniejszość szlachty, całe mieszczaństwo – a przeciw, szeroki ogół tej szlachty, która siedziała po swych folwarkach, magnateria, te różne „familie”, którym chaos i anarchia były potrzebne dla obrabiania swych własnych interesów, biskupi, którzy drżeli o swe majątki kościelne.

A jak jeszcze wówczas to ciemne, zacofane szlacheckie ziemiaństwo i magnateria były silne i wpływowe wskazuje fakt, że Konstytucja 3 Maja nie odważyła się targnąć na społeczne przywileje ziemiaństwa – zostawiając je nienaruszonymi, bowiem Konstytucja 3 Maja najliczniejszej klasie w Polsce, ludowi wiejskiemu, oprócz bardzo nieokreślonej opieki prawnej nic nie dała – nawet wolności osobistej, nie mówiąc już o ziemi, a to wówczas, gdy jednocześnie we Francji włościanin stawał się nie tylko wolnym osobiście, lecz i posiadaczem ziemi.

I nie dlatego twórcy Konstytucji 3 Maja tak skąpi byli dla włościanina polskiego, że nie chcieli dać mu wolności i ziemi – lecz dlatego, że rozumieli, iż targnąć się na przywileje społeczne szlachty – ziemiaństwa, odebrać od nich ich poddanych, dając im chociażby tylko wolność osobistą – to ryzykować, że ziemiaństwo w obronie swych klasowych przywilejów pogrzebie całą reformę.

Wskazuje to tylko jak ten szeroki ogół szlachecko-ziemiański wówczas był jeszcze ciemny, egoistyczny i silny. Dlatego też największą obrazę i krzywdę wymierzają światłej pamięci twórców Konstytucji 3 Maja ci, którzy wskazują na to, że byli oni szlachcicami.

St. Potocki, Kołłątaj, Małachowski mieli tyle wspólnego z ówczesną szlachtą, co z dzisiejszą Piłsudski, Daszyński, Moraczewski, również szlachcic z pochodzenia. Tak samo z pochodzenia jeno, lecz nie z ducha był szlachcicem Małachowski, bo inaczej nie „plamiłby” swego szlacheckiego rodu zapisując się do ksiąg mieszczańskich. Z pochodzenia tylko szlachcicem był Kołłątaj, lecz faktycznie jej zaklęty wróg, znienawidzony przez nią straszliwie, prześladowany i spotwarzany jako „jakobin i zdrajca narodu” z taką samą zaciekłością i nienawiścią z jaką dziś jest zwalczany przez ziemiaństwo „szlachcic” Moraczewski.

Dzieje Konstytucji 3 Maja oprócz nazwisk takich szlachciców, jak Kołłątaj, Małachowski, Potocki, zapisały nazwiska mieszczan Dekerta, Kapostusa, Barrsa, gdy tymczasem dzieje Targowicy zapisały wyłącznie ziemiańskie nazwiska Ponińskich. Kossakowskich, Szczęsnych Potockich, Branickich, Ożarowskich. Ci zdrajcy narodu wystąpili przeciwko Konstytucji 3 Maja w imię „złotej wolności” szlachty, w imię zagrożonych rzekomo przez tą konstytucję społecznych przywilejów i stanu posiadania ziemiaństwa.

Targowica pogrzebała dzieło odrodzenia Polski, lecz natomiast istotnie wspaniale wzmocniła stan posiadania ziemiaństwa polskiego.

Z czegóż bowiem dziś powstała ta „święta prywatna własność” różnych Potockich, Branickich, Kossakowskich jak nie z rabunku własności Rzeczypospolitej – co z takim zapałem na przykład czynili biskup Kossakowski i jego brat Szymon i tylu innych, lub jak nie z darów Katarzyny II, która hojnie obdarzała Branickich, Potockich i innych arystokratów – obszarników za zdradę własnego kraju.

Powstanie Kościuszkowskie również nie było dziełem ziemiaństwa polskiego.

Kościuszko, szczery republikanin, który głęboko bolał i wstydził się, że prawa obowiązujące w jego ojczyźnie nie dają mu możności zwolnienia swych poddanych w jego majątku na Litwie, którego zresztą zrzekł się na rzecz swych siostrzeńców – nie miał nic wspólnego z ówczesną szlachtą. „Za samą szlachtę bić się nie będę” – powiedział przed powstaniem.

Bitwę pod Racławicami rozstrzygnęli na korzyść wojsk polskich krakusi ze swymi kosami. Imię Bartosza Głowackiego, który stał się symbolem budzącego się do życia narodowego ludu polskiego, jest ściśle związane z imieniem Kościuszki.

Jeżeli wówczas już Kościuszko włożył sukmanę chłopską, którą dziś ziemianie przywdzieją chyba wtedy tylko, gdy ich mus do tego skłoni, jak zmusił paradować w „szynelach” i udawać „towariszczej” na Białej Rusi i Ukrainie za czasów „bolszewickich” – to wskazuje jak Kościuszko z ducha obcym i dalekim był żywiołowi ziemiańskiemu.

Nie był z ducha szlachcicem bohater wileński Jasiński, gdy z takim spokojem (zupełnie słusznym) wieszał tego duchowego przedstawiciela ówczesnego ziemiaństwa, „hetmana” Kossakowskiego. Zaś nawet już z pochodzenia nie byli szlachcicami Kapostas, Kiliński i ci mieszczanie, którym Warszawa zawdzięczała swe chwilowe uwolnienie od Moskali. Natomiast, jeśli powstanie Kościuszki nie udało się – to lwia część winy w tym ówczesnego ogółu szlachty, która po wydaniu uniwersału Połanieckiego nie tylko sama odstrychnęła się od „jakobina” Kościuszki, lecz kijami biła tych ze swych chłopów, którzy mieli „zuchwałość” wykradać się pod sztandary powstańcze. I kto wie, jak skończyłoby się powstanie Kościuszki, gdyby szedł on w ślady Jasińskiego i Kołłątaja, gdyby surową i energiczną dłonią przełamał bierny opór ziemiaństwa, gdyby go zmusił w życie wcielić tak skromne zasady swego uniwersału, gdyby wykonał swą groźbę, że „ciemiężyciel, prześladowca obrońców kraju, jako nieprzyjaciel i zdrajca ojczyzny karany będzie”.

A jak ówcześni ziemianie traktowali swych poddanych – powstańców, to w całej prawdzie odmalował Reymont w swej „Insurekcji”.

Egoizm ziemiaństwa zgubił powstanie 1831 roku, gdyż Sejm szlachecki nawet w obliczu tragicznej walki narodu o swą Niepodległość, nie zdobył się na zniesienie pańszczyzny, pozostał obojętny na wymowne wezwanie jedynego, tak jedynego, rzecznika zniesienia pańszczyzny, posła Szanickiego, który wołał: „Milion rąk podniesiemy ku obronie tej ziemi, na której milion wolnych utworzymy jej właścicieli”. Sejm nie tylko pozostał obojętny, lecz ponadto w obawie o swe majątki skwapliwie gasił wszelką ruchawkę powstańczą wśród włościan.

Istotnie majątki szlachty polskiej ostały się całe i nienaruszone – cóż z tego, że kosztem wolności i niepodległości Polski. Jedynym jaśniejszym promieniem w dziejach szlachty polskiej w okresie porozbiorowym było powstanie 1863 roku.

Wówczas istotnie setki i tysiące szlachty drobnej poszło do powstania, nie szczędząc życia i ofiar osobistych. Setki dworów dawało przytułek i pomoc powstańcom, chociaż za to groziła konfiskata majątku.

Powstanie 1863 roku jak gdyby było łabędzim śpiewem polskiej szlachty – na ołtarzu Ojczyzny złożyła ona hojną ofiarę z krwi i mienia najlepszych wśród siebie. A śpiew ten był niewysłowienie piękny i pełen czaru i uroku. Powstanie 1863 roku to był pański gest, pełen rezygnacji, lecz i godności ludzi tej klasy w Polsce, która schodziła z areny politycznej, a która wydała ze swych szeregów Orzechowskiego, Frycza-Modrzewskiego, Reya, Jana Zamojskiego, Żółkiewskiego, Sobieskiego, Józefa Poniatowskiego.

Ale niestety z tą wielkością ofiary, poświęcenia i bohaterstwa nie szła w parze wielkość myśli politycznej. Manifest „czerwonych”, nadający ziemię włościanom, nie został przez „białych”, to jest stronnictwo ziemiańskie, gdy władzę wzięli w swoje ręce, w życie wcielony. Polska szlachta umiała dla Ojczyzny walczyć i umierać – lecz nie umiała nigdy poświęcić swych materialnych dóbr.

Szlachta polska umiała swoją wolnością dzielić się ze szlachtą litewską i bojarami ruskimi – lecz nie umiała podzielić się nią z własnym polskim ludem, nigdy nie zdobyła się na taki ładny gest, jak szlachta francuska w zaraniu Wielkiej Rewolucji.

Wieczną plamą na szlachcie polskiej zostanie, że to, co zaniedbała z jej winy Konstytucja 3 Maja, to, czego nie dała ona w życie wprowadzić Kościuszce, zostało dokonane przez rządy zaborcze – obdarzenie chłopa polskiego wolnością i ziemią. Tak stało się z winy egoizmu szlachty, że dla chłopa polskiego rozbiór Polski był na razie dobrodziejstwem, ulgą w jego strasznej doli.

Nie zapominajmy, że rząd austriacki już przed uniwersałem połanieckich Kościuszki nadał nie mniejsze prawa i nie mniejszą opiekę chłopu polskiemu, aniżeli te, które uniwersał tylko przyrzekał. Nie zapominajmy, że już w 1799 roku zaczął rząd pruski uwłaszczać chłopa polskiego, w swym zaborze. Napoleon nadał wolność osobistą włościanom w Księstwie Warszawskim.

Wiekopomny manifest Rządu Narodowego z dnia 22 stycznia 1863 roku, uwłaszczający włościan, był aktem mającym naprawić tą krzywdę wiekową, wyrządzaną chłopu polskiemu przez Rzeczpospolitą Polską.

„Biali”, to jest stronnictwo ziemiańskie, tego aktu w życie nie wcielili – wcielił go, niestety, następnie rząd moskiewski, zaskarbiając sobie wdzięczność włościaństwa polskiego na długie dziesiątki lat. Tak jeszcze raz egoizm klasowy szlachty zemścił się na całej Polsce.

Ten egoizm klasowy, ta niechęć do podzielenia się kawałkiem chleba z ludem, zdecydowały o klęsce 1863 roku. Lud pozostał bierny – nie potrafiono go wciągnąć do walki. Co było najlepszego wśród szlachty, wyginęło w powstaniu 1863 roku.

Ta zaś szlachta, która wyszła cało z pogromu zemsty caratu, wyparła się wszelkiej myśli o Niepodległości Polski.

Nie tylko wyparła się, lecz jeszcze opluwała, poniewierała pamięć Rzeczypospolitej, tłumnie jadąc do Wilna na otwarcie pomnika Katarzyny II – głównej sprawczyni i inicjatorki rozbiorów Polski. Ta sam szlachta w tym samym czasie w Poznańskiem na życzenie Bismarcka tłumnie wysprzedawała swe majątki – i gdyby nie lud poznański, nie jego przywiązanie do ziemi ojczystej – kto wie, czy powiewałby dziś sztandar polski nad przepięknym ratuszem poznańskim.

I oto wówczas, gdy lud polski uginał się pod ciężarem praw kagańcowych, gdy toczył na życie i śmierć walkę z przemocą niemiecką – ziemiaństwo wielkopolskie dążyło tłumnie na zamek Wilhelma II, dumne z zaszczytu, iż raczył na swe królewskie pokoje zaprosić. A jednocześnie w zaborze rosyjskim kuzyni Hutten-Czapskich, Kwileckich, różni Potoccy, Braniccy, Wielopolscy jak o największy zaszczyt ubiegali się o lokajską liberię kamerjunkra Jego Cesarskiej Mości Cesarza Wszechrosji.

Ziemiaństwo zaś galicyjskie za cenę ochłapu władzy, za cenę swobodnego rozpijania ludności przez zakładanie niezliczonych gorzelni, za cenę demoralizowania ludu polskiego przez jawne, publiczne kupowanie jego głosów przy pomocy wódki i „kiełbasy wyborczej” – wiernie stanęło przy tronie Habsburgów, ciałem i duszą im się zaprzedając.

Tak się zachowywało ziemiaństwo polskie, gdy nad ziemią polską szalała orgia prześladowań, gdy starano się wytępić naród polski.

Nie miał już szlachcic – ziemianin pańszczyźnianego chłopa, który uprawiał mu za darmo jak wół jego ziemię. Musiał ziemianin wynajmować sobie służbę folwarczną. Jak z nią się obchodził, jak ją wynagradzał, jak jej pracę nieludzko wyzyskiwał ujawniło się to w pełni dopiero w 1906 roku, gdy PPS zorganizowała strajk służby folwarcznej – w ten sposób przed szerokim społeczeństwem ujawniając w całej grozie bezduszny egoizm i nieludzką chciwość panów obszarników.

Od lat wielu pracując na wsi, agitatorzy partyjni stykali się z nędzą robotnika rolnego. To był wśród pariasów nadparias! Właściciel ziemski spoglądał na niego jak na gorszą część inwentarza żywego, pomiatał nim, tykając go, okrywając wymysłami, kazał mu mieszkać w „czworakach”, w których żaden cugowy koń dziedzica by nie wyżył, małą dając ordynarię… Tę nędzę wyśpiewał słowami palącymi, strasznymi, okrutnymi Maurycy Zych [Stefan Żeromski] w „Słowie o Bandosie”….

Partia urządziła ankietę na wsi, mającą dać materiał dla cennika, który najemnicy rolni zgłosić mają na ręce właścicieli. Otóż ankieta ta ujawniła, że parobkom wiejskim w b. Kongresówce płacono w Krakowskiem (gubernia kielecka) dziesięć i jedenaście rubli rocznie w gotówce! Za te dziesięć rubli parobek musiał się ubrać i obuć, kupować sobie tytoń, może i przyprawy do jadła, może i jadło samo. Gwoli prawdzie dodajmy, że płaca robocza nie była w całym kraju jednakowa. Dochodziła u szczytu do trzydziestu rubli rocznie (w Ciechanowskiem). Jedenaście rubli rocznie! Były to cyfry tak horrendalne, że organizatorowie ówczesnej roboty socjalistycznej na wsi wierzyć im nie chcieli! Najmita rolny pobierał taką pensję. Co czuć musiał, to wyśpiewał na swojej cmentarnej lutni autor „Słowa o Bandosie”. Nie darmo on sam wychował się w tej samej ziemi, w której robotnik rolny pobierał taką płacę. Płakał nad nim nie tylko Żeromski. Ale i pisarz konserwatywny, jeden z przywódców stańczyków krakowskich, Paweł Popiel, w „Pamiętnikach” swoich opowiada, że żaden inny chłop na świecie nie ujawniłby tyle cierpliwości wobec warunków życia, co parobek polski. Inny zerwałby się, potrząsnąłby kajdanami wyzysku ażby ziemia jęknęła od lęku. Ten przymierał głodem i nabożnie całował rękę, która go dusiła.

PPS przystępując do urządzenia strajku postanowiła zwrócić się do obywateli polskich z odezwą, w której wzywała ich do „współpracy”. Oto jaka jest dola parobka! – mówiła odezwa. Parobek powinien i musi upomnieć się o poprawę doli swojej; zechciejcie zrozumieć obowiązek swój, nie przeszkadzajcie, nie odwołujcie się do pomocy carskich siepaczy. Bądźcie obywatelami tego kraju; bądźcie ludźmi godnymi nazwy człowieka!

Odezwa ta rozesłana została do właścicieli siedmiu czy ośmiu tysięcy folwarków na całej przestrzeni b. Królestwa. Znalazło się szesnastu, którzy nie posłuchali nakazu odezwy. Było kilku, co strzelali do parobków, gdy ci ze śpiewem „Czerwonego Sztandaru” przychodzili składać żądania. Byli i tacy, co wzywali wojsko… Przeklęte niechaj będą imiona tych chamów nikczemnych!

II

Wybuchła wojna. Jak: się zachowało ziemiaństwo polskie? Wszędzie jednakowo – wszędzie tylko dbało o to, aby lojalnie wypełnić obowiązki wobec swego rządu zaborczego.

W zaborze rosyjskim ten nastrój entuzjazmu wobec odezwy Mikołaja Mikołajewicza stworzyli przede wszystkim realiści i narodowa demokracja, której szeregi po wystąpieniu z niej Narodowego Związku Robotniczego, Narodowego Związku Chłopskiego, Frondy i Secesji przeważnie rekrutowały się z szeregów ziemiańskich. Kiniorski, Stecki, Wojewódzki, Marylski-Łuszczewski – przywódcy ND, są jednocześnie kierownikami wszystkich organizacji ziemiańskich. Na prowincji do dziś ziemiaństwo stanowi osnowę i jądro organizacyjne narodowej demokracji.

Pamiętamy wszyscy Warszawę w pierwszych miesiącach, gdy Lubomirscy, Woromieccy, Platerowie, Tyszkiewicze przesadzali się w ofiarności na rzecz rosyjskiego Czerwonego Krzyża, gdy uważali dla siebie za największy zaszczyt paradować w uniformie „wiedomstwa Marii Fiedorowny”.

Pamiętamy wszyscy, jak to wówczas w sferach ziemiańskich zrodziła się złota myśl ofiarowania złotej szabli zdobywcy „driewnie-ruskago goroda” Lwowa.

Pamiętamy wszyscy te czasy, gdy pałace elity ziemiaństwa polskiego, Branickich, Lubomirskich, Tyszkiewiczów, stały otworem dla Engałyczewa i innych moskiewskich dygnitarzy.

I oto wówczas, gdy różne hrabianki, księżniczki i ziemianki prześcigały się w gorliwości w pielęgnowaniu rannych oficerów kozackich, jak jednocześnie skąpe było ziemiaństwo polskie dla Legionów Piłsudskiego, jak dla jego chłopaków miało jeno oszczerstwa i przezwiska ordynarne.

Och! Pamiętamy wszyscy, jak to samo ziemiaństwo polskie, tak oporne dziś i harde wobec własnego rządu i Sejmu, było uległem wobec cara moskiewskiego – jak ci wszyscy ziemianie z Królestwa, Litwy, Mohylowszczyzny i Witebszczyzny, z Kijowszczyzny, Wołynia i Podola, wysyłali podłe, lokajskie „wiernopoddańcze” depesze do cara i do Mikołaja Mikołajewicza.

Przyszli Niemcy. I znowu pałace śmietanki ziemiaństwa polskiego, Lubomirskich, Rostworowskich, Ronikierów, Ostrowskich, Karskich otworzyły się na oścież dla Beselera, Lerchenfelda, Glazenapa i innych satrapów niemieckich. Pamiętamy wszyscy, jak Hutten-Czapski, Żychliński, Kwilecki, Czartoryski – ci najwybitniejsi przedstawiciele ziemiaństwa poznańskiego – byli mężami zaufania i zausznikami okupantów, co nie przeszkadzało im żyć za pan brat z arystokracją warszawską.

Ogół ziemiaństwa był chłodny i obojętny wobec okupantów, póki wierzył w potęgę i powrót Rosji. Niechętnym okiem spoglądał on na te rekwizycje, którymi gnębił okupant rolnictwo. Ceny jednak na produkty rolne rosły tak szybko, że ziemianie, jak w ogóle wszyscy właściciele ziemi, zrobili na blokadzie państw centralnych ogromne pieniądze. Wojna, która zniszczyła przemysł i handel polski, była łaskawą dobrodziejką dla ziemianina i bogatego chłopa.

Ziemianie, którzy przed wojną wyraźnie chylili się ku upadkowi, coraz bardziej zadłużali swe majątki, których coraz większa ilość szła na parcelację – wskutek wojny stanęli na mocne, równe nogi.

A ten dobrobyt rósł kosztem nieszczęsnej ludności miast, zginającej się pod ciężarem drożymy, nędzy i bezrobocia. Ziemianie jednak byli wysoce nieczuli na tę nędzę. Pamiętamy wszyscy, jak szumnie zapowiedziana przez ziemian kwesta pod hasłem „wieś – miastom” dała summa summarum 80 tysięcy marek. Pamiętam jak z tej racji w organie Związku Ziemian, o ile nie mylę się „Ziemianinie”, Kiniorski otwarcie i szczerze pisał, że wynik kwesty był wielkim wstydem dla ziemiaństwa, był dowodem jego potwornego egoizmu i atrofii instynktu społecznego.

Wiem, że Związek Ziemian poruszony tym ogólnym oburzeniem na egoizm i sobkostwo ziemian chciał urządzić ankietę na temat udziału ziemiaństwa w akcji społeczno-filantropijnej. Zamiar ten powstał kilka lat temu, a jakoś do dziś rezultatów tej ankiety nie widać. Widocznie nie mają się czym ziemianie pochwalić.

Lecz oto runęła carska Rosja – zapłonął w niej pożar rewolucji, ofiarę płomieni której padło przede wszystkim ziemiaństwo.

I dziki, paniczny strach padł na naszych ziemian.

Gdy zajrzało im w oczy widmo utraty swych ordynacji, latyfundiów i majątków, zapomnieli wnet o swej ewangelii politycznej – odezwie Mikołaja Mikołajewicza, o swej nienawiści do „odwiecznego wroga”, Prus.

Odwrotnie dla ziemian polskich: w miarę rozwoju wypadków w Rosji Prusy stawały się jedyną deską ratunku – żołdak niemiecki na ziemi polskiej w ich oczach przestawał być zbirem, stawał się rycerzem – obrońcą świętego prawa własności, stróżem ładu i porządku społecznego.

Wyrazem tych zmian było przechylenie się na stronę państw centralnych Lubomirskiego, Ostrowskiego i Steckiego, tych istotnych ówczesnych przedstawicieli i wodzów ziemiaństwa, i idącego na pasku klas posiadających kleru w osobie najwyższego jego przedstawiciela, arcybiskupa Rakowskiego.

Ten proces został zatamowany przez pokój w Brześciu Litewskim. Pokój ten przeszkodził temu, aby odbył się 20 lutego 1918 r. zjazd ziemian zwołany przez Steckiego, na który miało zjechać kilka tysięcy ziemian celem dania poparcia Radzie Regencyjnej – innymi słowy, wypowiedzenia się za państwami centralnymi.

One bowiem dawały ziemiaństwu gwarancję, że póki żołnierz niemiecki i żandarm austriacki będą na ziemi polskiej – ziemianin może spokojnie spać, gdyż majątkom jego pod ich opieką krzywda żadna się nie stanie. W Polsce jednak hamowała ziemiaństwo ta powszechna nienawiść do Niemców, która przyjęła groźne rozmiary, zwłaszcza po pokoju brzeskim, ta walka, którą z nimi rozpoczął obóz niepodległościowy.

A jednak pomimo całej nienawiści do Niemców ziemiaństwo garnęło się pod ich skrzydła. Każdego ziemianina zimny pot oblewał na myśl, że Niemcy mogą usunąć swoje wojska z Polski.

Wyrazem tych nastrojów był udział Koła Międzypartyjnego w Radzie Stanu. To była asekuracja na wypadek, jeśli Niemcy wojnę wygrają. Jeśli tak było w Królestwie, to jakże już zgoła cynicznie postępowało ziemiaństwo polskie na Białej Rusi i Ukrainie. Tam nie było ludu polskiego – tam był zrewoltowany lud białoruski i ukraiński – toteż ziemiaństwo polskie witało wszędzie wojska niemieckie i austriackie ze szczerą nieukrywaną radością.

Jeśli miał miejsce fakt poddania się Dowbora-Muśnickiego Niemcom, w tym lwia zasługa ziemiaństwa polskiego na Białej Rusi. Nigdy nie zapomnę rozmowy w czasie swej podróży do Rosji na początku 1918 r. w Bobrujsku z jednym z najwybitniejszych przedstawicieli ziemiaństwa na Mohylowszczyźnie, który w zarządzie cywilnym Dowbora zajmował wysokie stanowisko. Otóż ten dygnitarz Dowbora gorąco przekonywał mnie, że należy dążyć do lego, aby wszystkie trzy zabory wspólnie z Litwą historyczną były związane unią personalną z Prusami w ten sposób, aby Wilhelm II był królem polskim. Ale to koniecznie, nikt inny, tylko sam Wilhelm (aby jak najbliżej być Prus z ich ładem i porządkiem), który za ten zaszczyt odbierze od Austrii Galicję. Mój rozmówca gorąco zachwalał Wilhelma II – jego energię i rozum, był w ogóle pełen podziwu dla „młodej żywotnej dynastii Hohenzollernów”. Pokazywał mi nawet projekt odezwy, którą on i jego przyjaciele proponowali wydać ziemianom z Mohylowszczyzny i Witebszczyzny, a w której miano w imieniu narodu polskiego wyznać pragnienie, aby Polska zjednoczyła się pod berłem dynastii Hohenzollernów; i był pełen oburzenia na tchórzostwo ogółu ziemian, którzy zgadzali się według jego słów w zasadzie na treść tej odezwy, lecz uważali nieco za przedwczesne tak wyraźnie się angażować.

Nie lepsze nastroje panowały i wśród ziemiaństwa na Ukrainie. Pomimo, że dochodziły ich wieści z sąsiedniej Galicji o tym oburzeniu i nienawiści do Austrii i Niemiec, które zapanowały w Polsce po pokoju brzeskim – witało ono wojska niemieckie i austriackie jak swych serdecznych przyjaciół.

Ale z taką samą nienawiścią, z jaką radością witało na ziemi ukraińskiej pułki Honwedów – powitało walecznych Hallerczyków. Jak nienawidziło ziemiaństwo na Podolu Hallera, jak złorzeczyło mu i wymyślało od „bolszewików”, jak utrudniało mu jego działalność! Jak ten sam hr. Zdzisław Grocholski miotał się automobilem z Winnicy do Antonin, by przeszkodzić temu, aby Michaelis, Jaworski, Kunaman połączyli się z Hallerem. O, jak gorliwie ziemiaństwo polskie na Podolu pracowało nad tym, aby izolować Hallera, aby przeszkodzić temu, by licznie rozsiane formacje polskie poszły w ślad za nim – coraz dalej od kochanych, tak gorąco oczekiwanych Niemców i Madziarów.

I jak następnie ziemianie polscy na Ukrainie tych samych Niemców i Austriaków, którzy w żelaznych kleszczach trzymali Polskę, którzy krajali żywy jej organizm – wykorzystywali dla tego, aby gnębić i prześladować chłopów ukraińskich.

Dobrze by było, gdyby panowie ziemianie polscy z Ukrainy policzyli dziś „na wygnaniu” te miliony „odszkodowań”, które dla nich nahajkami wysiekli, a czasami i szubienicą wycisnęli z chłopów ukraińskich „zacni Madziarzy”.

Za te wasze orgie wyuzdane w odbijaniu na chłopach wszystkich rzeczywistych i urojonych szkód dziś potokiem krwi zapłaciła ludność polska, ta która była Bogu ducha winna, a mając czyste sumienie nie uciekała tak jak wy wspólnie z wojskami niemieckimi i austriackimi z Ukrainy, a padła ofiarą za to, że imię Polaka stało się w masach imieniem zdziercy, który naprowadził na kraj hordy niemieckie i madziarskie. Takim był stosunek ziemiaństwa polskiego do okupantów.

Jak widzimy do Niepodległości niczym się nie przyczyniło. Żałowało grosza Legionom, żałowało POW.

Płaszczyło się przed Rosją, gdy ta była silną – kurczowo chwytało się bagnetu niemieckiego, gdy widmo czerwone zajrzało mu do oczu; Hallera i jego dzielną drużynę, gdy działał sprzecznie z ich materialnym interesem zniesławiało z taką samą gorliwością, z jaką ubiega się dziś o jego względy, chcąc zrobić z niego narzędzie swoich planów.

Ziemiaństwo polskie, pomimo iż na wojnie naprawdę zrobiło świetne interesy, było głuche i obojętne na nędzę ludu miejskiego, uprawiając z zapałem „pasek”, a jednocześnie wyzyskując w nieludzki sposób pracę służby folwarcznej.

Ziemiaństwo w czasie tej wojny myślało tylko o jednym – o swych majątkach. Ten, kto strzegł ich majątków, ten kto pozwalał im „pasek” uprawiać, ten kto nie przeszkadzał im traktować służbę folwarczną, jak białych Murzynów – ten był ich przyjacielem i sojusznikiem.

Niepodległość – była dla nich śmieszą chimerą, wysiłek dla zdobycia Niepodległości – polityką awanturników, polityką antynarodową.

Spójrzmy teraz, jak się ziemiaństwo zachowywało w pierwszym roku istnienia państwa polskiego.

III

Panoszą się dziś ziemianie.

Związek Ziemian, jak gdyby drugi rząd – rozsyła swe okólniki ministerium, rozkazuje im czynić to, a zabrania – tamto, dyktuje swoje warunki rządowi Paderewskiego, grozi buntem i rewolucją.

Ale to wszystko na nic.

Nic nie zdoła przekreślić faktu, że pierwszym istotnym rządem polskim na niepodległej ziemi polskiej był rząd ludowy. Nic nie przekreśli tego faktu, że tam, gdzie przede wszystkim pękły ogniwa kajdan niewoli polskiej – tam w Lublinie pierwszy ustami Rządu Daszyńskiego w imieniu narodu polskiego przemówił Lud. Rząd Ludowy w Lublinie swym manifestem wskazał narodowi drogę, jaką musi iść, dał wskazówki, według jakiego planu musi gmach Rzeczypospolitej Polski wznosić.

Rząd Moraczewskiego program ten realizował. A widocznie dobrym był ten program, bo do dziś nic z tych reform, które w życie wprowadził rząd Moraczewskiego, nie zostało obalone, ani skasowane.

A jednym z podstawowych postulatów rządu ludowego w Lublinie było wypowiedzenie walki obszarnictwu.

Ziemiaństwo – to przeżytek, to ruina z niegdyś wspaniałego gmachu Rzeczypospolitej szlacheckiej.

Aby móc rozpocząć budowę Polski Ludowej – trzeba te ruiny usunąć.

Nic dziwnego, odwrotnie, rzeczą na wskroś zrozumiałą jest, że ziemiaństwo z całą pasją, z całą wściekłością sabotowało i zwalczało rząd Moraczewskiego. Jeśli można coś zarzucić – to raczej rządowi Moraczewskiego, że był zanadto pobłażliwy wobec tej kasty.

Za swą pobłażliwość zapłacił swym upadkiem. Jeśli nie umiał zmusić ziemian płacić podatków, dawać pieniędzy na pożyczkę państwową, to rzecz naturalna, że nie mógł spodziewać się, że ziemiaństwo dobrowolnie mu dostarczy to wszystko.

Egoizm ziemiaństwa rozwalił gmach Rzeczypospolitej szlacheckiej, przeszkodził powodzeniu walk wyzwoleńczych, w imię jakichże tradycji miało ziemiaństwo poświęcić swe stanowe interesy na rzecz potrzeb powstającej Polski Ludowej?

Gdyby przed ziemiaństwem postawiło się taką alternatywę: albo Polska Ludowa za cenę waszych majątków, albo wasze majątki za cenę Niepodległości Polski – czyż można dziwić się, że wybrałoby bez chwili namysłu tę drugą możliwość.

Bo i czyż nie było tak w rzeczywistości, W bólu i męce, wśród powszechnej anarchii, z gruzów trzech mocarstw powstawała do życia nowego Polska Ludowa.

I po wieki wieków pozostanie pamięć tego, że ziemiaństwo w pierwszych miesiącach istnienia państwa polskiego było zajęte sabotowaniem tego państwa, powiększaniem anarchii i chaosu, rzucaniem mu kamieni pod nogi, odmawianiem mu pieniędzy i chleba. Albo my u władzy, albo niech ta Polska Ludowa zdycha z głodu i nędzy – powiedziało sobie ziemiaństwo. I oto wespół z fabrykantem, kupcem, spekulantem i kamienicznikiem zamknęło na sto zamków swe kasy ogniotrwałe i swe spichrze – i patrzyło z uśmiechem ironii na borykanie się z twardym losem pierwszego po tylu latach prawowitego rządu narodowego, w którym zasiadali robotnicy i chłopi – czego tak gorąco pragnęli wielcy wieszczowie polscy.

Lecz oto ustąpił Rząd Ludowy.

Przyszedł rząd Paderewskiego, który był wzorem patriotyzmu dla klas i warstw posiadających. Ale czy zmieniło się cokolwiek w postępowaniu ziemiaństwa?

Bardzo niewiele.

Ziemiaństwo wyobrażało sobie, że otrzyma Polskę, tak jak było ongiś, w pacht. Stało się nieco inaczej.

Lud już nie chciał być stadem baranów, pokornie pozwalających się strzyc. Trzeba było pewne prawa dla ludu zostawić, nieco z jego wolą się liczyć.

Nie podobało się to ziemiaństwu. Nie wzbudza w nich zaufania taka Polska, gdzie „Robotnik” legalnie wychodzi, gdzie związki zawodowe są prawną jednostką, gdzie wolno strajkować, wolno zebrania robotnicze urządzać.

Nie o takiej Polsce marzyli ziemianie, gdy u Lursa liczyli dnie i godziny istnienia rządu Moraczewskiego.

I w imię świętego spokoju rzuciło ziemiaństwo Paderewskiemu jakieś tam ochłapy na pożyczkę państwową. Być może mylę się, niechże Związek Ziemian nam powie, na jaką sumę jego członkowie kupili pożyczki państwowej?

Miły Boże! Czego wymagamy od ziemiaństwa naszego? Jeśli francuscy kapitaliści sparzyli się na tak pewnej, zdawałoby się lokacie, jak carat – to chcemy, aby nasi ziemianie lokowali swe pieniądze w tak ryzykownym przedsiębiorstwie jak państwo polskie?

Patriotyzm – patriotyzmem, a „troska o los dzieci” – swoją drogą.

Ta sama jednak troska o przyszłość swego potomstwa czyni ziemiaństwo niezwykle hojnym i ofiarnym. Pamiętamy wszyscy jak ziemiaństwo nie poszczędziło grosza na wybory do Sejmu. Myśl, że to chamstwo może spłatać figla w Sejmie i uchwalić reformę rolną – kazała ziemiaństwu nie raz i nie dwa zajrzeć do kasy ogniotrwałej.

Rezultat jednak – zgoła nie odpowiadał wydatkom.

Sejm sprawił gorzką niespodziankę. Pierwszym ciosem była ustawa o ochronie służby folwarcznej. Jak to, on, ziemianin, przestaje być panem wszechwładnym swej służby? Nie może płacić tyle, ile chce jego pańska łaska, nie może wyrzucić wtedy, kiedy zechce – to nie mogło pomieścić się w jego ciasnej głowie.

Jak to – w niepodległej Polsce będą go kontrolować, zmuszać do traktowania robotników jak równą sobie stronę, płacić według pewnych norm?

„Miły Boże! Czekał człowiek na ten Sejm jak na zbawienie – a tu raptem – na co nawet okupanci nie śmieli odważyć się – ustawa o ochronie lokatorów” – biadał mi jeden kamienicznik, członek Towarzystwa „Rozwój”.

Biada tak samo zapewne i niejeden ziemianin.

Jak bezdennie egoistyczną kastą wyzyskiwaczy jest ziemiaństwo, świadczy jego stosunek do służby folwarcznej. Oto wówczas, gdy ziemiaństwo w czasie wojny z dnia na dzień, z godziny na godzinę miało coraz większe dochody – dochody kolosalne, nie poczuwało się ono do potrzeby podwyższania pensji i ordynarii swej służbie, które za czas całej wojny pozostawały prawie na tym samym poziomie. Wszelkie zaś żądania ze strony służby folwarcznej były niemożliwe, bo okupanci pilnie strzegli, aby w rolnictwie żadnych zamieszek nie było. Jak dalece służba folwarczna była wyzyskiwana, to wskazuje różnica płac między dzisiejszymi a sprzed roku.

Obecnie pensji rocznej 400-600 mk., przeciętnie, dawniej 80-200 mk., obecnie 13-16 cetnarów zboża, dawniej 8-10 ctn., obecnie 200-300 prętów pod kartofle, dawniej 150-200. Dawniej utrzymanie 1 krowy, obecnie 2-3 krów. Dawniej przeciętnie 11 godzin pracy, obecnie 9 godzin pracy. Poza tym tak rewolucyjne żądania, które dla „kulturalnych” ziemian wydają się zbytkiem – jak ochronki dla dzieci, domy zamiast chlewów na mieszkania, a przynajmniej drewniane podłogi, doktor i akuszerka w czasie choroby, trumna i wydatki na pogrzeb na koszt dworu, furmanka raz na miesiąc, większe strawne itd. Jeśli przyjmiemy pod uwagę, że na ogół służby folwarcznej liczy się 200 tysięcy rodzin – to łatwo obliczyć, ile w ciągu wojny dziesiątków milionów marek ziemianie zrabowali służbie folwarcznej, niedostatecznie opłacając jej pracę.

Ziemianie jednak do dziś nie mogą pogodzić się z tym, że robotnicy rolni w Republice polskiej zdobyli sobie lepsze warunki bytu, czego by nie osiągnęli za caratu lub przy okupantach. Ale oto Sejm zgotował jeszcze większą niespodziankę – uchwalił reformę rolną.

Ziemiaństwo zawyło z wściekłości – wściekły się miliony wpakowane w wybory!

I oto widzimy, jak dziś ziemiaństwo, tak skąpe na potrzeby państwa, rzuca nowe miliony, by reformę rolną obalić.

Walczy metodami zaiste niebywałymi, wskazującymi, jakim potwornym zabytkiem dawno minionych czasów jest ta skarłowaciała kasta.

Oto Związek Ziemian wyklucza z grona swych członków Janickiego i Czetwertyńskiego za to, że nie „bronili interesów ziemian”. Oto publicznie cynicznie wymaga się od ministra, aby na swym stanowisku dbał nie o interesy kraju, lecz jednej kasty, od posła wybranego przez powszechne prawo wyborcze, gdzie głosy ziemian były kroplą w morzu – aby dbał o interesy tej mikroskopijnej części ogółu swych wyborców.

Zaiste, jeśli opinia publiczna nie wzdrygnie się na takie zjawiska, to daleko zajdziemy.

Ale na tym nie koniec.

Dnia 7 października odbył się Zjazd członków Związku Ziemian.

To nie obywatele demokratycznego państwa się zjechali – to zjechała się zgraja handlarzy niewolnikami, którzy radzą tylko nad tym, jak nadal lepiej eksploatować ludność i państwo.

Cała zgnilizna duchowa ziemiaństwa przejawia się jak w zwierciadle w uchwałach tego zjazdu. A więc ziemianie żądają, aby mniejsze były podatki komunalne, aby nie tak skwapliwie i nie w takiej wysokości ściągano z nich podatek majątkowy, od zysków wojennych i „jednorazową daninę”, aby te tak obniżone podatki mogli oni płacić asygnatami pożyczki państwowej, aby ją w ten sposób z powrotem skarbowi zwrócić, wreszcie, aby stosowane były surowe represje w stosunku do służby folwarcznej.

Takie są ogólne żądania ziemian. Wyglądałoby z nich, że są klasą, która jest najbardziej w Polsce biedną, najbardziej zrujnowaną i zniszczoną przez wojnę. Ale to tylko kwiatki. Znamienne są rezolucje w sprawie reformy rolnej, uchwalonej przez Sejm.

Związek Ziemian nazywa tę uchwalę sejmową gwałtem poczętym z ducha zawiści społecznej i z doktryny socjalizacji – i wręcz żąda, aby z reformy agrarnej były „usunięte wszelkie pierwiastki przymusowego wywłaszczenia i gwałtu”, aby zadowolono się tym półtora milionem morgów nieużytków, które oni zaofiarują, a które mają być kupowane po ustanowionej przez nich paskarskiej cenie. Gdyby te wszystkie żądania – a więc zmniejszenie podatków, represje wobec służby folwarcznej, przekreślenie reformy rolnej – nie były spełnione, Związek Ziemian publicznie ogłasza, że ziemianie „przeciwstawią się solidarnie rządowi dzisiejszemu w sposób zdecydowany i energiczny, składając na rząd odpowiedzialność za skutki tej walki”. A więc jawna groźba oporu, nieposzanowanie uchwał Sejmu.

Jakaż może być ta walka? Bić się ziemianie nie pójdą. Wynajmą bandy ochotników? Sądzę, że po doświadczeniach Michaelisa, Dowbora i innych rycerzy-obrońców majątków szlachty kresowej, wielu amatorów nie znajdzie się. Prawda, ściągnęli ziemianie gen. Hallera na swe zebranie i ta przyjemność kosztowała 600 ziemian bardzo tanio, bo po 10 marek od głowy (tyle zebrali na wojsko!), ale wątpię, aby gen. Haller chciał swoją bohaterską przeszłość wymienić na rolę strażnika, pilnującego majątków.

Ziemianie mają jeden oręż tylko przeciwko rządowi – niepłacenie podatków i niedostarczenie zboża miastom. I ziemianie to mieli na myśli, rzucając swoją groźbę. Ale jeśli rząd zbrojną siłą złamał strajk służby folwarcznej, motywując to widmem głodu w miastach – to jak nazwać taką groźbę ziemian? Jest jedyna nazwa na to w czasie wojny i kryzysu ekonomicznego – zdrada kraju.

600 ziemian publicznie w stolicy państwa powiedziało, że jeśli nie obniżą im podatków i nie przekreślą reformy rolnej – oni w obronie swych majątków gotowi pójść na drogę buntu. O nieodrodni wnukowie Szczęsnych Potockich, Branickich, Kossakowskich, Ożarowskich!

Niech w gruzy wali się państwo polskie, niech szczury spacerują w pustym skarbcu, niech miasta zdychają z głodu – ale wara wam od naszych majątków!

Zaiste śmieszne, dziwne rzeczy dzieją się u nas. Gdy biedny, chory na manię wielkości Niemojewski, ten beniaminek obecny księży i obszarników, napisał artykuł wyzywający w tonie, o Sejmie – to za nieposzanowanie autorytetu Sejmu pojechał do więzienia.

Ale gdy 600 ziemian publicznie grozi przeciwstawieniem się reformie uchwalonej przez Sejm, gdy grozi rządowi buntem, to rząd milczy?

Jeżeli rząd umie karać „za nieposzanowanie prawa” służbę folwarczną, to dlaczego nie umie karać ziemian za jawne naigrawanie się z Sejmu, nazywanie jego uchwał gwałtem i bezprawiem, grożenie buntem? Czyżby istotnie Polska miała stać się folwarkiem ziemian – a rząd polski ich ekonomem, posłusznie wykonującym ich zalecenia?

Już i tak Związek Ziemian pisze do rządu memoriały w takim tonie, jak pan dziedzic do swego ekonoma. Czyż istotnie kilka tysięcy obszarników, dbających jeno o swoje majątki ma narzucić swoją wolę Polsce, przekreślić uchwałę Sejmu?

Lecz bezczelność ziemian nie ogranicza się na tym. Gdy rząd chce pokojowo załatwić strajk sprowokowany przez ziemian i wydaje okólnik, w którym żąda od starostów, aby pilnowali ziemian, by nie łamali zawartych układów, powołując się na strajk jako na zarwanie umowy przez służbę folwarczną, wówczas Związek Ziemian oświadcza, że będzie rządowi przeciwstawiał się. Widzimy więc, jak garść kilku tysięcy obszarników w obronie swych kieszeni wichrzy w Polsce, wnosi chaos i anarchię.

Miasta w dwa miesiące po żniwach przymierają z głodu. Czyżby nie było w Polsce zboża? Nie, ono jest, tylko ziemianie wypełniają swoją groźbę i sabotują rząd w ten sposób, że nie dostarczają kontyngentu.

Miliony ludności miejskiej siedzi bez chleba tylko dlatego, że klika obszarników dąsa się na rząd za to, że nie chce być powolnym narzędziem w jej rękach, nie chce pozwolić na to, aby mogli pastwić się nad służbą folwarczną, wysysać z niej wszystkie siły i zdrowie. Ziemianie wespół z bogatymi chłopami obalili ustawę o sekwestrze, by móc swobodnie uprawiać wyuzdany „pasek”. Widzimy więc, że ziemiaństwo polskie pod względem politycznym było ugodowe, szło na zgodę ze wszystkimi zaborcami, zaś przez swój kastowy egoizm nie pozwalało Polsce skutecznie walczyć o swe wyzwolenie, że dziś również ceniąc swój dobrobyt i niczym nie krępowany przywilej paskowania wyżej ponad dobro Polski, przyczynia się dziś do anarchii, głodu i nędzy w Polsce.

Tak, nędzy! – bo póki w Polsce będzie wielka własność ziemska, póki będą mieć majątki różni Lubomirscy, Potoccy, Radziwiłłowie, Braniccy, Karscy, Steccy, Kiniorski – póty będzie w Polsce nędza.

IV

Ziemia polska jest bogata. Dużo ma roli bardzo dobrej do uprawy, poza tym w ziemi znajdują się takie skarby, jak węgiel, nafta, sól, ruda żelazna, cynk, sole potasowe, wosk ziemny. Wszystko to, zdawałoby się, powinno składać się na to, że Polska winna być jednym z najbogatszych krajów w Europie, gdzie dla wszystkich jest pod dostatkiem pracy i chleba. Tymczasem jest inaczej. Rokrocznie tysiące i dziesiątki tysięcy Polaków szło na emigrację, bo w kraju przymierali z głodu, nie mieli pracy. W jednej tylko Ameryce mieszka z górą 4 miliony Polaków wychodźców. Od 1904 do 1913 roku, a więc niespełna w ciągu dziesięciu lat wyemigrowało do Ameryki 1 milion z górą Polaków. Poza tym rokrocznie pół miliona robotników polskich szło do Prus, do Danii na roboty polne.

Dlaczego? Bo oto w Polsce blisko 90% całej powierzchni ziemi jest zajęte pod uprawę roli, lasy i łąki.

W ten sposób do dziś Polska jest wybitnie krajem rolniczym, gdzie 2/3 ogółu ludności trudni się rolnictwem.

Zdawałoby się, że w takich warunkach cała ziemia rolna znajduje się w rękach tych, którzy z niej żyją, to jest w rękach włościan. Tymczasem jest inaczej. Ogółem około 40% ziemi ornej, łąk i lasów znajduje się w rękach wielkiej własności ziemskiej. Tak np. w Królestwie w rękach włościan było 12 i pół milionów morgów (7 080 939 ha), zaś w rękach obszarników około 7 milionów morgów (3 903 655 ha), innymi słowy w rękach włościan, drobnej szlachty i mieszczan małomiasteczkowych 57,6% ogólnej przestrzeni ziemi, zaś 31,8% w rękach obszarników. Ale cała groza i krzywda podziału ziemi dopiero wówczas w całej pełni się ujawni, gdy uprzytomnimy sobie, że te 12 i pół miliona morgów ziemi włościańskiej przypada na 1 094 519 drobnych gospodarstw, zaś 7 milionów morgów ziemi obszarniczej na 7417 dworów (dane statystyczne czerpałem z „Rocznika Statystycznego Królestwa Polskiego” 1914 r. i „Stosunki rolnicze Królestwa Kongresowego”, Wydanie Ministerstwa Rolnictwa i Dóbr Państwowych). Więc wówczas, gdy na rodzinę włościańską w Królestwie przypada przeciętnie 10 morgów, to na rodzinę ziemiańską około 1000 morgów, czyli blisko sto razy więcej. Dlaczego? Czym rodzina szlachecka jest lepsza od rodziny chłopskiej?

A tymczasem gdy rodzina szlachecka ma ziemi w bród, to rodzina chłopska ma przeciwnie, ziemi tak mało, że nie może ona ją wykarmić, bo faktycznie gospodarstw chłopskich, mających po 10-15 morgów, które zapewniają byt właścicielowi, jest bardzo mało.

Bo oto w Królestwie z 7 080 939 ha własności drobnej 2 854 212 ha znajduje się w rękach małorolnych gospodarstw, co stanowi 40% ogólnej ilości drobnej własności, zaś 22% ogólnej przestrzeni Królestwa.

Z ogólnej ilości 1 094 519 gospodarstw drobnych, jeśli odejmiemy 83 995 drobnych gospodarstw podmiejskich, to 81% wszystkich gospodarstw włościańskich są to gospodarstwa małorolne. Nic więc dziwnego, że według obliczeń w 1904 r. było w Królestwie 4 miliony z górą ludności małorolnej, to jest tej, która nie mogła utrzymać się z posiadanej przez siebie ziemi. Innymi słowy, na 1/5 przestrzeni Królestwa 1/4 ogółu ludności systematycznie z roku ma rok przymiera z głodu. A jaka panuje nędza wśród małorolnych to wskazuje ten fakt, że wśród małorolnych gospodarstw było 347 748 gospodarstw karłowatych, to jest 2-6-morgowych z ogólną przestrzenią 580 835 ha, przy czym gospodarstwa drobnomiasteczkowe i podmiejskie nie są w tej cyfrze uwzględnione. Innymi słowy, 42% ogółu gospodarstw małorolnych, a 35% ogółu drobnej własności są to gospodarstwa zupełnych nędzarzy. Co to znaczy? – to znaczy, że 1/8 włościan polskich żyje w ostatniej nędzy, których ich karłowate gospodarstwa nie tylko nie mogą wyżywić, lecz są im kulą u nogi, nie pozwalają im ani żyć, ani umrzeć. Jeszcze gorsze stosunki widzimy w Galicji.

W Galicji w 1902 r. na 1 008 541 gospodarstw rolnych było tylko 5467 gospodarstw wielkiej własności, co stanowi pół procenta ogółu gospodarstw rolnych w Galicji. Natomiast te 5467 dworów miały w swym ręku 2 900 000 ha, czyli 40,5% ogólnej powierzchni Galicji, zaś na 1 003 074 gospodarstw chłopskich (włączając tu i 10 861 wielkich gospodarstw chłopskich z 477 000 ha ziemi) – przypadało 4 256 000 ha, czyli 59,5% ogólnej przestrzeni ziemi w Galicji. Innymi słowy, na jedno gospodarstwo obszarnicze przypada 527 ha, zaś na gospodarstwo chłopskie niespełna 4 ha, innymi słowy jakieś 7 morgów, to znaczy, że w Galicji w ogóle nawet przeciętnie biorąc włościaninowi polskiemu brak ziemi. I tak jest w rzeczywistości. W Galicji 80% ogółu drobnej własności stanowią gospodarstwa małorolne i karłowate, z jeszcze większą przewagą gospodarstw karłowatych aniżeli w Królestwie, bo one stanowią w Galicji 42% (w Królestwie 35%), zaś gospodarstwa małorolne 38% ogółu drobnej własności.

Nieco lepsze warunki są w Poznańskiem, gdzie co prawda w 1907 roku na ogólną liczbę 204 952 gospodarstw rolnych było 2305 dworów, które z ogólnej przestrzeni 2 555 478 ha zajętych przez rolnictwo miały 1 175 364 ha, czyli prawie 46% ogólnej przestrzeni, zaś w posiadaniu 202 647 gospodarstw chłopskich 1 380 114 ha, czyli 54% ogólnej przestrzeni. Ale z drugiej strony karłowate i małorolne gospodarstwa razem z gospodarstwami podmiejskimi wynosiły 67% ogólnej liczby gospodarstw z 7% ogólnej przestrzeni ziem, zaś średnie i wielkie gospodarstwa chłopskie stanowiły 31% gospodarstw rolnych z 47,2% ogólnej przestrzeni. Widzimy więc, że w Poznańskiem są liczne średnie i wielkie gospodarstwa chłopskie.

Ale tak jest tylko w Poznańskiem, gdzie nawet i małorolni wobec wysokiej kultury rolnej mają lepsze warunki życia.

Natomiast, jak widzieliśmy, w Królestwie, a zwłaszcza w Galicji warunki życia klasy włościańskiej są rozpaczliwe. Milionów ludzi posiadana przez nich ziemia nie może wykarmić, zmusza do emigracji, do szukania pobocznych zarobków, do przymierania z głodu.

A jeżeli do tego dodamy służbę folwarczną i tzw. chałupników, których to razem w samym tylko Królestwie obliczają na pół miliona rodzin – to będziemy mieli w całej pełni ponury obraz tych stosunków na wsi, które panują w państwie rolniczym, jakim jest Polska, gdzie klasa włościańska etanowi jego podstawę polityczną, gospodarczą i podatkową.

Ale ta nędza straszliwa panuje nie z braku ziemi, a tylko dlatego, że w ręku 15 000 obszarników w Królestwie, Galicji i Poznańskiem znalazło się blisko 13 milionów morgów, przez co kilka milionów bezrolnych i małorolnych przymiera z głodu, musi emigrować z Ojczyzny, która jest dla niego macochą, musi znosić poniewierkę od obcych obszarników.

A więc aby 15 tysięcy obszarników mogło opływać w dostatki i zbytek, mogło puszczać miliony w karty i ruletę, kupować brylanty kokotom, żyć życiem rozkosznym po wszystkich stolicach i kurortach całego świata, rzadko lub nawet nigdy nie zaglądając do Polski – kilka milionów ludzi, spragnionych pracy, fanatycznie miłujących ziemię, uważających za największe dla siebie szczęście uprawiać ją własnymi rękoma i zraszać własnym potem – muszą przymierać z głodu, muszą porzucać kraj.

A przez to cierpi cały organizm społeczny Polski. W imię tego, aby 15 tysiącom obszarników żyło się dobrze, wesoło i bez troski, Polska cała, 25-milionowy naród winien pozostawać narodem biednym, zacofanym i słabym.

Po to, aby 15 tysięcy obszarników-pasożytów i eksploatatorów cudzej pracy mogło robić świetne interesy i kąpać się w złocie, rokrocznie z Polski, jak z rany wiecznie otwartej, wypływa za ocean najżywotniejsza, najzdrowsza, bo przedsiębiorcza i miłująca pracę, krew narodu.

Oto gdyby nawet te 15 tysięcy obszarników to wszystko byli ludzie najszlachetniejsi, najbardziej patriotyczni, najbardziej ofiarni, wzór pracowitości, uczciwości i przedsiębiorczości – to i to wówczas należałoby się zastanowić, co jest ważniejsze dla Polski: czy utrzymanie tych 15 tysięcy obszarników, czy danie ziemi i pracy kilku milionom włościan.

Tu albo – albo. Albo jednych, albo drugich należy poświęcić. Albo miliony obywateli Polski nadal będą przymierały z głodu, gnijąc fizycznie z brudu a moralnie z ciemnoty w swych norach, aby 15 tysięcy obszarników mogło rzucać miliony na kokoty, karty i szampan, albo te 15 tysięcy straci swoją ziemię na korzyść milionów dziś głodnych i ciemnych swych współbraci.

I czy każdy, w kim tli się chociażby najsłabsza iskra poczucia sprawiedliwości, każdy, kto chociaż odrobinę kocha Polskę, pragnie ją widzieć silną, szczęśliwą i światłą – czy będzie nawet przez sekundę wahać się co trzeba wybrać, gdyby przypuśćmy ziemiaństwo polskie było chlubą i dumą narodu polskiego.

Ale czy jest tak w rzeczywistości? Cała ta broszura miała na celu wykazać, że ziemiaństwo było już od dawna, a zwłaszcza teraz jest – klasą w Polsce szkodliwą, na wskroś przegniłą i zdemoralizowaną.

Ziemiaństwo to przeżytek, to upiory Polski z czasów saskich i Targowicy. Ziemiaństwo to drzewa, których korzenie dawno już zgniły, które jak kłody leżą na drodze narodu polskiego i gniją i swą zgnilizną zatruwają powietrze społeczne i polityczne w Polsce. Starałem się wykazać, że ziemianie, to jest ta część szlachty polskiej, która ostała się przy ziemi, była przyczyną zguby Polski, była tą egoistyczną i podłą siłą, która podcinała skrzydła Polski, gdy ta zrywała się do walki o swe wyzwolenie.

Starałem się wykazać, że ziemiaństwo polskie od epoki saskiej do dnia dzisiejszego, gdy musiało wybierać między dobrem Polski a dobrem swych majątków, bez chwili namysłu zawsze całą swoją wolę, wszystkie swe wysiłki rzucało na tą drugą szalę.

Egoizmowi ziemiaństwa zawdzięczamy hańbę, że chłopa polskiego uwłaszczyły we wszystkich trzech zaborach obce rządy.

Ziemiaństwo, gdy wróg tryumfował i znęcał się nad Polską, kornie kładło się u jego stóp, byle oszczędzić swe majątki. Ziemiaństwo gotowe było oddać Polskę w ręce każdej obcej potęgi, która przyrzekała mu bronić jego dworów i latyfundiów.

Ziemiaństwo polskie z cynizmem bezgranicznym wyzyskiwało służbę folwarczną z takim samym wyrafinowaniem, jak plantatorzy w Południowej Ameryce.

Ziemianie to warstwa, która Polsce zawsze żałowała grosza – żałuje do dziś.

Po wieczne czasy, jak piętno wyciskane na plecach zbrodniarzy, będzie wyciśnięty na czole arystokracji polskiej, tej śmietanki ziemiaństwa polskiego – wyrok wydany na nią przed kilku laty przez jednego z najświetniejszych publicystów polskich, gorącego patriotę, a człowieka z wręcz innego obozu aniżeli ja, A. Chołoniewskiego.

Ziemiaństwo to warstwa, która w obronie swych majątków i kas gotowa w Polsce bez chwili namysłu rozpętać burzę anarchii i swawoli, wygłodzić miasta, odmówić państwu płacenia podatków i dostarczania żywności dla armii – i w tym kierunku już zaczyna nawet działać.

Czyż za to wszystko nie zasługuje ta kasta zdemoralizowana, skazaną być na zagładę. A inną ona być nie może. Nie może być inną kasta tych ludzi, którzy są pasożytami, którzy żyją z pracy i potu innych, którzy robią miliony na nędzy i głodzie ludności miast.

Na obecnym ziemiaństwie wyciska swe piętno nie tylko sposób zarobkowania, lecz i tradycje, którymi ono żyje.

Rzeczpospolita szlachecka runęła i nigdy już nie powstanie. Ale gruzy jej nie zostały sprzątnięte. Ziemiaństwo zaś to nietoperze i szczury, które w tych ruinach gnieżdżą się. Ziemiaństwo pamięta, że ongiś ono rządziło Polską, która była narzędziem w jego ręku. Nie ziemiaństwo było dla Polski – lecz Polska dla ziemiaństwa. Został ongiś przyłączony do Polski Gdańsk, uzyskała Polska dostęp do morza – rolnictwo stało się rzeczą intratną i ziemiaństwo zakuło włościaństwo w kajdany straszliwej niewoli i wyzysku, by jak najwięcej swego zboża Wisłą spławić.

Kwitły miasta polskie – brała szlachtę-ziemiaństwo zawiść podła – i ustanowiła na swych sejmach szlacheckich takie prawa, które zabiły miasta polskie.

Co z tego, że tym ziemianie jednocześnie zabijali i Polskę – rosły natomiast ich fortuny.

Dziś ziemianie czują, że Polska szlachecka nie odrodzi się – więc czynią wysiłki, by odwlec na czas jak najdłuższy przyjście Polski Ludowej, aby móc jak najdłużej korzystać ze swych fortun. Że tym odwlekaniem jednocześnie zabijają Polskę, że jak świnie przegryzają korzenie dębu polskiej państwowości, który nim się zazielenił może znowu szybko zwiędnąć – cóż to ziemian obchodzi – byle oni dłużej mogli egzystować, jak największe wyciągnąć dochody ze swych majątków. A że Polska zginąć może – co to ich obchodzi. Czyż wszyscy kronikarze nie stwierdzają jednogłośnie, że jak Polska Polską, to szlachta-ziemiaństwo nigdy tak hucznie i wesoło nie bawiła się, jak po ostatnim rozbiorze Polski. „Biały mazur” na grobie swej Matki tańczyło wówczas ziemiaństwo.

Dziś zaś z jeszcze większym zapałem i radością zatańczy kankana na mogile Polski Ludowej. I taką kastę, taką warstwę mamy oszczędzać?

W imię zdrowia moralnego narodu, w imię etyki społecznej winniśmy tę kastę usunąć z grona polskiego społeczeństwa.

Po co jest ona nam potrzebna? Aby te miliony, które dziś zarabia na nędzy ubogiej ludności miast polskich, wyciska z potu służby folwarcznej, wysiekła z kieszeni ukraińskich i białoruskich chłopów – jutro przehulała i przełajdaczyła w Paryżu i Monte Carlo?

Ale tym bardziej palącą i pilną staje się sprawa zlikwidowania większej własności ziemskiej, jeśli uprzytomnimy sobie, że wycinając ten rak z organizmu społecznego narodu, jednocześnie damy zdrowie, siły i radość życia dziś upośledzonym, ciemnym i głodnym milionom obywateli państwa polskiego.

Czyż wiecznie państwo polskie ma być złośliwą macochą dla ludu polskiego? Czyż wiecznie ma być Polska obojętną na nędzę, głód i ciemnotę swego ludu? Czyż znowu poskąpimy mu wolności i warsztatów pracy?

Jeśli Polska chce się ostać jako państwo, to musi zdobyć się na wielkie reformy społeczne – w pierwszym rzędzie na reformę rolną.

Często dają się słyszeć głosy, dlaczego my socjaliści tak dziś „rozbijamy się” o reformę rolną, gdy nie mamy nadziei, aby przeszedł nasz program – to jest wywłaszczenie ziemi bez wykupu i upaństwowienie wywłaszczonej ziemi.

Na to pytanie odpowiedź jest bardzo prosta. Przypuśćmy nawet, że przechodzi reforma rolna w tej formie, w jakiej ją uchwalił Sejm. W każdym razie lepiej będzie, aby w Polsce powstało w jak najszybszym czasie setki tysięcy nowych normalnych gospodarstw chłopskich, aby drugie setki tysięcy gospodarstw małorolnych i karłowatych otrzymały brakującą im ilość ziemi i aby w ten sposób zapewniły ich właścicielom dobrobyt – aniżeli nadal 15 000 dworów obszarniczych, tuczących się potem i pracą milionów głodnego ludu polskiego, istniało aż do chwili, póki my socjaliści dojdziemy do władzy i potrafimy przeprowadzić nasz program agrarny.

Tym bardziej nie powinniśmy na to czekać, bo ziemianie w swej głupocie i egoizmie sami na nasz młyn pracują. Nie chcą bowiem zgodzić się na reformę rolną, która zapewnia im wynagrodzenie za wywłaszczoną ziemię. Zanosi się na to, że Sejm, który taką reformę rolną uchwalił, jej w życie wcielić nie potrafi. Reformą rolną naprawdę zajmie się nowy Sejm – a ten na pewno już nie będzie taki pobłażliwy dla obszarników. Do niedawna tylko my socjaliści agitowaliśmy za tym, aby majątki i kapitały powstałe ze spekulacji i lichwy w czasie wojny, były konfiskowane na rzecz państwa, jako kapitały powstałe ze zwykłego rabunku i oszustwa kosztem głodu i nędzy milionów ludności polskiej.

Dziś coraz więcej ludzi przekonuje się, że to jedyny środek położyć kres orgii spekulacji, jedyny środek walki z hienami-paskarzami.

A jeśli tak – to czyż ziemianie w czasie wojny, kosztem głodu i nędzy ludności miejskiej, nie zarobili na sprzedaży produkowanych przez siebie artykułów pierwszej potrzeby takich pieniędzy, które często wielokrotnie przewyższają tę sumę, którą ziemianie przed wojną za swe majątki zapłacili? Innymi słowy dziś większość ziemian ma majątki za darmo, bo dochód z nich pokrył ich wartość. Ziemianie więc za swe majątki wynagrodzenie już dawno otrzymali, otrzymali go od bezrobotnego robotnika polskiego, od szerokich warstw inteligencji pracującej, którzy zapłacili im go, przepłacając paskarskie ceny za chleb, kaszę, kartofle.

Więc o jakież jeszcze wynagrodzenie chodzi ziemianom?

Ale cóż wam, socjalistom, pociecha z tego, że na miejsce 15 tysięcy prywatnych właścicieli ziemskich powstanie kilkaset tysięcy nowych własności ziemskich – tylko drobnych? Toż ci drobni posiadacze jak otrzymają ziemię na własność, to odwrócą się od was socjalistów, będą wrogim wam, konserwatywnym elementem? – często dają się słyszeć takie głosy.

Zapewne na razie włościanin, jak dostanie ziemię, to będzie bardzo oporny wobec nauki socjalizmu. Ale tylko na razie. Ale nawet i w takich warunkach wolę, aby elektryczność na wsi była nie przywilejem kilkudziesięciu dworów magnackich, lecz niezbędną instalacją w każdej chacie chłopskiej, wolę, aby zamiast kilkunastu tysięcy dworów i pałaców magnackich powstały setki tysięcy murowanych, krytych żelazem chat chłopskich, wolę, aby w dzisiejszych pałacach i dworach, gdzie kwitnie francuszczyzna, zamienionych na szkoły, ochrony, domy ludowe, był pielęgnowany język Mickiewicza i Słowackiego, wolę wreszcie, wybierając z dwojga złego, aby zamiast kilkunastu tysięcy „Figaro” i „Matin”, czytywanych po dworach polskich, aby w każdej chacie była prenumerowana chociażby nawet „Gazeta Poranna 2 grosze” [pismo sympatyzujące z endecją – przyp. redakcji Lewicowo.pl]. Źle to będzie świadczyło o ludzie polskim i jego kulturze, ale lepiej, aniżeli dziś, gdy na wsi 50%, biorąc bardzo skromnie, jest analfabetami.

Ale wierzę, że przyjdą inne czasy – gdy chłopa polskiego „2 grosze” będą napełniały takim samym wstrętem i obrzydzeniem, jak dziś nas – że przyjdą te czasy, gdy go indywidualna własność i indywidualna gospodarka nie będzie zadowalała, gdy on zacznie przechodzić do wyższych i lepszych form współżycia – gdy zacznie rozumieć, jakie korzyści mu będzie dawać wspólna, zbiorowa gospodarka społeczna.

Nie można robić gwałtownych przeskoków, nie można wymagać od chłopa, dla którego marzeniem najsłodszym, największą tęsknotą i pragnieniem jest posiadać 10-15 morgów ziemi na swoją własność, aby on od razu zrozumiał całą korzyść wspólnej, zbiorowej gospodarki, która wymaga i większego wykształcenia, i większej duchowej kultury, aniżeli ta, którą dziś posiada włościanin polski.

Gospodarstwo społeczne Polski musi przejść przez te fazy, przez które przeszły inne narody i państwa, a mianowicie przez likwidację wielkiej własności ziemskiej na rzecz drobnej, nie zaś upaństwowienia tej wielkiej własności, co byłoby rzeczą łatwiejszą pod każdym względem.

Trudno. Była Polska szlachecka, musi być Polska chłopska, nim przyjdzie Polska socjalistyczna.

Nie pójdziemy w ślady „bolszewickie” i nie będziemy ludu wiejskiego karabinami maszynowymi zapędzać do państwa socjalistycznego. Niech chłop polski przejdzie przez tę samą ewolucję, przez jaką przechodzi włościanin w Zachodniej Europie. Nie jestem tak ambitny i nie chcę, aby w Polsce rewolucja socjalna wybuchła wcześniej aniżeli w Zachodniej Europie. Moja ambicja pragnie tylko tego, aby robotnik i chłop polski szli w jednym szeregu z demokracją społeczną innych przodujących narodów Europy. A dziś do tego nam bardzo daleko. Dziś Polskę można porównać z jakimś archaicznym zabytkiem dawno minionej przeszłości, z ruinami zamku magnackiego z połowy XVIII wieku. Przyczyną tego jest istnienie u nas do dziś kasty ziemian, która tamuje rozwój społeczny Polski, jest ostoją reakcji politycznej, gniazdem resztek tradycji Polski feudalnej.

Reforma rolna potężnie pchnie naprzód rozwój Polski.

Ale tylko wówczas ona będzie miała rację, wówczas tylko dopnie celu, gdy ziemię obszarników otrzymają ci, którzy jej naprawdę potrzebują, a za nią zapłacić nie mogą, to jest służba folwarczna, chałupnicy i małorolni, nie zaś bogaci chłopi, którzy mają i ziemi dość, i pieniędzy, aby jej jeszcze więcej kupić.

Innymi słowy, ziemia od obszarników musi być wywłaszczona bez wykupu. Większość ziemian już dawno „wypaskowała” swój wykup, tym samym nielicznym, którzy nie zdążyli lub nie chcieli paskować, należy dać dożywotnią rentę. Tylko taka reforma rolna – radykalna i śmiała, może przynieść istotną korzyść. Innymi słowy, nie należy oszczędzać kasty ziemian. Musi ona być zlikwidowana i przekreślona.

Leży to w interesie Polski nie tylko ze względów społecznych, lecz politycznych i etycznych. Ziemianie, to kłoda, która leży na drodze rozwoju narodu polskiego i przygniata stopy ludowi polskiemu. Jeśli Lud Polski chce żyć i rozwijać się, jeśli chce kroczyć w jednym szeregu z innymi narodami w ich cywilizacyjnym pochodzie naprzód – to musi wielkim, potężnym wysiłkiem tę kłodę ze swej drogi zrzucić.

Czym później to się stanie, tym gorzej dla Polski – czym prędzej, tym lepiej.

A więc nie traćmy czasu.

Tadeusz Hołówko

_____________________________

Powyższy tekst to cała broszura, opublikowana przez Polską Partię Socjalistyczną w drukarni „Robotnika”, Warszawa 1919, od tamtej pory nie była wznawiana w całości, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Tadeusz Hołówko (1889-1931) – polityk, uczestnik ruchu niepodległościowego i socjalistycznego, publicysta. Urodził się w polskiej rodzinie w Turkiestanie. Na studiach w Petersburgu związał się ze środowiskiem Związku Młodzieży Postępowo-Niepodległościowej i PPS – Frakcja Rewolucyjna, a wkrótce także ze Związkiem Walki Czynnej. Aresztowany i więziony za działalność niepodległościową, tymczasowo relegowany ze studiów. W czasie I wojny światowej związany z POW, więziony przez Niemców, po uwolnieniu współtwórca lewicowo-piłsudczykowskiego Stronnictwa Niezawisłości Narodowej, z polecenia Piłsudskiego prowadził ryzykowną misję informacyjno-organizacyjną na terenie obecnej Ukrainy i Białorusi oraz w Moskwie w sprawie tworzenia niezależnej armii polskiej. W listopadzie 1918 r. wiceminister propagandy w rządzie Ignacego Daszyńskiego, jeden z głównych autorów Manifestu Tymczasowego Rządu Republiki Polskiej. W niepodległej Polsce działacz PPS, bardzo aktywny publicysta prasy partyjnej, członek najwyższych władz partii (m.in. sekretarz Rady Naczelnej, członek CKW), redaktor naczelny jednego z partyjnych organów – tygodnika „Trybuna”, członek zarządu TUR. W latach 1919-1927 radny Warszawy wybrany z listy PPS. Jeden z czołowych działaczy tzw. ruchu prometejskiego, a także gorący zwolennik programu federacyjnego, czyli daleko posuniętego sojuszu Litwy, Łotwy, Estonii i Ukrainy (a nawet Finlandii) z Polską przeciwko imperializmowi rosyjskiemu/sowieckiemu. Zaangażowany w pomoc powstańcom śląskim. Ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej. Zwolennik daleko posuniętej autonomii kulturalnej dla ludności ukraińskiej w Galicji Wschodniej oraz porozumienia polsko-ukraińskiego, wielokrotnie potępiał politykę polskich władz w tej kwestii i starał się łagodzić napięcia. Zaangażowany również w łagodzenie antagonizmów polsko-żydowskich. Aktywny w pracach Instytutu Badań Spraw Narodowościowych. Po przewrocie majowym opuścił PPS i związał się z obozem sanacyjnym, mimo iż krytycznie oceniał politykę socjalną piłsudczyków i sojusze z klasami posiadającymi. Wiosną 1927 r. został naczelnikiem Wydziału P-III (tzw. wschodniego) Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Brał aktywny udział w tworzeniu Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem, w roku 1930 został posłem z jego listy. 29 sierpnia 1931 r. podczas pobytu na kuracji w Truskawcu, został w zamachu zamordowany przez nacjonalistów ukraińskich z OUN.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *