Stefan Czarnowski

Zajścia antysemickie w szkołach wyższych

[1936]

Normalne funkcjonowanie nieomal wszystkich szkół akademickich w Polsce jest zakłócane wybuchającymi to tu, to tam zaburzeniami antysemickimi o charakterze bardzo brutalnym, uwłaczającym zarówno godności nauki, jak tych, którzy winni być tejże nauki szerzycielami – ciała profesorskiego i władz akademickich. Pomijamy kwestię, czy zaburzenia te uwłaczają również godności ich sprawców; wątpimy bowiem w to, czy młodzieńcy napadający znienacka w kilku na jednego, okładający bezbronnych – nie wyłączając kobiet – laskami, kastetami i schowanymi w teczkach odważnikami, kopiący i depczący obalonych, urządzający prawdziwe polowanie na ludzi po podwórzach, korytarzach i pracowniach uczelni – wątpimy w to, by wyobrażenia ich o godności własnej odpowiadały ogólnie uznanym w tym świecie, który sam siebie nazywa cywilizowanym. Jakkolwiek jest, uważam za swój obowiązek zabrać głos publicznie w tej materii, korzystając z uprzejmości redakcji „Głosu”. Skłania mnie do tego fakt, że zarówno bezpośrednie ofiary rozruchów, jak pośrednie, zarówno bita i poniewierana młodzież żydowska, jak i nie mogąca mimo szczerych chęci studiować spokojnie znaczna część potępiającej rozruchy młodzieży chrześcijańskiej, mają prawo oczekiwać od profesora wyższej uczelni, że zajmie wyraźne stanowisko. Skłania do wypowiedzenia się także charakter rozruchów tegorocznych. Albowiem, mimo że w latach ubiegłych wybuchały one niejednokrotnie i bywały niemniej gwałtowne – zachodziły nawet wypadki większej jeszcze brutalności – to ekscesy tegoroczne odsłoniły właściwe oblicze ruchu, którego są wyrazem.

W samej rzeczy jeszcze niedawno ktoś, mający dobrą wolę ku temu, mógł przypuszczać, że ma się do czynienia z wyrazem trudnych do uniknięcia tarć pomiędzy dwoma odłamami młodzieży wychowanymi od dzieciństwa ze starannym unikaniem wszelkiego kontaktu. Szkoły odrębne, tradycje różne, atmosfera otoczenia materialnego i duchowego, działająca w kierunku wytworzenia postaw i typów odmiennych – są to fakty, z którymi wypada się liczyć przy ocenie podłoża konfliktu.

Większość znaczna młodzieży chrześcijańskiej wzrosła w środowisku tzw. inteligencji zawodowej albo gospodarczo czynnego drobnomieszczaństwa. W jednym z nich żywe są jeszcze tradycje szlachetczyzny: Żydowi żyć wolno, aby się nie ,,pchał”, aby był pokornym i usłużnym, aby poza tym dobrze wiedział, że miejsce jego jest poza właściwym społeczeństwem. W drugim wypadku – niechęć do Żyda i pogardliwy lęk przed nim. Przypisywanie Żydom jakiejś doprawdy satanicznej roli w życiu zbiorowym jest starą tradycją mieszczańską. Rzecz oczywista, że jedno i drugie ugruntowane jest konkurencją kupiecką, rzemieślniczą, zawodową, ale można było się łudzić, że konflikty wybuchają na tle starcia się dwóch typów duchowych. Z jednej strony – młodzież głęboko przeniknięta poczuciem, że Polska – to ona i że Żyd w Polsce to tylko tolerowany dodatek. Z drugiej – młodzież żydowska, dążąca do zdobycia sobie miejsca w społeczeństwie, przewrażliwiona w poczuciu swojej niższości społecznej i tym samym częstokroć odznaczająca się tzw. hucpą – specyficzną, sztuczną pewnością siebie. Oba te odłamy znajdują się nagle, po maturze, w bezpośrednim kontakcie w tych samych audytoriach i pracowniach. Żąda się od nich, by pracowali razem i by wytworzyli między sobą stosunki prawdziwie koleżeńskie. Nie dziw, że to „koleżeństwo” przybiera częstokroć formy sprzeczne z ogólnie przyjętym znaczeniem terminu i że starcia wybuchać mogą. Niemniej prawdą jest, że zarówno czynniki wychowawcze – mamy na myśli ciało nauczające i władze akademickie – jak i przede wszystkim czynniki polityczne, nie tylko nie uczyniły nic dla złagodzenia tarć, ale uczyniły wszystko, co mogło je zaostrzyć.

Nie chcemy i nie mamy prawa pomawiać władz akademickich ani ogółu profesorów, by choćby w głębi serca ekscesom sprzyjali. Przeciwnie, jesteśmy głęboko przekonani, że potępiają je szczerze. Żaden profesor, żaden członek senatu akademickiego, żaden rektor nie będzie patrzył inaczej, jak z obrzydzeniem na wywlekanie gwałtem i bicie słuchaczów i słuchaczek z jego audytorium, na wpadanie rozwrzeszczanej tłuszczy do jego pracowni i wypędzanie z niej Żydów i Żydówek kułakami i pałkami. Wszak są to ludzie kulturalni. Ale są miękkiego serca. Ta „miękkość serca” wychowawców dla wychowanków jest tak wielka, „wyrozumiałość” dochodzi do tego, że narzuca się wniosek, iż ci, w których władzy byłoby ekscesom zapobiec – których to było obowiązkiem moralnym i ustawowym – w cichości ducha sprzyjali celom awanturników, a potępiali tylko metody. Jakżeż sobie wyjaśnić inaczej takie fakty, jak wyznaczenie osobnych ławek dla studentów Żydów na Politechnice Lwowskiej? Rzecz obojętna, za czyim zarządzeniem to się stało – władz akademickich czy poszczególnych profesorów. Dość, że dla tzw. świętego spokoju wprowadzono w życie i powagą profesorską usankcjonowano poniżenie mniejszości słuchaczów na żądanie nacjonalistycznych bojców. W innych uczelniach wielu profesorów dziwnie głuchnie i ślepnie, gdy podczas przerwy Żydzi wypierani są z miejsc. Krzyki nie są widocznie w stanie przeniknąć do pokoju profesorskiego. Aby podczas wykładu był spokój… Ciekawym jest przy tym, że wszystkie wybryki uchodzą bezkarnie. Żadnego z awanturników nie chwyta się nigdy lub prawie nigdy nawet wówczas, gdy ofiarą napaści jest nie student, ale profesor. Kuratorzy organizacji studenckich używają wprawdzie swego prawa do cenzurowania uchwał politycznych tychże organizacji, do czego zmuszają ich ustawa i przepisy ministerialne. Nie uważają jednak za „polityczne” uchwał wymierzonych przeciwko studentom innej narodowości lub wyznania, choćby wprowadzenie tych uchwał zmieniało faktycznie statut organizacji. W ten sposób bowiem, drogą nieuchylonych przez kuratorów uchwał walnych zebrań odpowiednio „obstawionych”, Bratnie Pomoce wyłączyły ze swego grona kolegów niechrześcijan i bezwyznaniowców. Nie inaczej stało się z długim szeregiem kół naukowych, które ze statutowo powszechnych stały się wyłącznie chrześcijańskimi. Dziś – poza bardzo już nielicznymi kołami naukowymi – mamy w uczelniach naszych wprowadzone getto organizacyjne, po którym nastąpi niewątpliwie getto przestrzenne w audytoriach i pracowniach, o ile tylko ciało profesorskie i władze akademickie trzymać się będą w dalszym ciągu polityki chowania głowy w piasek dla niedrażnienia „młodzieży”. Wyraz „młodzież” bierzemy tu w cudzysłów, chodzi bowiem w rzeczywistości bynajmniej nie o całą młodzież, ale o tę jej część nieliczną, nacjonalistycznie aktywną, która – opanowawszy organizacje i terrorem narzucając reszcie swą wolę – uzurpowała sobie prawo przemawiania w imieniu ogółu młodzieży polskiej i dzisiaj faktycznie decyduje o tym, czy uczelnie wyższe będą funkcjonować, czy nie.

O cóż chodzi tej pajdokracji, aroganckiej na zewnątrz – w stosunku do władz akademickich, terrorystycznej i demagogicznej na wewnątrz – w stosunku do ogółu młodzieży? Uchwały krakowskiego zjazdu Bratnich Pomocy nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do celów bezpośrednich. Chodzi po prostu o wyłączenie zupełne Żydów ze wszystkich uczelni akademickich i tym samym o zapobieżenie konkurencji we wszystkich dziedzinach życia zawodowego, do których przygotowują studia wyższe. Ale chodzi tu o coś więcej: o faszyzację całego życia społecznego w duchu hitlerowskim.

Dowodem tego ideologia, a raczej zbiór demagogicznych haseł racjonalnie z sobą nie powiązanych, ale grających na wzruszeniach masy, słowem to, co od czasów Fichtego i Carlyle’a – przeszedłszy przez takich minorum gentium myślicieli, jak pastor Stöcker i Joe Chamberlain – stanowi źródło ideologiczne nacjonalizmu niemieckiego i jego polskiej adaptacji endeckiej. Mamy tu zarówno wyobrażenie „Ducha Narodu” wyrażającego się w tegoż narodu dziejach i mimo ich zmienności wieczyście tożsamego, jak i obawę przed jego skalaniem przez rzekome rozkładowe wpływy obce, jak głośno wyrażaną odrazę do mieszczańskiego liberalizmu i humanitaryzmu, jak proklamowanie walki z kapitalizmem i jednoczesne zwalczanie faktyczne socjalizmu we wszelkich jego odmianach, jak wreszcie wyszukiwanie szatańskiego sprawcy wszelkiego złego – w obu wypadkach Żydów, których obarczywszy grzechami własnymi i cudzymi dość będzie pognębić, by przywrócić przychylność bożą wybranemu narodowi. Nie mamy zamiaru dociekać na tym miejscu, w jakiej mierze geneza całej tej ideologii wywodzi się – jeśli chodzi o ujęcie doktrynalne – od Izraela poprzez protestantyzm niemiecki i purytanizm angielski, przepuszczone przez filtr romantyzmu. Wystarczy stwierdzić, że ideologicznie ruch antysemicki młodzieży akademickiej nic nie ma w sobie swoistego, co by było właściwością młodzieży, uzasadnioną warunkami jej życia. Mamy do czynienia po prostu z zastosowaniem „ideologii narodowej” na terenie światka akademickiego.

Zastosowaniem praktycznym. I w tym właśnie tkwi jądro zła, nie zaś w tym, że część młodzieży akademickiej hołduje takiej czy innej ideologii. Młodzież ta nie może bowiem być inną niż społeczeństwo, które ją wydało. A że w społeczeństwie tym nurtują prądy ideologiczne różne i sprzeczne – musimy mieć wśród młodzieży zarówno nacjonalistów, jak i socjalistów, zarówno sanatorów, jak ludowców, zarówno religiantów, jak bezbożników – z przewagą, rzecz prosta, prądów właściwych środowiskom, z których pochodzi większość młodzieży. Nie ma w tym nic gorszącego, przeciwnie jest nawet objawem zdrowym, że poszczególne odłamy ideowe młodzieży walczą ze sobą. Nie jest nawet żadnym szczególnym nieszczęściem, gdy uniesieni temperamentem młodzieńczym przeciwnicy przekraczają granicę dzielącą argument rzeczowy od argumentu ad hominem, gdy od przekonywania się wzajemnego przejdą do obelg, a niekiedy nawet do skądinąd ubolewania godnych bójek.

Ale czymś innym zgoła jest wybieranie sobie terenu akademickiego za teren próbnych rozgrywek politycznych, wybieranie go sobie dlatego, że nadużycia związane są z mniejszym ryzykiem dla sprawców, że „zwycięstwa”, same w sobie bagatelne, są wyzyskiwane agitacyjnie, że dzięki rozgłosowi, który towarzyszy każdemu najdrobniejszemu zajściu w szkołach akademickich, byle stłuczona szyba urasta do godności symbolu, a byle po ojcowsku przez władze akademickie napomniany student staje się czymś w rodzaju bohatera.

Są liczne dowody, że tak jest, że faszystowskie grupy polityczne wygrywają po prostu młodzież dla swoich celów. Grupy te nie mają, rzecz prosta, nic wspólnego z życiem szkół akademickich i nie pomylimy się chyba sądząc, że w gruncie rzeczy jest im zupełnie wszystko jedno, czy katedry profesorskie obsadzone są przez ludzi pochodzenia żydowskiego, czy tzw. aryjskiego, tak samo, jak wszystko im jedno, czy w audytoriach Żydzi siedzą osobno, czy przemieszani z chrześcijanami. Ale dla tych z natury rzeczy „kadrowych” inteligenckich grup teren akademicki jest jednym z głównych terenów werbunku. Chodzi o to, by przyszli urzędnicy, nauczyciele, adwokaci i lekarze byli „narodowcami”. Jest przy tym rzeczą drugorzędną, czy naprawdę nauczą się czegoś, czy też nie. Owszem, im mniej wyrobią w sobie zmysłu krytycznego, tym posłuszniejszymi będą przywódcom i im większą rolę w ich życiu młodzieńczym grać będą namiętności, usymbolizowane w prostaczych hasłach – tym lepiej. Widzimy przeto od szeregu lat, jak młodzież jest agitowana w kierunku czysto manifestacyjnym. To żąda się dekorowania audytoriów krzyżami, to rzuca się hasło pielgrzymki. Urządza się nabożeństwa, a w przerwach między tymi „czynami” obija się Żydów i zatruwa personel urzędniczy gazami. Aby tylko odwrócić uwagę młodzieży akademickiej od spraw naprawdę jej bliskich: zarówno od spraw materialnych, jak od myślenia o studiach. Jeśli zaś jakaś, obchodząca naprawdę olbrzymią większość młodzieży, akcja podjęta zostanie przez młodzież samą, bez interwencji zewnętrznej i jeśli ta akcja ma widoki powodzenia, to się ją zwalcza póki się da, po czym ze zręcznością prestidigitatorską eskamotuje się jej hasła, aby ją tym lepiej sabotować i podniecić do nowych ataków na Żydów i na „lewicę”. Tak właśnie dzieje się na naszych oczach z akcją antyopłatową. Oto w skróceniu strona wychowawcza panoszącej się w szkołach akademickich demagogii faszystowskiej.

Ma ona jeszcze i drugie oblicze, czysto polityczne. Inspiratorom „narodowego” ruchu młodzieży chodzi o osiągnięcie celów bezpośrednich. Określić je można jednym zdaniem: chodzi o doprowadzenie do absurdu wszelkich urządzeń, wszelkich instytucji, wszelkiej w ogóle organizacji życia zbiorowego, o ile nie są one w ręku faszystów nacjonalistycznych. W tym celu usiłuje się sparaliżować ich działania, a że funkcjonowanie szkół akademickich sparaliżować jest łatwo, i że sabotowanie ich jest mniej niebezpieczne, niż jakiejkolwiek innej instytucji, że przy tym oczy znacznej części społeczeństwa, a w każdym razie oczy inteligencji są na nie zwrócone – szkoły te są od dłuższego czasu przedmiotem ataków. Każde zawieszenie wykładów, tym bardziej każde zamknięcie uniwersytetów i politechnik jest dla inspiratorów akcji pożądane. Nie kryją się z tym, każda bowiem przerwa w funkcjonowaniu tych zakładów uderza boleśnie w szerokie rzesze młodzieży i rodzin. Liczy się więc na to, że pójdą one na rękę ruchowi, że protestować nie będą, czy to z obawy przed odpowiednio „rozgrzaną” opinią, czy to ze względu na grożące im straty materialne, czy to wreszcie dla „świętego spokoju”. Wszak wielu z powołanych dla strzeżenia wolności i pomyślnego biegu studiów nie sprzeciwia się skutecznie rozwydrzonej agitacji dla „świętego spokoju”. Dlaczegóż miałaby się im przeciwstawić potulna rzesza ubogich studentów i studentek, których jedynym pragnieniem jest ukończyć studia jak najprędzej – studia nierozdzielnie wiążące się dla nich z głodem, z bieganiem po źle płatnych „korkach”, z wnoszeniem niezliczonej ilości tak często bezskutecznych podań o stypendia, o odroczenie czesnego, o ulgi? Dla tej rzeszy każda przerwa w studiach jest równoznaczna z groźbą zupełnego ich porzucenia. A nie znajduje ona nigdzie obrony. Faszyści liczą więc na to, że uzyskają jeśli nie jej poparcie, to przynajmniej milczącą zgodę na ich wyczyny. Gdyby zaś to nie udało się, niech odejdą ubodzy koledzy. Przecież to tylko synowie i córki robotników, chłopów, biedoty żydowskiej. Po co się pchają? Przeznaczeni są przez naturę na materiał, nie na przywódców przyszłych rządów faszystowskich.

Tkwi w tym głęboki tragizm socjalny, obok tragizmu tkwiącego w burzeniu kultury duchowej i w poniżaniu jej przybytków.

Stefan Czarnowski

______________________
Powyższy tekst  Stefana Czarnowskiego ukazał się pierwotnie w piśmie „Głos Współczesny”, nr 2/1936, luty 1936 r. Następnie przypomniano go w książce „Polska lewica społeczna wobec oświaty w latach 1919-1939. Wybór materiałów”, Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1960. Przedrukowujemy go za tym ostatnim źródłem.

 

Warto przeczytać także:
Rozmowa ze Stefanią Sempołowską o getcie ławkowym [1937]
Maria Dąbrowska: Doroczny wstyd [1936]
Adam Próchnik: Antysemityzm i młodzież [1936]

2 komentarzy nt. “Zajścia antysemickie w szkołach wyższych

  1. Pingback: Internetówka 206 | Skojarzenia. Bohdan Kaczmarek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *