Adam Próchnik

Walka na ratuszu

[1939]

W czasie akcji wyborczej do Rady Miejskiej m. Warszawy obóz socjalistyczny stawiał jasno i uczciwie sprawę i przyznawał z całą otwartością, że wobec panujących u nas warunków ustrojowo-politycznych wybory będą musiały mieć charakter polityczny. Było to przyczyną najbardziej zawziętych ataków, które na nas przypuszczono. Starano się wykazać, że Rada Miejska stanowi teren pracy wyłącznie gospodarczej, że kryteria polityczne nie mają tu rzekomo żadnego znaczenia. Używano znanych i mocno już wyświechtanych demagogicznych chwytów, mówiono, że przyszli radni socjalistyczni będą w Radzie Miejskiej wyłącznie politykować, zaniedbując najżywotniejsze interesy stolicy i jej mieszkańców. Mówiono, że socjaliści czy endecy, ozonowcy czy oenerowcy jednakowo potrzebują dobrych bruków, ulic, ogrodów czy szkół i że to powinno być głównym zadaniem samorządu, a nie mieszanie się do polityki ogólnopaństwowej lub może jeszcze międzynarodowej.

Odpowiedź nasza była prosta i jasno sprecyzowana. Mówiliśmy na to: po pierwsze – tam, gdzie nie ma demokratycznych wyborów do sejmu, każde inne wybory, umożliwiające udział wszystkich stronnictw, choćby odbywały się one na zasadzie tak niezbyt demokratycznej ordynacji wyborczej jak nasza obecna samorządowa ordynacja wyborcza, stają się z natury rzeczy mniej lub więcej dokładnym wyrazem woli społeczeństwa; po drugie – nie ma dziedziny życia, na której polityka nie wybijałaby swego piętna. Klasy posiadające, gdy mają przewagę w samorządzie, czy to dzięki pomyślnym dla nich wyborom, czy to dzięki rządom komisarycznym, przeprowadzają tam swoją, ściśle określoną, klasową politykę. Miasto, które jest rezultatem takiej polityki, jest w całej pełni miastem przywilejów. Posiada dzielnice luksusowe i rozległe, gęsto zaludnione i zamieszkane. Ma inne bruki dla ludności zamożnej i inne dla ubogiej, ma więcej powietrza i zieleni dla wielkich tego świata niż dla nadwyrężonych ciężką pracą piersi robotniczych, ma wspaniałe mieszkania dla bogatych i nie ma mieszkań dla ludzi pracy. Jeżeli to nie jest polityką klasową, polityką, która skamieniała w brukach, ulicach i gmachach miast naszych, to nie ma w ogóle polityki. Tej polityce masa pracująca musi przeciwstawić swoją politykę, politykę sprawiedliwości społecznej, pod hasłem: miasto, kultura, piękno są dla wszystkich! Tak odpowiadaliśmy i mieliśmy za sobą niewątpliwą słuszność, bezwzględną rację.

Jeżeli nie uważaliśmy za stosowne udawać bezpartyjności i wstydliwie ukrywać naszego oblicza ideowego pod pokrywką i maską gospodarczego realizmu, nie oznaczało to wcale, abyśmy nie zamierzali na terenie Rady Miejskiej prowadzić konkretnej pracy gospodarczej. Odrzuciliśmy tylko obłudę bezideowości. Wyborcy socjalistyczni wiedzieli, kogo wybierają i czego mogą od niego oczekiwać.

Ale ci, którzy tak rozgłośnie, tak szumnie, z takim namaszczeniem i z tak świętym oburzeniem odżegnywali się od jakiejkolwiek polityki, ci właśnie wprowadzili – zarówno w okresie wyborów, jak i na terenie Rady Miejskiej – politykę, która nie ma nic wspólnego z zagadnieniami pracy samorządowej, która nie wypływa w najmniejszym nawet stopniu z pobudek rzeczowych. Czymże jeżeli nie polityką, i to w najgorszym tego słowa znaczeniu, jest zaprawienie życia samorządowego odpowiednią dozą antysemityzmu? W każdym razie nie odgrywają w tej polityce żadnej roli względy rzeczowe. Wprost przeciwnie. W zaślepieniu nacjonalistycznym zapomina się o wszystkich innych względach, o interesie miasta, o interesie najszerszych warstw ludności, o potrzebach ekonomicznych, gospodarczych, kulturalnych.

Sztandar antysemityzmu rozwinęły w Radzie Miejskiej trzy obozy polityczne: endecja, ONR i Ozon. Wszystkie trzy uczyniły sobie z tego kapitał wyborczy. Endecja i ONR walczyły z sobą na noże o to, kto jest większym, lepszym, konsekwentniejszym antysemitą. Ozon nie chciał okazać się gorszym. Król Jagiełło bił Krzyżaki. I pan Krupa chce być taki.

Ozon przy tym wnosi w politykę antysemicką wartość nie byle jaką. On jeden może nie tylko gadać, zapowiadać, grozić, ale może także realizować, wprowadzać zapowiedzi w życie. I dlatego też w dniu wyborów – 18 grudnia 1938 r. – megafony reklamowe Ozonu zabrzmiały wołaniami: Serce musi być bez skazy. Warszawa jest sercem Polski. Skazą jej są Żydzi. Warszawę należy uwolnić, od Żydów.

Trzy obozy, pieczętujące się hasłem antysemityzmu, zdobyły razem wziąwszy nieznaczną większość mandatów, większość 53 głosów na sto. Były tendencje stworzenia z nich bloku ideologicznego. Dotąd nie dały one pełnego rezultatu. Wspólny wybór zarządu miasta jednak nie nastąpił. Została jedna rzecz wspólna: polityka antyżydowska.

ND i ONR mają tu stanowisko jasne. Idą w tej polityce na całego. Oenerowcy mówią w sposób rozczulający: jechaliśmy w czasie wyborów na tym koniku, nie możemy teraz z niego zejść. Endecy licytują się z nimi z wielkim zapałem. Wyścig ten nie jest pozbawiony humoru. ONR zadowala się posunięciem Ozonu, aby Żydom-socjalistom (Bundowi) odmówić referatów w Komisji Budżetowej, ale zostawić referat żydowskiemu ugrupowaniu mieszczańskiemu. Wtedy endecja chwyta w lot okazję i proponuje, aby i ten referat odebrać. Zawstydzony ONR, że dał się ubiec, a wraz z nim i Ozon, przyłączają się w te pędy do inicjatywy endeckiej.

W endecji można dostrzec pewne różnice tonu. Jeden z radnych, który nie lubi się liczyć z noszoną przez siebie sukienką duchowną, występuje w stylu żydożerczym, wysoce agresywnym, zaprawionym obelżywymi wyrazami. Drugi czyni to jakby z pewną nutą sentymentalizmu. Że mu jest przykro, że odczuwa żal, że ma zrozumienie dla ciężkiego położenia narodu żydowskiego, ale cóż robić. I tu następuje oklepany argument. Jeżeli gospodarzowi jest ciasno – gość musi ustąpić. Pomijamy, że ten podział na gospodarzy i gości jest sprzeczny z zasadami elementarnej sprawiedliwości, no i obowiązującej Konstytucji, a także sprzeczny z tradycją. Przypominamy jednak, że podobno chata Piastowa rozszerzała się, w miarę jak goście napływali.

Trudniejsze jest położenie Ozonu. On, jak już powiedzieliśmy, może realizować. Jeżeli zgłosi wniosek konkretny, może być pewny poparcia obu grup skrajnie nacjonalistycznych. Jeżeli przyłączy się do nich, zapewnia ich wnioskom większość. Stanowisko Ozonu jest zatem płodne w skutki.

W Ozonie radzieckim nie brak antysemitów „con amore”, antysemitów czystej krwi. Ale dla wielu jest to sprawa taktyki. Z jednej strony krępuje ich program własny, oparty na „umiarkowanym”‘ antysemityzmie, z drugiej nie brak w ich gronie osób skompromitowanych przeszłością filosemicką. Polityka umiarkowanego antysemityzmu jest rzeczą niewdzięczną. Ma ona wszystkie strony ujemne, a nie daje oczekiwanych korzyści politycznych. W oczach tych, którzy ulegli psychozie skrajnego nacjonalizmu, wszystko, co Ozon zrobi, jest niedostateczne, niewystarczające. W oczach ludzi kulturalnych jest to coś niedopuszczalnego. Ta polityka nikogo nie zadawala i wszystkich zraża.

Taktyka radzieckiego Ozonu odznaczała się nadzwyczajną chwiejnością. Jedne wnioski antysemickie klub ten odrzucał, do innych najniespodziewaniej się przyłączał. Nikt na przykład nie potrafi tego zrozumieć, dlaczego na jednym i tym samym posiedzeniu klub Ozonu obala wniosek prawicowy o udzielenie ulg w podatku drogowym tylko chrześcijanom, ale przyjmuje wniosek, że w komisjach poborowych mogą zasiadać tylko radni chrześcijanie. Dlaczego uznaje (w pierwszym stadium), że wniosek o skasowanie uboju rytualnego jest niezgodny z ustawą, a wniosek o usunięcie wszystkich Żydów z pracy samorządowej jest zgodny z Konstytucją.

Wreszcie, wycofali się ozonowcy z wniosku o wyrzucenie Żydów ze służby miejskiej, który poparli na Komisji. Ale jak to zrobili? Nic charakterystyczniejszego dla nich, jak odnośne przemówienia radnego Paschalskiego, którego endecy nazwali złośliwie patronem żydowskich aplikantów. Odcinał się od endeków, ale rzucał miłosne spojrzenia na oenerowców. W sprawie żydowskiej wyrzekał się zoologicznego antysemityzmu, ale równocześnie potrafił powiedzieć – usprawiedliwiając wybryki oenerowskiej młodzieży, która w czasie kryzysu litewskiego dała upust uczuciom pogromowym – że to rzecz zrozumiała, bo naprężone mięśnie i naprężona wola, skoro do wojenki nie doszło, musiały się gdzieś skierować i wyładować. Pytanie, gdzie by się skierowały i wyładowały, gdyby Żydów nie było, pozostało bez odpowiedzi. Ale główny argument radnego Paschalskiego to ten, że Żydów jest u nas za dużo. Stary argument Miedzińskiego o „Duńczykach”. Ostateczna jednak konkluzja, wbrew stanowisku komisyjnemu ozonowców, że wniosek z punktu widzenia konstytucyjnego budzi wątpliwości.

Stało się jasnym w tej dyskusji radzieckiej, że wnioski antysemickie nie mają żadnego waloru realnego, że są zwyczajną grą polityczną i narzędziem dla osiągnięcia pewnych celów, z gospodarką samorządową nie mających najmniejszego kontaktu.

Radni socjalistyczni demaskowali bezlitośnie demagogię tej polityki i wykazywali jej istotne podłoże, jej istotne pobudki klasowe. Z całym spokojem, na który pozwala tylko głębokie przekonanie o swej słuszności, likwidowali wszelkie wycieczki na ten teren i przechodzili do obrad mających na celu dobro wszystkich mieszkańców, rozwój miasta i kulturę dostępną w sposób równomierny dla każdego obywatela.

Adam Próchnik

__________________________________
Powyższy tekst Adama Próchnika pierwotnie ukazał się w dwutygodniku „Nowe Życie” nr 11(90)/1939, 10 czerwca 1939 r. Było to czasopismo związane z żydowską socjalistyczną partią Bund, choć na jego łamach gościli także działacze PPS.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *