Ignacy Daszyński

Wojna światowa a przesilenie w Międzynarodówce

[1920]

Dnia 22 listopada 1912 r. odbył się ostatni międzynarodowy kongres socjalistyczny w Bazylei. Wojna bałkańska podpalała już od kilku tygodni spokój Europy. Antagonizmy bałkańskich państewek groziły poruszeniem lawiny wojennej całkiem innej miary… I oto partie socjalistyczne zjednoczone zgodnie w II Międzynarodówce pospieszyły – na wezwanie głównie towarzyszy francuskich – na zjazd do Bazylei, aby zająć stanowisko przeciwko wojnie. Międzynarodówka gotowa była do daleko idących ofiar, byle umknąć wielkiego nieszczęścia, jakie miała ludzkości przynieść ze sobą wojna; rezolucje uchwalone zobowiązywały poszczególne stronnictwa do męskiego wystąpienia przeciw nacjonalistycznemu imperializmowi i szowinizmowi „żółtej prasy”. Stwierdzano solidarność socjalistyczną we wszystkich stronnictwach i szukano – nadaremnie – środków przeciw wojnie. Jeden ustęp rezolucji zwracał się przeciw caratowi, jako wrogowi narodów i ruchu socjalistycznego.

Ale przyszły dziejopis Międzynarodówki musi zaznaczyć, że mimo szczerej chęci zgromadzonych w Bazylei reprezentantów potężnej międzynarodowej organizacji socjalistycznej, chęci zapobieżenia wojnie, dwie sprawy trzymano w cieniu niedomówień: sprawę ujarzmionych narodów i sprawę środków realnych, które należy zastosować przeciw wybuchowi wojny lub jej trwaniu.

Można stwierdzić, że pewna część Międzynarodówki wprost negowała pierwszą, a zadowalała się fantastycznymi frazesami na temat drugiej. Polscy esdecy ujęli to stanowisko w klasyczną formułę „Wojna wojnie!” i nie uznawali żadnej sytuacji, w której by proletariat mógł brać udział w wojnie. Nie znamy w dziejach wypadku, żeby rzeczywistość tak zaprzeczyła temu stanowisku, jak stało się to w wojnie światowej. W próbie bowiem ogniowej stanowiska esdeków, rzeczywistość przeszła nad nim całkowicie do porządku dziennego.

Kiedy Róża Luxemburg zaproponowała w komisji strajk generalny jako środek unicestwienia wojny, stary Bebel wystąpił niezwykle ostro przeciw tej propozycji, jako utopijnej i dla proletariatu szkodliwej. Niemniej Róża Luxemburg rozwinęła to swoje stanowisko na krótko przed wojną światową w mowie publicznej w Frankfurcie i zapowiedziała z wielką pewnością siebie, że w razie wojny socjaliści niemieccy i francuscy odmówią posłuszeństwa władzom swoich krajów i strzelać do siebie nie będą! Głupi rząd niemiecki oskarżył ją i uzyskał jej zasądzenie na rok więzienia. Jeszcze nie zdążyła kary tej odsiedzieć, a już rzeczywistość socjalistyczna unicestwiła w zupełności jej przepowiednię. Niemieccy i francuscy socjaliści pospieszyli jak jeden mąż do szeregów armii celem strzelania do siebie wzajemnie i dali rządom burżuazyjnym i militarnym krew i mienie swoje do rozporządzenia. W kilka zaledwie tygodni po wybuchu wojny na pulpicie posła tow. Franka z tego samego Frankfurtu leżał w parlamencie niemieckim laurowy wieniec o czerwonych wstęgach, dla uczczenia pamięci zastrzelonego świeżo na froncie francuskim ochotnika-posła…

Za przykładem Francuzów i Niemców poszła wkrótce większość stronnictw i „sekcji” Międzynarodówki. Belgijscy socjaliści porwali za broń już po 4 sierpnia 1914 r., z chwilą napadu Niemców na neutralną Belgię. Niemcy austriaccy pojęli wojnę jako walkę z caratem i jako objaw braterstwa broni z Niemcami Rzeszy. Stanowisko ogromnej większości polskich socjalistów określało wojnę jako czas walki orężnej na śmierć i życie z Rosją w Polsce. Anglicy znaleźli się w ściślejszym gabinecie wojennym Lloyda George’a, a protest Włochów przeciw wojnie był słabym i nie zdołał w niczym je j przeszkodzić, pomimo że Włosi znali całą grozę tak świeżej wojny libijskiej i mieli nadto sposobności zapoznania się z okropnościami wojny światowej przez dziesięć miesięcy bez nich prowadzonej. Ilu zaś wybitnych socjalistów rosyjskich znalazło się podczas wojny po stronie caratu, o tym niech zaświadczą Plechanow i jego zwolennicy.

Siła Międzynarodówki rzucona przeciw wojnie równała się zeru. Nie przeszkadzał jej wybuchowi ani jeden wielki strajk generalny, ani jeden wielki bunt wojskowy. Dopiero w środku wojny rozpoczęły się debaty w łonie poszczególnych stronnictw Międzynarodówki na tematy mocno teoretycznej natury, np. jaka wojna jest dla socjalisty dopuszczalna, czy socjaliści mogą prowadzić „wojnę obronną”, czy wojna światowa przyniesie z sobą „wieczny pokój” itp. kwestie szeptane niemal wśród nieustannego huku setek tysięcy armat i milionów karabinów, kierowanych przez miliony proletariuszów w piersi „wroga dziedzicznego”…

Wojna pobudziła potęgi pierwotne olbrzymiej miary, rozwiązać miała zagadnienia decydującej dla narodów wagi i na próżno wódz niemieckich socjalistów Karol Kautsky protestował przeciw niej w imię tezy, że „wojna nie jest środkiem rozwiązywania zagadnień politycznych czy społecznych”, na próżno powoływano się na zdeptaną i skrwawioną ludzkość! Stare twierdzenie Clausewitza, że wojna jest dalszym ciągiem polityki, prowadzonej tylko innymi środkami, zachowało swoją niezachwianą siłę.

A już co do środków tej wojennej polityki państw, zasady i taktyka Międzynarodówki doznały tak wielkiego załamania i odchylenia od przedwojennych poglądów, że można śmiało powiedzieć, iż Międzynarodówka podczas wojny rozbiła się na poszczególne wrogie obozy i przestała istnieć w dawnym składzie. Przestało najpierw funkcjonować „Międzynarodowe Biuro Socjalistyczne” w Brukseli, i lata rzezi najstraszniejszej mijają, zanim to biuro zdołało podjąć na powrót swoją działalność w Sztokholmie. O jakimkolwiek współżyciu stronnictw socjalistycznych w tym czasie niema mowy. Natomiast Francuzi, Anglicy, Belgowie, a potem Niemcy i Rosjanie wstępują do rządów burżuazyjnych jako ministrowie, głosują w parlamentach za budżetami wojennymi, są ministrami wojny lub wyrobu amunicji, objeżdżają fronty, zagrzewają do walki… Mając przed sobą takie masowe zjawisko, niepodobna nazwać tych stronnictw i tych ludzi po prostu „zdrajcami socjalizmu”, niepodobna zadowolić się bezsilnym frazesem potępienia, lecz należy zapytać, dlaczego te masy najbardziej świadomych i zorganizowanych robotników, dlaczego ci najpopularniejsi, czczeni i uznani w całym świecie wodzowie socjalistyczni rzucili się w wir wojny z taką energią i siłą przekonania?

Rozpatrywanie tego pytania daje niemal w każdym wypadku odpowiedź na tle ogromnej ilości faktów, że głównym powodem udziału socjalistów w wojnie była obrona narodu przed wrogiem zewnętrznym. Narodu nie jako jakiejś kategorii etnograficznej, lecz przede wszystkim jako państwa niepodległego, jako organizacji konkretnej ze wszystkimi brakami, krytykowanymi tak świetnie i z takim zapałem przez te same partie socjalistyczne! Dla socjalisty belgijskiego niepodległa Belgia mieściła w sobie i panowanie kapitalizmu, i przewagę reakcji klerykalnej, i rządy policyjne, i to wszystko, co stanowiło przedmiot walki i krytyki socjalistycznej. Ale gdy Niemcy zgwałciły dnia 4 sierpnia 1914 r. granice niepodległego państwa belgijskiego, wszyscy socjaliści belgijscy poszli do swojej armii – z królem na [jej] czele – aby bić się z Niemcami i bili się z nimi aż do listopada 1918 r., tj. aż do ich pokonania. I na próżno by tłumaczono towarzyszom belgijskim, że czteromilionowa partia socjalistów niemieckich zapewni im prędsze zwycięstwo socjalizmu, że powiększone niemieckie terytorium umożliwi większą potęgę ekonomiczną dla klasy robotniczej, na próżno wyklinano by ich jako „socjalpatriotów”, szowinistów, kontrrewolucjonistów za to, że bronią króla, kardynała, kleru, policji belgijskiej i że gotowi są umrzeć za Belgię…

Państwo narodowe okazało się dla socjalistów belgijskich warunkiem nieodzownym życia i rozwoju socjalizmu i dlatego jako socjaliści prowadzili wojnę o utrzymanie państwa belgijskiego.

Socjalizm polski jeszcze wyraźniej potrzebę niepodległego państwa narodowego stanowiskiem swoim udowodnił właśnie w czasie wojny światowej. W Polsce od chwili powstania nowoczesnego socjalizmu nie znano niepodległego państwa. Stosunki przyjaźni miedzy towarzyszami polskimi a np. niemieckimi w Austrii były tak dawne, jak istnienie Polskiej Partii Socjalistycznej, bo od r. 1890, a więc przez ćwierć wieku; a jednak z chwilą wybuchu wojny światowej było rzeczą jasną, że polscy towarzysze biorą udział w wojnie dla wywalczenia niepodległości Polski. Rozumieli to i niektórzy towarzysze austriaccy, a chociaż dla nich wojna miała się skończyć jeszcze większym zbliżeniem się Austrii do Niemiec, to jednak nie czuli za sobą żadnej absolutnie siły, żeby utrzymać Polskę przy Austrii. Chcieli zatrzymać przez jakiś czas Galicję z przyczyn bardzo prostych, aby mieć co jeść i nie zginąć z głodu!.. Obawę ich potwierdził zresztą rok 1919, który przyniósł Wiedniowi głód masowy.

Tylko niemieccy socjaliści nie chcieli słyszeć o oddaniu Polsce poznańskiego, zgadzając się wspaniałomyślnie na przyznanie polskiej ludności „mowy ojczystej” i prowincjonalnego samorządu. Ale czynili to w imię „praw niemieckiego państwa” do polskich części Prus.

O udziale w wojnie socjalistów francuskich, a zwłaszcza angielskich, można ze stanowiska międzynarodowego socjalizmu powiedzieć, że pierwsi dla odzyskania kilkuset tysięcy Francuzów w Lotaryngii i na pół niemieckiej – narodowo – Alzacji nie wahali się poświęcić trzykrotnie tak wielkiej liczby trupów synów klasy pracującej francuskiej! Drudzy zaś walczyli o swój kraj, w którym stopa najezdnika nie stanęła od setek lat i którego obrona wcale nie była bezpośrednią koniecznością wojny w pierwszych latach. Ale sama myśl o utracie niepodległości była dla proletariatu angielskiego potężnym, nie ulegającym żadnemu wahaniu motywem dla najcięższych nawet ofiar wojennych.

Pozornym tylko odchyleniem od zasady walki socjalizmu o niepodległość narodową jest polityka i taktyka bolszewizmu rosyjskiego, który stara się być centrem III Międzynarodówki, a w stosunku do II Międzynarodówki zaznacza swoją rzekomą obojętność na zagadnienia bytu niepodległego państw narodowych. Wojna z górą dwuletnia, jaką prowadzi rząd bolszewicki – ten sam, który urodził się z hasła „wojna wojnie!” – nabiera w oczach naszych coraz to wyraźniej rysów dawnej polityki narodowej rosyjskiej. Zdaje się chwilami, że każde państwo moskiewskie będzie „zbierało” w jedność wszystkie dzielnice uważane przez Rosjan za należące do Rosji i będzie dążyło do wszystkich dostępnych mórz, aby zagwarantować rozwój państwu narodowemu. Pochód bolszewików na Wilno, zajęcie Ukrainy wśród krwawych walk z wojskami ukraińskimi, ich polityka azjatycka, wszystko to świadczy, że rewolucyjny kierunek początkowy zamienił się w uderzająco krótkim czasie w ekspansję narodowo-państwową!

Wprawdzie każdy swój zabór uzasadniają bolszewicy wskazywaniem na to, że niosą przecież ze sobą hasła rewolucji i że kto ośmiela się walczyć z nimi, ten jest kontrrewolucjonistą, ale rządy ich w Wilnie i w Kijowie otrzeźwiły największych nawet zwolenników tej metody rewolucji przez podbój i ujarzmienie obcych narodów dokonywanej. Napoleon niósł do Hiszpanii w r. 1809 także „postęp i zdobycze rewolucji”, aż doczekał się powszechnego buntu całego narodu hiszpańskiego. Po bitwie zaś pod Jeną doprowadził zacofane Niemcy do wojny narodowej w r. 1813 i do swojego wskutek tej wojny upadku. To, co się nazywa „kulturtregierstwem”, pozostanie zawsze w szczególnej nienawiści i pogardzie w narodzie, którego niewolę – jakby na szyderstwo – uzasadnia się wyższością kulturalną najezdnika. Odnosi się to do każdego najezdnika, a więc i do tego, który maskuje się czerwonym sztandarem rewolucji.

Czy z tych wywodów wynika, że socjalizm jest ruchem tylko narodowym? Czy można go porównać z ruchem patriotycznym szlachty lub inteligencji? Czy międzynarodowość jest tylko frazesem i ozdobą tego światowego ruchu emancypacyjnego proletariuszów? Byłby to sąd powierzchowny i mylny.

Socjalizm nie traci w niczym swoich cech przez to, że broni niepodległości państwa narodowego. Jest to tylko oznaką jego siły i wrośnięcia w grunt danego narodu. Z ruchu umysłowego i etycznego garści ideologów przetwarza się w XIX wieku socjalizm w ruch masy proletariatu, wchodzi w codzienne życie tej masy, a przez nią całego narodu, zaczyna stawać się wyrazem obyczajów, tęsknot, umiłowań milionów ludzi, wpływa na życie umysłowe całego pokolenia, a przede wszystkim rozpoczyna walkę o zdolność do boju całej klasy pracującej i o władzę dla niej w życiu gospodarczym i politycznym państwa-narodu. Walka ta odbywa się nie w próżni, nie z jakimś abstrakcyjnym kapitalizmem, a z klasą panującą i posiadającą w danym narodzie. Rozwój, historia tej klasy, jej cechy charakterystyczne, jej siły i sposoby walki – to wszystko czyni politykę socjalizmu dopiero żywą, to ją zmusza do poruszania wszystkich sprężyn, aby doprowadzić proletariat do zwycięstwa. Próbą sił socjalizmu w danym narodzie jest właśnie rozwój walki klasowej w warunkach konkretnych, przez historię danych. Tak, jak nie można „wybierać sobie rodziców”, tak socjalizm nie może sobie dobierać warunków walki poza narodem, lecz musi podjąć ją wewnątrz danego narodu, lub więdnąć w utopiach i oczekiwaniu, aż nastąpią kiedyś inne warunki, w których on gotów będzie walczyć… Do tego zaś czasu będzie tylko krytycznym widzem i komentatorem zdarzeń.

Wynikiem tego wrośnięcia socjalizmu w grunt narodów cywilizowanych jest bogaty, nieznany przed pół wiekiem, rozwój stronnictw socjalistycznych. Rozwój ten nie przechodził przed wojną światową żadnej wielkiej próby. Prawa wyjątkowe w Niemczech, terror carski w Rosji były próbami „lokalnymi”, nie dotykającymi całości ruchu. Europa była w tym czasie widownią nadzwyczajnego wzrostu kapitalizmu i równocześnie wzrostu potęgi państwowej administracji, do której zaczął wchodzić i socjalizm przez ruch parlamentarny, przez samorząd lokalny i przez instytucje ochrony społecznej. Prasa i literatura socjalistyczna wzrastały w parze z milionami zorganizowanych robotników. W okresie tym popełniły główne stronnictwa socjalistyczne wielki błąd przez bezmyślne niemal przeoczenie ruchów narodowych, przez zlekceważenie sprawy i walki narodów ujarzmionych. Naród ujarzmiony nie mógł obejmować w pełni rządów w państwie ujarzmiającym, a stąd i proletariat tego narodu nie mógł w żaden sposób rozpocząć walki socjalistycznej o władzę. Na tym punkcie socjalistyczny zachód Europy grzeszył zupełną nieświadomością i obojętnością wobec Europy środkowej, a zwłaszcza wschodniej. Lękać się należy, że nawet straszliwa burza wojny światowej nie naprawiła całkowicie tego błędu na Zachodzie. Pewne głosy współczesne z obozu francuskiego i angielskiego socjalizmu uprawniają do tych obaw. Być jednak może, że winien tu absolutny nieraz brak informacji w czasie wojny i że pewne sądy Francuzów i Anglików są tylko echem czasów przedwojennych. Dopiero wojna światowa, która była największym ryzykiem dla każdego, choćby najpotężniejszego narodu w Europie, otworzyła oczy socjalistom na znaczenie państwa narodowego, jako jedynego konkretnego środowiska, jako jedynego zbioru warunków, w których ujawniać się może masowa walka klasy pracującej o władzę i o ustrój socjalistyczny i to walka normalna, dająca możność obliczenia każdorazowego szans obu stron i obiecująca normalny rozwój właśnie proletariatowi w danym narodzie wolnym.

Dlatego niezmiernej wagi rzeczą musi być – jako wynik wojny światowej – ubezpieczenie międzynarodowe niepodległego państwa każdego narodu na jego terytorium. Jeśli socjalistyczne stronnictwa brały udział w wojnie w obronie niepodległości swego państwa narodowego, to winny dążyć wszelkimi siłami do tego, aby osiągnąć cel wojny: trwałą i bezpieczną niepodległość. Stąd myśl „Ligi Narodów” spotkała się z takim szczerym entuzjazmem w całym świecie socjalistycznym. Niestety nieskoordynowanie Międzynarodówki w końcu wojny pozbawiło ją wszelkiego wpływu na rzeczywiste utworzenie się takiej „Ligi Narodów”, która by odpowiadała krwi robotników, przelanej strumieniami za wolność i niepodległość.

Kapitalizm sfałszował i tę instytucję. Trzeba będzie długiej, mozolnej i solidarnej pracy międzynarodowej organizacji socjalistycznej, aby naprawdę powstała „Liga Narodów” nie będąca karykaturalną domeną przewagi kapitalizmu, zwłaszcza angielskiego. Socjaliści każdego kraju, a polscy socjaliści w pierwszym rzędzie, powinni zwrócić baczną uwagę na to fałszerstwo kapitalistyczne i dążyć do całkiem innej instytucji solidarności międzynarodowej wolnych niepodległych narodów całego świata. Rozpatrywanie tej kwestii jest dziś – po wojnie pierwszorzędnym obowiązkiem każdej partii socjalistycznej.

Każdy właśnie socjalista wie dokładnie, że całkowite zwycięstwo socjalizmu w jednym narodzie jest niemożliwością. Żaden naród nie jest izolowanym środowiskiem Granice państw dawno już utraciły zdolność zamykania i oddzielania narodów, a dowód przeciwny: okropny środek „blokady”, stosowany w tej wojnie do państw tak wielkich jak Niemcy lub Rosja, jest dla każdego socjalisty tylko groźną przestrogą przed zapomnieniem, że solidarność kapitalistyczna nie jest frazesem, a może się stać straszną rzeczywistością… Każdy socjalista wie też bardzo dobrze, że świat kapitalistyczny jest – pomimo różnic narodowych – jednym wielkim rynkiem zbytu, jedną wielką giełdą.

Stąd konieczność nieodzowna solidarności międzynarodowej proletariatu. Nie jako hasła tylko, nie jako wyrachowania chwili danej kombinacji walk zawodowych lub politycznych, ale solidarności zdolnej do stałych ofiar, do przebycia prób, choć bardzo ciężkich. Tym różni się głęboko ruch socjalistyczny od tzw. ruchów „patriotycznych” szlachty lub inteligencji. Po wojnie można z wielkim prawdopodobieństwem przewidywać olbrzymi rozwój kapitalizmu angielskiego, amerykańskiego i francuskiego w Europie; solidarność międzynarodowa stanąć będzie musiała oko w oko z rozpętanym kapitalizmem powojennym.

Państwa narodowe będą pociągnięte przez robotników do obrony przed wybujaniem kapitalizmu międzynarodowego. Międzynarodówka otrzymać musi nieznane jej dotąd wielkie pole działania.

I właśnie w tym czasie powojennym stwierdzić musi swoje rozbicie i bezsilność! Albowiem spór rozdzierający je j jedność toczy się jeszcze ciągle i to na tle stanowiska, jakie poszczególne stronnictwa zajmowały wobec wojny. W ostatnich dwóch latach punktem naczelnym sporu jest „dyktatura proletariatu”. Ale powstał on i żywi się ciągle z dyskusji o „grzechach” tych stronnictw socjalistycznych, które wzięły udział w wojnie. Anarchiści oraz zwolennicy przedwojennej, czysto praktycznej teorii o cudownym działaniu „akcji bezpośredniej” lub strajku generalnego, nazywają się dzisiaj zwolennikami „dyktatury proletariatu”. Znaczenia dodają nie tylko im, ale całemu sporowi dwie okoliczności: olbrzymi wzrost znaczenia proletariatu podczas wojny i zwycięstwo bolszewików w Rosji.

Nie tutaj miejsce rozpatrywania szczegółowego obu tych zjawisk. Ale tyle dziś już można o tych sprawach powiedzieć, że nigdy jeszcze przed Międzynarodówką nie stały tak wielkie perspektywy zwycięskiej potęgi, jak właśnie po wojnie światowej i że nawet gdyby reakcja zdołała bolszewików pokonać, Rosja przez długie lata nie będzie mogła wrócić do roli „żandarma Europy”. Dlatego zbyt długie i uporczywe trwanie w sporze o to, jakie stanowisko dane stronnictwo socjalistyczne zajmowało wobec wojny, czysto pacyfistyczne procesowanie się, czy należało w wojnie wziąć udział, czy nie, byłoby wodą na młyn kapitalizmu, szykującego się do spożywania owoców z wielkiego łupu wojennego. Rozbicie się Międzynarodówki w czasie wojny było – można to dziś powiedzieć – koniecznością historyczną jej fazy rozwoju, trwanie rozbicia po wojnie mieści w sobie nieobliczalne szkody dla proletariatu całego świata.

Ignacy Daszyński
__________________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Przedświt. Miesięcznik polityczno-społeczny. Organ Polskiej Partii Socjalistycznej” nr 1/1920, styczeń 1920. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według dzisiejszych reguł.  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *