Ludwik Krzywicki

Działalność oświatowa (1880-1918)

[1933]

Hasła socjalistyczne, ów wytwór rozwoju przemysłowego Europy Zachodniej, przedostały się do Kongresówki nie bezpośrednio z miejsc swego powstania, ale drogą okólną, pośrednią, przez Rosję. Młodzież, która je z sobą stamtąd przeszczepia, z ubolewaniem, ale jednocześnie z radością, zaznaczała odmienne ukształtowanie stosunków u nas i w Rosji – z ubolewaniem wobec napiętych tam, a tak rozległych prądów radykalno-społecznych wśród inteligencji, oraz bogatego w tej mierze piśmiennictwa tamtejszego bądź w postaci miesięczników, bądź przekładów; z radością, iż nowe idee znajdują od razu chętny posłuch wśród naszych robotników, którzy nie patrzą spode łba na inteligenta, usiłującego zbliżyć się do nich, ani nie oddają go w ręce policji, jak to zdarzało się podówczas bardzo często w Rosji. Wprawdzie i robotnik polski pod względem swego oświecenia pozostawiał dużo do życzenia, ale bądź co bądź stał na wyższym szczeblu kultury politycznej, niż rosyjski i przyswajał sobie stosunkowo łatwo hasła nowej ewangelii. Jednak dawała się odczuwać konieczność podniesienia jego oświecenia pod wielu względami. I dlatego pierwsze kółka konspiracyjne były nie tylko kółkami agitacyjnymi, ale i organizacjami wykładów, które bezpośrednio nie zawsze zbyt ściśle wiązały się z socjalizmem. Wykłady te prowadzili niekiedy różni sympatycy, nie biorący udziału w samej agitacji socjalistycznej. Ale, swoją drogą, różnymi nićmi związani z ruchem socjalistycznym, ulegali „wsypom” podczas aresztów i byli pociągani do większej odpowiedzialności, niż należało się spodziewać z charakteru ich działalności. Zresztą trwało to krótko. Już około r. 1880–1882 uświadomiono sobie, że na takie wykłady szkoda sił wyrobionych, a jeszcze później, iż należy popierać je usilnie, jeżeli tu i ówdzie do nich dojdzie, ale że socjaliści nie powinni w tym wszystkim czynnie uczestniczyć. Natomiast wyłania się wówczas poczucie innej konieczności, do czego zachęcały wzory rosyjskie: stworzenia prądu myśli opozycyjno-radykalnej, a przede wszystkim socjalistycznej w piśmiennictwie legalnym. Naturalnie, nikt nie łudził się, ażeby można było wypowiadać się w tej mierze wyraźnie i w całej rozciągłości. Ale chodziło o to, ażeby w publicystyce stworzyć prąd, który by krzewił popularyzację założeń podstawowych, zaznajamiał z powagą nowoczesnej kwestii społecznej, wykazywał niemoc lub obłudę wszelkich innych haseł, zwracał uwagę na twórców myśli socjalistycznej, a przede wszystkim zwalczał lojalizm ówczesny w stosunku do caratu, a właściwie podważał powagę haseł pracy organicznej, bo o zwróceniu się wprost przeciwko caratowi na drodze legalnej nie mogło być mowy. Liczono na to, że z chwilą powstania takich ognisk oddziaływania, polska myśl opozycyjna, polityczna i społeczna, zacznie docierać w sposób rozległy także i do bardziej wyrobionych odłamów klasy robotniczej i ułatwi zadanie działaczom tam pracującym. Byli tacy, którzy powątpiewali o możliwości ziszczenia się tych prób, ale nie było nikogo, kto by zaprzeczał ich pożyteczności, gdyby się powiodły. Życie przyznało słuszność inicjatorom; takie ogniska powstały i zaczęły wpływ wywierać. Wprawdzie porozumienie pomiędzy pisarzami a publicznością     nie było łatwe. Przypominało rozmowy w Cytadeli pukaniem w mury – rozmowy pełne niejasności, w których z jednego wyrazu trzeba było chwytać zdanie niedomówione. Czytelnicy uczyli się czytać między wierszami i niekiedy czytali bardzo dobrze. Naturalnie, nie wszyscy i nie zawsze! Wpływ przyczynków legalnych stawał się coraz rozleglejszy, Należy pamiętać o tym, iż w ciągu lat osiemdziesiątych i nawet większej części dziewięćdziesiątych liczba osób czynnych w konspiracyjnym ruchu socjalistycznym była nieznaczna: kilkunastu, a przed wielkimi aresztami zwykle parę dziesiątków inteligentów i paręset robotników, oto cały zastęp tej konspiracji. A tymczasem już w końcu lat dziewięćdziesiątych sympatyków jest bez liku, a agitacja, docierając do różnych okolic, gdzie nigdy nie była prowadzona, znajduje żywioły uczuciowo przygotowane, żądne uczestniczenia w nielegalnej pracy polityczno-społecznej. Naturalnie, niewielkie kółka konspiracyjne, przy tym szybko ginące, nie zdołałyby wywrzeć takich skutków. Wprawdzie były jako sito: same – niepokaźne pod względem liczby członków, ale przepływała przez nie wielokrotnie liczniejsza rzesza, która, pozornie znikając, unosiła przecież z sobą pierwiastki innego poglądu na stosunki społeczne. Tej sprawie przyszła właśnie z pomocą publicystyka, jako szkoła przygotowawcza; przyszły wykłady w kółkach młodzieży uniwersyteckiej i w ogóle młodego pokolenia spośród inteligencji, a później jeszcze bankructwo, pod wpływem krytyki i faktów życia, haseł pracy organicznej, w końcu zaś ogólne potęgowanie się nastrojów opozycyjnych wszelkiego rodzaju. W tym rozwoju publicystyka socjalistyczna jest niemilknącą pobudką. A w końcu lat osiemdziesiątych i w początkach dziewięćdziesiątych osiąga talki wpływ, iż w uniwersytetach rosyjskich bliżej położonych kółka młodzieży rosyjskiej uczą się po polsku, ażeby w okresie ówczesnej reakcji politycznej, najcięższej jaką Rosja przechodziła w drugiej połowie wieku XIX, czerpać z publicystyki polskiej wykształcenie teoretyczne. W ogóle dzieje tej działalności czekają na swego historyka: uczestnicy ze zrozumiałych powodów o sobie milczeli, prasa socjalistyczna, wychodząca na emigracji lub nielegalnie w kraju, z tych samych zrozumiałych powodów także nie wspominała o tych wysiłkach, historycy ówcześni ruchu socjalistycznego także z tych samych pobudek nie uwzględniali wpływów prasy legalnej. A gdy powstała Polska Niepodległa, stare pokolenie, świadome tego czynu, było już na wymarciu, a młode niewiele, a niekiedy nic o nim nie wiedziało. Przeszłość pozostała nieznana, pokryta pyłem zapomnienia…

Pierwsi jęli się pióra socjaliści-emigranci.

W większości wypadków, znalazłszy się na obczyźnie bez środków utrzymania, szukali zarobku piórem w prasie wychodzącej w kraju. W „Przeglądzie Tygodniowym” zaczynają ukazywać się artykuły S. Diksztejna, K. Sosnowskiego, W. Piekarskiego (W. Rola), E. Przewóskiego, Złotnickiego. Ale były to rozstrzelone próby, zaprzątnięte raczej kwestią zarobku, a potrącające o tematy różnej treści – przyrodniczej, psychologicznej, estetycznej, i tylko przypadkowo podejmujące sprawę społeczną. A w każdym razie nie było tam zamiarów stworzenia stałych ognisk publicystyki socjalistycznej. Myśl w tym kierunku zaczyna kiełkować na dobre w latach 1882-1883 w Warszawie i niebawem zostaje w życie wcielona. Już w r. 1883 „Przegląd Tygodniowy” skupia dokoła siebie całą gromadę młodych pisarzy, którzy imają się pióra z jasno wytkniętym celem – przekształcenia tego pióra w środek agitacji. Obok poprzednich nazwisk ukazują się nowe: B. Białobłocki, St. Krusiński, L. Krzywicki, A. Sąsiedzki, częściowo A. Zakrzewski. Z tego grona wychodzi inicjatywa przekładu Marksa, oraz poniekąd Biblioteki Społeczno-Ekonomicznej (prace Marksa, Engelsa i innych), która ukazywała się w Genewie, ale której wydawnictwa utorowały sobie legalną sprzedaż w kraju. Istnieje nawet zamiar wydawania własnego miesięcznika dla inteligencji i popularnego pisma dla robotników. Schodka Apuchtinowska, pierwszy po r. 1863 objaw masowej i stanowczej opozycji politycznej przeciwko caratowi, a całkowicie wytwór owego prądu opozycyjnego, niszczy te zamiary: rozprasza uczestników, a kiedy po kilku latach mogliby powrócić do kraju, niewielu pozostało przy życiu. Jednak idea pisma opozycyjnego została spopularyzowana – będzie urzeczywistniona w końcu r. 1886 przez zesłańców z pierwszych procesów socjalistycznych, którzy powrócą do kraju i staną w gruncie rzeczy na stanowisku ludowcowym, ale nie wyzwolili się jeszcze od ciążącego na nich pokostu socjalistycznego. Ukaże się „Głos”, początkowo dość chwiejny co do swoich sympatii teoretycznych, ale w polemice, która wywiąże się za sprawą 1 maja po raz pierwszy obchodzonego (1890 r.) i z powodu rozważań nad kwestią włościańską, uświadomi sobie wyraźnie, iż socjalizm jest mu obcy. Tymczasem socjalizm zacznie powoli wycofywać się w tym czasie z „Przeglądu Tygodniowego” i znajdzie przytułek w „Prawdzie”, w której będzie zabierał głos wpływowy aż do początku r. 1901 w liczbie powiększonej. Przybędą Zygmunt Pietkiewicz, L, Winiarski, H. Forsztetter, B. Chrzanowski, A. Drogoszewski, K. Kelles-Krauz, Stanisław Posner, J. Marchlewski i inni. Po r. 1893 byli to z małymi wyjątkami sympatycy świeżo powstałej partii PPS, a niektórzy nawet należeli do liczby czynnych jej członków. Nadto w r. 1891 spróbowano powołać do życia inny, od dawna pielęgnowany zamiar: zaczęto wydawać pismo dla robotników „Tygodnik Powszechny (w charakterze wydawcy podpisywał się Stanisław Narutowicz, straszy brat prezydenta Gabriela), ale już po czterech numerach zostało ono oddane tytułem kary pod specjalnie surową opiekę cenzury, a po czternastym ostatecznie zgnębione; zamknięciu towarzyszyły rewizje u głównych uczestników. I znowu po r. 1900 wypadło szukać gdzie indziej przytułku. Stworzono własną placówkę „Ogniwo” (1903-1905) pismo, które w opinii kół bardziej wyrobionych w społeczeństwie uchodziło za legalną ekspozyturę partii PPS (faktycznymi redaktorami byli: St. Stempowski, St. Posner, L. Krzywicki; jako wydawca podpisywał się L. Niemyski). „Ogniwo” zostało zamknięte w końcu 1905 r. przez ówczesne władze rosyjskie. Taki sam los spotka pismo codzienne „Kurier Codzienny”, kupione przez grono sympatyków PPS w połowie r. 1905; wychodziło ono zaledwie parę miesięcy. Dodać należy, iż rewolucja 1905 r. stworzyła obfitą literaturę czasopiśmienną, poniekąd na pół legalną, ale krótko trwającą, tak samo jak wywalczone naówczas swobody. Dłużej na powierzchni utrzymała się publicystyka socjaldemokratyczna [w znaczeniu: związana z SDKPiL – przyp. redakcji Lewicowo.pl], choć nie miała za sobą tak długiej przeszłości. Między innymi „Głos” po różnych kolejach i zmianach swego kierunku stał się organem, w którym przytułek znaleźli częściowo esdecy, a częściowo anarchizujący pisarze. Zamknięty, odnowił się jako „Społeczeństwo”, ale także upadł pod ciosami władz. Ukazał się i partyjny organ socjal-demokracji („Trybuna” 1910-1911), który niekiedy co parę numerów pojawiał się pod inną nazwą. Najdłużej z placówek legalnych socjalistycznych utrzymało się pismo wychodzące w Wilnie pod faktyczną redakcją Tadeusza Rechniewskiego (1907-1914) „Wiedza”. Pismo to, wciąż zamykane przez władze i wciąż odnawiające się pod inną nazwą, wyznawało poglądy PPS – Lewica.

Rewolucja 1905-1906, która na krótki przeciąg czasu umożliwiła rozkwit wydawnictw socjalistycznych, w tej liczbie prasy, otworzyła również rozległe widnokręgi w zakresie działalności oświatowej.

Po raz pierwszy od wielu dziesiątków lat społeczeństwo polskie, acz na krótką chwilę, uzyskało możliwość oddziaływania na szerokie koła ludności. Wprawdzie w przybliżeniu od r. 1885-1890 rozpoczęto w tym kierunku coraz bardziej napiętą tajną działalność: w Warszawie istniały tajne komplety dla dziatwy warstw pracujących, gromadzące kilka tysięcy uczniów, istniały tajne pensje, Latający Uniwersytet, po wsiach w wielu dworach prowadzono tak samo tajne nauczanie. Czytelnie Dobroczynności zostały również opanowane przez inteligencję radykalną – stały się widownią systematycznego oddziaływania na warstwy robotnicze (nadto istniała niezależnie od nich czytelnia na ul. Żurawiej, zdaje się filia Czytelni Naukowej, gdzie to oddziaływanie było jeszcze systematyczniejsze i pod względem społecznym jaskrawsze). (W końcu r. 1899 żandarmeria dokonała kompletnego pogromu pośród inteligencji radykalnej i socjalistycznej w związku z działalnością Czytelni i wykładami Latającego Uniwersytetu, z pogrzebem Janusza Tańskiego, który stal się wielką manifestacją polityczną, z współpracownictwem w nielegalnej prasie, a przede wszystkim w „Robotniku”. Był to pierwszy czyn świeżo stworzonej „Ochrany” – żandarmeria miejscowa robiła wszystko, żeby skompromitować podczas śledztwa Ochranę, co zresztą nie było trudną rzeczą wobec niedorzecznych niekiedy oskarżeń. Sprawa skończyła się łagodnymi wyrokami.)

Ale była to kropla wody w morzu! Rok 1905 umożliwił istnienie szkół prywatnych z językiem wykładowym polskim, wygłaszanie odczytów itd. Rzuciły się do tej działalności różne partie: ugrupowania zachowawcze i endeckie powołały do życia „Macierz”, demokracja mieszczańska stworzyła „Kulturę”, socjaliści dali początek „Uniwersytetowi dla wszystkich” i częściowo ..Towarzystwu dla nauczania dorosłych analfabetów” – wszystkie te organizacje ogarniały całą Kongresówkę. (Nadto istniały różne towarzystwa lokalne).

„Uniwersytet dla wszystkich” rozpoczyna swoją działalność w grudniu 1905 r. odczytami w Muzeum Przemysłu i Rolnictwa. Program był bardzo obszerny: obejmował wykłady systematyczne i luźne odczyty, otwieranie czytelni i bibliotek, a nawet muzeów, konferencje w sprawach oświatowych, wycieczki naukowe i artystyczne, kolportaż książek (przewodniczącym Zarządu był adw. Marian Zbrowski, sekretarzem Stanisław Kruszewski, przewodniczącym Rady Naukowej L. Krzywicki, sekretarzem T. Rechniewski. Z małymi wyjątkami osoby te zajmowały także stanowiska i w późniejszych instytucjach oświatowych z lat 1905-1914). Wyznaniem jego było hasło: Uniwersytet dla wszystkich powinien być dziełem samych słuchaczy. „Uniwersytet dla Wszystkich… ma na widoku uwzględnienie potrzeb umysłowych ludu pracującego drogą bezpośredniego zetknięcia się z nim w pracy na polu oświaty i kultury. Samopomoc znajduje swe urzeczywistnienie w czynnym współżyciu członków z instytucją”. Stąd podział na dzielnice z przysługującym każdej szerokim prawem inicjatywy; odrębne dzielnicowe „Koła pracy” z delegatami dzielnicowymi na czele; periodyczne zebrania tych delegatów dla omówienia spraw ogólnouniwersyteckich; bezinteresowna pomoc członków Uniwersytetu w biurze głównym i w biurach dzielnicowych, opieka nad lokalami dzielnicowymi; stałe „drużyny gospodarcze” przy urządzaniu wielkich odczytów międzydzielnicowych; „komisje wycieczkowe”; pomoc w kolportowaniu książek; stąd wreszcie zebrania dyskusyjne członków dzielnic celem krytyki działalności Uniwersytetu, ulepszania metod pracy instytucji itp. „Pod względem materialnym dążeniem Uniwersytetu było oparcie bytu instytucji na zasadach samopomocy, a więc nie na ofiarności publicznej, lecz głównie i przede wszystkim na wpływach ze składek członkowskich i opłacalności wykładów i odczytów przez słuchaczy”. Powstanie Uniwersytetu spotkało się z niezmiernie sympatycznym przyjęciem wśród warstw robotniczych. Był to okres wielkiego podniecenia. Reakcja zarówno rządowa, jak i swojska, jeszcze nie ośmielała się przeciwstawić rozmachowi rewolucyjnemu. Rzesze robotnicze w myśl starego Liebknechta, iż „wiedza jest potęgą”, garnęły się w Warszawie zarówno do wyspecjalizowanych systematycznych wykładów, jak i do odczytów luźnie związanych. I prowincja nie omieszkała odpowiedzieć na pobudkę warszawską – powstały oddziały w Będzinie, Dąbrowie Górniczej, Mszczonowie, Płocku, Pruszkowie, Ząbkowicach, Zawierciu. W Warszawie było osiem samodzielnych dzielnic, wykłady odbywały się bądź w wynajętych salach, bądź w salach fabrycznych, a odczyty w Filharmonii gromadziły co niedziela do 2000 słuchaczy (prócz miesięcy wakacyjnych). O rozmiarach działalności świadczy następująca wiązanka liczb:
Rok        liczba członków     liczba godzino-słuchaczy na cyklach wykładów   liczba słuchaczy na odczytach
1906-07             2558                                                      21248                                               46045
1907-08                ?                                                          16028                                                81592

W Warszawie w r. 1907-1908 działało 38 kompletów, w których odbyło się 885 godzin wykładów. Wygłoszono 45 odczytów międzydzielnicowych (w Filharmonii itd.), które Zgromadziły około 50000 słuchaczy, i 22 odczyty w żargonie [jidysz] (około 8800 słuchaczy). Kierowano stroną naukową wykładów na 40-dniowych kursach dla włościan. Jest to jedynie suche wyliczenie, pod którym ukrywa się pełna tętna działalność oświatowa i organizacyjna. Nadto urządzano zwiedzanie wystaw, przy czym Uniwersytet umiał wyjednać opłaty nawet 3-kopiejkowe za wejście na tę lub inną wystawę. Odbywały się wieczory literacko-muzyczne oraz wieczornice w dzielnicach i wycieczki pozamiejskie. Wydawano dwutygodniówkę informacyjną, a podczas odczytów otwierano kolportaż książek odpowiednio dobranych: w ciągu roku było w obrocie 300 tytułów i sprzedano 5390 egzemplarzy. W końcu roku przystąpiono do stworzenia nowych dzielnic w Warszawie oraz oddziałów w Skierniewicach, Łomży, Kielcach. Wysnuwano jeszcze dalsze plany – dwuletnia działalność dała duże doświadczenie i pozwalała z ufnością spoglądać w przyszłość. Świadom swojej odpowiedzialności, a mając do czynienia z przedstawicielami różnych partii robotniczych, zarząd, choć w większości swojej sympatyzował z PPS, przestrzegał uważnie bezstronności – był socjalistyczną wszechnicą nie jednej partii, ale ogółu robotniczego. Ale przed Uniwersytetem zaczęły się piętrzyć inne przeszkody: reakcja powoli podnosiła głowę, fabryki utrudniały urządzanie odczytów w ich murach, na prowincji z ambon występowano przeciw odczytom, sypały się denuncjacje do władz: „przecież my i wy wierzymy w tego samego Boga, więc dlaczego pozwalacie” itd. Dokoła Uniwersytetu zgęszczała się coraz cięższa atmosfera: tropiono działalność nielegalną tam, gdzie nie było dla niej miejsca. A co gorsza, władze zaczynały coraz ostrzej nacierać. Pojawiały się żądania, aby równolegle z systematycznymi wykładami języka polskiego odbywały się wykłady rosyjskiego. Jeszcze później zaczęto się w ogóle czepiać samej zasady wykładów systematycznych.

Ale przede wszystkim rozpoczęły się najścia Ochrany. W maju 1907 r. na jeden z odczytów na Pradze wkroczyło wojsko z policją, strzałami ponad głowami uczestników powstrzymało ich od ucieczki i dokonało rewizji. Gdzie indziej wstrzymywano czynności biurowe, grożono zamknięciem wykładów itd. W r. 1908 jedna z wycieczek, zalegalizowana najformalniej u władz policyjnych, spotkała się z najściem zbrojnym kozaków i agentów Ochrany, ze strzelaniną i aresztowaniem kilku uczestników. Areszty przetrzebiały najgorliwszych uczestników pracy oświatowej. Wreszcie w dniu 25 października 1908 r. zadano cios ostateczny: dokonano rewizji u wszystkich członków zarządu oraz w biurze. Zarząd aresztowano, jak również osoby, które zgłaszały się do biura, a była to niedziela, do biura przychodzono po bilety. Następnego dnia dokonano rewizji w jednym z lokali dzielnicowych. Paru członkom zarządu, mianowicie M. Gomólińskiej St. Kruszewskiemu, Ant. Pawlikowskiemu i M. Sołtanowi kazano opuścić granice Królestwa Polskiego. Czynności instytucji zawieszono. Starania w Petersburgu nie odniosły żadnego skutku i w dniu 9 grudnia 1908 r. zamknięto ostatecznie Uniwersytet dla Wszystkich.

Ubyła placówka, która pozyskała rozległe sympatie wśród robotników, zarówno w Warszawie, jak i na prowincji. Uczestnicy nie dali jednak za wygraną: w swoim zespole zasadniczym podjęli w tym samym duchu działalność oświatową w „Towarzystwie dla kształcenia dorosłych analfabetów”. Towarzystwo to właściwie dotychczas wegetowało: prowadziło w dzielnicach Warszawy nauczanie w zakresie elementarnym, krzewiło zasadę, iż młodzież spośród inteligencji powinna u siebie w domu uczyć czytania parę osób dorosłych (robiono to w wielu miejscach), urządzano luźne odczyty. Chęci nie brakło, ale „Uniwersytet dla Wszystkich” zanadto opanował sytuację i pozostawił „Analfabetom” najmniej wykształcone i bardziej gnuśne odłamy świata robotniczego. Wejście licznych członków zamkniętego Uniwersytetu od razu nadało „Analfabetom” inny rozmach i otworzyło przez główną działaczkę tamtejszą, Marię Rotwandową, możliwości szerszej pracy administracyjno-organizacyjnej. Właściwie cała działalność Uniwersytetu dla Wszystkich wlała się w te nowe tory. Ale takie ożywienie „Analfabetów” rozstrzygnęło o jego losach: Towarzystwo niebawem, tj. po kilku miesiącach, zostało również zamknięte. Naówczas zarządy i uczestnicy obu zamkniętych instytucji – zresztą nie wszyscy, wielu odpadło przy tych zatargach – zwrócili się do „Towarzystwa Kultury Polskiej”. Ta instytucja oświatowa, powołana do życia z inicjatywy Al. Świętochowskiego, wciągnęła do siebie ów odłam inteligencji, który na polu politycznym występował pod nazwą demokracji postępowej. „Kultura Polska” dotychczas rozwijała względnie skromną działalność: brak w niej było tych akcentów, które przemówiłyby do rozległych rzesz robotniczych i je pociągnęły. Wejście rozbitków z Uniwersytetu dla Wszystkich i od Analfabetów nadało inny polot tej działalności. Powstał w Kulturze najpierw piąty oddział pod nazwą „Systematycznych Kursów Przyrodniczo-Matematycznych” (zorganizował się w dniu 5 maja 1909 r.), a jeszcze później szósty na Bródnie. I tutaj nic się nie zmieniło w sposobie działalności, ani w założeniach społecznych dawnych członków Uniwersytetu dla Wszystkich: takie same odczyty w Filharmonii i na dzielnicach, ale tętno działalności mocno osłabło – dawało się odczuć, iż apatia ogarnia rzesze robotnicze, które, przegrawszy walną bitwę o prawa polityczne, utraciły na razie wrażliwość i na sprawy oświaty. O tym wybornie świadczyły odczyty w Filharmonii: zamiast dawnych kilkunastu setek słuchaczy, średnia liczba uczestników na odczytach nie przewyższała 500 osób. Ogółem w ciągu pierwszego roku wygłoszono odczytów i pogawędek 385 przy 20000 słuchaczy. W ten sposób przetrwano lata 1909, 1910, 1911 i 1912. Wybory do Dumy państwowej, kiedy jako poseł Warszawy został wybrany głosami ludności starozakonnej socjalista Jagiełło i kiedy z tego powodu ogłoszono bojkot Żydów, stworzyły, a raczej spotęgowały istniejące w „Kulturze Polskiej” rozdźwięki. Zaczęła się mścić ta okoliczność, iż członkowie piątego i szóstego oddziału gospodarowali nie we własnej instytucji, a byli na pokomornym w Towarzystwie, którego Centrala hołdowała innym zapatrywaniom natury społecznej, a poniekąd i politycznej. Wydział V (wydział VI zresztą solidaryzował się z nim we wszystkich jego posunięciach) wywalczył sobie rozległą autonomię i właściwie szedł swoją drogą, niezbyt oglądając się na Centralę. Nadto w działalności swojej zbyt podkreślał swoje przekonania, ażeby obeszło się bez wzrastającego rozdźwięku pomiędzy nim a zarządem głównym. Oba oddziały miały zbyt wyraźne piętno socjalistyczne, ażeby nie zwracała się ku nim również uwaga władz i nie budziła obaw w zarządzie głównym, a jeszcze częściej nie dostarczała mu pretekstu do takich obaw. W końcu dołączyła się jeszcze jedna okoliczność – wykłady w żargonie dla ludności starozakonnej, które drogą naturalnej spuścizny przeszły z Uniwersytetu dla Wszystkich do V oddziału. Już po wyborach do Dumy, gdy wysunięto hasło bojkotu Żydów i hasło to zaczęło zataczać coraz szersze kręgi i przybierało charakter coraz namiętniejszy, wielu zamożniejszych członków wycofało się z V oddziału. Wprawdzie napływali nowi spośród robotników, ale ta okoliczność nadawała jeszcze ostrzejsze piętno stanowisku V oddziału. W końcu doszło do stanowczego zatargu pomiędzy głównym zarządem a obu oddziałami – dały się słyszeć pogróżki, iż główny zarząd zamknie te oddziały. Wreszcie na walnym rocznym zebraniu (w dn. 26 stycznia i 16 lutego 1913 r.) namiętności starły się z całą mocą i odbył się ostry pojedynek pomiędzy socjalistami a demokracją postępową. Jądrem rozprawy stała się kwestia żydowska – na razie, na pierwszej sesji walnego zebrania zwyciężyły oddziały opozycyjne, ale świadome, że wzięcie w swoje ręce Towarzystwa doprowadzi do jego natychmiastowego zamknięcia, nie chciały skorzystać ze swojej przewagi. Lecz walka ta wydała swoje wyniki: zanadto głośno było o niej w Warszawie. Władze rosyjskie, zawsze chętne do duszenia wszelkiej inicjatywy oświatowej polskiej, wolały nie odróżniać parszywych owiec od zdrowych, oświaty socjalistycznej od mieszczańskiej i zamknęły instytucję w bardzo krótkim odstępie czasu po walnym zgromadzeniu.

Z zamknięciem „Kultury Polskiej” skończył się wielki rozmach socjalistycznej działalności oświatowej. Los taki, choć w różnym czasie, dotknął i inne instytucje oświatowe. Zaczęto je zamykać nie tylko dlatego, że były socjalistyczne, ale również z tej przyczyny, że były polskie, jak np. Macierz. Ucierpiała więc działalność w Łodzi, około której zwłaszcza żywo krzątał się dr M. Kaufman. W Żyrardowie, gdzie posiew rzucił późniejszy pierwszy minister pracy i opieki społecznej Kunowski i gdzie powstały pierwsze ciekawe próby kooperacji piekarnianej i oświatowej, szykanowanie tych instytucji posuwało się tak daleko, iż kolejno aresztowano zarząd po zarządzie tylko dlatego, że były zarządami. Wprawdzie sama działalność oświatowa socjalistyczna nie ustaje, ale z jednej strony będzie miała do zwalczania coraz cięższe warunki pod względem policyjnym, a z drugiej wśród robotników słabnie coraz bardziej rozmach społeczny z lat 1905-1908 w ogóle, entuzjazm zaś oświatowy w szczególności. Już poprzednio w sprawozdaniu V oddziału Towarzystwa Kultury Polskiej za rok 1911 pisano: „Odczuwać się daje dotkliwy brak sił młodych, rozpoczynających z zapałem życie samodzielne, starsi zaś, przeważnie wyczerpani, żyją wspomnieniami tylko bądź ostatnich, bądź dawniej minionych lat, inni uważają, że w warunkach obecnych nie warto zajmować się pracą społeczną, nieświadomi (lub udający nieświadomych), iż jest to tylko chęć rozgrzeszenia się z bezczynności”. W każdym razie rozpoczęto starania ze strony działaczy oświatowo-socjalistycznych o legalizację nowego towarzystwa u władz Ministerstwa Finansów, które było o wiele liberalniejsze od innych ministerstw. Towarzystwem tym było „Towarzystwo szerzenia wiedzy handlowej i przemysłowej”, zatwierdzone dnia 8 kwietnia 1913 roku – pod taką prawomyślną nazwą umieszczoną w statucie, rozpoczęto działalność, zakreślającą sobie ten sam program, co w Uniwersytecie dla Wszystkich. Członkowie V oddziału Kultury Polskiej, dobrze odczuwając przykre skutki siedzenia na pokomornym w instytucji odmiennych poglądów, już w końcu r. 1909 zwrócili się o zalegalizowanie tego nowego Towarzystwa, ale musieli czekać lat parę, zanim to nastąpiło. Już od początku zamiarom oświatowym tej nowej placówki w poprzek stanęły władze administracyjne: nie pozwoliły na urządzanie wykładów systematycznych bez specjalnego przyzwolenia z Petersburga. Trzeba było rozbić te wykłady na odczyty (np. z fizyki), wiążące się z sobą. W pierwszym roku działalność była słaba, w drugim zaczęła się rozwijać w sekcjach, nielicznych odczytach publicznych (w liczbie 30 przy 1496 słuchaczach) i wreszcie podczas cotygodniowych wieczorów dyskusyjnych. Ale oświatowa działalność została odsunięta na plan dalszy. Do Towarzystwa wtargnęły rozdźwięki partyjne – mówimy o partiach socjalistycznych. Tarcia istniały już w V oddziale. Przedstawiciele Socjaldemokracji byli stale w opozycji do zarządu. Obezwładniano tę opozycję przez powoływanie jej przedstawicieli do zarządu. Ci niebawem poddawali się nastrojowi pracy oświatowej i stawali się z kolei przedmiotem napaści ze strony swoich towarzyszy partyjnych. Ale rozdźwięki te toczyły się w sposób łagodny. Natomiast „Wiedza” stała się widownią ostrzejszych zatargów. Zatargi te sprawiły, że już w r. 1914 kierunek sympatyzujący z PPS przeniósł swoją działalność oświatową do organizacji założonej dla uchodźców z Kalisza, a po wejściu Niemców skorzystał z istniejącego chwilowo braku władz i ukonstytuował się jako „Uniwersytet Ludowy” – władze niemieckie nie dochodziły dróg, jakimi powstał i przyjęły go jako spuściznę już zalegalizowaną przez władze rosyjskie. „Wiedza” pozostała przy esdekach. Wybuch wojny narzucił jej nieco inną działalność – powstaje konieczność organizowania kuchni robotniczych (istniejąca kuchnia wydawała w końcu 1914 r. 510 obiadów dziennie). Uniwersytet Ludowy przetrwał czasy okupacji niemieckiej i doczekał się Niepodległej Polski.

Ludwik Krzywicki
______________________________________
Powyższy tekst, pierwotnie sygnowany tradycyjnym pseudonimem autora z czasów zaborów – K. R. Żywicki, opublikowano w „Księdze Jubileuszowej Polskiej Partii Socjalistycznej 1892-1932”, Spółka Nakładowo-Wydawnicza „Robotnik”, Warszawa 1933. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Warto przeczytać także:

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *