Karol Klimek

Z moich wspomnień o Polskim Związku Ludowym

[1934]

W okolicy Czerska i Góry Kalwarii, powiatu grójeckiego, rozpoczął Polski Związek Ludowy swą tajną robotą w roku 1904. Od razu został on tu przyjęty nader życzliwie, powiedziałbym nawet – radośnie. Wnosił bowiem zdrowy, świeży powiew, jakieś bardzo potrzebne rozświetlenie w narodowe i polityczne życie ludu.

Nie była to jednak okolica całkowicie śpiąca, bierna i bez wyjątku poddająca się zarządzeniom władz zaborczych. Istniała i mocno odczuwana była tu i ówdzie potrzeba opinii w sprawach życia publicznego. Światlejsze jednostki szukały ideowego ośrodka politycznego, wokoło którego można by się było skupić i znaleźć płynące stamtąd wskazania.

Na taki grunt przyszedł ze swą rzetelną i głęboką pracą Polski Związek Ludowy. Przybył przez będących tam nauczycieli ludowych: Zygmunta Nowickiego z Konar, Karola Klimka z Linina, Bolesława Wojnarowskiego z Góry Kalwarii, Stanisława Wielgoska z Glinek; ci zaś pozostawali w organizacyjnym i osobistymi kontakcie z twórcą jego, Stefanem Brzezińskim w Warszawie. Wymienieni nauczyciele byli krzewicielami idei, z którymi szedł do ludu związek, głosząc kulturalne, gospodarcze i społeczne podniesienie wsi, organizując pracę i walkę o niepodległość Polski. Hasła te i postulaty znajdowały posłuch i zapalały światlejsze jednostki, szczególnie z młodszego pokolenia. Powstawała w okolicy sieć punktów i stosunków, gdzie garnięto się do związku, słuchano jego poleceń, rozchwytywano tajny organ „Głos Gromadzki” i odezwy związku. Zasięg wpływów związku obejmował gminy: Czersk, Górę Kalwarię, Konary, Drwałew, Wągrodno, Warkę, przerzucając się nadto na prawy brzeg Wisły w Garwolińskie i Mińskomazowieckie oraz za Pilicę do powiatu kozienickiego.

W Lininie, gm. Czersk, we wsi mojej rodzinnej, zawiązaliśmy komitet miejscowy związku. Stąd potem, jak i z oddalonych o 10 km Konar, szło uświadomienie i dyrektywy na całą okolicę. Rósł tajny ruch ludowy, rosły jego potrzeby.

Zaspokajanie tych potrzeb poszło dwiema drogami: legalną i tajną. Ciż sami nauczyciele zakładali i byli promotorami legalnych kółek rolniczych, w których skupił się liczny poczet gospodarzy. W kółkach szła praca nad gospodarczym i społecznym podniesieniem wsi, zaś polityczną robotę przenieśliśmy na grunt tajnych komitetów, o których istnieniu wiedzieli tylko ludzie bezwzględnie pewni. Wszakże kółka rolnicze stanowiły doskonały teren, na którym poznawaliśmy się bliżej i zżywali z ludem, aby następnie móc pewniej i skuteczniej oddziaływać politycznie. Żywy i nieustanny między nami nauczycielami istniał kontakt. Częste zebrania, długie narady, referaty wypełniały nam czas.

Mieliśmy na miejscu spore już grono oddanych sprawie ludzi, gotowych na wszystko, czynnych i ofiarnych. Na nich budowaliśmy i opieraliśmy dalszą pracę. Do dziś nazwiska ich żyją w nas i w pamięci naszej. Oto: Stanisław Cieślak, Władysław Sałyga, Jan Lech – z Podgórzyc, Józef Majewski z Dobiecina, bracia Skrzypczakowie i Filutowski – z Pieczysk, Stefan Kazimierczak z Konar i wielu innych. Kolportaż bibuły, sztafety – do nich należały. Oni również oddziaływali na swoje bliższe i dalsze otoczenie, aby rosła idea i siła związkowa.

Komitet Polskiego Związku Ludowego w Lininie uzyskał z Warszawy z centrali ręczną drukarnię. Stała się ona cennym narzędziem w moich rękach. Zainstalowałem ją, jak i cały skład literatury nielegalnej, na strychu w spichlerzu u moich rodziców. Stamtąd szły redagowane i bite przeze mnie tajne odezwy do ogółu mieszkańców gminy i powiatu. (Były bite 20-30 razy w ilości 150-200 egzemplarzy).

Komitet nasz był ruchliwy, czynny. Nie było sprawy politycznej ogólniejszego znaczenia, w której przez krótką, jędrną odezwę nie zabrałby głosu. Rzucał hasła, dawał dyrektywy, w czyn wprowadzał je przez swoich ludzi. Słupy drogowskazów, drzewa przydrożne oblepione były naszymi odezwami.

Dla większej powagi i tajemniczości, a przez to i skuteczniejszego oddziaływania, drukarnia była zakonspirowana, nawet dla ludzi należących do komitetu. Jedynie o niej prócz mnie wiedzieli Bolesław Wojnarowski i Stefan Kazimierczak.

Często jak błyskawica, nieoczekiwanie, ukazywała się w jakiejś aktualnej i ważnej sprawie odezwa. Orientowała lub protestowała. Dawała wskazania. Robiło to wrażenie sprawności, sprężystości i siły, a wszędzie podnosiło ducha i krzepiło: ktoś jest i czuwa! Władze rosyjskie – policja, żandarmi – tropili, bezskutecznie. Był to nasz tryumf i duma!

Praca PZL ogromnie zaważyła na tamtejszych dalszych wypadkach 1905 i 1906 r. Grunt był bowiem dobrze już przedtem przygotowany. Nasi ludzie ujęli w swoje ręce akcję spolszczenia szkół, sądów i urzędów gminnych – i przeprowadzili ją.

Polski Związek Ludowy na tamtejszym terenie ma ładną swoją kartę: budził dzielnie duszę ludu i oddał ją dla Wolnej i Niepodległej Polski.

W początkach czerwca 1906 r. odwiedził mnie w Lininie (był kilka dni) mój kolega Józef Brzozowski. Był to bez reszty oddany sprawie niepodległości i PZL człowiek. Zresztą wtedy obaj byliśmy młodzi, zapaleni – i nie było chyba sprawy politycznej, której byśmy się nie podjęli.

Najpierw „obsłużyliśmy” moją okolicę, niszcząc nocami drogowskazy z rosyjskimi napisami lub zamalowując stronę rosyjską tablic.

Potem ułożyliśmy plan roboty w jego rodzinnych stronach – w Łomżyńskiem nad Bugiem, powiat ostrowski.

Przybyliśmy przedtem do Warszawy: tu ze składu w mieszkaniu Kazika Szelągowskiego zafasowaliśmy kilkaset egzemplarzy „Głosu Gromadzkiego” oraz różnych odezw. Ażeby paczka nasza, dość napęczniała, nie rzucała się w oczy i nie zwracała uwagi osób niepowołanych, kupiliśmy odpowiedniej wielkości pudełko z dykty i cały ładunek doń włożywszy, gwoździkami go zbiliśmy. Aby nie budzić podejrzeń, umyślnie nie opakowaliśmy paczki papierem, jedynie przewiązaliśmy ją szpagacikiem, jaki nawinął się pod rękę.

Z siedziby „Zagonu” w Alejach Jerozolimskich nr 59 tramwajem przybyliśmy na Dworzec Petersburski na Pradze.

Kupiliśmy bilety do Małkini i zajęliśmy miejsca w III klasie. Paczkę przezornie umieściliśmy w sąsiednim przedziale, mając ją jednak stale na oku. Na jakieś 10 minut przed odjazdem zjawili się dwaj żandarmi, zaczęli szperać po bagażach i legitymować nielicznych pasażerów. O, źle! Ale trudno, trzeba dotrzymać placu. Przybyli za chwilę i do nas. Pokazaliśmy zawczasu przygotowane paszporty. Obejrzeli – i nic. Widocznie jako nauczyciele, budziliśmy zaufanie. W następnym przedziale, gdzie była paczka z bibułą, przed chwilą ulokowała się jakaś kobiecina z bańkami po mleku. Ale zaraz, zziajana, po coś wybiegła z wagonu. Żandarmi zajrzeli pod ławę – bańki. Spojrzeli w górę na półkę, sięgnęli – paczka. Obejrzeli ją z wierzchu i z powrotem położyli, jako nic nie znaczącą. Poszli dalej, a myśmy z głęboką ulgą odetchnęli.

Tu nerwy nasze i opanowanie wystawione były na pewną próbę. Wytrzymaliśmy ją przecież i nawet trochę otrzaskaliśmy się z niebezpieczeństwem, co wyszło nam później na dobre.

Pociąg wydostał się za Warszawę i dość szybko mijał stację za stacją. Wreszcie Małkinia. Postój krótki – parę minut. Wysiadać trzeba pospiesznie. Ale teraz gorzej będzie: na stacji, żandarmi, dwóch strażników i paru zielonych żołnierzy straży pogranicznej – wszyscy na peronie. W tłoku można by się jakoś zawieruszyć i nie zwrócić uwagi czujnych oczu. A tu, jak na złość, zaledwie parę osób wysiada. Jechać dalej nie możemy, bo tu czeka na nas wysłana bryczka. Ostatni dzwonek, ostatnia decyzja. Czujemy, że będzie wsypa. Ja wyskakuję pierwszy, za chwilę za mną z pudełkiem Brzozowski. W razie czego mamy udawać, że się nie znamy.

Gdy z drugiego toru idąc ku stacji mój towarzysz raptem z góry stąpnął na wyżej położone podkłady, szpagat, widocznie zmurszały, zerwał się, paczka upadła na ziemię, deseczki rozleciały się, a cały wewnętrzny ładunek gazet wypadł, rozsunąwszy się niby talia nowiutkich kart rzucona na stół. Zginęliśmy! Widzę to. Dzieje się to wszystko na oczach stróżów bezpieczeństwa, którzy stoją w ordynku tuż o parę kroków i patrzą.

Ale nic… O, dziwo! Znieruchomieli, stoją wodząc tylko oczami po nas. A tymczasem dzielny Brzozowski, nie tracąc zimnej krwi, szybkim ruchem zebrał do kupy wszystkie papiery, ścisnął je mocno ręką i, wsunąwszy pod pachę, przeszedł pomiędzy szpalerami policji.

I jak to się stało? Dlaczego nie rzucili się na nas? Jakie tego wytłumaczenie? Bo, że widziała wszystko policja i domyślała się, co wieziemy – nie ulega żadnej wątpliwości. A jednak…

Zawdzięczamy swoje ocalenie jedynie wypadkowi, który zdarzył się tu – w Małkini – na stacji, przed kilku miesiącami.

W Boże Narodzenie 1905 r. bojowa organizacja PPS zorganizowała napad w Wysokiem Mazowieckiem na kasę powiatową i skonfiskowała kilkaset tysięcy rubli, ściągniętych z podatków ludu polskiego. Bojowcy rozdzielili pieniądze i grupami ruszyli nocą ku Warszawie. Właśnie jednia z tych grup natknęła się w Małkini na pościg. Rozegrała się walka, w której zabici zostali policjanci. Wypadek ten żył w świeżej pamięci carskiej policji i odebrał im odwagę uderzenia na nas. Temu jedynie przypisujemy ocalenie nasze.

Bryczka czekała. Paczkę włożyliśmy pod siedzenie i ruszyli przez miasto Nur do Murawskich, rodzinnej wsi mojego kolegi.

Tu dopiero rozgospodarowaliśmy się na dobre. Murawskie były naszą bazą, z której czyniliśmy wypady w różne strony. Około 2 tygodni tam pozostawałem. Brzozowski, jako znający miejscowe stosunki, wziął na siebie kolportaż i organizacyjną stronę zebrań, ja zaś na nich przemawiałem, uczyłem, tworzyłem koła PZL.

Przerzucaliśmy się w Sokołowskie – za Bug, zapuszczaliśmy się pod Ciechanowiec. Odbyliśmy wiele zebrań, zawiązaliśmy około 10 Kół PZL, a w Nurze – komitet okręgowy na powiat ostrowski.

Wszędzie witani byliśmy radośnie, życzliwie. Zebrania nasze urządzaliśmy w stodołach, na polach, w lasach. Nie zapomnę tego nigdy – i dziś widzę jeszcze te tłumy w Nurze, przybyłe na zebranie. Stodoła pomieścić nas nie mogła. A my porwani, uniesieni, długo, długo mówiliśmy tym rzeszom o Wolnej Polsce Ludowej. Wśród zgromadzonych zapanował niezwykły nastrój i było zbratanie przy jednej sprawie i jednej świętej idei wolności…

Hej, Kochany Józiku, ziścił się nasz dumny sen o Polsce Niepodległej! Nie zginął siew serdeczny naszych młodych dni!

I dziś z dalekiej perspektywy czasu, gdy myślę o Tobie i naszych wspólnych czynach – rozrzewnienie chwyta za pierś moją.

Tacy młodzi wtedy, zapaleńcy – poszliśmy w bój!

„A na błoni piosnka dzwoni, poszli nasi w bój bez broni, hej!”…

Rok 1906. Rewolucja jeszcze w całej pełni. Niemal codziennie zachodziły w kraju wypadki polityczne wielkiego znaczenia. Wszystko, co było młode, pragnące wolności, żyło wtedy rytmem walki i stapiało się w potężny poryw służenia sprawie wyzwolenia.

Ja i mój serdeczny kolega, Bolesław Wojnarowski, postanowiliśmy wtedy wyruszyć na rodzinny nasz powiat grójecki, by zbadać i ożywić nastroje, wzmocnić prace PZL, nawiązać nowe stosunki. To był cel główny. Nadto jednak wycieczka nasza miała charakter krajoznawczy.

Cały tydzień trwające „apostolstwo” nasze rozpoczęliśmy dnia 15 sierpnia, w pamiętną krwawą środę, tj. w dniu pogromu policji i żandarmów w Warszawie i innych ośrodkach. Ale wyruszając z domu, nic jeszcze nie wiedzieliśmy o rozgrywających się tego dnia wypadkach. Zaopatrzyliśmy się bogato w tajne wydawnictwa PZL i z mojego rodzinnego Linina wyruszyliśmy do położonych o 2 mile Pieczysk.

Akurat tego dnia w Pieczyskach odbywał się odpust. Uroczyste święto! Ludu z całej okolicy moc, jako że jest tam cudowny obraz. Doskonale! Będzie z punktu robota. A mieliśmy już tam mocne oparcie. W Pieczyskach mieszkali nasi wierni i oddani robocie PZL bracia Józef i Jan Skrzypczakowie i Franciszek Filutowski. Zaraz udało im się ściągnąć sporą ilość znajomych im ludzi i zrobiliśmy masówkę.

Głoszone idee i potrzeba walki zapalały ludzi, byliśmy witani radośnie i ufnie, ludzie garnęli się pod nasze związkowe sztandary. Po skończeniu rozdaliśmy sporo bibuły i życząc sobie wzajemnie zwycięstwa – pożegnaliśmy się. Powodzenie nasze było niewątpliwe, cieszyliśmy się z niego. Pełni otuchy mieliśmy ruszyć w dalszą drogę, aby jeszcze przed zapadnięciem nocy przybyć do Tarczyna. Tymczasem nasi niestrudzeni Skrzypczakowie ściągnęli nową transzę ludzi i proszą, aby do nich przemówić. Jakże odmówić! Więc zaczynamy. Aliści w tej chwili przybiega sztafeta i oznajmia szeptem Skrzypczakowi, że jesteśmy śledzeni przez strażników i żandarmów, obecnych na odpuście. Widocznie zwróciliśmy na siebie ich uwagę. Pospiesznie więc tyłami ogrodu wycofaliśmy się z zagrożonej pozycji i ruszyliśmy w dalszą drogę przez Prażmów do Tarczyna. Nie zdążyliśmy już na noc. A że o jakie 3 km przed Tarczynem mieliśmy znajomego młynarza – tam przenocowaliśmy. Na drugi dzień w podzięce zaopatrzyliśmy gościnnego gospodarza domu w odezwy dla okolicy.

Drugiego dnia spenetrowaliśmy okolice Tarczyna, rozsialiśmy bibułę i ruszyliśmy na noc do Grójca. W drodze zatrzymaliśmy się, o ile mnie pamięć nie myli, we wsi Pawłowice, aby trochę odpocząć i posilić się. Zapukaliśmy do drzwi ubogiej chałupiny. Wyszła staruszka. Poprosiliśmy o mleko. Pytała, skąd idziemy i dokąd zmierzamy. Wdaliśmy się w gawędę. Biadała, że pracować już nie może, że zięcia ma niedobrego, bo jej nic nie daje na utrzymanie, choć obowiązany, i uszanowania nijakiego. Wezwaliśmy przed siebie onego człeka i głosem stanowczym powiadamy: Władzy ruskiej już teraz nie ma, jest tylko prawo polskie. My tu w jego imieniu polecamy, aby matkę staruszkę szanował, godziwie ją traktował i grosze należne wypłacał. I dodaliśmy, że teraz odchodzimy dalej sprawiedliwość czynić, ale tu wrócimy i o wszystko zapytamy. Tłumaczył się i sumitował, że on wszystko by matce dał, cóż kiej ciężko! Ale postara się i wszystko matce „wynagrodzi”.

Ale my jak tajemniczo zjawiliśmy się, tak tajemniczo opuściliśmy oną wieś. Tylko załzawione oczy staruszki długo patrzyły za nami w dal…

Dalej droga prowadziła szosą, co z Warszawy do Radomia biegnie. Nie uszliśmy nią i 2 km – a tu za nami szwadron Kozaków jedzie! To po krwawej środzie przerażone władze puściły po drogach wojsko, które tropić miało rewolucjonistów. A my tu obładowani bibułą! W lot zorientowaliśmy się: bibułę w przydrożne kartofle, a sami w pobliskie krzaki. Udało się, zostaliśmy nie zauważeni. Poczekaliśmy jakiś czas, a potem swoje zapasy z kartofli zabraliśmy i ku Grójcowi ruszyliśmy, ale już bocznymi drogami, zrozumieliśmy bowiem, że dalsza wędrówka szosą może drogo nas kosztować.

Drugą noc spędziliśmy w Kobylinie na poddaszu jakiejś stodoły u sołtysa. Nie spaliśmy jednak. Szalała burza ze straszliwymi piorunami, jakby wtórowała nie przebrzmiałym jeszcze hukom bomb i trzaskom brauningów krwawej środy.

Gospodarzowi za nocleg zostawiliśmy „Bóg zapłać” i w stodole kilkanaście odezw. Trzeciego dnia byliśmy w Grójcu, wokoło niego i wszędzie rozrzucając odezwy. Na noc przybyliśmy do Lipia, gdyż w Grójcu nie czuliśmy się bezpieczni: za dużo policji. W Lipiu rozbiliśmy namioty u kol. Wybrańca. Przyjął nas serdecznie, gościnnie. To nasz ludowiec, ostoja pracy wolnościowej okolicy. Poinformował o stosunkach, stanie sił rewolucyjnych, zetknął z ludźmi. A my wszędzie byliśmy szczodrzy w słowie i bibule.

Z Lipia z kol. Wybrańcem udaliśmy się do Błędowa — też do nauczyciela Trzebuchowskiego. Tam był nasz nocleg, tam też, jak poprzednio, zostawiliśmy siew.

Z miasteczka Błędowa przez Kozietuły, rodzinną wieś bohatera spod Somosierry, ruszyliśmy do Mogielnicy i następnie do Borowego. Zamierzaliśmy tam odwiedzić kol. Stanisława Pikulskiego, dzielnego i ofiarnego działacza wolnościowego. Niestety, nie zastaliśmy go. Wobec tego postanowiliśmy na noc zaprosić się do pisarza gminnego Kurka. Znał go Wybraniec i na wszelki wypadek dał nam do niego list polecający. Zostaliśmy przyjęci nadzwyczaj mile i gościnnie. Nasz gospodarz był rewolucjonistą i należał do PPS. Znaleźliśmy wspólny język i wspólne sprawy. Odchodząc na drugi dzień, obdarzyliśmy go bibułą, którą przyrzekł nam kolportować. Pożegnał nas uprzejmie, dał swoje stosunki na dalszą drogę.

Dalszego dnia dotarliśmy do Przybyszewa, stamtąd do Goszczyna i Promny. W Promnie zastaliśmy kol. Zarembę, który pracował w PPS.

Gdy opuściliśmy Promnę i ruszyliśmy w stronę Warki, znowu zaskoczyło nas wojsko, tym razem dragoni. Nie było już czasu na wyrzucenie kompromitujących gazet i odezw, położenie było groźne. Fortel nas tylko uratował: zawróciliśmy ku Promnie. Chwila, i dragoni już nas otoczyli ze wszystkich stron. A my postanowiliśmy udawać miejscowych nauczycieli, którzy na spacer wyszli. „Kto wy?” pada pytanie wachmistrza. ,,My zdiesznije uczytiela” (my tutejsi nauczyciele) – odpowiadamy z pewną siebie miną. Popatrzyli, machnęli ręką i pojechali. Odetchnęliśmy. Dowiedzieliśmy się dalej, że w położonych nad Pilicą majątkach hr. Morstina wynikł ostry zatarg z chłopami o pastwiska i lasy. Dragoni „interweniowali”. Ale też mieli i inne zadanie: tropienie uwijających się po drogach agitatorów rewolucyjnych.

Były to czasy gorące, niebezpieczne. Wyszliśmy jednak ze wszystkich opresji szczęśliwie.

Podążyliśmy teraz do Wrociszewa, do kol. Ważyńskiego, ażeby i jemu dostarczyć nowin drukowanych.

Po drodze mieliśmy zabawną przygodę: w Michałowie oficjaliści dworscy dla postrachu strzelali za nami z rewolwerów. Być może mieli nas za agitatorów namawiających służbę dworską do strajków. Pomylili się, bo nigdy nic wspólnego z tą robotą nie mieliśmy.

Dobiegała już kresu nasza wędrówka. Zwiedziliśmy jeszcze Warkę historyczną, gdzie w podziemiach kościoła śpi snem wiecznym książę mazowiecki Trojden. A potem pospieszyliśmy na cmentarz, aby u grobu oddać hołd prochom bohatera nocy listopadowej – Piotra Wysockiego. Tu ogarnęło nas ciche dumanie:

Utrudziłeś się nad miarę, wierny synu Polski! Po walkach tragicznych, po mękach katorgi Sybiru – śpisz teraz utulony snem cichym, ukojnym w mazowieckiej ziemi! Spod tej płyty grobowej bije moc i wiara w jutro Polski!…

U tej mogiły pokrzepiliśmy się i zaczerpnęli sił do dalszej pracy i walki.

Odchodząc stąd – poczuliśmy, że swoją skromną pracą spełnialiśmy drobną cząstkę testamentu Jego duszy…

Karol Klimek

_______________________

Powyższe wspomnienia zostały spisane w roku 1934 i złożone w zbiorach Stefana Juliana Brzezińskiego. Po latach opublikowano je w książce Stefan J. Brzeziński – „Polski Związek Ludowy. Materiały i dokumenty”, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1957. Przedruk za tym źródłem. 

Karol Klimek (1882-1969) – nauczyciel, pochodził z rodziny chłopskiej. Po ukończeniu seminarium nauczycielskiego w Łęczycy w roku 1902, rozpoczął pracę w szkołach na Mazowszu. Zaangażował się w tajną działalność niepodległościową, szczególnie na rzecz polskiego szkolnictwa. Współorganizator tajnego zjazdu nauczycieli w Pilaszkowie k. Łowicza w 1905 r., na którym powołano Związek Nauczycieli Ludowych. W tym samym roku został Przewodniczącym Sekcji Szkół Elementarnych Polskiego Związku Nauczycielskiego. W latach 1907-1920 kierownik szkoły Towarzystwa Kultury Polskiej w Pelcowiźnie (dziś w obrębie Warszawy), w tym czasie założył w rodzinnej wsi – Lininie – koło młodzieży, teatr amatorski i kółko rolnicze, w Coniewie spółdzielczy sklep spożywczy, w Czaplinie spółdzielnię mleczarską. Związany z Polskim Związkiem Ludowym – pierwszą radykalną chłopską organizacją postępową w Królestwie Polskim, współpracownik jej czasopism („Głos Gromadzki, „Zagon”, „Życie Gromadzkie”). Po rozbiciu PZL przez carskie represje był związany z pismem „Zaranie” i towarzyszącym mu chłopskim ruchem zaraniarskim. W czasie I wojny światowej działacz POW i współtwórca tajnej Organizacji Nauczycieli Niepodległościowych oraz współzałożyciel i prezes Zrzeszenia Nauczycielstwa Polskich Szkół Początkowych. Założyciel oraz wieloletni redaktor pisma „Głos Nauczycielski”. Od roku 1918 członek PSL „Wyzwolenie”, po zjednoczeniu ruchu ludowego w 1931 r. członek Stronnictwa Ludowego. W niepodległej Polsce członek władz zjednoczonego ruchu nauczycielskiego, pracował jako wizytator szkół. W czasie okupacji hitlerowskiej więziony. Po roku 1945 wycofał się z działalności politycznej, publikował teksty z dziejów ruchu ludowego i oświatowego, był członkiem honorowym Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *