Cecylia Walewska

Dr Zofia Daszyńska-Golińska

[1930]

Umysł niezwykle ruchliwy, czujny na najżywotniejsze zagadnienia społeczne. Zajmowało ją i zajmuje zawsze wszystko. Nauki ścisłe, poezja, sztuka, literatura, polityka i całokształt kwestii socjalnych.

Młode dziewczątko – już marzyło o skończeniu uniwersytetu i, mianowicie, wydziału matematycznego. Później przyszły inne zamierzenia. Nędza i przepracowanie warstw robotniczych zwróciły ją ku naukom ekonomiczno-społecznym. A ponieważ nikt nigdy nie stawiał jej oporu, ponieważ już w dwunastym roku życia umiała narzucać wolę swoją rodzicom i najbliższemu otoczeniu, podróżowała sama, kierowała losem swoim według własnych upodobań, więc, otrzymawszy bardzo wcześnie maturę gimnazjalną w Warszawie, wyjechała do Zürichu, gdzie po skończeniu wydziału filozoficznego i obronie rozprawy „Zürichs Bevölkerung im XVII Jahrhundert” (Zaludnienie Zürichu w XVII w.) otrzymała doktorat. Studia ekonomiczno-socjologiczne odbywała pod kierunkiem prof. Simmla, Ad. Wagnera i Seringa w Berlinie, gdzie równocześnie przez trzy semestry prowadziła wykłady w Humboldsacademie i wydawała prace z zakresu ekonomii społecznej, polityki gospodarczej, a także monografie w kwestiach robotniczych, demograficznych, społecznych.

Za granicą spotkała się z dziełami Nietzschego, który ją olśnił. Zmorą badawczego, refleksyjnego umysłu stał się odtąd paradoks – pogodzenie teorii socjalistycznych z przesłankami nadczłowieczeństwa.

Pisze broszurę „Nietzsche i Zarathustra”. Jedna z pierwszych toruje w Polsce drogę genialnemu poecie, artyście, myślicielowi, który w zapatrywaniach jej wywołał przełom zasadniczy. Po wmyśleniu się w teorie filozofa i rozważeniu ich pod kątem zjawy bytu, a także stosunków ogólnoludzkich, była marksistka doszła do wniosku, że rewolucjonizm nie może być głównym czynnikiem niezbędnych reform społecznych. Podstawą dalszych jej założeń stał się odtąd ewolucjonizm i polityka społeczna.

Poznałam Daszyńską w fazie wmyślania się jej w filozofów XIX stulecia. Było to w warunkach niezbyt sprzyjających refleksjom. Ale umysł uczonej ekonomistki nie wypoczywał nigdy. Z Schopenhauerem w jednej kieszeni palta, z Nietzschem w drugiej „zgarnięto” ją razem z trzystu innymi uczestnikami pochodu na Wąski Dunaj przed Dom Kilińskiego w 1894 r. po uroczystym nabożeństwie w Katedrze św. Jana, na pamiątkę stuletniej rocznicy obrony Warszawy.

W wielkiej izbie więzienia kobiecego na Złotej, gdzie teraz jest szpital, między aresztantkami odsiadującymi karę za złodziejstwo, fałszerstwo, mord dzieci nieślubnych, znalazłyśmy się tak niespodziewanie, jak niespodziewanym był cały ten dzwon na alarm i rozgłos, nadany spokojnej, skupionej manifestacji serc, pragnących oddać cześć dzielnemu szewcowi, a nade wszystko przypomnieć Warszawie, że był taki jeden rycerzyk staromiejski, który wolał przelać krew za Polskę i stworzyć hufiec obrońców, aniżeli zatarasować się w mieszkaniu bezpiecznie, robić buty i czekać, co będzie.

Pamiętam dobrze drobną, wiotką sylwetkę o subtelnych rysach twarzy, przypominających raczej portret Greuze’a lub Vigée Lebrun aniżeli twardą suchość linii głów uczonych. Mówiła nam o filozofii. Mówiła o studiach swoich i podróżach. Mówiła tym swoim równym, dźwięcznym głosem, jakim wygłaszała odczyty, pogadanki, wykłady. Już nie słyszałyśmy piekielnych wrzasków aresztantek, wymyślających sobie, dozorcom, naczelnikowi więzienia. Myśl biegła w krainę abstraktu, zabijając, jak zjadliwego bakcyla, obmierzły konkret. Któraś z młodych „politycznych” podeszła na palcach z tyłu do zapalonej prelegentki. Wyjęła nieznacznie wszystkie szpilki z upiętych dokoła głowy grubych warkoczy, rozplotła je i obrzuciła siedzącą statuetkę płaszczem, zza którego wyjrzały tylko wielkie, zdziwione szafirowe oczy.

Śmiech i radość „politycznych” zagłuszył jazgot „kryminalistek”, pokłóconych o jakąś „wałówkę”. Tego dnia jeszcze rozsadzono nas grupami po celach. Skończyły się prelekcje, ale moment został.

Nietzsche, twarzyczka Greuze’a i… feminizm!…

Bo Daszyńska – jedna z pierwszych, zaciągnęła się pod sztandar Kuczalskiej-Reinschmit.

Jakżeż to? Kult najzacieklejszego pogromcy rodu niewieściego i… hasła feminizmu? – „Z batem do kobiety, tej megery albo sługi, dzikiej bestii albo suki pokornej!…”. Pokłon satrapie?…

W pierwszym szale oczarowań przebaczyła Daszyńska Nietzschemu tę sataniczną nienawiść. Poświęciwszy mu książkę, przestała myśleć o nim i jego paradoksach. Został tylko ów głęboki przełom jej duszy – ewolucjonizm jako kanon społeczny na miejsce rewolucjonizmu.

Takie przełomy miewała Daszyńska od dziecka, jak każdy bujny, niecierpliwy, wszystko chłonny umysł, pędzony głodem wrażeń, głodem nowych prawd i namiętnym łaknieniem poznawania nowych dróg.

Pobożna, aż do bigoterii, rozegzaltowana dziewczynka, już jako podlotek zaczęła szukać rozumowych podstaw dla prawd swoich.

Współczucie dla nędzy proletariackiej pcha ją w marksizm. Nadczłowieczeństwo Nietzschego, przepracowane, przewartościowane, przepuszczone przez wszystkie filtry myślowe, zwraca ją ku ewolucjonizmowi. A potem przychodzi już spokojne, mocno refleksyjne, choć zawsze na podłożu uczuciowym oparte ujęcie najgłębszych, najtrudniejszych do rozwikłania zagadnień.

W powstanie nadczłowieka uwierzyć nie mogła, bo wszak typ ludzki w bardzo mało zmiennej formie prometeizmu, etyki, zwierzęcych instynktów trwa od wieków. W najdzikszych i najkulturalniejszych środowiskach są bohaterzy idei, wielcy ofiarnicy, głosiciele niebosiężnych prawd. I – jest zwierzę ludzkie, przed którym anioła ziemskiego może obronić tylko prawo i ścisłe przestrzeganie kanonów etycznych. Walkę wypowiedzieć należy zarówno złym ustrojom społecznym, jak i żmijom tych pokus, które czyhają na ludzi słabych, żeby rozpętać w nich dzikie bestie.

Alkoholizm – jedno z najliczniejszych źródeł nieszczęścia i klęsk. Zwalczać go!…

Staje się gorliwą prozelitką abstynencji. Przemawia na kongresach antyalkoholowych, organizuje wiece, zawiązuje stowarzyszenia – członek honorowy Eleuterii i Przyszłości.

Wiąże się ta sprawa ściśle z działalnością w sferach robotniczych, najbardziej podatnych do rozwielmożnienia się nałogu pijaństwa. A ze sprawą robotniczą i z antyalkoholizmem łączy się wszystkimi węzłami sprawa kobieca.

Tylko rozumna, uświadomiona, usamodzielniona, zrównana we wszystkich prawach z mężczyzną żona, siostra, matka może oddziaływać etycznie na męża, brata, syna, który niższą od siebie istotę depcze i lekceważy moralnie.

Kwestia kobieca więc stała się zagadnieniem, które nie przestaje zajmować Daszyńskiej po dzień dzisiejszy. Podnosi sprawę w prasie bieżącej, w przemówieniach na wiecach publicznych i kongresach międzynarodowych. Poświęca jej oddzielne broszury („Współczesny ruch kobiecy wobec kwestii robotniczej”, „Prawo wyborcze kobiet”). Porusza ją w ulotkach, ankietach, wtrąca epizodycznie do różnych prac swoich naukowych.

Bardzo znamiennym i cennym nabytkiem jest zbroszurowany odczyt „Kwestia kobieca a małżeństwo” wydany przez Polskie Towarzystwo Eugeniczne.

Zajmuje Daszyńska stanowisko niezwykle rozważnego, czujnego na wszystkie przejawy stosunków społecznych badacza, który – wpadłszy w pełny nurt rwącego strumienia – nie da porwać się ani na prawo, ani na lewo. Patrzy, stwierdza, notuje, wyciąga doraźne wnioski, przepowiada i – czeka.

Kwestia kobieca – według niej – „nie może kroczyć pod znakiem zniesienia dziejowej krzywdy. Nie krzywda jednostek, ani pokoleń, lecz dorobek kulturalny, zubożony o całą sumę wartości, jakie wnieść powinna kobieta, domaga się urzeczywistnienia żądań kobiecych”.

Podkreślając, że w dziedzinie zarobkowania pokierowało sprawą kobiecą życie samo, zaznacza doniosłą rolę, jaką odegra kobieta przy racjonalnym kształtowaniu się ustroju demokratycznego, „tej najwyższej, ale równocześnie najtrudniejszej koncepcji politycznej i społecznej, która musi oprzeć się na wydatnym, szybkim postępie umysłowo-etycznym”. Dotychczasowa kultura męska nie potrafiła rozwiązać tego dylematu. Do pomocy stanąć muszą kobiety i zużytkować tkwiące w ich duszy wartości nowe, ale wypróbowane na forum uczuciowego, rodzinnego, towarzyskiego życia.

Uważa Daszyńska, iż nic dziwnego, że równe prawa i obowiązki obu płci dochodzą w naszych czasach do szybkiej realizacji, gdyż „leżą w tendencji historycznej”.

Sprawę małżeństwa podciąga pod grupę zagadnień, od rozwiązania których zależy nie tylko charakter przyszłej ludzkości, ale i ustosunkowanie jej liczbowe. Kobieta ocknęła się dziś, jako silna osobowość o skrystalizowanej woli i zdecydowanym programie. Nie chce być nadal tylko „narzędziem rozrodczym i maszyną do pracy”. Odczuwa swe prawa do indywidualnego bytu.

„Im więcej rozwiniętą umysłowo i wyższą moralnie będzie kobieta, tym silniej odczuje odpowiedzialność za człowieka, którego jest matką. Mierzy zatem swą możność. Chce urodzić dziecko zdrowe i zdolne do życia, wychować je. I tylko w miarę tej możności zjawia się istotne, rozumne »pragnienie dziecka«”.

„Wchodzimy więc w okres świadomego przyrostu ludności, uniezależnienia go od liczby małżeństw. Trzeba się z tym pogodzić i liczyć”.

Ale „dzieci są dalszym ciągiem pokolenia żyjącego. Mężczyzna i kobieta pragną je pozostawić. Będzie to ich duszą, nadzieją i pociechą w chwili starości i śmierci, tym większą i bardziej upragnioną, jeżeli nie instynkt, lecz świadoma wola, staje się przyczyną zjawienia istoty nowej, kontynuacji ich istnienia – dziecka”.

„Udział kobiety w życiu publicznym przyczyni się do przekonania, że pozostawienie zdrowego, dzielnego fizycznie, moralnie i umysłowo potomstwa jest jej obowiązkiem obywatelskim. A wtedy małżeństwo w dobie równouprawnienia spełni swoje zadanie może lepiej niż w okresie, gdy jedynym celem kobiety było macierzyństwo”.

„Małżeństwo, trwały związek dwojga ludzi, nie jest dziś tym, czym być powinno”. Brak tej spójni, tej łączności zainteresowań i ideałów, które usuwają drobne nieporozumienia w sprawach codziennych. A „im szybsze tempo życia, tym silniej odczuwa jednostka kulturalna konieczność tej spójni i wypoczynku w obrębie domowego ogniska”.

„Małżeństwo jutra będzie bogatsze w te spójnie, o ile mężczyzna i kobieta zrozumieją, że ponad drobne cele indywidualne postawić trzeba wysoki ideał dobra powszechnego”.

Takie jest credo Daszyńskiej w sprawie kobiecej i małżeńskiej. W poglądach z dziedziny ekonomii społecznej zbliża się do szkoły historycznej i do radykalnego odłamu polityki socjalnej.

***

Jak większość naszych uczonych i bojownic o nowe hasła, zdumiewa Daszyńska ogromem trudu roboczego. Ma za sobą kilkadziesiąt prac naukowych w polskim, niemieckim i francuskim językach. Największe i najważniejsze: dwutomowa „Ekonomia społeczna” (1906/7 r. dwa wydania), „Rozwój i samodzielność gospodarcza ziem polskich” (1914 r.), „Z badań nad zagadnieniami ludności”, „Nauka ekonomiki społecznej w Polsce”.

Poza tym większe i mniejsze prace poświęciła sprawie rolnej, robotniczej, socjalnej. W latach 1912-1916 redagowała „Bibliotekę dzieł ekonomiczno-społecznych” (Warszawa, Nakładem Arcta) i wydała jedenaście tomów prac wybitnych ekonomistów polskich, zaopatrując każdą książkę wstępem, przeważnie swego pióra.

W pracach z dziedziny polityki gospodarczej pierwsza spośród ekonomistów naszych stanęła nie tylko na stanowisku samowystarczalności ziem polskich, ale na twardym założeniu, że pomimo bolesnego podziału politycznego wszystkie trzy zabory winny stanowić całość gospodarczą i dopełniać się wzajemnie.

***

Publicystyka, katedra profesorska (wykłada w Warszawskiej Wolnej Wszechnicy ekonomię polityczną), mównice publiczne w kraju i za granicą na wielkich międzynarodowych kongresach, gdzie zabiera głos jako przedstawicielka różnych polskich stowarzyszeń i organizacji, nie wystarczają tej bujnej duszy i wrażliwemu na tętno potrzeb narodowych instynktowi społecznemu. Walczy zapamiętale piórem i żywym słowem w obronie wszystkich niezbędnych reform społecznych. Z chwilą wybuchu wojny zostaje czynnym członkiem Ligi Kobiet. W chwilach organizowania biurowości naszej staje na czele referatu Ochrony Pracy Kobiet i Młodocianych w Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej. Wkłada w trud podjęty wiele inicjatywy, energii, dobrej woli, idąc po linii dawnej swej działalności, którą ze szczególnym umiłowaniem poświęcała zawsze kwestii kobiecej.

W tym okresie powstała książka jej „Praca”, która stanowi niezbędny podręcznik dla tych, co pragną zapoznać się z ustawodawstwem pracy, wniknąć w jej dzieje i socjologiczne podstawy, zbadać wszystkie, związane z nią zagadnienia.

Podczas inwazji bolszewickiej jeździ na przyfrontowe pozycje dla rozdawania paczek żołnierzom. Pomaga w organizacji pomocy dla wojska. Kwestuje. Przyłącza się do współpracy z różnymi instytucjami, mającymi na celu budowanie Polski.

Nie odmawia nigdy udziału tam, gdzie widzi się potrzebną. Między godziny robocze, którymi wypełniony jest dzień jej po brzegi, umie zawsze wcisnąć jakąś jedną, żeby przemówić bądź na cel dobroczynny, bądź w sprawie oświatowo-społecznej. Obdarzona darem słowa, logiką ujmowania jądra zagadnień i talentem popularyzatorskim, umie być rozumianą zarówno przez inteligentów, jak i analfabetów. Stąd wielka jej wziętość jako prelegentki. Stąd wielkie zasługi, jakie położyła na polu torowania dróg nowym hasłom, do których jeszcze tak niedawno należało żądanie równouprawnienia kobiet.

Dr Daszyńska była jedną z pierwszych kobiet udekorowanych za pracę swoją naukową i obywatelską Krzyżem Oficerskim „Polonia Restituta”. W marcu 1928 r. została powołana do Senatu.

Cecylia Walewska
________________________
Powyższy tekst to rozdział książki Cecylii Walewskiej pt. „W walce o równe prawa. Nasze bojownice”, wydane staraniem redakcji „Kobiety Współczesnej”, Warszawa 1930. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Publikowaliśmy już kilka tekstów Zofii Daszyńskiej-Golińskiej:

Przed jutrem. Współczesny ruch kobiecy wobec kwestii robotnic (odczyt) [1897]
Domy ludowe [1909/1913]
Nowe prądy w ustawodawstwie robotniczym [1924]
Przez kooperatywy do przyszłego ustroju [1921]
Przyszłość w zwierciadle syndykalizmu [1922]
Ubezpieczenia społeczne [1929]
Co zapowiada nowy socjalizm [1900]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *