Wiktor Woroszylski

Dziennik węgierski

[1956]

Wtorek, 30 października

W samolocie

A więc – po rozmaitych perypetiach, protekcjach, zaklęciach – jestem na pokładzie samolotu odwożącego do Budapesztu kolejny transport polskiej krwi i lekarstw. Pod skrzydłami – bezbrzeżna Syberia chmur. Potem następuje przejaśnienie, widać zardzewiałe pola, nieruchome drogi i tory, Węgry. Usiłuję wydobyć z pamięci ten kraj, jakim go poznałem przed siedmiu laty, w słonecznych wrześniowych dniach Kongresu Światowej Federacji Młodzieży Demokratycznej i sprawy Rajka. Ludne, gwarne ulice, jakaś piwniczka, w której prosto z beczek toczono tani, słodki muszkat, stara kobieta witająca nas podniesioną pięścią… Ale najuporczywiej powraca jeden obraz, ten sam, który towarzyszył mi przez wszystkie te lata, jakże długo bezskutecznie odpędzany. Wysoki, niemłody mężczyzna nachyla się do mnie, jego krzaczaste brwi niemal dotykają mojej twarzy, jego przenikliwy szept łamie mój opór: – Nie od dziś należę do partii. Laszlo Rajka znam z Hiszpanii i obozu. To, co się teraz dzieje, jest zbrodnią i kłamstwem. – Dlaczego mi to mówisz? Nie znam ciebie i nie mogę ci wierzyć. – Właśnie dlatego ci to mówię, że mnie nie znasz. Tylko z takim mogę dziś rozmawiać w Budapeszcie. …Lądujemy na prawie pustym lotnisku. Otacza nas grupa zbrojnych cywilów i żołnierzy z trójkolorowymi opaskami i naszywkami. Niektórzy mają swoje naszywki na krepowej, żałobnej podkładce. Wolimy nie pytać, co to znaczy.

Rozmowa z Marianem

Marian jest tu już od kilku dni. Teraz sprawia wrażenie wyjątkowo roztrzęsionego. Z trudem wyciągam z niego relację o tym, co dzisiaj widział.

Wraz z Krzysztofem był świadkiem szturmu komitetu miejskiego partii, w którym broniła się dwustukilkudziesięcioosobowa grupa AVH.

AVH – to mundurowa formacja policji politycznej. Bardzo elitarne, sowicie opłacane (pensja funkcjonariusza AVH – „awosza” – dziesięciokrotnie przewyższała przeciętną płacę robotniczą), związane na śmierć i życie z krwawym reżimem Rakosiego, janczarskie oddziały AVH do końca trzymały kraj w żelaznych kleszczach takiego terroru, o jakim u nas nie mieliśmy pojęcia. Ani po likwidacji Berii, ani po ustąpieniu Rakosiego i aresztowaniu Farkasa – w AVH nie nastąpiły żadne zmiany. Kiedy 23 października AVH otworzyło ogień do bezbronnej manifestacji ludności, przebrała się miarka. Wybuchło powstanie, do którego natychmiast przyłączyło się wojsko i milicja. AVH – oficjalnie rozwiązane przez rząd Nagy’a – nie podporządkowało się tej decyzji i nadal siało śmierć i prowokację. Wtedy gniew ludu wysoką falą zalał Budapeszt. Marian opowiada, jak tłum, wsparty przez kilka węgierskich czołgów, nacierał na twierdzę awoszów. Bronili się zaciekle, ich salwy położyły niejednego. Ale wkrótce wywleczono ich z gmachu i wówczas… Marianowi drżą wargi, jest bardzo blady. – Nigdy przedtem nie widziałem linczu. Wieszano ich za nogi, a paru dosłownie rozdarto na strzępy. Później przybyli zorganizowani powstańcy – Gwardia Narodowa – i obronili resztę jeńców przed tłumem. Ale ci, których nie zdążyli obronić…

Pierwsza wędrówka po Budapeszcie

Ciemna, pusta ulica. O kilkadziesiąt metrów od nas majaczą czarne kadłuby czołgów. – Stoj, kto idiot! Żołnierzyk kuli się z zimna i strachu, ma białe, rozbiegane oczy, zgrabiałymi palcami przewraca kartki naszych niepojętych paszportów. Zdaje się, że nie bardzo dociera do niego tłumaczenie, kim jesteśmy i po co idziemy o tej porze do parlamentu. Ale w końcu macha ręką: – Prochodi! Znowu długa, pusta ulica, ale jaśniejsza i szersza. Na rogach tabliczki z wydrapaną nazwą. To jedna z głównych ulic Budapesztu – Andrassi-ut. Zdrapane litery składały się na nazwisko Józefa Stalina. Idziemy niezupełnie pewni kierunku. Rzadko spotykamy przechodniów, za to co pewien czas mijają nas w grzechoczącym pędzie szczelnie zatrzaśnięte samochody pancerne. Sprawiają wrażenie nieobsadzonych przez człowieka, żyjących samodzielną energią mechanizmów, kontaktujących się ze światem jedynie czułkami luf. Mimo woli przysuwamy się do murów. Znowu pusto. Przyspieszamy kroku. Na końcu ulicy zgromadzili się jacyś ludzie. Zanim jednak docieramy do nich, z przecznicy wypada motocykl, na którym siedzą dwaj oficerowie węgierscy. Błyskawicznie, jak w sztuce karcianej, rozwija się talia białych ulotek – motocykl zawraca i znika – ulotki powoli opadają na bruk. Tekst jest krótki, niewyraźnie odbity na powielaczu, z paru znajomych węgierskich słów nie potrafimy wyłowić sensu. Zbliżamy się do grupki, którą dostrzegliśmy z daleka – są to młodzi chłopcy, niektórzy też mają w rękach te same ulotki. – Sprechen Sie Deutsch? Parlez vous français? Do you speak english? Okazuje się, że chłopcy znają trochę rosyjski – tylko ten język był wykładany w szkołach. Kiedy dowiadują się, kim jesteśmy, zapraszają nas do jakiegoś małego mieszkanka, o ścianach obwieszonych mnóstwem fotografii rodzinnych. Zjawia się gospodarz – krępy, wąsaty robotnik. Ściskając nam dłonie, wymienia jedno z pospolitych węgierskich nazwisk. Częstujemy się wzajemnie papierosami – i któryś z chłopców przystępuje do tłumaczenia ulotki. Jest ona podpisana przez grupę wojsk artylerii przeciwlotniczej, zawiera zaś przede wszystkim żądanie opuszczenia Budapesztu przez Rosjan jutro do godziny 12. – Wszyscy tego chcemy – komentuje nasz kilkunastoletni tłumacz. – To najważniejsze. Inni zgodnie kiwają głowami. Gospodarz z wahaniem pyta o Polskę i wbija w nas wzrok pełen nadziei… Znowu błądzenie po nieznajomych ulicach. Powstańcze posterunki, życzliwie wskazujące drogę. Jakieś auto z wydętym niby żagiel trójkolorowym sztandarem. Dwaj młodzi oficerowie, odprowadzający nas prawie do celu. I wreszcie – wielki, pusty, ciemny plac przed kopulastym masywem parlamentu. Obchodzimy go ze wszystkich stron, szukając wejścia. Oto okazałe główne wejście – pamiętam je sprzed lat. Dwa razy dziennie wchodziliśmy tędy na obrady „młodzieży świata”. Oparte o kamienną balustradę stały tu zwykle greckie dziewczęta w drelichach – partyzantki z Grammos. Tuż przy wejściu, w hallu, delegaci francuscy sprzedawali albumy impresjonistów, aby mieć za co wrócić do domu. Dalej były schody, na których eleganccy oficerowie i umundurowani aktywiści wielokrotnie sprawdzali karty wstępu. W końcu docierało się do wielopiętrowej sali obrad, otoczonej licznymi galeriami, i słuchało się długich mów w różnych językach na temat obrony pokoju. Kiedy padało słowo „Stalin” – wszyscy wstawaliśmy, zawzięcie skandowaliśmy dwie energiczne sylaby i oklaskiwaliśmy własny entuzjazm aż do spuchnięcia dłoni… Teraz główne wejście jest zamknięte i głuche. Żadnego innego też nie potrafimy znaleźć. Gotowiśmy już zrezygnować, kiedy cicho podjeżdża jakieś auto. Krzysztof dopada drzwiczek i po francusku zaczyna tłumaczyć siedzącemu obok szofera pasażerowi, że jesteśmy polskimi dziennikarzami i chcemy się dostać do parlamentu, aby porozmawiać z kimś z członków rządu. Pasażer – niewysoki, młodo wyglądający brunet – uśmiecha się: – Par exemple, avec moi! I po chwili jesteśmy w parlamencie.

W parlamencie

Nasz rozmówca nazywa się Geza Losonczy. Jest znanym działaczem lewicy komunistycznej, przez szereg lat odsuwanym i prześladowanym. Ministrem stanu i członkiem ścisłego gabinetu został dopiero dzisiaj. Z lekką ironią komunikuje, że jeszcze nie ma własnego biurka ani sekretarki i w ogóle nieświetnie zna gmach, do którego nas wprowadził. Dość długo błądzimy razem z nim po mrocznych korytarzach, pełnych purpury i secesyjnych złoceń. Jest coś niesamowitego i groteskowego zarazem w tym opuszczonym przez ludzi cesarsko-królewskim przepychu. Słabo pełgające kandelabry rozsnuwają widmowe cienie. Dywany tłumią nasze kroki. Wydaje się, że kiedy odwrócę głowę, dojrzę kogoś bezszelestnie stąpającego za nami. Człowieka? Historię?

Ale oto duży, oświetlony pokój, pełen tytoniowego dymu. Tutaj oraz w dwu przyległych gabinetach pracują członkowie rządu, a wraz z nimi – kilku literatów i dziennikarzy. Do pokoju ciągle ktoś wchodzi, nie prężący się na baczność żołnierze, robotnicy z wypisanymi na kartkach z zeszytu postulatami, nieogoleni studenci. Nikt nie sprawdza przepustek, nie mówi „zaraz was zamelduję”, każdy zmierza prosto do tego, z kim chciał rozmawiać. Rozmowy toczą się na stojąco, pośrodku pokoju i we wszystkich jego kątach. Ktoś telefonuje, ktoś oparł się o parapet i dużymi, nerwowymi literami zapisuje kartki notesu. Napływ delegacji nie ustaje ani na chwilę. Ci, którzy je przyjmują, mają zmęczone oczy, ale mocno ściskają dłonie delegatów – na pożegnanie i zaraz potem na powitanie następnych. Nasz wywiad jest chaotyczny i nie ma w nim ciągłości. Coraz to zjawiają się nowi rozmówcy, poprzednich odwołuje ktoś do innych zajęć. Rozmawiamy o wszystkim: o charakterze węgierskiej rewolucji, o krystalizującym się programie rządu jedności narodowej, o postulatach komitetów rewolucyjnych, o perspektywie na najbliższe godziny i dni. Rząd nie jest jeszcze definitywnie ukształtowany, mają w nim zajść dalsze zmiany, zmierzające do większej jego reprezentatywności. Właśnie przed chwilą rozmawiano w tej sprawie z socjaldemokratami. Niestety, odmówili oni na razie przystąpienia do rządu, oświadczyli, że wolą jeszcze poczekać. Ale nawet w obecnym składzie baza rządu zdaje się rozszerzać z godziny na godzinę. Świadczy o tym warunkowe poparcie zgłoszone przez kilka najpoważniejszych grup powstańczych, wysuwających postulaty, pod którymi i rząd chce się podpisać. Najpilniejsze z nich to: ustąpienie z Węgier armii radzieckiej, legalizacja partii politycznych, wolne wybory, ukaranie winnych. Taki mniej więcej program przedłożyła przed chwilą grupa rewolucyjna VIII i IX rejonu Budapesztu, której kierownictwo składa się z dwóch oficerów, kilku robotników i studentów, literata i fryzjera… Marian opowiada znowu, co widział przed południem. Gnębi go to – i szuka odpowiedzi u węgierskich towarzyszy-komunistów. Po chwili milczenia odzywa się jeden z nich: – Wierzcie nam, nie jesteśmy sadystami. Ale tych ludzi nie potrafimy żałować. Zabiera głos siwy Zoltan Szanto, członek powołanego przed paru dniami dyrektoriatu Węgierskiej Partii Pracujących, były ambasador w Warszawie. – Przeżywamy ogromną tragedię, tragedię narodu i tragedię partii. Na tym narodzie dokonano zbrodni. Komuniści zawinili – naród odwrócił się od komunistów. Naród ma rację. Musimy wreszcie pójść z narodem. Jest już bardzo późno, straciliśmy jako partia prawie wszystko, ale musimy pójść z narodem, nie wolno nam mnożyć hańby, którą jesteśmy okryci. Straszny jest ból starego człowieka, który całe życie poświęcił idei, a u schyłku dostrzegł, że był wspólnikiem zbrodniarzy. – A oni? Co z nimi? – Oni… Tamci… No cóż, nie ma ich już w naszym kraju. Wyjechali.

Noc

Właściwie powinienem już tu postawić następną datę – północ dawno minęła. Ale dla mnie kończy się dopiero pierwszy dzień w Budapeszcie. Opuszczamy parlament, chociaż proponują nam, abyśmy zostali do rana – na mieście może być nie najbezpieczniej. Kiedy się jednak upieramy, otrzymujemy eskortę – dwóch żołnierzy z automatami – i ruszamy. Na dole trafiamy przez omyłkę do jakiejś sali, gdzie cały oddział żołnierzy układa się pokotem do snu. Kiedy jest ich tylu, szczególnie rzuca się w oczy identyczność węgierskiego umundurowania z radzieckim. Nic wszakże nie pomogło: rewolucja zerwała pagony, przypięła trójkolorowe kokardy – i armie wczoraj bliźniacze stanęły naprzeciw siebie… Na ulicy spotykamy tych samych oficerów, którzy przed kilkoma godzinami wskazali nam drogę do parlamentu. – No jak, rozmawialiście z rządem? Co mówią – czy Rosjanie wyjdą z Budapesztu? – Mówią, że wyjdą. Nasi opiekunowie zatrzymują nadjeżdżające auto Czerwonego Krzyża. Wsiadamy. Posuwamy się powolutku, koło za kołem, po pustej ulicy. Zatrzymujemy się kilkaset metrów przed sowieckimi pozycjami, tymi, na których zatrzymano nas, gdyśmy szli w tamtą stronę. Wysiadamy, auto zawraca. – Stój, kto idiot! Tym razem mamy przed sobą śniadego chłopaka o czarnych, wilgotnych oczach. Po wylegitymowaniu nas okazuje się on amatorem pogawędki. Mówi charakterystycznym kaukaskim akcentem, nie uznającym rosyjskich zmiękczeń. – Zaczem ludej bjom? Ne rozbieriosz, kto praw, kto winowat. Wemutsa by żywym w Aremniju… Stąd już zaledwie kilka kroków do naszego hotelu. Gęstnieje budapeszteńska noc, pochłania wszystko: drobne sylwetki wartowników, brutalne kontury czołgów, zwisające z domów trójkolorowe i żałobne flagi. Jest cicho – ani szczęknięcia gąsienicy, ani wystrzału, ani jęku.

Środa, 31 października

Poranek

Przyszła Hanka. Zmęczona, niewyspana. Marian wsiadł na nią: – Dziewczyno, co ty wyprawiasz! Hanka próbuje się tłumaczyć: w gmachu byłego „Szabad Nep” nadawała dalekopisem korespondencję do Warszawy. Zrobiło się bardzo późno, nie miało sensu wracać nocą do hotelu. Została do rana, powstańcy zaopiekowali się nią: nakarmili, przyciągnęli miękki fotel, przykryli jakąś zerwaną portierą czy firanką. Hanka jest niewyczerpaną entuzjastką. Czasem to męczy, ale niekiedy – zaraża. Bez takich ludzi jak ona, zawsze z nieomylnym zapałem angażujących się po stronie słusznej sprawy, niemożliwe byłyby rewolucje. W Budapeszcie musi być wiele jasnowłosych węgierskich Hanek. Nie dziwię się, że jest całym sercem z nimi, że dumnie obnosi przypiętą do piersi trójkolorową kokardę. Opowiada o swoich przyjaciołach – powstańcach z tzw. grupy Dudasa. Poznała ich przed kilkoma dniami, kiedy zajmowali ogromny budynek „Szabad Nep”. Przyszli wówczas do redakcji i oświadczyli: – Nie pozwolimy dłużej na karmienie narodu kłamstwami i obelgami. Na to obrażeni redaktorzy zakomunikowali, że nie chcą gadać z chuliganami – i opuścili lokal. „Szabad Nep” przestało istnieć. Znajdującej się w tym samy gmachu młodzieżowej redakcji „Szabad Ifjusag” nie tknięto. A polskiej dziennikarce udzielono serdecznej pomocy, bez której trudno byłoby jej pracować w zrujnowanym, zdezorganizowanym, odciętym prawie od świata Budapeszcie. – Chcesz ich poznać ? – pyta Hanka.

Ulica

Południe. Z Budapesztu wytaczają się ostatnie radzieckie czołgi. Na ulicach – tłumy. A mury, wystawy, tablice ogłoszeniowe krzyczą koślawymi literami: „Nie wierzymy Imre Nagy’owi!”, „Rosjanie – do domu!”, „Strajk powszechny aż do wycofania się Rosjan z całych Węgier!”. Gdzieniegdzie widać ślady niedawnych walk. Narożnik pocięty kulami, kostka wydarta z bruku, chodnik usłany szkłem. Zwracają uwagę pozbawione szyb wystawy sklepów, na których w nienaruszonym porządku ustawione są buty, zabawki, butelki wina. Nie sięga po nie żadna chciwa ręka… Ale oto księgarnia towarzystwa przyjaźni węgiersko-radzieckiej. Przyjaźń tę rozstrzelano i rozdeptano czołgami. Teraz przed zdemolowanym lokalem wygasa długi, płaski kopiec z książek. W popiele świeci jakiś osmalony strzęp. Poznaję po charakterystycznym druku: „O trwały pokój, o demokrację ludową”… Usiłujemy uchwycić sens niezliczonych ulotek i odezw, gęsto rozplakatowanych na ulicy. W jakimś brudno powielonym apelu powtarza się nazwisko Mindszenty’ego – chodzi o jego uwolnienie, które zresztą podobno dziś się już urzeczywistniło. W poprzek odezwy ktoś napisał czerwonym ołówkiem: „Nem keli kommunizmus!”. Ten sam odręczny napis spotykamy jeszcze kilkakrotnie. Zagadnięty przez nas starszy pan w podniszczonym paletku i wyrudziałym kapeluszu zna niemiecki i ochoczo wyjaśnia: – To znaczy „nie chcemy komunizmu”. Po czym z własnej inicjatywy dodaje: – Nikt u nas nie chce komunizmu. Od najmniejszego dziecka do starca, nikt nie chce komunizmu. Mamy go dość na zawsze!

Rówieśnicy

Pusty, krótki zaułek. Tylko u jego obydwu wylotów stoją spore grupy ludzi, którzy w milczeniu obserwują uzbrojonych chłopaków z trójkolorowymi opaskami, oblegających jakiś dom. O kilka kroków czeka otwarty samochód. To trwa polowanie na ukrywających się awoszów. Podchodzimy bliżej w chwili, kiedy gwardziści wywlekają z klatki schodowej dwu bladych mężczyzn w cywilu. Jedni i drudzy wyglądają nie więcej niż na dwadzieścia lat. Ten ich wiek nieoczekiwanie kojarzy mi się z jeszcze jednym – chyba już ostatnim – wspomnieniem odległego festiwalowego Budapesztu. Mieszkaliśmy wówczas w szkole na ulicy Beli Bartoka, w Budzie. Ilekroć wychodziliśmy z domu, otaczała nas gromada może trzynastoletnich chłopców podsuwających notesy do podpisu i znaczki do wymiany. Wołali: „Szenmsz, lengyelf”, byli przeważnie bosi i obszarpani, ale pełni dziecinnego wigoru. Więc może któregoś z nich spotykam właśnie teraz? Może to temu wysokiemu powstańcowi w watówce i berecie wpisałem kiedyś do zeszytu pozdrowienie z Warszawy! A może temu awoszowi w nasuniętej na oczy czarnej cyklistówce? To się działo siedem lat temu… Powstańcy wpychają awoszów do samochodu, po czym sami się ładują, otaczając aresztowanych ze wszystkich stron. Samochód rusza. Ludzie zgromadzeni u wylotu ulicy zaczynają krzyczeć i groźnie wymachiwać rękami. Powstańcy podnoszą zaciśnięte w dłoniach rewolwery, zasłaniają awoszów przed złorzeczącym tłumem. Samochód powoli przebija się przez niechętnie ustępującą ludzką ścianę.

W redakcji

W dawnym gmachu „Szabad Nep” rozlokowało się teraz kilka nowych redakcji. A w jedynej starej – „Szabad Ifjusag” – dziennikarze snują się po pokojach, tępo wpatrują się w tapety, milczą. – Co się stało? – Związek Młodzieży rozwiązany. Nie wydajemy już gazety. – Nasza redakcja przodowała w walce o wolność – mówi ktoś z nieukrywaną goryczą – a teraz na śmietnik. Dziś koniec miesiąca. Kasjerka wypłaca naszym bezrobotnym kolegom ostatnią pensję.

Znowu ulica

Mała pulchna Zsuzsa oprowadza nas z redakcji do Komitetu Rewolucyjnego inteligencji. – Więc co? – pytamy. – Rewolucja was skrzywdziła, tak? – Kto zechce, znajdzie sobie miejsce w rewolucji – odpowiada poważnie Zsuzsa. Ulica jest jeszcze gwarniejsza niż przedtem. Na murach zjawiły się nowe napisy, odezwy, karykatury. Mijamy lokal, do którego drzwi ktoś przytwierdza właśnie wielki kolorowy herb Kossutha z napisem: „Partia Drobnych Posiadaczy”. – Około czterdziestu partii powstało dziś w Budapeszcie – informuje Zsuzsa. Gazeciarze sprzedają organy tych partii. Największe powodzenie ma, zdaje się, socjaldemokratyczna „Nepszava”. Jacyś mali chłopcy wciskają nam w dłonie ulotki, zaczynające się od wytłuszczonego nagłówka: „Nagy Imbreben bizalmunk!”. Zsuzsa tłumaczy: „Wierzyliśmy Imre Nagy’owi!” Sens ulotki jest taki: wierzyliśmy mu, z jego imieniem wyszliśmy na pierwszą manifestację 23 października. Później straciliśmy do niego zaufanie, gdyż wypowiedzi jego były dwuznaczne, a całe postępowanie wydawało się chwiejne i niekonsekwentne. Dopiero dziś wiemy, jakie były tego przyczyny: Imre Nagy faktycznie był więźniem kliki Gerő’go. Kiedy przemawiał przez radio, za plecami jego stali agenci z wymierzonymi weń pistoletami. Teraz, kiedy Nagy naprawdę stoi na czele rządu i wyraża słuszne żądania narodu – przywracamy mu naszą wiarę i poparcie. Ulotkę podpisała rewolucyjna młodzież uniwersytecka.

W komitecie rewolucyjnym

Komitet, do którego wpuszczają nas czujne warty uzbrojonych studentów, mieści się na wydziale prawa Uniwersytetu Budapeszteńskiego. Do wczoraj nazywano go Rewolucyjnym Komitetem Inteligencji, ukształtował się bowiem w dniach powstania jako luźny zespół lewicowych intelektualistów – profesorów, literatów, prawników – pragnących wnieść swoją myśl komunistyczną do zachodzących wydarzeń. W miarę jednak rozwoju wypadków autorytet komitetu wzrastał, zaczęli się do niego zgłaszać przedstawiciele załóg fabrycznych, młodzieży, jednostek wojskowych. Dzisiaj właśnie na ogólne żądanie Komitet przekształcono w Rewolucyjny Komitet Budapesztu. O tym wszystkim poinformował nas profesor Markus – komunista, działacz Klubu Petőfiego, obecnie zaś przewodniczący Komitetu – dopiero po paru godzinach, gdyśmy wtargnęli na niedużą salę obrad, pomiędzy rozgorączkowanych dyskusją aktywistów. Wtedy też usłyszeliśmy o projektach dalszego jeszcze rozszerzenia zakresu działania Komitetu, sięgnięcia do środowisk dotąd z nim nie związanych, do rozmaitych partii politycznych itd. Kiedy profesor Markus o tym mówił, próg sali obrad przekraczał właśnie oparty o laskę wysmukły ksiądz… Ale cała ta rozmowa odbyła się na zakończenie naszej wizyty w Komitecie. Przedtem krążyliśmy po długich korytarzach, zadymionych przedpokojach, poczekalniach usianych niedopałkami. Obserwowaliśmy tłoczących się, hałasujących, wylewnie witających się ludzi, z których każdy miał jakąś nie cierpiącą zwłoki sprawę do Komitetu – program, proklamację, plan działania, kontakt. I właśnie w tym tłumie, w którym poczuliśmy się początkowo tak bardzo zagubieni, nastąpiły dwa nieoczekiwane, a tak ważne dla mnie spotkania. W chwili, gdy śpiesząca się gdzieś Zsuzsa rozglądała się bezradnie, komu z ludzi mówiących jakimkolwiek znanym nam językiem przekazać kłopotliwych gości, podeszła do nas niewysoka kobieta w chustce: – Ja gawariu pa ruski. Skąd? Mieszkała przez szereg lat w Moskwie. Okazuje się, że mamy przed sobą córkę György’a Lukacsa, Annę. Najpierw rozmowa schodzi na wspólnych moskiewskich znajomych, a później – błysk olśnienia: – Pewnie zna pani też Margit? – Margit? Właśnie z nią jestem umówiona, za chwilę tu będzie. I rzeczywiście, po chwili wręczam małej ciemnowłosej filozofce list, w który zaopatrzył mnie Leszek. Czyta uważnie, po czym podnosi na mnie czarne oczy: – Więc mam wam wytłumaczyć naszą rewolucję. Chodźmy. Siadamy w dużej, pustej, ciemnej sali. Margit i jej koledzy opowiadają mi dokładnie o 23-im – byli wtedy wśród manifestantów, a ten chłopak ze zrośniętymi brwiami usiłował doręczyć w radiu rezolucję… Opowiadają o hasłach, z którymi wyszli – rewolucyjnych, socjalistycznych – i o masakrze bezbronnych, którą na te hasła odpowiedziano. Dzień za dniem relacjonują mi przebieg rewolucji i stalinowskiej kontrrewolucji – i jeszcze raz przekonuję się, że nie popełniliśmy błędu w Warszawie, dostrzegając w ruchu węgierskim szlachetną i bliską nam treść. Wreszcie opowiadanie dociera do dnia dzisiejszego. Moi rozmówcy są dobrej myśli: twierdzą, że z chaosu i rozproszenia wyłaniają się już zarysy nowych form ruchu społecznego i współżycia rewolucjonistów. Opowiadają, że dzisiaj – w dniu, w którym na powierzchnię życia wyszły tradycyjne partie demokracji liberalnej – kształtuje się również partia, jakiej jeszcze nie było: Rewolucyjna Partia Młodzieży. Będzie to duża, prężna partia, wyrosła z ruchu demokratycznego ostatnich miesięcy i z powstania – partia zdecydowana walczyć o ludzkie oblicze socjalizmu. – Przecież w naszym kraju nigdy nie było socjalizmu – mówi ktoś. – Była kartoteka półtora miliona informatorów w AVH, ale czy na tym polega socjalizm? – A jaki będzie stosunek Partii Młodzieży do komunistów? – Niezależność i szczery sojusz. Oczywiście, jeżeli otrząsną się ze stalinizmu. Jeżeli nie… – Komuniści też się reorganizują – mówi Margit. – Ma powstać nowa partia, o innej nazwie, z nowym kierownictwem. Właśnie nad tym pracują Nagy, Losonczy, Lukacs… – A Kadar? Margit się krzywi. Chłopak ze zrośniętymi brwiami macha ręką. A Anna pyta: – Chcecie odwiedzić Lukacsa? On wam dokładniej opowie o nowej partii. – Czy go zastaniemy? – Tak, siedzi teraz stale w domu, żeby każdy, kto chce, mógł go zastać. Więc wdzieramy się jeszcze do profesora Markusa (o tym już była mowa), łapiemy na korytarzu zaaferowaną Zsuzsę („wiecie, będziemy robić nową gazetę – organ Rewolucyjnej Partii Młodzieży”) – i idziemy z Anną Lukacs do jej znakomitego ojca.

U profesora Lukacsa

Mogłem sobie oczywiście wyobrazić, że spotkam kiedyś György’a Lukacsa. Gdybym się zastanowił, o czym wypadnie nam wtedy rozmawiać, pomyślałbym, że – bo ja wiem – o estetyce heglowskiej, o realizmie krytycznym, o Tomaszu Mannie. Nie wyobrażałem sobie natomiast, że poznam Lukacsa w tak specyficznych okolicznościach i że pierwsze zdanie, które od niego usłyszę, będzie brzmiało: – Kulturę pozostawimy w spokoju, nieprawdaż? Mamy ważniejsze sprawy do załatwienia. Uświadamiam sobie, że György Lukacs jest w rządzie Nagy’a… ministrem kultury. Okna przytulnego profesorskiego mieszkania wychodzą na Dunaj. Ściany otaczają nas zwartymi szeregami kolorowych opraw. Naprzeciwko lampy zastygł w szyderczym grymasie azjatycki potworek. Siedzimy wokół dużego rodzinnego stołu i rozmawiamy o sprawach ważniejszych od kultury. Syn profesora, inżynier, przed rokiem usunięty z tamtejszego PKPG, opowiada, jak zrujnowano chlubę i bogactwo Węgier – winnice. Później wyjaśnia mechanizm na pozór bardzo efektownego, a w istocie jałowego i rujnującego, wzrostu produkcji w demokracjach ludowych. Nie będę tu przytaczał jego interesujących wywodów, które zresztą mnie, laikowi, trafiają do przekonania. Siwa pani Lukacs wypytuje o przebieg polskiego Października. Wreszcie rozmowa schodzi na sprawę partii. Okazuje się, że w łonie obecnego kierownictwa WPP toczy się zajadła walka dwóch tendencji: jednej, zmierzającej do kontynuowania zmodyfikowanej nieco, ale w gruncie rzeczy tej samej co dotąd linii, i drugiej, rewolucyjnej, pragnącej odciąć się całkowicie od stalinowskiej tradycji WPP i stworzyć zupełnie nową partię marksistowską. Profesor Lukacs reprezentuje oczywiście tę drugą tendencję. – Kto jeszcze? – Nagy, Losonczy, Szanto, Donath, Kadar… – Kadar też? – przepytuję się. Profesor nie rozumie, dlaczego to nazwisko miałoby budzić wątpliwości. Nowa partia nie będzie mogła liczyć na bliski sukces – komunizm jest na Węgrzech gruntownie skompromitowany. Skupią się wokół partii prawdopodobnie szczupłe grupy postępowych intelektualistów, literatów, trochę młodzieży. Klasa robotnicza pójdzie raczej za swoją socjaldemokracją. W wolnych wyborach komuniści uzyskają pięć, maksimum dziesięć procent głosów. Być może nie wejdą do rządu, znajdą się w opozycji… Ale partia będzie istniała, ocali ideę, będzie ośrodkiem intelektualnym, a za kilka lub kilkanaście lat – kto wie… Na razie jednak nie dochodzi do jej stworzenia – toczą się nieustanne spory o ocenę sytuacji – w chwili, gdy dziś powstały wszystkie inne partie, komuniści znowu spóźniają się co najmniej o dwadzieścia cztery godziny. Jutro mam telefonować.

Chłopcy od Dudasa

Jest późny wieczór. W ciasnym pokoiku na którymś tam piętrze dawnego gmachu „Szabad Nep” sapie i parska zmęczony dalekopis. Hanka nadaje naszą wspólną korespondencję do „Sztandaru Młodych”. Spróbowaliśmy opisać w niej to, cośmy widzieli w Budapeszcie – ruinę ludzkiej wiary w hasła, które gdzie indziej i kiedy indziej brzmiały donośnie i czysto, ruinę nadziei na socjalizm inny niż ten, którego tutaj doświadczono. Dalej zaś nieśmiało i z wahaniem napomknęliśmy o szansie ocalenia czegoś z ruin, o szansie, którą – tak nam się wydaje – również dostrzegliśmy dzisiaj po południu… Hanka gra na nerwowej klawiaturze dalekopisu. W innym zaś kącie pokoju woła z głośnika coś, czego nie rozumiemy, węgierski speaker „Wolnej Europy”. Nad radiem nachylił się szczupły brunet w żołnierskim mundurze: wiem już, że jest to zdolny młody pianista, przed kilkoma dniami szeregowy armii węgierskiej, dziś – podwładny jednego z powstańczych przywódców, Jozsefa Dudasa. Inny „dudasowiec”, tęgi, szczerbaty blondas z rewolwerem za pazuchą i przewieszonym przez ramię aparatem fotograficznym „Kijew”, macha pogardliwie ręką w stronę odbiornika: – To też kłamstwo. Propaganda. Z tym chłopcem rozmawiamy po rosyjsku. Studiował w jednym z lenigradzkich instytutów, obecnie jest technikiem w zakładach radiowych. W tych samych zakładach pracuje kędzierzawy inżynier znający niemiecki – był więźniem hitlerowskiego kacetu. – A to prawda czy kłamstwo? – pytam podsuwając im ulotkę o Nagy’u. Czytają uważnie. – To chyba prawda. Po ciasnym pokoiku kręcą się uzbrojeni cywile i żołnierze – chłopcy od Dudasa. Są weseli, serdeczni i gościnni. Przynieśli nam ser i czekoladę, usiłują zagotować herbatę na odmawiającej posłuszeństwa maszynce elektrycznej. Z rozmów z nimi wynika, że mają otwarte głowy, bynajmniej nie podatne na hasła „ciemnogrodu”. Są wśród nich i członkowie partii. Trudno skojarzyć sobie tych chłopaków z famą głoszącą, że grupa Dudasa to faszyści… Nagle Hanka wpada na genialny pomysł: – Istvan, a czy moglibyśmy porozmawiać z waszym dowódcą?

* * *

Znowu wróciłem do hotelu grubo po północy. Marian jeszcze nie spał – i musiałem mu złożyć dokładne sprawozdanie ze swoich dzisiejszych spotkań i obserwacji. Nie omieszkałem się też pochwalić, że na jutro jesteśmy umówieni z Dudasem. – O tym twoim Dudasu niedobrze mówią. – Kto? – Choćby Maleter. Okazuje się, że Marian był dzisiaj na konferencji zjednoczeniowej różnych ugrupowań wojskowych, biorących udział w powstaniu. Ukonstytuowała się tam Rewolucyjna Rada Węgierskich Sił Zbrojnych, której odtąd mają podlegać wszystkie uzbrojone formacje rewolucji węgierskiej. Na czele rady stanął jeden ze znanych przywódców powstania, pułkownik Pal Maleter. – A czy nie sądzisz, że w nieprzychylnym stosunku Maletera do Dudasa mogą grać rolę jakieś względy osobistej rywalizacji? – Człowieku! Maleter – to wybitny wojskowy i stary komunista, podczas wojny partyzant radziecki, kawaler orderów i tak dalej. A Dudas? Niemniej Marian wyraża chęć pójścia razem z nami na wywiad z Dudasem.

 

Czwartek, 1 listopada

 

Studenci

Rano przyszli studenci, znajomi któregoś z naszych dziennikarzy. Wśród nich – drobna puszystowłosa dziewczynka z wielkim automatem, groźnie wystawionym lufą do przodu. Zapytana, czy umie strzelać, bardzo się rozgniewała. Później rozmowa zeszła na wieszanie awoszów. Wiemy, że gwardziści z zasady nie biorą w tym udziału, a często nawet wyrywają awoszów z rąk rozwścieczonego tłumu. Ale jaki jest stosunek naszych nowych znajomych do całego zagadnienia samosądów? Studentka wymownie wzrusza szczupłymi ramionami. – A czy pani nie sądzi, że wśród zlinczowanych mogą się znaleźć ludzie zupełnie niewinni? Nie, tego nie wyobraża sobie. Wówczas opowiadamy o znanym nam fakcie, że we wtorek, po zdobyciu miejskiego komitetu partii, opanowanego przez większą grupę oficerów AVH, ofiarą samosądu padł m.in. drugi sekretarz komitetu miejskiego, który za Rakosiego siedział kilka lat w więzieniu i dopiero niedawno powrócił. Nie chciano wysłuchać jego wyjaśnień, że nie ma nic wspólnego z awoszami, że jedynie znajdował się w zajętym przez nich gmachu – i postąpiono podobnie jak z innymi. Przed chwilą otrzymaliśmy również wiadomość, że dzisiejszej nocy zamordowano jakiegoś komunistę wraz z rodziną – znamy adres, pod którym to się zdarzyło. Nie chcemy wyolbrzymiać tych sporadycznych wypadków – ale czy wolno je lekceważyć? Studenci są zmieszani i zaniepokojeni. Uczestnicy wielkiej i czystej fali – nie dostrzegli dotąd brudnej i krwawej piany na jej grzbiecie. Nie przyszło im na myśl, że gniew ludu – najczęściej sprawiedliwy – bywa też ślepy i bezsensownie okrutny.

Pomnik

Przechodzę przez plac, na którym pierwszego dnia rewolucji zwalili go z piedestału. Dokładniej, przecięli acetylenem na wysokości kolan. Został pomnik jedyny w swoim rodzaju: para ogromnych butów na wysokim postumencie. Z prawej cholewy sterczy jeszcze filuterny wiecheć – zaprasza nowego chętnego, aby wlazł w te buty, a ten, do którego należały one dawniej, przeniesiony został o kilka ulic od placu swego imienia i ciśnięty na bruk. Głuchym echem rozlega się miarowe kucie. Mosiężny gigant zamienia się w kupę nieforemnych odłamków. Każdy chce mieć na pamiątkę kawałek Stalina.

Watażka

Wysoki, barczysty, ciemnowłosy, o wyrazistej, ale raczej odpychającej, dużej twarzy z lekko wystającymi kośćmi policzkowymi. Tyrolski kapelusz, płaszcz zarzucony na ramiona jak fantazyjna peleryna, pistolet za pasem, czarne sztylpy. Wchodzi do pokoju w otoczeniu świty, do której należy także młoda kobieta, z nabożeństwem notująca każde słowo przywódcy. Oto zwięzły życiorys Jozsefa Dudasa, zreferowany przez przybocznego propagandystę. Urodzony w 1912 roku, z zawodu inżynier-mechanik. Należał do partii komunistycznej, z której wystąpił w roku 1940. Przeszedł do partii drobnych posiadaczy, tuż po wojnie wybrany został posłem do parlamentu. W latach 1946-1954 siedział bez procesu i wyroku w rozmaitych więzieniach i obozach. Od chwili wybuchu powstania brał w nim udział, walczył na Placu Moskwy, organizował komitety rewolucyjne. Ugrupowanie, na którego czele stoi w tej chwili, nosi nazwę Narodowego Komitetu Rewolucyjnego. Prosimy Dudasa, żeby określił charakter ruchu, który reprezentuje. Bez dłuższego namysłu wyrzuca z siebie cztery przymiotniki: narodowy, rewolucyjny, demokratyczny, socjalistyczny. Program ruchu jest następujący: Rosjanie powinni niezwłocznie wycofać się z całych Węgier. Rząd musi zjednoczyć się z siłami rewolucyjnymi – z radami robotniczymi, chłopskimi i żołnierskimi oraz innymi ośrodkami reprezentującymi naród. Należy uzupełnić rząd o przedstawicieli historycznych partii demokratycznych. Nie wolno natomiast tolerować ugrupowań prawicowych i faszystowskich. Trzeba zachować ustrój socjalistyczny, gwarantując przy tym wszystkim obywatelom wolność sumienia i odrzucając dogmaty gospodarcze. – Wychodzimy – kończy Dudas – z wymagań życia, z celowości społecznej, z interesów klasy robotniczej i chłopskiej, stoimy przy tym na platformie jedności narodowej. Wszystko to brzmi dostatecznie ogólnikowo, ażebyśmy nabrali szacunku dla zręczności politycznej naszego rozmówcy. Usiłujemy go jednakże przyprzeć do muru i pytamy o stosunek do istniejących partii politycznych względnie o zamiar stworzenia nowej partii. – Na razie chodzi o ugruntowanie dotychczasowych osiągnięć rewolucji. Później, jeżeli sytuacja się rozwinie pomyślnie, prawdopodobnie wstąpię do jednej z partii, odpowiadającej wyżej wymienionym celom. – Która partia jest panu najbliższa? – Nie istnieje ani jedna, która już dziś miałaby opracowany program gospodarczy. W najważniejszych sprawach politycznych panuje zgoda między partiami demokratycznymi i wszystkie są mi jednakowo bliskie. – Czy popiera pan obecny rząd? – Tylko częściowo. W pełni mógłbym poprzeć rząd koalicyjny, do którego weszliby: Imre Nagy, Janos Kadar, Bela Kovacs, Anna Kethly, Sandor Kiss – oraz przedstawiciel Narodowego Komitetu Rewolucyjnego. Nietrudno się domyślić, o jakiego przedstawiciela chodzi. W miarę rozmowy coraz wyraźniej odczuwa się, że – niezależnie od programu – Jozsef Dudas ma jeszcze niepospolite ambicje osobiste. Pod koniec zostają one ujawnione w całej okazałości. – Nasze najbliższe zadania to: ukształtowanie prowizorycznego rządu koalicyjnego, ustalenie wspólnie z Rosjanami daty wycofania ich wojsk z Węgier, ustalenie daty wolnych, powszechnych, tajnych wyborów, zaprowadzenie w kraju porządku i spokoju. W związku z całą tą problematyką nawiązałem wczoraj wieczorem kontakt z Moskwą i zaproponowałem wspólne kroki celem uregulowania sytuacji. Zaproponowałem też taki rząd, o jakim przed chwilą była mowa. Nie wiem, czy to, co teraz słyszymy, jest zwykłym bluffem, czy też ma jakieś realne podstawy. W każdym razie aspiracje Dudasa nie należą do najskromniejszych. Ale któż to jest ten przywódca Narodowego Komitetu Rewolucyjnego, wydający własną gazetę, otaczający się atamańską scenerią, chełpiący się „kontaktem z Moskwą” i w wywiadzie udzielonym polskim dziennikarzom zgłaszający chęć wejścia do rządu węgierskiego? Czy rzeczywiście faszysta? Na czym by to miało polegać? Czy po prostu watażka, awanturnik, „mocny człowiek”, prący do osobistej popularności i władzy? A jeżeli tak – jak duże niebezpieczeństwo grozi rewolucji ludowej ze strony Dudasa? I ilu jeszcze może być Dudasów w tym kraju?

Partia

Zgodnie z wczorajszą umową, dzwonię do Profesora. Tak, może mi już coś powiedzieć. Partia powstała. Nazywa się: Węgierska Robotnicza Partia Socjalistyczna. Dzisiaj zostanie ogłoszona przez radio jej deklaracja programowa, a jutro ukaże się pierwszy numer nowej gazety – „Nepszabadsag”, co znaczy: wolność ludu. Powołano siedmioosobowy komitet organizacyjny. Czy mam pod ręką notes? Profesor dyktuje nazwiska: Imre Nagy, Geza Losonczy, Zoltan Szanto, Janos Kadar, Ferenc Donath, Sandor Kopacsi, Gyorgy Lukacs. Redaktorem naczelnym gazety został Sandor Haraszti, wybitny dziennikarz, przez ostatnie lata pozbawiony możliwości redagowania i pisania… Tak, to zupełnie nowa partia, z nowym członkostwem – nikt z dotychczasowych członków Węgierskiej Partii Pracujących nie wejdzie do niej automatycznie… Ależ oczywiście, że mogę dzwonić, Profesor chętnie udzieli mi dalszych informacji, jeżeli będzie je miał… Odkładam słuchawkę i myślę o męstwie ludzi, którzy powzięli decyzję pozostania na posterunku. Może się wydawać paradoksem, że właśnie ci buntownicy, w starej partii tępieni za wszelkiego rodzaju odchylenia, usuwani, piętnowani, zamykani w więzieniach, podnoszą w tak trudnej i niebezpiecznej sytuacji sztandar komunizmu, zaś ortodoksyjni pyskacze potrafią tylko unieść za granicę swe cenne głowy, posyłając narodowi na pożegnanie serię z cekaemów. Ale to nie paradoks – to prawidłowość.

A tymczasem…

A tymczasem od rana nadchodziły do Budapesztu niepokojące wieści. Głosiły one, że granicę węgierską – od strony ZSRR i Rumunii – bez przerwy przekraczają nowe oddziały wojsk radzieckich, które zajmują lotniska, węzły kolejowe, wszelkie inne punkty strategiczne. Na oficjalne zapytanie Imre Nagy’a (który od dzisiaj oprócz funkcji premiera objął także tekę ministra spraw zagranicznych) ambasador Andropow oświadczył, że pogłoski są nieprawdziwe: żadne nowe wojska radzieckie nie przybyły na Węgry. Kilka godzin później ponowiono zapytanie. Odpowiedź brzmiała: chodzi jedynie o zabezpieczenie ewakuacji cywilnych obywateli radzieckich oraz rannych żołnierzy. Wieczorem Imre Nagy zwołał konferencję prasową. Jedynie nasi dziennikarze domyślali się, jaki będzie jej temat: wiedzieli o płonnych wysiłkach dyplomatycznych, zmierzających do uratowania sytuacji, o bezskutecznych pośrednictwach, o tym, że Nagy wyczerpał wszelkie możliwości, zanim zdecydował się na ostatni, rozpaczliwy krok. Konferencja długo się nie zaczynała, zachodni dziennikarze prześcigali się w hipotezach, o co tu może chodzić. Wreszcie odczytano krótką deklarację, komunikującą, że w związku z ruchami nowych oddziałów radzieckich na Węgrzech rząd węgierski składa protest i domaga się wycofania wszystkich wojsk ZSRR. Jednocześnie rząd węgierski wypowiada Układ Warszawski i ogłasza neutralność Węgier…

 

Piątek, 2 listopada

Gazety

Z dnia na dzień wychodzi ich coraz więcej. Prawie wszystkie mają swoje lokale redakcyjne i bazę drukarską w gmachu dawnego „Szabad Nep”, obsadzonym przez grupę Dudasa. Dudas jest lojalny: wydaje własną gazetę, ale nie przeszkadza innym w robieniu tego samego. Dziś do wachlarza gazet, drukowanych pod opiekuńczymi skrzydłami Dudasa, przybył organ komunistów węgierskich – „Nepszabadsag”. Robią go dawni dziennikarze „Szabad Nep”, w różnych okresach odsunięci z redakcji i poddani represjom policyjnym. Na pierwszej kolumnie „Nepszabadsag” opublikowane jest orędzie Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej – to, które Kadar wczoraj odczytał przez radio. Oto treść orędzia: – Zwracamy się do tych, których niegdyś sprowadziły w szeregi partii miłość ludu i ojczyzny, szlachetne idee socjalizmu. Rakosi i jego klika uczynili partię narzędziem tyranii, roztrwonili kapitał moralny partii. Powstanie ludowe obaliło tę klikę. Mamy prawo stwierdzić: to wy, towarzysze, przygotowaliście powstanie. Węgierscy komunistyczni literaci, dziennikarze, tysiące robotników i chłopów, niewinnie więzieni starzy bojownicy – walczyli w pierwszych szeregach. Jesteśmy dumni, że braliście udział w zbrojnym powstaniu. – Zwracamy się do was otwarcie. Powstanie ludowe znalazło się na rozdrożu. Ale partie demokratyczne będą miały dość siły, by obronić ludowładztwo, albo też staniemy oko w oko z kontrrewolucją… Nie przeminęła również straszliwa groźba, że obca interwencja uczyni z Węgier drugą Koreę… – W tej trudnej chwili ci komuniści, którzy walczyli przeciwko klice Rakosiego, wespół z licznymi patriotami i socjalistami, postanowili założyć nową partię, na zawsze zrywającą ze złem minionego okresu. – Partia powstaje na gruncie niezawisłości narodowej, na gruncie przyjaźni z wszystkim krajami, w pierwszymi rzędzie – socjalistycznymi. Partia broni i będzie broniła osiągnięć republiki: reformy rolnej, uspołecznienia fabryk, kopalń, banków, niewątpliwych socjalnych i kulturalnych zdobyczy ludu. Partia walczy i będzie walczyła o demokrację i socjalizm, nie kopiując niewolniczo obcych wzorów, lecz opierając się na właściwościach i postępowych tradycjach naszego kraju, na marksizmie-leninizmie wyzwolonym od stalinizmu i wszelkiego dogmatyzmu. – W tej wyjątkowej i niełatwej godzinie naszej historii wzywamy was, abyście się do nas przyłączyli. Członkiem partii może zostać każdy węgierski pracujący, który nasze cele uważa za swoje i który nie ponosi odpowiedzialności za zbrodniczą politykę kliki Rakosiego. Liczymy na wszystkich tych, którzy uprzednio, ze względu na rządy antyludowego kierownictwa, pozostawali na uboczu… Zastanawia fakt, że podstawowe hasła powtarzają się właściwie we wszystkich gazetach, w oświadczeniach wszystkich ugrupowań politycznych. Są to nie tylko hasła niepodległościowe, ale również socjalne – te, które mówią o zachowaniu głównych zdobyczy ekonomicznych demokracji ludowej. Nawet Bela Kovacs przywódca Partii Drobnych Posiadaczy, oświadczył: „Niech nikt nie marzy o dawnym świecie. Świat hrabiów, bankierów, kapitalistów znikł na zawsze” (oświadczenie to podał organ owej partii „Kis Ujsag”). Jeden z naszych kolegów wysnuwa stąd wniosek, że programy te nic nie znaczą, że stanowią jedynie werbalistyczną zasłonę dla rzeczywistych, nieujawnionych dążeń poszczególnych stronnictw. Ja sądzę, że sprawa ma się inaczej: nie wykluczając tajnych zamierzeń tego czy innego ugrupowania, przypisuję zasadnicze znaczenie opinii publicznej, której musiały się podporządkować wszystkie ruchy, pragnące utrzymać się na powierzchni. Szczerze czy nieszczerze, muszą one pozostać wierne głoszonym dzisiaj programom – inaczej zginą. Zróżnicowanie zaś programów nastąpi w związku z inną problematyką, nie tą podstawową, do której przytłaczająca większość narodu ma stosunek jednakowy i ściśle określony. Ale wracam do dzisiejszej prasy budapeszteńskiej. Dzienniki podają apel komitetów rewolucyjnych zakładów Ganz, Mavag, Csepel i szeregu innych, aby robotnicy podjęli pracę. Rząd spełnił najważniejsze postulaty narodu, inne zostaną spełnione. Dalszy strajk sparaliżuje gospodarkę kraju, osłabiając nie przeciwnika, lecz rewolucję węgierską. Z podobną odezwą do robotników zwrócił się pułkownik Maleter, popularny przywódca powstańców, obecnie pierwszy wiceminister obrony narodowej. Innego rodzaju apel publikuje „Nepszava”, referując wczorajsze posiedzenie kierownictwa partii socjalistycznej. Chodzi o samosądy. „Takie indywidualne akcje – oświadczają socjaldemokraci – głęboko obrażają, a nawet hańbią honor rewolucji. Trzeba im ze wszech sił zapobiec!” Skądinąd mamy wiadomości, że w ciągu ostatniej doby w Budapeszcie nie było już samosądów.

Dziennikarz

Rozmowa z N. N. – w jego gabinecie redakcyjnym, w którym zainstalowano właśnie telefon, ustawiono maszynę do pisania. Z przyległego większego pokoju dobiega gwar – N. N. informuje, że to zebranie dziennikarzy, byłych więźniów politycznych. Z N. N. poznaliśmy się wczoraj u Dudasa. Było dla nas dużą niespodzianką spotkanie w świcie watażki człowieka ze znaczkiem przyjaźni polsko-węgierskiej w klapie, mówiącego niemal poprawną polszczyzną. Pomógł nam w przeprowadzeniu wywiadu, po czym – jeszcze w obecności wodza – dodał po polsku: – Tłumaczyłem wszystko, co on mówił, pracuję w jego gazecie, ale to nie znaczy, że się z nim zgadzam. Zabrzmiało to dość zagadkowo, ale nikt z nas o nic nie pytał. Na korytarzu N. N. opowiedział historię swojej znajomości języka polskiego. Podczas wojny zdezerterował we Lwowie z armii węgierskiej i wstąpił do AK. Wrócił do Budapesztu jako… zapalony polonista. Współpracował z naszą ambasadą, przetłumaczył kilka powieści. Później to się urwało, ale N. N. nadal interesuje się Polską, czyta prasę. Ma nawet pojęcie o naszych dyskusjach. To wszystko – z wczorajszej rozmowy. Dzisiaj siedzimy sam na sam w jego gabinecie redakcyjnym. N. N. nalewa do szklanek słabe wino owocowe. – Nawet i to ledwie zdobyłem. Od początku powstania zaprowadzono u nas prohibicję. Wiem o tym. Nie spotkałem jeszcze w Budapeszcie pijanego Węgra. N. N. wypija szklankę jednym haustem i mówi: – Pewnie się nie domyślacie, dlaczego chciałem z wami rozmawiać. Ja was znam. Wiem, że jesteście komunistą. Chwila milczenia – i N. N. ciągnie: – Ja też jestem komunistą. – Wobec tego co robicie u Dudasa? – Właśnie o tym chciałem z wami mówić. Chciałem was zapytać, co byście zrobili na moim miejscu. Czy mając możliwość kierowania ważnym działem w takiej gazecie, wpływania na jej charakter, uznalibyście to za niegodne komunisty i zrezygnowalibyście z tego? Czy też doszlibyście do wniosku, że gra jest warta świeczki i… Urywa. Otwierają się drzwi przyległego pokoju. Byli więźniowie skończyli zebranie – przez gabinet N. N. wychodzą na korytarz. Jeden z nich zatrzymuje się i ściska rękę N. N., inny, przechodząc, klepie go po ramieniu. Wreszcie znowu jesteśmy sami. – No dobrze – mówię – przypuśćmy, że gra jest warta świeczki. Ale przecież nie pozwolą wam jej prowadzić. Muszą was znać jako komunistę, wyrzucą was z tej gazety. N. N. nalewa wino i po chwili milczenia odpowiada: – Wszyscy wiedzą, że sześć lat temu zostałem usunięty z partii.

W hotelu

Po południu wróciłem z miasta – i mam zamiar siedzieć w hotelu, zanim nie napiszę korespondencji, o którą prosi „Sztandar Młodych”. Będzie to nie tyle korespondencja, ile list do przyjaciół – o wszystkim, co tu widziałem, przeżyłem i zrozumiałem… A więc siedzę w swoim nieopalanym pokoju i piszę, od czasu do czasu dla rozgrzewki wychodząc do hallu. Za każdym razem natrafiam na nową fazę „sprawy naszego hotelu”. Nasz hotel jest gmachem bardzo luksusowym. Należał on do KC WPP i przeznaczony był w zasadzie dla gości zagranicznych. W chwili, gdy zamieszkała w nim grupa polskich dziennikarzy, większość pokojów stała pustką. Onegdaj kierownictwo hotelu czmychnęło, większość służby przestała przychodzić do pracy, na miejscu pozostał tylko starszy portier, palacz (który zresztą nie pali już w kotłach) i pokojówka (która nie sprząta). Wczoraj wokół hotelu zaczęli się gromadzić rozmaici sąsiedzi, żyjący prawdopodobnie w nieświetnych warunkach mieszkaniowych i słusznie rozumujący, że szkoda, aby tak piękny gmach się marnował. Do szturmu jednak, o dziwo, nie doszło, tylko w dość spokojnym tonie prowadzono pertraktacje przez szklane drzwi frontowe. Później tłum się rozszedł, dziś zgromadził się znowu – bardzo grzecznie nas przepuszczając, kiedy wracaliśmy z miasta. Dzisiaj portier był widocznie bardziej zrezygnowany – bo podczas któregoś z rozgrzewających wypadów zastałem trochę ludzi w hallu i na schodach. Jeszcze trochę później zauważyłem, że najodważniejsi otwierają pokoje na pierwszym piętrze. Później znowu wszyscy zgromadzili się koło drzwi i słuchali gorącej mowy jakiegoś mężczyzny z trójkolorową opaską. A kiedy po raz ostatni – już po skończeniu artykułu – wyszedłem, nie zastałem w hallu ani przed drzwiami nikogo. – Co się stało? – zapytałem palacza, Słowaka, z którym porozumiewaliśmy się rosyjsko-polsko-czeskim volapukiem. Ten człowiek z dzielnicowego komitetu rewolucyjnego powiedział im, że wstyd wobec cudzoziemców, że co cudzoziemcy sobie pomyślą, że rewolucja musi szanować prawo… Więc zabrali się i poszli. Wróciłem do pokoju, aby szybko zanotować tę historię, po czym – z rozpędu – skreśliłem zasłyszane w ciągu ostatnich dni anegdoty z dziedziny prawa w epoce Rakosiego.

Czytanki z dziedziny prawa

Czytanka pierwsza. Postanowiono usunąć ze stolicy elementy nieproduktywne, szpecące jej socjalistyczne oblicze. Przychodzono do starych, samotnych, chorych ludzi, ładowano ich wraz z rzeczami na ciężarówkę i wywożono na wieś. Na upatrzonej wsi okazywało się nieraz, że nikt z chłopów nie kwapi się do przyjęcia narzuconych przez władzę komorników. Konwojenci zbytnio się spieszyli, by zaprzątać sobie głowę drobiazgami. Zostawiali swoich podopiecznych oraz ich bagaż pod pierwszą lepszą wierzbą i zawracali do miasta, gdzie czekały nowe obowiązki. Czasem padał deszcz. Czasem był mróz. Czytanka druga. Powstanie otworzyło drzwi celi. Wyszła kobieta – więzień polityczny. Miała sto jeden lat. Zamknięto ją, gdy miała dziewięćdziesiąt sześć. Za niewykonanie dostaw obowiązkowych. Czytanka trzecia. Powiedziano mu: – Nie wytłumaczymy narodowi zakrętu politycznego. Naród nie może mieć wątpliwości, dyskutować. Powiemy o zdradzie – to przemówi do każdej wyobraźni. Partia wybrała ciebie, musisz poświęcić się dla partii. To straszne, ale jesteś starym towarzyszem, czy możesz nie pomóc partii? Później powiedziano mu: – Przyznasz się do wszystkiego i skażemy ciebie na śmierć. Ale wyrok nie zostanie nigdy wykonany. Zmienimy ci nazwisko, pojedziesz wraz z rodziną do zaprzyjaźnionego mocarstwa, będziecie tam spokojnie żyli i pracowali. Kiedy prowadzono go na szubienicę, wyrywał się i krzyczał: – Przecież nie tak żeśmy się umówili! To historia Laszlo Rajka. Czytanka czwarta. W poprzedniej historii był jednym z tych, którzy reprezentowali Prawo. Działał zgodnie z miejscem, które zajmował. Mocodawcy nie mieli powodów do niezadowolenia. Gra toczyła się prawidłowo. Ale kiedy tamtego prowadzono na szubienicę, temu nagle zabrakło konsekwencji. Zaprotestował przeciwko niewykonaniu umowy. Aresztowano go jako dwulicowca i wspólnika powieszonego. Wyszedł po latach jako ruina. To historia Janosa Kadara.

Wieczorne wiadomości

Przy kolacji Roman opowiada o swojej dzisiejszej wizycie w obozie dla awoszów. Rozmawiał z wieloma z nich: są spokojni i nie mają do powstańców żadnych pretensji, przeciwnie, niejeden powstańcom zawdzięcza życie. Widział awosza poważnie poturbowanego przez tłum i ocalonego niemal w ostatniej chwili Człowieka tego oskarżono, że wprosił się do jakiegoś auta, po czym zamordował pasażerów, ciała wyrzucił i sam pojechał dalej. On utrzymuje, że to nieprawda, nic tym ludziom nie zrobił, po prostu sami wysiedli. Milicja prowadzi śledztwo – jeżeli okaże się winny, stanie przed sądem, jeżeli nie – będzie zwolniony z odpowiednim dokumentem. Już w tej chwili zwalnia się wiele osób… Idziemy z Hanką do ambasady – będziemy telefonowali do Warszawy. Po drodze spotykamy Krzysztofa. – Słyszeliście? – ? – Kadar uciekł. Okazuje się, że jeszcze wczoraj wieczorem, bezpośrednio po naradzie aktywu nowej partii, na której przemawiał z ramienia komitetu organizacyjnego, Kadar wsiadł wraz z Munnichem do samochodu i odtąd ślad po nim zaginął. Ferenc Munnich kilka dni temu powiedział: „Jedyne, co nam pozostało, to zginąć z honorem”. Widocznie zmienił zdanie. Ale Kadar, którego zniknięcie dzieliły dosłownie minuty od wygłoszenia deklaracji programowej, od publicznego zaangażowania się po stronie nowej linii?… – No cóż, facet wysiadł z gry. Ma dość. – A jeżeli on dopiero siada do gry?

 

Sobota, 3 listopada

Wyprawa w teren

Trochę odrapaną, ale dzielną warszawką wyruszamy o świcie w kierunku północno-zachodnim. Nasza czteroosobowa ekipa dziennikarska składa się z Hanki, Mariana, Zygmunta i mnie. Jedzie też z nami dwóch chłopców od Dudasa: dobroduszny szczerbaty Istvan – to on właśnie wystarał się o wóz – i kierowca Bela, wesoły przystojniak, podobny do bohaterów filmów włoskich. Niestety nie ma takiego języka, w którym moglibyśmy się z nim porozumieć – i jedynie za pośrednictwem Istvana dowiadujemy się, że Bela pracował jako szofer w komitecie centralnym WPP. Mimo wczesnej pory na mieście ruch. Jacyś ludzie zamaszyście zmiatają z chodników odłamki szkła, inni naprawiają szyny tramwajowe, podnoszą wywrócone wagony. Mijamy grupki robotników z przewieszonymi przez ramię torbami – wygląda na to – że idą do pracy, ale trudno uwierzyć w tak szybki odzew na wczorajsze apele. Pytamy Istvana, co o tym sądzi – jego z kolei dziwi nasza nieufność: naturalnie, że idą do pracy! Wjeżdżamy w wąskie uliczki Budy, z początku wielkomiejskie, z szyldami i wystawami, później coraz skromniejsze, ani na chwilę nie przypominające jednak slumsów, które widziałem na peryferiach innych stolic. Łagodnie i niepostrzeżenie ulica przechodzi w szosę, otoczoną rzadkimi szeregami jesiennych, pokrytych szronem, ale na wpół jeszcze zielonych buków i dębów. Ogarnia nas nieoczekiwana wesołość. Czujemy się tak, jak gdybyśmy przekroczyli nie tylko granicę miasta, ale również – granicę nieznośnego napięcia nerwowego, w którym żyliśmy od kilku dni, długich jak lata. Spokojny, nudnawy, „politycznie obojętny” krajobraz wiejski wyzwolił w nas znienacka nieodpartą potrzebę zapomnienia o trudnej historii, której jesteśmy świadkami, oddania się myślom pogodniejszym, łatwiejszym, po prostu: nietutejszym. Zaczynamy oplotkowywać swoje redakcje, potem prześcigamy się w opowiadaniu najstarszych i najgłupszych kawałów, wreszcie Zygmunt intonuje jakąś nonsensowną piosenkę: „Oj, mambo, mambo italiano…”. Nie zna, naturalnie, dalszych słów, ale to nam nie przeszkadza, wszyscy podchwytujemy: „Oj, mambo…”. Istvan i Bela również nam towarzyszą. Tymczasem warszawka energicznie pożera kilometry. Mijamy dymiące kominy Tatabanya – znanego ośrodka górniczego, który w dniach powstania dał Budapesztowi jedną z najdzielniejszych drużyn bojowych. Okrążamy wąskie jeziorko Tata i wjeżdżamy na szosę prowadzącą do miasta Komarom – węzła kolejowego na granicy czechosłowackiej. „Oj, mambo, mambo italiano…”. I nagle piosenka grzęźnie w gardle. Z przeciwnej strony przybliża się znajomy warkot. Zwalniamy bieg i zjeżdżamy na prawo, prosto pod krzywy ganek niedużej wiejskiej karczmy. Zielony pancerny stwór przemyka obok nas i ginie za horyzontem.

Karczma w Acs

W karczmie nie można nic dostać prócz chleba i wina. Ale do karczmy schodzą się chłopi i mieszkający na wsi robotnicy fabryk w Komarom. Jemy chleb, popijamy wino, rozmawiamy z chłopami i robotnikami. Jak wyglądała rewolucja w Acs? – Tak jak trzeba. Wyszliśmy na manifestację, zorganizowaliśmy komitet. Strzelaniny nie było. Był i jest porządek. Pytamy o komunistów. Owszem, mieszkało ich tu sporo – ponad stu. Ale porządnych niewielu. Może kilku. Ci są w komitecie. A pozostali? Nic, siedzą spokojnie. Kołchoz? Tak, jest na wsi kołchoz. Jeszcze nie rozwiązany. Ale chłopi go nie chcą. Czekają na pozwolenie rządu, żeby rozwiązać. A do kogo dawniej ziemia należała? Do hrabiów. Ci już nie wrócą, nikt na to nie pozwoli. – A gdyby jednak spróbowali? Krępy, sękaty chłop w kurtce z samodziału podnosi do góry zaciśniętą pięść: – Wtedy zrobimy drugie powstanie!

Győr

O tym dużym mieście przemysłowym w północno-zachodnich Węgrzech słyszeliśmy jeszcze w Polsce najrozmaitsze rewelacje. Mówiono, że opanowane zostało przez przybyłe z Austrii oddziały horthystów, że powstał tam autonomiczny rząd o wybitnie prawicowym charakterze, że na czele rządu stoi fanatyczny mnich-kapucyn… Szukaliśmy owych horthystów i kapucyna po całym mieście. Nie natrafiliśmy na ich ślady. Jedyni przybysze z Austrii, których spotkaliśmy, byli to niezwykle pewni siebie korespondenci podrzędnych agencji zachodnich. Nie stwierdziliśmy jednak, czy to im zawdzięczać należy efektowne rewelacje, które obiegły świat.

* * *

Komitet Rewolucyjny Ziemi Zadunajskiej. Atmosfera ta sama, co we wszystkich komitetach rewolucyjnych, które miałem dotąd okazję odwiedzić. Tłoczące się delegacje, trzask maszyn do pisania, gwar, dym, mnóstwo żołnierzy i zbrojnych cywilów. Przewodniczący komitetu – tęgi mężczyzna o sumiastych wąsach – nie wygląda na to, żeby kiedykolwiek należał do zakonu. Na zapytanie o rząd autonomiczny wybucha donośnym chłopskim śmiechem: – Była taka inicjatywa… ze strony młodzieży szkół średnich. Powiedzieliśmy im, że to będzie kabaret, a nie rząd. Przewodniczący nazywa się Attila Szigethy, jest znanym lewicowym dziennikarzem. Zadajemy mu sakramentalne pytanie na temat programu – te same, które z uporem niewiernych Tomaszów zadajemy zawsze i wszędzie – i otrzymujemy te same, co wszędzie, odpowiedzi. Z kolei pytamy o stosunek do rządu Imre Nagy’a. – Właśnie dziś – mówi Szigethy – definitywnie uznaliśmy rząd. Teraz zadaniem wszystkich sił rewolucyjnych jest skupienie się wokół Nagy’a i jego rządu. – Dlaczego właśnie dziś? – Dlatego, że dziś rząd ten ma wreszcie taki skład, który możemy z czystym sumieniem poprzeć. Okazuje się, że dzisiaj z rana zawiadomiono prowincję o nowej reorganizacji rządu. Usunięto takich antypatycznych ludowi polityków, jak Apro. Wstąpili do rządu socjaldemokraci z Anną Kethly na czele. Ministrem obrony został generał Pal Maleter. – Mamy wiadomości z całego kraju – mówi Szigethy. – Wszystkie komitety rewolucyjne ogłosiły poparcie dla rządu Nagy’a. Od dzisiaj jest to prawdziwy ludowy rząd. Przewodniczący jeszcze coś mówi, ale tracę wątek tłumaczenia. Od dłuższej chwili przyciąga moją uwagę młodziutki oficerek o różowej, dziewczęcej twarzy. Na początku wtrącił jakieś zdanie niezłą ruszczyzną, teraz jednak milczy. Coś mnie korci, żeby zadać mu pewne kołaczące mi się po głowie pytanie. Waham się, ale nagle, niespodziewanie dla samego siebie, pytam: – Byliście członkiem partii, nieprawdaż? Chłopak jest zaskoczony, ale inaczej, niż oczekiwałem. – Jak to byłem? Ja jestem członkiem partii. – Przecież partii nie ma. W tym gmachu mieścił się komitet miejski. Wypędziliście go. – I co z tego? Wypędziliśmy niedobrą władzę partyjną. Ale komuniści zostali. Proszę! – chłopak wyciąga z kieszeni legitymację. – Niech się tylko zacznie normalne życie, pójdę zapłacić składki. Wszystko to odbywa się głośno, jawnie, w obecności kilkunastu innych członków komitetu rewolucyjnego, niekomunistów.

Ulotka

Dostaliśmy ją na pożegnanie od młodego węgierskiego oficera. Zredagowana jest w złym rosyjskim, ze śmiesznymi błędami, ale z dobitną i niedwuznaczną treścią.

„Żołnierze radzieccy!

My, robotnicy fabryki wagonów w Győr…

Oświadczamy, że również w narodowym państwie demokratycznym robotnicy mogą strzec głównych zdobyczy socjalizmu, tzn. z całych sił występują przeciwko wielkim majątkom ziemskim i majoratom, przeciwko zwróceniu kapitalistom wielkich fabryk i banków. Jednocześnie jesteśmy przeciwni wszelkiej rakosistowsko-stalinowskiej restauracji. Niepokoi nas nowe wkroczenie wojsk radzieckich do Węgier. Stąd nasza neutralność – ogłoszona w ONZ – której sam chcemy bronić, nie dopuszczając do prowokacji ani przeciwko członkom Armii Radzieckiej, ani przeciw ich rodzinom. Każdego, kto by jednak uciekał się do takich środków, będziemy uważali za wroga słusznej sprawy Węgier…

Żołnierze radzieccy!

Nie strzelajcie do węgierskich!”.

Oświadczenie robotników fabryki wagonów przekazuje podpisana pod ulotką Rada Narodowa Ziemi Zadunajskiej. Obok widnieje data: Győr, 2 listopada 1956. Co w tym dokumencie rewolucji węgierskiej odczyta kiedyś historia? Uzasadniony optymizm? Tragizm?

Czołg

Stoi za miastem, w pobliżu mostu, na skrzyżowaniu dróg. Pękaty, solidny, ciężko osiadł w wilgotnej ziemi i rozpiera się, jakby nie był przedmiotem ruchomym, ale trwałą budowlą, pierwszą w zaplanowanym osiedlu. W chwili, kiedy do niego podjeżdżamy, pełni jeszcze dodatkową funkcję: trybuny. Na trybunie stoi chłopak o jasnobrewej, zadartonosej twarzy, jakich w Moskwie spotykałem tysiące, ze słomianym kosmykiem wymykających się spod zawadiacko nasuniętej na ucho pilotki. Obok niego siedzi ze zwieszonymi nogami skośnooki osiłek i w skupieniu skręca papierosa. Z tyłu stoi na czołgu trzeci żołnierz – bryłowaty, o kamiennej chłopskiej twarzy, w długim szynelu, z karabinem w nieruchomej dłoni. Wokół czołgu skupiło się kilkudziesięciu Węgrów, do których przemawia pierwszy żołnierz, wychylony ku przodowi w oratorskim geście: – A po co było niszczyć pomniki? A książki palić po co? Czy to kultura? – Więc za pomniki trzeba ludzi zabijać? – odzywa się ktoś z tłumu. Żołnierz waha się. – To wiadomo, że kamień nie wart człowieka. Ale po co niszczyć pomniki bohaterów? Tych, co za świętą sprawę zginęli! – Tylko pomnik Stalina zniszczono na początku. – Stalina my też nie uznajemy – pochmurnie zgadza się żołnierz. Jego skośnooki kolega zapala swój potężny skręt i z rozkoszą bucha kłębem dymu. Trzeci żołnierz porusza się nagle, jak obudzony ze snu, i mamrocze grubym głosem: – Starczy tych rozmów. Pierwszy macha ręką i szybko mówi: – Rozchodzić się. Rozchodzić się. I daje nura w głąb czołgu.

Granica

Jest ciemny wieczór, kiedy mijamy miasteczko Hegyeshalom i podjeżdżamy do granicy węgiersko-austriackiej. Parę kilometrów przed celem zatrzymują nas wracający od granicy celnicy węgierscy. Chcieli, jak zwykle, udać się na służbę, ale nie zostali dopuszczeni przez żołnierzy radzieckich. Radzą zawrócić. Nasz szofer waha się, ale my jesteśmy uparci. Jedziemy więc leśną drogą wśród coraz gęstszego mroku. Wreszcie migoce jakieś światełko. Auto staje. Pieszo robimy jeszcze kilka kroków, ale zatrzymuje nas głośny okrzyk po rosyjsku. Kilkanaście kroków przed nami bieleje spuszczony szlaban. Za szlabanem niewyraźnie majaczą śpiące czołgi. Przed szlabanem stoi żołnierz z wycelowanym w nas karabinem. Nie przedstawiając się zaczynamy pertraktacje. – Czy można przejść przez granicę? – Nielzia! Całe szczęście – co byśmy zrobili, gdyby pozwolił? – A czy tylko teraz nie można, czy na przykład jutro z rana będzie można, a jak nie jutro, to kiedy? – Nikogda! – stanowczo odcina żołnierz. – A z tamtej strony do Węgier można przejść? – Też nie. Już dwa dni stoją tam samochody Czerwonego Krzyża, a my nie przepuszczamy. No cóż, komunikujemy wartownikowi o naszej rezygnacji – i wtedy nieoczekiwanie słyszymy jego zmieniony przez zakłopotanie głos: – Ja osobiście w pełni wam współczuję, towarzysze, ale co robić – rozkaz. Życzymy mu dobrej nocy i wracamy do auta.

Powrót

Długo trwa nocna droga znad granicy austriackiej do Budapesztu. Co kilkanaście minut zatrzymują nas czujne patrole gwardii narodowej. Sprawdzanie dokumentów, życzliwy uśmiech dla „lendyel ujsagiro” – i jazda dalej. Ledwie jednak zielona warszawka bierze rozpęd – następny patrol. Czy tak wyglądają tej nocy wszystkie drogi węgierskie? Wyobrażam sobie pogrążony w mroku kraj – i tysiące spokojnych, ale stanowczych wart, zastępujących drogę temu, kto przejść nie powinien… Tylko w jednym przypadku nie ingerują chłopcy z trójkolorowymi opaskami: kiedy szosą posuwają się, równo grając motorami, zielone sowieckie pancerki. Wtedy wartownicy odchodzą na bok i odprowadzają pancerki pochmurnym, pytającym spojrzeniem. Nie wolno prowokować. Dwukrotnie nasze zetknięcie z patrolami gwardii nie kończy się na pokazaniu paszportów. Po raz pierwszy – chwilę po zawróceniu od granicy. Musieliśmy wzbudzić jakieś podejrzenie swoim uporem, kiedy ostrzegano nas, że na granicy nie mamy czego szukać. Za karę siedzimy teraz na strażnicy i przyglądamy się oddziałkowi węgierskich wopistów, który z dowódcą na czele karnie słucha ryczącego na cały regulator radia „Szabad Europa”. Epizod miałby posmaczek humorystyczny, gdyby jeden z kolegów nie wyznał szeptem, że ma w kieszeni trzy legitymacje AVH, podarowane mu na pamiątkę przez budapeszteńskich powstańców. Niech je tylko teraz znajdą! Ale do rewizji nie dochodzi. Komendant milicji w Hegyeshalom daje się przekonać, że pod biały szlaban pchała nas tylko dziennikarska ciekawość… Za drugim razem – już po minięciu Győr i Komarom – musimy wysiąść z auta, które zostaje gruntownie przetrząśnięte. Kiedy już ładujemy się z powrotem, dowódca patrolu tłumaczy: przejeżdżały tędy jakieś samochody i rozrzucały gazetki, podpisane przez Komunistyczną Partię Czechosłowacji. Paskudne gazetki. Oto jedna taka. Z węgierskiego tekstu rozumiemy jedynie „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!”. Wystarczająco wymowna jest natomiast karykatura, mająca widocznie oddać sens węgierskiej rewolucji. Karykatura przedstawia granicę. Po jednej stronie – austriackiej – stoją: pan z brzuszkiem (kapitalista), pan z wąsikami (obszarnik) oraz pan w oryginalnym mundurze (horthysta). Z drugiej strony wyciągają do nich gościnne ramiona węgierscy powstańcy. Marian zabiera gazetkę do kolekcji. Kiedy okazuje się, że nie jesteśmy Czechami kolportującymi antypowstańczą bibułę, pozwalają nam spokojnie jechać dalej. Ścigamy się jeszcze z długą kolumną ciężarówek, wypełnionych różowymi płatami mięsa. Staje przed oczyma karczma w Acs i obraza chłopów, zapytanych, po jakiej cenie sprzedają żywność do Budapesztu. „Nie bierzemy pieniędzy! Tam krew oddają…”. Czy ten transport mięsa jest również wyrazem takiej solidarności prowincji ze stolicą? Ostatni raz legitymują nas już w pobliżu hotelu, na Placu Butów. Po chwili zaś wjeżdżamy w cichą Munkacsy Mihalyi utca. Dochodzi druga w nocy. – Do jutra! – żegnamy węgierskich przyjaciół. – Do jutra!

Przed snem

W hotelu bezlitośnie budzimy kolegów. Musimy się przecież podzielić wrażeniami z Ziemi Zadunajskiej i – co ważniejsze – wypytać ich o sobotnie nowiny. Franciszka i Leszek też byli na prowincji, na południowym wschodzie, w Szolnok. Wrażenia mają podobne do naszych: w kraju następuje stabilizacja, rząd staje się prawdziwym rządem, popieranym przez wszystkie siły rewolucyjne. W Budapeszcie panował dziś spokój. Podobnie jak w piątek, również w sobotę nie stwierdzono wypadków samosądu. Wielu awoszów zgłasza się dobrowolnie do komisji śledczej przy ulicy Marko. Próbuje się obliczyć, ile osób padło ofiarą linczów w tych dniach, kiedy miały one miejsce, tzn. od wtorku do czwartku przed południem. Najwiarygodniejsza liczba brzmi: 70-80 osób. Wszystko wskazuje na to, że w obecnej sytuacji nie grozi już jej wzrost. Od rana toczyły się rokowania na temat wycofania wojsk radzieckich z Węgier. W pierwszej połowie dnia rozmawiano w gmachu parlamentu, a wieczorem delegacja węgierska udała się do Rosjan. W delegacji uczestniczą: generał Maleter, generał Istvan Kovacs i minister Ferenc Erdei. Podobno jeszcze nie wrócili. …Zanim zasypiam, myślę o perspektywach rewolucji węgierskiej – tak, jak wyłaniają się one w tych dniach stabilizacji. Nie wiem, naturalnie, w jaki kształt ustrojowy okrzepnie ostatecznie Republika Węgierska. Wydaje się jednak, że będziemy tu obserwowali ciekawą syntezę podstawowych osiągnięć demokracji ludowej (cała ziemia w rękach chłopów, uspołecznione fabryki i banki) z wielopartyjnością, wolnością prasy i tym podobnymi atrybutami demokracji liberalnej. Czy taki ustrój nie stanowi jednej – być może bardzo długiej – spośród dróg do socjalizmu? Nie śmiałbym tak utrzymywać. O drodze zaś, którą prowadzili swój kraj ludzie typu Rakosiego, wiem już na pewno, że u jej końca mógł stać tylko upadek i niewola. Tak czy inaczej, zaczyna się zawiły proces rozwoju, którego nie rozstrzygną dni ani tygodnie. A mnie – czas wracać do domu…

 

Niedziela, 4 listopada

Piąta nad ranem – przebudzenie

…W mój głęboki sen wtargnęło coś z zewnątrz – nie umiem sobie uprzytomnić co, nie chcę otworzyć oczu, usiłuję opaść z powrotem na to nieogarnione zmysłami dno, nad którym znajdowałem się tak krótko. Ale uparte coś dobija się do mnie coraz natarczywiej. Niechętnie ulegam i zaczynam nawiązywać kontakt ze światem. I nagle dociera do mnie to, co przerwało mój sen: miarowe dudnienie artylerii. W tej samej chwili ktoś nieubrany wbiega do pokoju: – Wstawaj! W Budapeszcie znowu wojna!

Radio

…Z rana, poprzez huk artylerii, warkot broni pancernej, szyderczy gwizd odrzutowców, przedzierały się jeszcze ostatnie radiowe protesty i apele rządu Nagy’a. Odczytano również w kilku językach krótkie, przejmujące orędzie pisarzy i intelektualistów węgierskich do narodów świata, zakończone trzykrotnym: „Pomóżcie! Pomóżcie! Pomóżcie!”. Potem radio zamilkło, aby odezwać się dopiero pod wieczór – głosem Janosa Kadara. Kadar przedstawił się jako premier nowego rewolucyjnego rządu robotniczo-chłopskiego, który obejmuje władzę w związku z tym, iż słaby rząd Nagy’a coraz bardziej ulegał elementom wstecznym, faszystowskim. Chodzi o ocalenie demokracji ludowej na Węgrzech, o socjalizm. W związku z tym nowy rząd zwrócił się o pomoc do sojuszniczej armii radzieckiej… Jako członkowie nowego rządu zostali wymienieni m.in. Apro, Munnich, Marosan, Horvath – oraz Erdei, który poprzedniego dnia brał udział w rokowaniach na temat wycofania wojsk radzieckich z Węgier. Na tym komunikacie kończy się w radio polityka – i następuje wiązanka popularnych melodii operetkowych. Ale za naszymi oknami polityka trwa – słyszymy jej głuche dudnienie cały dzień i całą noc bez przerwy.

Wypad na miasto

Połączenie telefoniczne z Warszawą przerwane. Może jakimś cudem działa dalekopis? We trójkę z Hanką i Krzysztofem próbujemy przedostać się do gmachu dawnego „Szabad Nep”. Puste jesienne ulice. Czarne, nagie drzewa, chodniki usłane żółtymi i rdzawymi liśćmi. Jest sucho, nawet słonecznie, ale zimny wiatr przewierca na wskroś. Tu i ówdzie wtulone w podjazdy domów grupki mieszkańców. Na ulicy Damjanich zagadujemy taką grupę. Zwięźle wyjaśniają, gdzie toczą się walki i jak należy iść dalej, ale rozmowy na ogólniejsze tematy nie podejmują. Do Budapesztu powrócił strach. Dalej idziemy ulicą Dob. Parokrotnie spotykamy zbrojne oddziały żołnierzy węgierskich i cywilów. Idą w odwrotnym kierunku. Wycofują się? Gdzieniegdzie w załomach muru stoją butelki z benzyną, oznaczone czerwonymi szmatkami. Im bliżej do Lenin korut, tym więcej ludzi – z bronią i bez. A oto i Lenin korut – szeroka arteria stołeczna. Uliczkę, po której przyszliśmy (jedną z wąskich przecznic arterii), oddziela od Lenin korut barykada – dość niepokaźna, zrobiona z bezładnie spiętrzonych desek i drągów. Taką samą widać naprzeciwko, po drugiej stronie szerokiej ulicy. Samą zaś Lenin korut przegradza w poprzek porządniejsza barykada, ułożona głównie z kostki, wyrwanej z jezdni. Dochodzimy jedynie do pierwszej barykady. Sporo tu ludzi, którzy rozmawiają z nami dość podejrzliwie. Jeden, z granatem za pasem, dopytuje się, po co właściwie chcemy iść w tamtym kierunku, kiedy tam strzelanina, Rosjanie. O gmach „Szabad Nep” toczą się walki. Nasze „lengyel ujsagiro” tym razem nie trafia nikomu do przekonania. Zawracamy. Jesteśmy jeszcze stosunkowo niedaleko od barykady na Lenin korut, kiedy zatrzymuje nas pospieszny tupot nóg. Kilku uzbrojonych chłopaków z opaskami. Są bardzo młodzi – raczej uczniowie niż studenci. Jeden coś do mnie mówi i z gestu rozumiem, że każe wyjąć ręce z kieszeni. Dogadać się z tymi chłopakami trudno – niemieckiego nie znają, po rosyjsku nie ryzykujemy. Wreszcie okazuje się, że któryś z nich trochę rozumie po francusku. Wyjaśniamy, kim jesteśmy, pokazujemy paszporty. Chłopcy śmieją się z wyraźną ulgą. Ich dowódca wyciąga z kieszeni trzy błyszczące naboje: to miało być na nas, gdyby sprawdziły się podejrzenia… Zanim docieramy do skrzyżowania koło remizy autobusowej, kontrolowanego z pewnej odległości przez rosyjskie działko, o kilkanaście kroków przed nami wybucha pocisk zapalający. Jego czerwony błysk zatrzymuje nas na chwilę, ale szybko decydujemy się i przebywamy niebezpieczne skrzyżowanie biegiem. Po kilku minutach jesteśmy w ambasadzie.

Co się z kim dzieje

Ostrożne próby rozmów telefonicznych z węgierskimi znajomymi. Kontakt z Warszawą jest prawie niemożliwy, ale nie możemy rezygnować z podstawowego obowiązku dziennikarskiego – zbierania wiadomości. Co się stało z działaczami? Komunistyczny aktyw rewolucji uzyskał podobno azyl w ambasadzie jugosłowiańskiej. Wymienia się w związku z tym Imre Nagy’a, Losonczy’ego, Szanto, Lukacsa, Donatha. Przywódca Partii Drobnych Posiadaczy, Bela Kovacs, miał uciec na Zachód, kardynał Mindszenthy jest w ambasadzie USA. Wciąż jeszcze nie powrócili – i teraz już chyba nie powrócą – generałowie Maleter i Istvan Kovacs. A szeregowcy? Niepokoi nas sprawa chłopaków od Dudasa. Wczoraj, kiedy byliśmy w terenie, grupa Dudasa zastała rozwiązana przez Rewolucyjną Radę Wojskową. Jej członkom do wieczora wymieniano legitymacje. Szczerbaty Istvan i szofer Bela byli wówczas z nami i o niczym nie wiedzieli, wrócili zaś nocą. Czy swoi nie zrobili im krzywdy? Jeżeli nie – znaleźli się i tak w ogniu walk wokół „Szabad Nep”. Próbowaliśmy do nich dzwonić – telefon nie odpowiada.

 

Poniedziałek, 5 listopada

Dziwna wojna

Obrońcy miasta nie mają dowództwa. Nie mają planu obrony. Nie mają broni, poza automatami, granatami i butelkami z benzyną. Czy możliwe jest utrzymanie miasta takimi siłami? Atakujący mają artylerię, czołgi, samochody pancerne. Nad ich kolumnami patrolują klucze odrzutowców. Ale nie mają w Budapeszcie – albo z jakichś powodów nie wprowadzają do działań – piechoty. Czołgi i pancerki jeżdżą po ulicach – głównie po tych, gdzie nie ma barykad. Strzelają w różnych kierunkach. Artyleria wznieca większe lub mniejsze pożary (dziś widziałem z bliska pożar na tym skrzyżowaniu, gdzie i wczoraj uderzył pocisk zapalający – dzisiejszy był widać skuteczniejszy). Ale czy możliwe jest zdobycie miasta tylko w ten sposób?

Zdobywcy i obrońcy

Ze strony radzieckiej udział w walce biorą zupełnie nowe oddziały, sprowadzone w ostatnich dniach z głębi kontynentu. Stwierdziliśmy to wielokrotnie sami, potwierdzają to obserwacje wszystkich naszych informatorów. Bardzo młodzi chłopcy w burych szynelach (najczęściej spotykany rocznik: 1937) nie zawsze wiedzą, dokąd ich przywieziono, często słabo władają rosyjskim, ale zawsze są głęboko przeświadczeni o jednym: że w mieście tym gromią podłych, zdradzieckich faszystów. A druga strona? To na ogół ci sami, którzy 23 października manifestowali przed parlamentem, potem odpierali pierwszą interwencję, organizowali gwardię narodową. Jest ich jednak więcej niż przedtem: do młodzieży robotniczej i studenckiej dołączyli teraz starzy robotnicy, którzy poprzednio biernie popierali rewolucję. Teraz z bronią w ręku stanęli na barykadach Csepla i Kobanya. Franciszka z Marianem chodzili dziś po bunkrach obrońców miasta. Rozmawiali z dowódcą jednego z odcinków, górnikiem ciężko rannym w nogi, oraz z innymi żołnierzami. Wrócili upewnieni, że Węgrzy będą się bić do końca. Ale końcem tym – prędzej czy później – chyba musi być klęska.

Ojciec i syn

Wieczorem schronili się w naszym hotelu dwaj ubodzy Węgrzy spod Budapesztu. W dzień usiłowali odwiedzić w szpitalu za Dunajem drugiego syna, ciężko zranionego na ulicy odłamkiem artyleryjskim. Pod wieczór utknęli w naszej dzielnicy – i na noc nie mogli iść dalej. Ojciec jest mały, szczupły, wysuszony, z zapadniętymi policzkami i wyblakłymi niebieskimi oczyma. Trudno stwierdzić, czy melancholijna szczoteczka białych wąsów jest siwa, czy też zwyczajnie jasna. Wypłowiała narciarka opada na uszy. Chłopak szesnasto- czy siedemnastoletni ma twarz również pociągłą, ale zaokrągloną przez beret, oczy ciemne. Siedzą obaj na dole w portierni – nieruchomo, z tym charakterystycznym otępieniem prostych ludzi, które ludomani biorą za pokorę i fatalizm. Jest to zaś tylko – ogromne zmęczenie.

 

Wtorek, 6 listopada

W ambasadzie

Z różnych przyczyn wybrałem się dziś do ambasady później niż inni koledzy. Po drodze – zaskoczenie – kolumna czołgów, rozlokowana na cichej ulicy Gorkiego. Między innymi jeden przed szpitalem i jeden bezpośrednio przed ambasadą. Ten ostatni sprawia wrażenie pustego, natomiast na tamtym i wokół niego – mnóstwo żołnierzy, bardzo wesołych, roześmianych, rozgadanych. W ambasadzie witają mnie przerażone miny kolegów. Okazuje się, że czołgi wjechały na ulicę Gorkiego przed kwadransem i właśnie ten rozbawiony puścił seryjkę z automatu po oknach ambasady. W sekretariacie ambasadora roztrzaskane szyby, osypany tynk. Nikogo na szczęście nie trafili, ale niewiele brakowało. Radca skrzętnie zbiera rozpłaszczone kulki. Opowiadają, że nie jest to jedyna ambasada ostrzelana działaj. To samo spotkało jugosłowiańską, gdzie zginął pierwszy sekretarz, i podobno egipską.

Legitymacje

Radio Budapeszt bez przerwy nadaje wesołe melodyjki z operetek. Ale skupiona wokół głośnika służba hotelowa ma ponure miny. Zygmunt usiłuje ich pocieszyć, że strzelanina się skończy i będzie spokój, ale okazuje się, że właśnie to, co nastąpi wtedy, przeraża ich najbardziej. Rzecz w tym, że wszyscy oni w dniach rewolucji spalili przed zwalonym posągiem Stalina swoje legitymacje milionowej partii. – Co teraz z nami zrobią? Zygmunt niezbyt pewnie uspokaja, że nic. Stara sprzątaczka wzdycha: – Niech już będzie ta partia, ale niech nikogo nie zmuszają, żeby do niej należał…

Beethoven

Wieczorem wychodzimy na dach i oglądamy łuny nad miastem. Jest ich dużo, otaczają nas ze wszystkich stron. Deszcz, który właśnie zaczyna padać, nie gasi pożarów. Co kilka chwil błyska przed nami, potem rozlega się grzmot. To burza artyleryjska – a gdyby zaczęła się naturalna, nie dotarłaby do naszej świadomości, stłumiona przez wojnę. Wracamy na dół, do radia. Warszawa. Piąta Symfonia Beethovena. Nie potrafię jej wysłuchać do końca.

 

Środa, 7 listopada

Jak chodzimy po mieście

Wojna trwa. Odgłosy jej nie milkną ani na chwilę. Cierpienie trwa. Nie ma takiego dnia, żebyśmy zrezygnowali z wyjścia na miasto, z zajrzenia wojnie i cierpieniu w oczy. Ale chodzimy dziwnie. Nikt nas tego nie nauczył, to przyszło samo i już wydaje się najzwyklejsze. W rzadkich chwilach ironicznej samokontroli uprzytomniamy sobie, iż zachowując się tak samo w innej rzeczywistości sprawialibyśmy wrażenie obłąkanych. Zygmunt: – Wyobraźcie sobie, jak ostrożnie, gęsiego, przyciskając się do murów, idziemy ulicą Foksal. Dochodzimy do rogu. Pierwszy powoli wychyla głowę, inni czekają. Dobra, nie ma czołgów. Wszyscy razem biegiem przez jezdnię na drugą stronę i do bramy. Oglądamy się – nikt nie został? Nastawiamy uszu – skąd strzelają? I znowu ostrożnie, gęsiego, przyciskając się do murów – aż do następnego rogu.

Pudło

Nie ma jednak takiego miejsca, które byłoby bezpieczniejsze od ulicy. Oto siedzimy w kolorowej jadalni – ni to w wysokiej suterenie, ni to na niskim parterze – kiedy nagle rozlega się trzask, gwizd i nad naszymi głowami przelatuje piękna kulka, rozpłaszczając się o przeciwległą ścianę. Przed chwilą jeden z nas stał właśnie w tym miejscu.

Sytuacja

Sytuacja – o tyle, o ile mamy podstawy do jej uchwycenia jest taka: Armia radziecka w Budapeszcie posuwa się naprzód. Po opanowaniu dzielnic nie bronionych rozpoczęły się walki o dzielnice bronione przez Węgrów. Ośrodki najzacieklejszego oporu w Budapeszcie – to Kobanya i robotniczy Csepel. „Czerwony Csepel”, jak go nazywano. Na Cseplu są m.in. zakłady zbrojeniowe, podobno podjęto tam produkcję pancerfaustów. Walki toczą się także o śródmiejskie arterie komunikacyjne, takie jak Ferenc korut i Lenin korut. Na terenach ostatecznie opanowanych przez armię radziecką AVH przeprowadza rewizje i aresztowania. Słyszy się też o rabunkach sklepów i innych ekscesach. Na prowincji broni się jeszcze Győr, nie ustają walki o Sztalinvaros (Dunapentele, węgierska Nowa Huta). W niewiadomym miejscu działa radiostacja komunistycznego ruchu oporu – Rozgłośnia imienia Rajka. Rosjanie rzucają do walki nowe oddziały czołgów.

 

Czwartek, 8 listopada

Dymy nad miastem

Z dnia na dzień rozszerzamy zasięg swoich wędrówek po Budapeszcie. Dzisiaj udaje się nam dość powikłaną drogą dotrzeć nad brzeg Dunaju i mostem łańcuchowym na Budę. W różnych punktach miasta trwają jeszcze walki, ale nie brak już ulic kompletnie spacyfikowanych. Sowieckie czołgi rozwożą teraz po nich odezwy dowódcy miasta, generała Grebiennika, oraz centralny organ partii, który wczoraj wyszedł pod nagłówkiem „Szanad Nep”, a dziś „Nepszabadsag”. Nad tytułem widnieje cena „50 filerów”, żołnierze jednak kolportują gazetę bezpłatnie. A więc docieramy do mostu łańcuchowego – „Lanchid” – jedynego czynnego spośród wszystkich mostów łączących obie części stolicy. Dojście do mostu najeżone jest artylerią i bronią pancerną, zza której wynurza się kilka uzbrojonych po zęby sylwetek. Nie są to wszelako Rosjanie – ci też są w pobliżu, ale tym razem grają rolę biernych obserwatorów. Mamy do czynienia z autochtoniczną ostoją okupacji – funkcjonariuszami odrodzonego AVH. Są uprzedzająco grzeczni. Zwracają nam paszporty salutując i trzaskając obcasami. Szybko przechodzimy przez nieuszkodzony, tylko bardzo porysowany most. Pod nogami chrzęszczą łuski karabinowe. Zagłębiamy się w stare, wąskie, pnące się w górę uliczki Budy. Staszek, najlepszy znawca tej okolicy, prowadzi nas do słynnej Baszty Rybackiej. Tuż obok zabytku znowu znajomy widok: czołgi. Teraz odpoczywają, wylegują się w niedbałych pozach, ale dookoła dosyć jest śladów ich ożywionej działalności, choćby ten szarpnięty pociskiem mur kościoła… Spoglądamy z Baszty Rybackiej w dół, na nieprzytulny, niepodobny do siebie Budapeszt. Powoli płynie zjeżony gęsią skórką Dunaj. Domy za rzeką rozproszyły się w różne strony, jakby chciały uciec z tego skazanego miasta. Ale pożary depczą im po piętach, zachodzą z boków, odcinają odwrót. Ktoś koło nas nazywa pożary po imieniu: – To Csepel. Tamten – Ujpest. A to – Kobanya… I właśnie w tej chwili na wprost wybucha nowy pożar. Dym jest najpierw biały, gęsty jak ciasto, a po chwili ciemnieje i czarną strugą chlasta w i tak już osmalone niebo. Pali się któraś z ulic śródmieścia. Do szpitala trafiamy przypadkiem. Prowadzi nas pielęgniarka spotkana koło Baszty Rybackiej. Niezwykły to szpital: ukryty pod ziemią, szczelnie otulony warstwami żelbetonu. Powstał kilkanaście lat temu jako lazaret wojskowy, po 45 roku nie był wykorzystywany. Na początku rewolucji grupa lekarzy i pielęgniarek uruchomiła go w ciągu jednej doby. Następna doba – wypełniła szpital rannymi i chorymi. Lekarze oprowadzają nas po salach i korytarzach, na których również stoją łóżka. Z dumą pokazują skomplikowane agregaty, dzięki którym w podziemnym szpitalu nie może zabraknąć powietrza i światła. Na jednej z sal widzimy, jak do żył śmiertelnie wycieńczonego człowieka płynie ze szklanych rurek życiodajna krew. – To polska krew – mówi lekarka, blada, szczupła dziewczyna o podkrążonych oczach. Na innej sali – niespodzianka. W wojskowym szpitalu nie przewidziano oddziału położniczego, ale czy można było nie przyjąć rodzącej w niedzielę, 4 listopada, nad ranem? Skrzywiony, pomarszczony osobnik, który w tak niezwykłym momencie zameldował swoje przyjście na świat, energicznie wywija nóżkami. – Najmłodszy bojownik ruchu oporu – rzuca któryś z nas. Lekarka uśmiecha się – po raz pierwszy od chwili, kiedy ją poznaliśmy. Czuję, że chce o coś zapytać – ale pytanie to nie pada ani teraz, ani później.

Wiersz

Po głowie kołace mi się wiersz – pierwszy i chyba ostatni podczas tego pobytu na Węgrzech: Więc jeszcze tego było trzeba więc jeszcze to w pamięci zmieszczę: odłamki strzaskanego nieba deptać bezradnie w obcym mieście. Potem zejść niżej. Nie do piekieł: do podziemnego lazaretu. Lekarzom oddać się w opiekę, podobnym do zmęczonych kretów. Patrzeć, jak sączy się powoli w szklanych arteriach surowica, patrzeć na rany, wiedzieć: boli, wiedzieć i widzieć okiem widza. Potem stąd wyjść. I wszystko przeżyć. Nad miasta stojąc popiołami, w sklejone niebo znów uwierzyć – w sklejone niebo z aniołami.

 

Piątek, 9 listopada

Audiencja u Kadara

Długo się wahamy: iść czy nie iść do parlamentu? W końcu jednak ciekawość przezwyciężyła skrupuły. Pół tuzina dziennikarzy polskich ładuje się do ambasadzkiej limuzyny. Na placu przed parlamentem – pełno czołgów. Pobliskie skwery zamienione są w pozycje artyleryjskie. Na klombach żołnierze palą ogniska, gotują kaszę i zupę. Zostawiamy auto pod przytłaczającą opieką czołgów i przekraczamy wskazany przez kogoś próg. W ciasnej sionce tłoczą się wartownicy: paru awoszów i kilku skośnookich czerwonoarmistów. Ze szczytów schodów rozdziawia lufę gościnny cekaem. Na lewo – oszklone drzwi prowadzą do oficerskiej dyżurki, skąd właśnie wychodzi uprzejmy starszy lejtnant. Tłumaczymy mu, kim jesteśmy i czego sobie życzymy. Ogląda nasze paszporty, pyta, kiedyśmy przyjechali i jakie reprezentujemy redakcje. – „Życie Warszawy”. – „Nowa Kultura”. – Radio. – A „Trybuna Ludu” jest? – Jest. Okazuje się, że radziecki oficer jest zorientowany w tytułach prasy polskiej. – A więc chcecie, żeby was przyjęli towarzysze z węgierskiego rządu? – przepytuje się raz jeszcze i znika w dyżurce. Przez szybę widzimy, jak konferuje z innym oficerem radzieckim, bodaj majorem. Po kilku minutach wychodzi i bezradnie rozkłada ręce: – Niestety. Rząd węgierski jest bardzo zajęty i nie może was przyjąć. Sami rozumiecie: tyle ważnych spraw ma na głowie. Niestety.

 

Sobota, 10 listopada

Też praca

Nie powiem, żebyśmy się od razu połapali w tym facecie, chociaż od razu zwróciliśmy na niego uwagę. Zjawił się w naszym hotelu któregoś dnia pomiędzy pierwszą a drugą interwencją radziecką. Dość mętnie tłumaczył, dlaczego musiał opuścić własne mieszkanie, ale nikt go specjalnie za język nie ciągnął. Zakomunikował nam jeszcze, że na Węgrzech przebywa od 1939 roku i trudni się przeważnie tłumaczeniami. Podczas kolacji Franciszka szepnęła: – Spójrz na tę twarz. Podłużna o regularnych rysach, wysokim, łysiejącym czole i nieco dużych, wyłupiastych oczach zdawała się w tej chwili martwą maską. – Uosobienie bezmyślności – powiedziała Franciszka. Zaprzeczyłem. Zdawało mi się, że odczytuję w tej twarzy coś innego – nie wiedziałem jeszcze dokładnie co – ale na pewno było to coś innego niż tylko bezmyślność. Trochę później uświadomiłem sobie: było to przerażenie. Najpotworniejsze przerażenie, którego ryk wewnątrz człowieka od szeregu dni nie ustawał ani na chwilę, ani razu nie wydobywając się na zewnątrz. Nastąpiła druga interwencja. W naszym znajomym coś jakby zelżało. Okazało się nagle, że jest niemal przystojny. Z uprzejmym uśmiechem snuł się za nami i wszczynał rozmowy na wszelkie możliwe tematy. Niektóre nasze wypowiedzi szczególnie go podniecały. W końcu, jeżeli się kiedykolwiek w życiu stykało z takimi, poznaje się ich dość nieomylnie. Naszego rozgryźliśmy wtedy, kiedy przystąpił do pełnienia obowiązków. Gdybyśmy byli Węgrami, sytuacja ta zapewne niezbyt by nas bawiła. Ale tak – używaliśmy sobie na całego. A więc słyszał od nas wszystko, co chciał usłyszeć, a nawet więcej. Dziennikarze notują z miejsca – on, biedak, musiał wszystko trzymać w pamięci aż do wieczora i dopiero kiedy mówiliśmy „dobranoc”, mógł w swoim pokoju spisywać sążniste raporty. Najśmieszniejsze było jednak, że skarbu swojego nie mógł zrealizować: na miasto w dniach strzelaniny nie wychodził, a telefon w naszym pokoju nie działał. Dziś już jest spokojnie. Nawet telefon naprawili. Nasz anioł stróż nie korzysta zeń jednak. Wychodzi na miasto i triumfalnie wkracza do pobliskiej budki telefonicznej. Nie opuszcza jej przez pół godziny.

Stary człowiek

Obaj jesteśmy literatami. Obaj jesteśmy komunistami. On jest znacznie starszy ode mnie i nieporównanie bardziej zasłużony. Ale przecież łączy nas znacznie więcej niż dzieli. Oto jak wygląda spotkanie dwóch komunistycznych pisarzy z krajów demokracji ludowej w Budapeszcie 10 listopada 1956: Podjeżdżam autem na umówioną ulicę i koło drogerii trąbię. Do auta wsiada stara kobieta, którą widzę po raz pierwszy. Jedziemy dalej zgodnie z jej wskazówkami. Potem zostaję wprowadzony do mieszkania, w którym nie tylko ja nigdy nie byłem – również ten, którego spotykam, jest w nim po raz pierwszy. Jakże mi gorzko. A jemu, który za Horthy’ego był w konspiracji i wyszedł z niej w radosnym 1945 roku? …Rozmawiamy o sytuacji węgierskiej i światowej. Mój rozmówca nie jest dobrej myśli. Jeżeli przed drugą interwencją widział jakieś perspektywy ocalenia socjalizmu, teraz nie może ich sobie wyobrazić. Teraz jest już za późno na wszystko, nawet na opuszczenie Węgier przez armię radziecką. Nie ma już bowiem zorganizowanych sił – tych, które były przed drugą interwencją – zdolnych do uchronienia kraju przed krwawą reakcją. Chyba że… ale… – stary pisarz macha ręką. Od kilku dni postawę Budapesztu kształtują rozklejone na murach odezwy w trójkolorowej obwódce, podpisane wspólnie przez trzy organizacje: Komitet Rewolucyjny Studentów, Rewolucyjną Radę Wojskową i Związek Literatów Węgierskich. Mój rozmówca jest współautorem tych odezw. Właśnie pracuje nad tekstem najnowszej, której treść ma być taka: ze względu na to, że działania przeciwnika powodują głównie cierpienia ludności cywilnej, należy przerwać beznadziejny opór, kontynuując opór bierny, moralny… Odezwa ma się ukazać dzisiaj. – Czy usłuchają was? – Jesteśmy jedyną instancją, jakiej słuchają. Na pożegnanie przypominamy sobie wzajemnie o różnych środkach ostrożności, których należy przestrzegać. Kiedyśmy już sobie już to wszystko powiedzieli, pisarz podnosi swoje smutne mądre oczy: – Powiedz, czy można tak żyć?

Istvan

Jeszcze jedno tego dnia spotkanie – i pożegnanie. Zjawił się Istvan. O małośmy się nie rozminęli: dostrzegłem jego szerokie plecy, kiedy już znikał za rogiem. Brniemy korytem ulicy, jak korytem rzeki. Nogi grzęzną w zwałach żółtych liści. Niewiele możemy sobie zakomunikować. – Gdzie Bela? – Nie wiem, straciłem go z oczu już w niedzielę. – A wasz wódz? – Dudas był z nami, już nie dowodził, ale bił się jak wszyscy. Gdzie jest teraz, nie wiem. – Byłeś cały czas w ogniu? – Tak. Jestem ranny. Teraz dopiero spostrzegam, że Istvan utyka. – Już po wszystkim? – Już. Idę do domu. Nie byłem tam od dwudziestego trzeciego… Przez chwilę maszerujemy obok siebie w milczeniu. – A ja wyjeżdżam. Hanka już wyjechała. – A Marian? – Też. – A Zygmunt? – Wyjeżdża ze mną. Znowu milczenie. Wreszcie wyciągamy notatniki i zapisujemy swoje adresy. Całujemy się, Istvan utykając odchodzi.

 

Niedziela, 11 listopada

Ostatnia wędrówka po Budapeszcie

Csepel jest długi, posępny, brzydki – jak każda chyba robotnicza dzielnica w wielkich miastach Europy. I po to, żeby był taki, przez Csepel nie musiała przejść wojna. Wojna przeszła przez Csepel. Ta dzielnica broniła się najdłużej w Budapeszcie. Jeszcze dziś w głębi Csepla tlą się niezgaszone ogniska oporu. W części Csepla, którą wędrujemy, ogniska te stłumiono. Nie ma ich. Nie ma też nic innego. Kilometrami ciągną się puste, bezludne ulice. Rozglądamy się: ani jednego domu nie oszczędziła wojna. Każdy ma potężną dziurę – najczęściej na poziomie pierwszego lub drugiego piętra. Wygląda to tak, jakby przeszło tędy jakieś żarłoczne przedpotopowe zwierzę, kąsając na prawo i na lewo, wszędzie pragnące zostawić ślad swoich zębów. Inne zupełnie ślady poznaczyły jezdnię. Co kilkadziesiąt kroków straszy czarna, skłębiona kupa żelastwa: zabity czołg. Parokrotnie spotykamy rozwalone katiusze… Wracając z Csepla zawadzamy prawie już o śródmiejskie ulice Ferenc korut i Ulloi ut. Tu widok jest jeszcze groźniejszy: wszystkie domy spalone albo pogruchotane, jezdnie wywrócone na nice, swąd, kurz, wąskie ścieżynki wydeptane wśród zgliszcz… Ale ten widok znamy. To Warszawa 1944. Zdobyte miasto.

Zwycięzcy

Jest ich czterech. Leżą na zdobytej ulicy – jeden obok drugiego – w pozach bezładnych i nienaturalnych. Rozdarci i spłaszczeni – prawie dwuwymiarowi – wyglądają jak szmaciane kukły, gwałtownie ciśnięte pod osmalony mur, niemal wbite w skrawek wyszczerbionego chodnika. Ktoś przysypał ich ściągnięte twarze białym kurzem czy wapnem. Najbardziej wysunięty do przodu nie ma twarzy – z pogiętym hełmem zrosła się czarna, zakrzepła miazga. Dawno już muszą tak leżeć, bo niczym nie przypominają świata żywych, z którego wydarła ich jakaś trudna do wyobrażenia chwila. Są częścią martwej przyrody zgruchotanej wielkomiejskiej ulicy.

Dalszy ciąg ostatniej wędrówki po Budapeszcie

Oprowadza mnie młody student węgierski. Oprowadza? Ja nie znam tych ulic, a on nie może ich poznać. Razem błąkamy się w to niedzielne przedpołudnie, ostatnie godziny przed pożegnaniem. Nachylam się nad świeżymi grobami, których pełno jest na każdym skwerze, w parkach, wokół kościołów. Na kawałkach dykty lub tektury wypisano, kto tutaj leży: „Lajos… 18 lat”, „Zsuzsa… 15 lat”, „Arpad… 12 lat”. Wszystkie groby ktoś obsypał kwiatami. Wchodzimy do kościoła. Ludzi mniej niż się można było spodziewać. Węgrzy nie są społeczeństwem zbyt religijnym. Ale o wysokie sklepienie uderza pieśń niezwykłej piękności i siły. Nigdy jej nie słyszałem. Mój towarzysz tłumaczy: to stara pieśń kościelna – „Boże, coś Węgry…”. Pieśń trwa długo – kiedy milknie, wychodzimy. Chcemy jeszcze zajrzeć na uniwersytet. Ale długo stoimy przed masywnymi wrotami, zanim otwiera się wąziutkie okienko, przez które wygląda oblicze starego woźnego. – Czego tu szukacie? Nie ma uniwersytetu. Zarządzenie pana ministra szkolnictwa wyższego, żeby nikogo nie wpuszczać. Idźcie sobie. Okienko się zatrzaskuje. Błądzimy więc dalej bez celu i sensu, po czym rozstajemy się i umawiamy, że po obiedzie znowu się spotkamy. W hotelu jednak okazuje się, że nie spotkam się już z nim ani z nikim z budapeszteńskich przyjaciół. Moi koledzy w trochę dziwny sposób zdobyli auto. Zwlekać nie warto. Jedziemy przez Jugosławię do Polski.

Dwadzieścia lat później

Po dwudziestu latach – dokończmy opowieść. Trzeba było brać nogi za pas z Budapesztu opanowanego przez Rosjan i ich miejscowych popleczników. Pierwszej grupie dziennikarzy polskich – w tej liczbie kobietom i chorym – udało się wyjechać z jugosłowiańskimi kolegami, ich autokarem. Ale dla wszystkich nie starczyło tam miejsca. Rozglądaliśmy się za okazją; bezpośrednia droga na Polskę – przez Czechosłowację – była zamknięta; zdecydowaliśmy się na rumuński samolot do Bukaresztu (tylko takie latały) – i na szczęście nie zrealizowaliśmy tej decyzji – aparat, którym mieliśmy lecieć, uległ katastrofie czy też został zestrzelony nie wiadomo przez kogo i nikt nie ocalał. Tymczasem jeden z nas znalazł się w jakiś sposób, ciągle jeszcze w Budapeszcie, na „uczcie zwycięzców”. Przypadło mu miejsce obok nowego komendanta stołecznej milicji. Popili się. Pijany milicjant ofiarował pijanemu polskiemu dziennikarzowi wóz i przepustkę. Przepustka opiewała, co prawda, na furgonetkę do przewożenia mięsa, którą dwie osoby miały prawo poruszać się po Budapeszcie – otrzymaliśmy zaś mały willys, władowało się nas do niego pięcioro (czterech dziennikarzy i pewna studentka), no i wyruszyliśmy z Budapesztu na południe, do jugosłowiańskiej granicy. Ale dojechaliśmy jakoś – z pijanym kierowcą, gotującym się co jakiś czas motorem, po zaminowanej szosie i kilkakrotnie zatrzymywani przez radzieckie straże, które jednak nie były w stanie sprawdzić rzeczywistego brzmienia wypisanej po węgiersku przepustki. Zapamiętałem trzy takie kontrole: pierwszą, jeszcze w centrum miasta, kiedy mój zbyt biegły rosyjski wzbudził podejrzenia i, przesłuchany na tę okoliczność, powołałem się na swoje niedawne studia w Moskwie; wtedy zażądano, żebym wymienił nazwiska wykładowców, a mnie wszystkie raptem umknęły z pamięci; po chwili przypomniałem je sobie i przesłuchujący smierszowiec, być może, nawet nie zauważył momentu wahania, ale mnie się to wydawało wiecznością. Później nie ryzykowałem już otwierania gęby; za to doskonale słyszałem, jak przepuszczając nas przez kolejną rogatkę jeden Rosjanin warknął do drugiego: „Poliaki… Toże bandity!”. Wreszcie za trzecim razem gołowąsy oficerek wsunął różową buzię do wozu i wyszeptał z zakłopotaniem: „Izwinitie… My nie winowaty… ”. Dopiero tuż przed granicą, w Szegedzie, zatrzymani zostaliśmy przez mieszany patrol rosyjsko-węgierski i wydało się, że nasza przepustka jest diabła warta, a my zasługujemy na wnikliwe zbadanie w miejscowej placówce kontrwywiadu. W kontrwywiadzie usłyszeliśmy na wstępie gorzkie wymówki, że to polski przykład pchnął węgierską młodzież do nierozważnych czynów, na co odpowiedzieliśmy, że do polskich październikowych manifestantów nie strzelano i dlatego wszystko się skończyło spokojnie; na tym dyskusja polityczna się urwała. Wątpliwości wzbudziły nasze dokumenty – na przykład w moim paszporcie brak stempla przekroczenia granicy. Długo i żmudnie łączono się telefonicznie z Budapesztem; w końcu złapano komendanta milicji, a ten się nas nie wyparł, mogliśmy więc, choć pod eskortą dwóch czołgów, jednego z przodu i jednego z tyłu, kontynuować drogę ku upragnionej granicy; przekroczyliśmy ją pieszo, zostawiając wóz po węgierskiej strome. Na jugosłowiańskim cle doczekaliśmy ranka; wtedy przyjechał po nas urzędnik ambasady PRL w Belgradzie; nie był ciekaw naszych relacji; sam wiedział, że w Budapeszcie przed wyzwoleniem był milion (!) zorganizowanych faszystów i to oni teraz podnieśli kontrrewolucyjną rebelię… Z Belgradu polecieliśmy – via Wiedeń – do kraju. Niektórzy z nas – i ja należałem do takich – uznali za swą misję danie świadectwa prawdzie o powstaniu węgierskim; przez jakiś czas było to możliwe – ciągle jeszcze przeżywaliśmy wszak miodowe miesiące polskiego Października. Miałem około tuzina publicznych spotkań, niektóre pamiętam do dzisiaj: w Klubie Krzywego Koła, w Zakładach imienia Róży Luksemburg (to tam stary robotnik-komunista, prawie płacząc, zadał mi kłam – bo przecież od zarania władzy proletariackiej w Rosji burżuazja tak niemiłosiernie ją szkalowała, ale on wie, że to niemożliwe, co ja opowiadam, niemożliwe i nieprawdziwe! Po latach włoski komunista w Rzymie tak samo będzie mówił o „Archipelagu Gułag” świeżo przeczytanym…), wreszcie w Sztabie Generalnym Wojska Polskiego – tutaj, kilka minut po tym, jak zacząłem swoje, na wielką salę wypełnioną przez młodych oficerów wkroczyło kilkunastu sowieckich generałów i pułkowników w polskich mundurach i zajęło miejsca w pierwszym rzędzie, na wprost mnie – nie przerywali jednak i nie wdawali się w zbędne polemiki, słuchali tylko uważnie i ironiczne uśmieszki błąkały się po szerokich twarzach… Na podstawie notatek spisanych jeszcze w Budapeszcie opracowałem swój dziennik węgierski; poświęciłem go pamięci Michała Kolcowa, rosyjskiego publicysty, którego dziennik hiszpański (z wojny domowej 1936-1939) wywarł na mnie niedługo przedtem duże wrażenie, łącznie z losem autora, jednej z ofiar krwawych czystek stalinowskich, przez co i książka była na indeksie, i ocalały egzemplarz dano mi w Moskwie do czytania w wielkiej tajemnicy; druk swojego dziennika rozpocząłem w „Nowej Kulturze” (której redaktorem obrali mnie koledzy z zespołu po powrocie z Węgier); parę odcinków ukazało się, choć z okrojeniami, kolejny zaś cenzura skonfiskowała; wówczas wydrukowałem całość w paryskim czasopiśmie „France-Observateur” – tłumaczką była Anna Posner, która wtedy właśnie (i bodajże nie bez związku z podjęciem się tego przekładu) zerwała z partią komunistyczną… Znacznie później dowiedziałem się o tłumaczeniu rosyjskim „Dziennika węgierskiego” (wariantu z „Nowej Kultury”); wykonał je student-Litwin na zamówienie Instytutu Literackiego w Moskwie – chodziło o zapoznanie się wąskiego grona wtajemniczonych z bezeceństwami byłego aspiranta i potępienie go na zamkniętym zebraniu; tak się też stało, ale nie zdołano zapobiec rozpowszechnieniu tekstu wśród innych, nie przewidzianych przez władzę czytelników – wielu z nich spotykałem potem, a całkiem niedawno opowiadano mi, że jakieś odpisy „Dziennika węgierskiego” krążą po peryferiach rosyjskiego samizdatu aż po dzień dzisiejszy… Tyle – o powrocie z Węgier ekipy dziennikarzy polskich i naszych pośpiesznych próbach (oprócz własnych, wymienię reportaże Hanki Adamieckiej w „Sztandarze Młodych” i Mariana Bielickiego w „Po Prostu”) powiedzenia prawdy o desperackim i zdławionym powstaniu. Pośpiech ten okazał się jak najbardziej wskazany: niebawem („racja stanu”) nic się już nie mogło ukazać, później zaś, po rzuconym w jednej z mów Gomułki słowie „kontrrewolucja”, otworzyło się wyłączne pole działania dla zawodowych i ochotniczych opluwaczy węgierskiego zrywu. Co się tymczasem działo na Węgrzech – wiadomo. Ofiarami wzmożonego terroru po klęsce powstania stały się zarówno rzesze jego szeregowych uczestników i sympatyków, jak przywódcy polityczni i wojskowi. Ci ostatni, z Imre Nagy’em na czele, zakosztowali zwykłego dla strony przeciwnej wiarołomstwa: kiedy korzystając z udzielonych gwarancji udawali się na emigrację do Belgradu, wyciągnięci zostali z jugosłowiańskiego autokaru, następnie uwięzieni na terytorium Rumunii (wraz z uprzednio aresztowanymi uczestnikami pertraktacji – jak Pal Maleter), po jakimś czasie tajnie „sądzeni” i zamordowani. Nasz rozmówca z Parlamentu, Geza Losonczy, nie doczekał owego „sądu” – wcześniej zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach w więzieniu. Wśród tych, którym darowano życie i pozwolono umrzeć własną śmiercią w Budapeszcie, był sędziwy Győrgy Lukacs. Spośród innych osób, z którymi zetknąłem się w trakcie powstania, podobno rozstrzelany został również malowniczy Dudas (piszę „podobno”, bo komunikatu o tej egzekucji, o ile się orientuję, nie opublikowano – wiem o niej ze słyszenia, jak również o tym, że Dudasa przyniesiono na egzekucję na noszach). Od podkomendnego Dudasa, występującego w moim dzienniku pod imieniem Istvan (tak go zaszyfrowałem, a prawdziwego imienia już nie potrafię odtworzyć) nadeszła po roku do Mariana Bielickiego kartka z Kanady; a więc mimo rany zdołał w porę przekroczyć granicę. Nie żyje już dziennikarz, tłumacz na naszej konferencji z Dudasem, Bela Batemay. Pisząc o nim w dzienniku pominąłem nie tylko nazwisko, ale również szczegół wyjaśniający komitywę, do której tak łatwo między nami doszło. Batemay przełożył był mianowicie moją młodzieńczą książeczkę o Ludwiku Waryńskim („Mazur Kajdaniarski”), wydaną na Węgrzech w roku 1952 pt. „Bilincstanc”. Dlatego – choć nie znaliśmy się przedtem osobiście – kiedy zetknęliśmy się niezwykłym trafem podczas powstania, nie mogliśmy się czuć sobie obcy. Później nigdy już go nie widziałem, ale dobrze wspominam tego dzielnego człowieka – żołnierza AK, budapeszteńskiego powstańca, utopistę politycznego, przyjaciela Polski. Wybitny pisarz starszego pokolenia, z którym spotkałem się w Budapeszcie 10 listopada 1956 – to Tibor Dery; wraz z kilkoma innymi literatami, zaangażowanymi w wydarzenia węgierskie, chciał po klęsce schronić się w Polsce; usiłowałem w Warszawie coś załatwić, rozmawiałem z członkiem Biura Politycznego PZPR i z kimś z MSZ-u; nie wykluczam nawet, że moi rozmówcy, nie pozbawieni dobrej woli, podjęli jakieś starania na wyższym szczeblu; ale znów widać stanęła na przeszkodzie nieubłagana „racja stanu” i pisarze węgierscy nie uzyskali w Polsce azylu; niebawem zaś Tibor Dery, Gyula Hay i inni znaleźli się w więzieniu, i dalsze zabiegi stały się beznadziejne… Jedynie młodego studenta, który 11 listopada oprowadzał mnie po zrujnowanym i opłakującym poległych Budapeszcie, udało mi się jeszcze niejeden raz spotkać; to Gyorgy Gomori, znany dziś polonista z Cambridge… Popowstaniowy terror na Węgrzech z biegiem lat zelżał; z czasem ujawnił się też paradoks historyczny – że podczas gdy uwielbiany w Październiku „wódz narodu” Gomułka stopniowo wpychał kraj w sytuację coraz większej zależności politycznej i ekonomicznej od ZSRR (w czym prześcigają go bodaj jego równie owacyjnie witani następcy), w stan rosnącego ucisku, nędzy i kłamstwa, to znienawidzony (i nie bez racji) Kadar szukał jakby dróg wyjścia z pułapki, próbował z pewnym skutkiem eksperymentu gospodarczego, umiarkowanie liberalizował reżim, dążył do jakiego takiego pojednania z narodem i inteligencją. Dzisiaj, dwadzieścia lat po wydarzeniach w obu krajach, nie tylko materialny poziom życia na Węgrzech jest ewidentnie wyższy niż w Polsce, ale i atmosfera wydaje się lepsza, i sytuacja w kulturze nie tak denna, i w różnych dziedzinach zabójcza sowietyzacja nie posunęła się chyba tak daleko jak u nas. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie, kiedy w tym roku odwiedziłem ponownie Budapeszt i chodziłem po starych śladach moich i rozproszonych przyjaciół… Dlaczego tak się stało? Czy zasadniczą rolę odegrały cechy charakteru lub intelektu przywódców? Czy – trochę różne mimo wszystko położenie geograficzne? Czy – że Węgry przedkomunistyczne były krajem bardziej zachodnim od Polski, z głębiej ugruntowaną świadomością europejską, przeszczep sowietyzmu jest więc tam bardziej jeszcze nienaturalny, obcy i energiczniej odrzucany przez organizm społeczny? Czy wreszcie – właśnie powstanie, choć przegrane, wytworzyło na dłuższą metę warunki, w których rządzącym mniej dla nich ryzykowne od permanentnego przykręcania śruby wydają się pewne gesty pojednawcze wobec narodu? Odnotowuję tylko te pytania, ale – choć naoczny świadek tego i owego – nie pokuszę się o odpowiedź. Na zakończenie – krótko o rodakach, którzy byli obok mnie tam i wtedy; kilku z nich wspomniałem w dzienniku węgierskim – i, być może, czytelnicy chcieliby wiedzieć, jak potoczyły się dalej ich losy. Hanka Adamiecka – jasna, prawa, czuła, żyjąca zawsze na najwyższym, napiętym tonie swej dziewczęcej egzystencji – popełniła samobójstwo kilka miesięcy po naszym powrocie z Budapesztu. Na jej pogrzebie spotkali się bodajże wszyscy pozostali; było to nasze ostatnie spotkanie w tym składzie. W okolicznościach każących domniemywać samobójstwo zginęła niebawem Lidka Widajewicz – „puszystowłosa dziewczynka z automatem”, o której pisałem w notatce z 1 listopada, rozmyślnie wówczas nie precyzując, że chodzi o polską studentkę, uczestniczkę węgierskiego powstania. Po naszym powrocie Lidka parokrotnie mnie odwiedziła, rozmawialiśmy; dzieliłem jej rozgoryczenie, ale spalająca to pół dziecko nienawiść budziła lęk i współczucie, usiłowałem ją mitygować; czekającej zaś Lidkę zagłady nie przeczuwałem, choć może powinienem był przeczuć. Marian Bielicki też już nie żyje; ten umarł zwyczajnie, na łóżku szpitalnym, po miesiącach cierpień – i po latach życia nieraz zawiłego, ale barwnego, którym umiał się radować jak niewielu znanych mi ludzi, a stać go było też na gest odmowy i wyrzeczenia w imię wierności przekonaniom i przyjaciołom. Marian rozstał się z partią długo przede mną – bo już w roku 1957; to zmusiło go do ograniczenia aktywności dziennikarskiej; szukając innego pola działania, zajął się odległą historią i napisał dobrą książkę o Sumerach; miał też inne plany, a w szpitalu znalazł się nagle; ja byłem wtedy za granicą i o niczym nie wiedziałem, a nazajutrz po powrocie z podróży dowiedziałem się o pogrzebie. Na tym pogrzebie nie spotkałem już prawie nikogo z naszej budapeszteńskiej ekipy; tylko – po latach niewidzenia – Zygmunta Rzeżuchowskiego, który od dawna złamał był pióro i zarabiał na życie w bardziej godziwy sposób; ucieszyło mnie to spotkanie; umówiliśmy się na telefon – i odtąd znowu minęły lata… Franciszka Borowiczowa opuściła Polskę z falą emigrantów 1968-1969 roku. Nie wiem, gdzie jest dzisiaj i jak się jej wiedzie; gdziekolwiek jest, jeżeli dojdą ją kiedyś te słowa, niech wie, że serdecznie wspominam dobrą koleżankę – i życzę jej szczęścia… Poza krajem – ale w innym charakterze; głośnych korespondentów w rozmaitych Paryżach czy Waszyngtonach – bawi paru innych dziennikarzy, których nazwiska sobie daruję; wyznam, że wówczas w Budapeszcie nie posądzałem ich o taką zręczność, jakiej dali dowód, przez lata całe zaopatrując swoje redakcje w pożądane informacje i interpretacje; i nadal niekiedy się dziwię – to ci sami? To oni demaskują teraz zgniliznę Zachodu, korupcję rządów parlamentarnych, knowania syjonistów i maoistów?… Ale i na tych – dalszych mi dziś niż umarli i wygnani – dzięki Bogu, świat się nie kończy… Czas urwać tę glosę do dziennika sprzed lat dwudziestu; wątek zaś węgierski nie urwie się w moim życiu chyba już nigdy, choć kilkanaście dni zaledwie trwała moja bezsilna obecność u boku broniących swojej wolności i godności braci Madziarów.

Maj 1976

I jeszcze pięć lat

Razem to już ćwierć wieku. Czas bez ustanku dopisuje swoje postscriptum do dziejów ludzi, spraw, opowieści. Franciszka Borowiczowa w wielkich cierpieniach zmarła na obczyźnie; przed śmiercią – wiem o tym od jej córki, która zdołała odwiedzić Polskę – dotarło do niej jeszcze moje wspomnienie. Zygmunta Rzeżuchowskiego spotkałem znowu po wydarzeniach czerwcowych 1976 roku – i dwudziestolecie naszych przypadków obchodziliśmy wspólnie, w gronie polsko-węgierskim, dla którego owa data nie była czymś obojętnym. Odtąd ciągnie się nasza wznowiona zażyłość (i dyskusja na temat, co będzie oraz co robić), ale jeszcze na rok (wiosną 1977) rozdzielił nas mur więzienny – aresztowany pod fałszywym zarzutem, dręczony w śledztwie, mój przyjaciel wołał z celi o sprawiedliwość (coraz trudniej o nią było w ojczyźnie), w trakcie protestacyjnej głodówki schudł na wiór, aż na procesie koronny świadek odwołał pomówienia, do których go uprzednio skłoniono, i Zygmunt wyszedł, by dalej zmagać się o swoją prawdę… Ta historia nie dotyczy budapeszteńskich barykad – ale dotyczy rzeczywistości, w której bezprawie, kłamstwo i krzywda w każdej chwili owocuje rozpaczą i głuchym gniewem. Wszystkie te losy mają swój sens; oto, pora, by rozszyfrować jeszcze jedną postać z dziennika: ciemnowłosą Margit. Tym imieniem nazwałem wtedy Agnes Heller, wybitną i znaną dziś w świecie profesorkę filozofii; jeszcze przez długie lata pozostawała ona w Budapeszcie i wraz z innymi „rewizjonistami” usiłowała krytycznie myśleć, wykładać, pisać; dziś robi to, co chciała, ale – jak Leszek Kołakowski, od którego list przywiozłem jej wtedy – na cudzoziemskich uniwersytetach… Co do mnie, dawno już nie byłem na Węgrzech; przed kilku laty właśnie się wybierałem – i telefonowałem do przyjaciół, żeby mi załatwili kwaterę – po czym zjawił się mundurowy z komendy i poprosił o okazanie dowodu; zwrócono mi go z anulowaną pieczątką na prawo przekraczania granicy… Ale bodaj w tym samym czasie mój dziennik, przełożony na węgierski, zaczął krążyć po Budapeszcie; jego obecność wynagrodziła mi moją tam nieobecność. Ucieszyłem się również z nowego – tym razem kompletnego – przekładu rosyjskiego, ogłoszonego w redagowanym przez Maksimowa i Gorbaniewską „Kontynencie”. Pełny tekst polski, po dwudziestu latach szuflady, po raz pierwszy ukazał się w londyńskim „Aneksie”, następnie próbowała go wydać Krakowska Oficyna Studentów, ale wpadka nastąpiła, o ile się nie mylę, na etapie matrycowania, z kolei udało się powielić i rozkolportować „Dziennik” efemerycznemu wydawnictwu warszawskiemu o bezpretensjonalnej nazwie „Samizdat”, wreszcie wszedł on, wraz z glosą „Dwadzieścia lat później”, do mojej wydanej w Londynie (Polonia Book Fund. 1979) książki pt. „Powrót do kraju”. Były to w Polsce lata wrzenia, niepokoju, goryczy – i narastających nowych ruchów społecznych; myślę, że to czas zadawał pytania, czas był ciekaw dalszej i bliższej historii, choć przeżywanej subiektywnie, czas chciał więcej wiedzieć o swoich zagrożeniach, pułapkach, o możliwych wzlotach i błędach. I chyba chce tego dalej – kiedy prawie od roku trwa pierwsze w dziejach Polski zwycięskie powstanie – tak inne od wszystkich poprzednich – bez krwi, barykad, broni, wyruszających w pole oddziałów. Zwyczajne jak życie, jak codzienna robota, ze zmęczoną twarzą, szare, choć z białoczerwoną opaską, powstanie nadziei i solidarności milionów. Nie sądzę, żeby z tamtych dawnych, zdławionych, w Polsce czy gdzie indziej, wypływały bezpośrednio wróżby dla tego. Ale jego spokojna siła i umiar coś przecież dziedziczą i po niegdysiejszej brawurowej słabości i desperacji, coś im są winne, choćby poczucie własnej odmienności, dojrzałości, na którą pracowały różne dramaty i doświadczenia wieku. W tej perspektywie i ja sam, mimo że z biegiem lat coraz bardziej zatracający tożsamość z młodym narratorem „Dziennika węgierskiego”, odczytuję go obecnie i decyduję się na przedstawienie jeszcze raz czytelnikom. Ta niezupełna tożsamość oznacza, że dzisiejszy ja, przeniesiony w ówczesne okoliczności, z pewnością inaczej rozłożyłbym niektóre akcenty i na przykład mniej kłopotałbym się o szansę ocalenia z pożogi miłej sercu utopii; ale nie oznacza, ma się rozumieć, że odwracałbym oczy od tego, co naprawdę widziałem, a zamiast tego w mgłach i dymach wypatrywałbym zjaw i zjawisk, których nie było. Kiedy dzisiaj czytam w „Spieglu” nowy sensacyjny serial pt. „Powstanie bez głowy”, w którym Imre Nagy występuje jako błazen, rola Dudasa w powstańczym Budapeszcie jest wyolbrzymiona i zdemonizowana, podobnie jak rola Attili Szigethy’ego na prowincji, po dwudziestu pięciu latach znów powraca bajeczka o ekstremistycznym rządzie w Győr, a wreszcie Rosjanie wcale nie chcą interweniować, tylko zostają do tego zmuszeni przez samych Węgrów, to nie dziwię się specjalnie, bo stanowisko hamburskiego tygodnika (nie tylko jego) jako strażnika status quo w Europie Środkowej jest mi znane – i domyślam się aktualnych odniesień tak preparowanej historii – ale ciągle nie pozostaje mi nic innego, jak powtórzyć: byłem tam, widziałem, świadectwo moje spisywałem na żywo…

Maj 1981

Trzydzieści lat później, czyli nieustający wątek węgierski

Nie omyliło mnie przeczucie, wyrażone dziesięć lat temu, że wątek węgierski chyba nigdy mnie nie opuści. Jego nitki snują się dalej i raz po raz życie dopowiada co niedopowiedziane, zgadza się na ujawnienie przemilczanego, przede mną samym odsłania, czego nie wiedziałem, uzupełnia luki, do starych dopisuje nowe finały. Książeczka ta ma również własne dzieje – i one także łączą się z wcześniejszymi jej fragmentami i korygują niekiedy ich pierwotną postać. Wreszcie – nieprzerwanie toczy się wielka historia ludów, ze swoimi porywami, klęskami, przypływami i odpływami nadziei, zmieniają się jej główni bohaterowie i teatry jej hucznych działań, osobne i pojedyncze staje się zarazem w pewien sposób podobne i powtarzalne, i tak nawarstwiając się w czasie, nowym przypadkom podsuwając zwierciadło nieco dawniejszych (i odwrotnie), historia pogłębia, uwyraźnia swój sens i nader często skłania do łącznej refleksji nad tym, co gdzieś i tutaj, kiedyś i teraz. Tak w trzydziestą rocznicę wybuchu i zdławienia Rewolucji Węgierskiej – i w piątą rocznicę wyprostowania się i ponownego przygięcia do ziemi Polski „Solidarności” – trudno oprzeć się pokusie myślenia razem o tych fenomenach wschodnioeuropejskiej (czy, jeśli kto woli, środkowoeuropejskiej) historii. Ale nie od tego chcę zacząć; najpierw, w tej trzeciej glosie do „Dziennika węgierskiego 1956”, trzydzieści lat później, pragnę zatrzymać się na chwilę przy dedykacji, jeszcze raz skomentować ją – i rozszerzyć. Tytuł, wzorowany na „Dzienniku hiszpańskim” Michała Kolcowa, wraz z poświęceniem moich zapisków pamięci tego pisarza, oznaczał nie tylko hołd dla mistrza gatunku i swego rodzaju akces do międzynarodowego bractwa korespondentów wojennych, za misję swoją uważających rzetelne zdanie sprawy z tego, co widzieli i przeżyli w ogarniętym konfliktem kraju. Notabene, po latach, wyraźniej niż przy pierwszej lekturze, dostrzegam w dzienniku Kolcowa także sferę uników, deformujących, niestety, pod pewnymi względami jego świadectwo – dała tu o sobie znać sytuacja sowieckiego dziennikarza, której nie muszę w tym miejscu bliżej wyjaśniać. Mimo owych okaleczeń, nadal cenię sobie wiele stronic „Dziennika hiszpańskiego”, ponieważ Kolcow był za bardzo kimś, żeby wbrew przeszkodom i lękom nie przedzierać się jakoś ku prawdzie swego doświadczenia. Trafna chyba jest charakterystyka Hemingwaya, który w „Komu bije dzwon”, portretując Kolcowa pod nazwiskiem Karkowa, napisał o nim, że „miał więcej rozumu, wewnętrznej godności i zewnętrznego zuchwalstwa i humoru niż którykolwiek ze znanych mu ludzi”. Jednakże, powtarzam, nie tylko o hołd dla znakomitego poprzednika chodziło w dedykacji i w ostentacyjnym upodobnieniu tytułu – lecz o te dwie wojny, hiszpańską i węgierską, tak różne, tak nieporównywalne choćby czasowo (tam lata, tu tygodnie), a przecież w czymś najistotniejszym tożsame, w tym mianowicie, że tu i tam naród próbował stawić czoło totalitarnej (faszystowskiej, komunistycznej) przemocy, totalitarnej interwencji, przedsięwziętej dla uchronienia swoich i obcych przed pokusą wolności i różnorodności. To znaczenie tytułu i dedykacji odczytano również w Moskwie – i dlatego najbardziej rozsierdzono się właśnie o „pamięci Kolcowa”, mimo że sam pisarz został już w tym okresie pośmiertnie zrehabilitowany – można rzec, wybaczono mu śmierć na Łubiance… Nie wyrzekając się, naturalnie, dawnej dedykacji – i wszystkiego, co ona znaczy – odczuwam potrzebę dołączenia do niej dwóch innych, pamięci również nieżyjących: polskiej studentki Lidii Widajewicz i węgierskiej pisarki Gracji Kerenyi – ponieważ i z nimi związane są znaczenia ważne, może z biegiem czasu coraz ważniejsze, dla „Dziennika węgierskiego 1956” i jego dalszych ciągów. Lidka, jak czytelnicy pamiętają, była uczestniczką powstania w Budapeszcie; w „Dzienniku węgierskim”, ze względu na bezpieczeństwo bohaterki, zakamuflowałem jej tożsamość – by ujawnić ją po latach, w pierwszej glosie do dziennika, kiedy Lidka już dawno nie żyła. Po upływie dalszych lat – i po tym jak moja relacja (w wydaniu „Nowej-2” 1981) zatoczyła szersze niż przedtem kręgi – dane mi było spotkać kogoś bliskiego „puszystowłosej z automatem” i dzięki temu spotkaniu wyjrzała na mnie z fotografii jej zatrzymana w rozpędzie młodość, jej powaga i determinacja, uroda zewnętrzna i wewnętrzna, tak okrutnie spopielona w ogniu wydarzeń. Myśląc ze wzruszeniem o losie Lidki Widajewicz, dostrzegam dziś przecież – dramatycznie wcielony w jego pojedynczość – ów zdumiewający archetyp, wędrujący przez dzieje – „za naszą i waszą” – owo znaczenie właśnie, zrazu nierozpoznane, które ona, Lidka, widać wnieść musiała do relacji i węgierskich zmagań, aby go nie zabrakło i w tym momencie historii europejskiej i również polskiej… Kiedy zaś Lidka Widajewicz walczyła na barykadach Budapesztu, Lech Zondek miał cztery lata – Lech Zondek, student psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, który z bronią w ręku zginął w Afganistanie, po stronie partyzantów, 4 lipca 1985 roku… Grację Kerenyi, węgierską poetkę i tłumaczkę literatury polskiej, byłą więźniarkę Oświęcimia, poznałem wnet po powrocie z Budapesztu. Przywiozła mi pierwsze niewesołe wiadomości o Węgrzech popowstaniowych i losach moich znajomych – tak zaczęła się przyjaźń na długie lata, aż do przedwczesnej śmierci Pani Gracji w kwietniu 1985… O niezwykłej tej kobiecie pisałem obszerniej gdzie indziej, tu powtórzę jedynie, że to Pani Gracji zawdzięczam – nie tylko jej, ale jej bardziej niż komukolwiek – trwałą obecność nie „politycznego” wyłącznie wątku węgierskiego w całym moim życiu, pogłębienie i wzbogacenie tego wątku o poezję – Kosztolanyi’ego, Radnoti’ego, Pilinszky’ego i tylu innych wspaniałych twórców – a także o pewne sytuacje, motywy historyczne, gesty, symbole, bez podobnego pośrednictwa niedostępne dla cudzoziemca. Jeżeli przy tym do znaczeń związanych z krótkim życiem Lidki Widajewicz należało polskie uczestnictwo w dramacie Węgier, to w życiu Pani Gracji – jakby na zasadzie bezwiednej wzajemności – wyróżnić trzeba, jako jego przemożne znaczenie, węgierskie uczestnictwo w sprawie polskiej, uczestnictwo najgorętsze i najkompetentniejsze jak to tylko możliwe. I tak – do samego końca. Już na łożu szpitalnym, po wypadku, z którego miała się więcej nie podnieść, Pani Gracja zainicjowała wraz z gronem rodaków list do parafii św. Stanisława Kostki w Warszawie ze słowami solidarności i współczucia po zamordowaniu księdza Popiełuszki… „Dziennik węgierski” wiąże też z postacią Pani Gracji Kerenyi coś zgoła osobistego: to ona wywiozła maszynopis i przez wiele lat przechowywała go w Budapeszcie, w zagraconym mieszkanku na Batthyany utca, i ona przełożyła go na język ojczysty, i w tym to przekładzie krążył był najpierw, powielony, w węższych kręgach literacko-dysydenckich, następnie zaś, kiedy i w tym kraju, jak w Polsce, rozwinął się drugi obieg wydawniczy, ukazał się jako jedna z pierwszych pozycji niezależnej oficyny „M. O.” (Budapeszt 1984). Egzemplarz dotarł i do Warszawy – i zachwycił mnie swoją szatą zewnętrzną i opracowaniem redakcyjnym – nade wszystko jednak tym, że dokonał się jakby powrót słowa tam, skąd było wyruszyło przed laty… Informacje, odnotowane w „Dzienniku węgierskim 1956”, siłą rzeczy nie zawsze dawały się podówczas sprawdzić i nie taiłem, że oparte bywały niekiedy na kursujących pogłoskach, ocenach i przeświadczeniach ludzi, z którymi pozostawałem w kontakcie. Myślę, że nie popełniłem grubych błędów, ale z zaufaniem i pewną ulgą przyjmuję garść uściśleń i uzupełnień, zawartych we wstępie i przypisach do budapeszteńskiego wydania. Tak więc, jednostka AVH, oblężona 30 października w komitecie miejskim partii, miała w istocie liczyć o wiele mniej osób, niż się mówiło, bo zaledwie 48, z czego 18 straciło życie. Sekretarz owego komitetu, Imre Mezo, nie został zlinczowany, lecz otrzymał śmiertelny postrzał „nieustalonego pochodzenia”; wcześniej, za Rakosiego, działacz ten znajdował się w niełasce, ale nie był uwięziony. Attila Szigethy, przewodniczący Komitetu Rewolucyjnego Ziemi Zadunajskiej, należał do rozwiązanej Narodowej Partii Chłopskiej, przed rewolucją był dyrektorem PGR-u i bezpartyjnym posłem do parlamentu; Partia im. Petőfiego desygnowała go na sekretarza stanu w ostatnim rządzie Nagy’a. Po aresztowaniu Szigethy popełnił w więzieniu samobójstwo – najpierw stłukł okulary i odłamkami szkła przeciął sobie żyły, a następnie w szpitalu więziennym wyskoczył z okna. Ferenc Erdei, wbrew komunikatowi oficjalnemu z 4 listopada, nie został członkiem rządu Kadara, lecz poprzedniej nocy został aresztowany w Tokol wraz z Maleterem i całą delegacją negocjującą wycofanie wojsk radzieckich z Węgier… Bela Kovacs nie uciekł na Zachód, lecz pozostał w kraju. Jozsefa Dudasa powieszono jako jednego z pierwszych 19 stycznia 1957 i prasa węgierska podała tę wiadomość. Geza Losonczy zmarł w grudniu 1957 wskutek brutalnego przymusowego karmienia podczas głodówki protestacyjnej. Maletera więziono w Sashalom (centrala KGB na Węgrzech), a następnie w więzieniu na Fo-utca w Budapeszcie, dokąd przywieziono później z Rumunii także Imre Nagy’a i pozostałych. Nagy, Maleter i Gimes zostali straceni 16 czerwca 1958 roku, Szilagyi – dwa miesiące wcześniej… Tyle uściśleń i uzupełnień, które zawdzięczam węgierskim redaktorom „Dziennika”; dotyczą one poszczególnych faktów i fakty są oczywiście ważne; czas jednak na sprostowanie – moje własne, jakkolwiek niechętnie bym je formułował – przedstawionej wizji wydarzeń, nie tych węgierskich: polskich. Pięć lat temu, w drugiej glosie do „Dziennika węgierskiego”, użyłem zwrotu o trwającym „pierwszym w dziejach Polski zwycięskim powstaniu” – z takiej perspektywy chciałem patrzeć na węgierskie, które przegrało – i to było pochopne; na klęskę węgierską spoglądamy dziś, i nie możemy inaczej, z perspektywy własnej klęski, na naszą – z perspektywy węgierskiej. Oczywiście, pojęcie to można i nawet należy zrelatywizować. Czym jest klęska, w jakiej sferze ponieśliśmy ją naprawdę? Czy nie jest zwycięstwem, którego społeczeństwu nie można już całkowicie odebrać, to, czego zaznało przez szesnaście miesięcy jawnej „Solidarności”? Czy – mimo wszystko, z czego nas wyzuto – nie staliśmy się inni, nie tylko w sensie duchowym, indywidualnym, ale w sensie powiązań międzyludzkich, odmienionej struktury tkanki społecznej, pohamowanej dezintegracji (sowietyzacji), żywych prądów na różnych głębokościach pod powierzchnią oficjalnej rzeczywistości, czy nie żyjemy inaczej, ciekawiej, wolniej? Czy wreszcie zwycięzcom udało się w pełni restytuować to, co przedtem, czy ich model jest naprawdę zdolny do życia, czy jego werbalna powłoka, bardzo natrętna i hałaśliwa, nie kryje dziś kompletnej pustki, wydrążenia, nicości? Czy nie jest prawdą, że Polska posolidarnościowa jest zarazem, mimo że rządzi nią komunistyczny aparat ucisku, Polską pokomunistyczną, pototalitamą, inną, trudno na razie określić jaką, ale z pewnością inną niż jeszcze kilka lat temu? Coś upadło z hukiem, coś się skończyło, nawet jeżeli nie zaczęło się coś z gruntu nowego, jeżeli trudno mu się zacząć, przeżyć, nie zginąć. Uwzględniając to wszystko, nie musiałbym może odwoływać zdania z maja 1981 o „pierwszym w dziejach Polski zwycięskim powstaniu”, a jednak… a jednak klęska była, nie łudźmy się, zdruzgotano instytucje, programy, inicjatywy, zahamowano rozwój kultury i gospodarki, wypchnięto – jak po każdej klęsce narodowej – tysiące ludzi, zwłaszcza młodych, świetny materiał ludzki, na emigracyjną tułaczkę, długo można by wyliczać, co się składa na klęskę, realną, fizyczną, zinstytucjonalizowaną, zadaną siłą i podstępem, zgodnie z dawno gotowymi planami, pod osłoną obłudnych pseudo-rokowań… Po każdej rewolucji, każdym wielkim ruchu wyzwolicielskim coś zostaje – i po „Solidarności” więcej może zostało, niż po którymkolwiek z poprzednich powstań. Ale i to powstanie poniosło praktyczną klęskę – i trzeba sobie może wreszcie powiedzieć, spokojnie, bez niewczesnych rozterek i żalów, że, jak zryw węgierski 1956, jak „praska wiosna” 1968, musiało ją ponieść, nie ze względu na własne błędy (których nie brakowało), lecz ze względu na czas i miejsce, na Imperium, na jego militarną potęgę, na „realny socjalizm”. We wszystkich trzech – węgierskiej, czeskiej i polskiej – próbach rewolucyjnych dała o sobie znać, w różnej postaci, jedna i ta sama iluzja: że możliwe jest wbudowanie w „realny socjalizm” sprzecznych z nim elementów – pluralizmu, gospodarki rynkowej, wolności słowa… że na drodze dyskusji i negocjacji, pochodów i strajków (a w wariancie węgierskim – także na drodze oporu zbrojnego) można skłonić system, żeby stał się mniej represyjny, bardziej „z ludzką twarzą”, żeby się trochę posunął, zrobił miejsce dla innych rozwiązań i aspiracji, żeby trochę mniej przytłaczał, mniej przeszkadzał, mniej kłamał… W pewnych gronach komunistycznych idealistów natrafiało to nawet na jakiś oddźwięk: chcieli pójść na to w imię pojednania z narodem, wierzyli, że partia (którą uparcie pojmowali jako wcielenie swego utopijnego ideału) da się skłonić do podobnej autoredukcji… Ze strony innych ludzi, którzy mieli się za antykomunistycznych „realistów”, występował (i gdzieniegdzie występuje po dzień dzisiejszy) inny wariant tej samej iluzji: mniemali, że nad głową partii komunistycznej Węgier czy Polski porozumieją się z Moskwą, że Moskwa przyjmie udzielone przez nich gwarancje dla swoich interesów imperialnych, a w zamian pozwoli im na wewnętrzne zdemokratyzowanie czy zliberalizowanie stosunków… Żadna z tych iluzji nie może się ostać wobec doświadczenia Węgier 1956, Czechosłowacji 1968, Polski 1981. System się nie posunie, w „realny socjalizm” nie da się wbudować wolnych związków zawodowych, reformy ekonomicznej i wyborów, które byłyby wyborami, partia komunistyczna nie zrezygnuje z pełni władzy, Moskwa za żadne „gwarancje” nie udzieli koncesji niekomunistycznym „realistom” na urządzenie kraju po swojemu. Jeżeli można mówić o „pozytywnym dorobku” klęski – zapiszmy po jego stronie definitywne wyzbycie się tego typu iluzji. Cokolwiek teraz nastąpi – nie wiem co, nie jestem prorokiem – myślę, że w scenariuszu przemian nie będzie miejsca dla nieszczęsnego Dudasa telefonującego do Moskwy i innych jeszcze – anachronicznych w świetle naszych wspólnych doświadczeń – sytuacji odnotowanych w „Dzienniku węgierskim 1956” (a także, być może, przez kogo innego w „Dzienniku polskim 1981”).

Pamiętając o bliskiej przeszłości i nie zaglądając na razie w zbyt odległą przyszłość, teraźniejszość społeczeństwa popowstaniowego wyobrażam sobie jak następuje: zachować, co się da z tego, co nie uległo zniszczeniu, wciąż na nowo odtwarzać to, co niszczone, żyć obok systemu swoim życiem, tworzyć swoje życie, kulturę, tkankę ludzkiej solidarności, myśl społeczną i polityczną, jeśli się uda – wyspy sensownej gospodarki, bronić się przed dezintegracją, kłamstwem, rozpaczą, nie ulegać iluzjom, nie ufać w ugodę między tym, czym się żyje a tym, wbrew czemu się żyje, w każdej chwili liczyć na cios z tamtej strony, na porażkę, na ranę, dalej żyć, robić swoje.

Czerwiec 1986

Wiktor Woroszylski

__________________

Przedruk za: Wiktor Woroszylski – „Dziennik węgierski 1956 wraz z glossami 1976, 1981, 1986”, Veto Verlag, Berlin 1987. Na potrzeby Lewicowo.pl tekst przygotował Wojciech Goslar. Zdjęcie wykorzystane w tekście przedstawia demonstrację w dniu 23 października 1956 r. na jednej z głównych ulic Budapesztu, Rákóczi út. Tekst publikujemy w 58. rocznicę wybuchu rewolucji węgierskiej.

 

Warto przeczytać także:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *